sobota, 31 stycznia 2015

Od Zarianny CD Zar'rocka

Ach tak...- mruknełam i podeszłam do książek. - Mogę?
Spytałam.
- Tak.
Dotknęłam łapą po okładkach książek. Wyciągnełam jedną. Ten basior mnie zadziwiał coraz bardziej. Żeby mu nie szperać wróciłam do pracowni.
- Gdzieś to już widziałam...- Podniosłam Czarne Berło czując pulsującą w niej moc. - Atena mi o nim mówiła... Jedno z kilkunastu magicznych przedmiotów stworzonych przez Strażników dla...wilków...
Zar'rock spojrzał na mnie. Widziałam w jego oczach iskierkę zainteresowania.
-Choć.
Zaprowadziłam go do Strefy. Szybkim krokiem przemierzałam pomieszczenie.
-Witajcie - rozniusł się głos Ateny.
Wilcze odwróciło się i spojrzało na balkon nad wejściem. Stała tam biała wadera o czarnych i rubinowych znaczeniach.
 -Cześć mamo. - Weszłam na schody. - Mam pytanie. Gdzie księga z tymi...przedmiotami magicznymi?
Uniosła łapę ku górze. Jedna z ksiąg wypadła z półki i ułorzyła się na stoliku między dwoma krzesłami.Skinełam głową na Zar'roca i teleportowałam się na krzesło. To było miejsce gdzie wszystkie umiejętności Strażników morzna wykorzystać upowarzniony. Kartkowałam księgę.
- Tutaj jest!
Podsunełam basiorowi książkę.
Zar'rock?

czwartek, 29 stycznia 2015

Od Yuwy CD Octavia

- Chodźmy stąd - powiedział Ocavio - to smoki burzy, wynośmy się zanim ich matka wróci.
- Nie w takie tarapaty się wpadało
Usiadłam przy gnieździe i obserwowałam małe jaśniejące jajka, których światło rozbłyskało w tym samym momencie, kiedy serce małych smoków biło. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Już się napatrzyłaś to chodźmy! No już! Wietrzę kłopoty
- Dobra, już panie ostrożny-na-wszystko-dookoła , napatrzyłam się wracajmy
Drogę wyjścia zasłoniła nam smoczyca. Szybko się schowaliśmy za gniazdem i czekaliśmy na bieg wydarzeń. Przytuleni do siebie najbardziej jak się dało.

<Octavio?>

Od Zar`rocka CD Zarianny

-Jestem Zarrianna. Z Klanu Everything.-przedstawiła się wadera. Przyjrzałem jej się uważniej, była jedyną osobą która zechciała mi kiedykolwiek pomóc.
-Nazywam się Zar'rock z Klanu Wody.-przedstawiłem się. Ciekawe co robi tutaj ta wadera? Przyszła pozwiedzać okolicę? Bo na pewno nie zakładała że mnie spotka...czy ona wogóle wie kim jestem? Chyba nie...może to i dobrze.
-To dokąd mamy dźwigać ten kamień?-zapytała, lekko przekrzywiając głowę.
-Do mojej jaskini...-odpowiedziałem.
-Po co ci on?!-zapytała z niedowierzaniem.-To tylko dymiący głaz! Nie wiadomo do czego służy i czy nie jest przeklęty..no i na co ci on?!-zapytała. Westchnąłem, wiedziałem że będę musiał jej powiedzieć że jestem dziwakiem.
-Jestem Znachorem i zbieram różne magiczne przedmioty, takie hobby.-powiedziałem. Myślałem że po prostu pójdzie sobie i mnie zostawi, bo kto zadawał by się z kimś kto zbiera magiczne rzeczy? Ale ona została, westchnęła tylko.
-Dobra, to dźwigamy to do twojej jaskini.-powiedział. Razem było o wiele łatwiej nieść kamień, co prawda wyglądało to dziwnie ale przywykłem do ukradkowych wrogich spojrzeń. Bardziej martwiłem się że mogę popsuć reputację Zarianny, w końcu ona prowadzi normalne życie w innym klanie...W końcu dotarliśmy do mojej jaskini, wnieśliśmy skałę do środka i postawiliśmy w kącie, tuż obok skrzyni z małymi kolorowymi fasolkami.
-Po co ci fasola?!-zapytała z niedowierzaniem wadera. Uśmiechnąłem się.
-Jak się jedna zje to zawsze się coś stanie, ale nigdy nie wiadomo co.-odpowiedziałem. Wadera pokręciła głową z niedowierzaniem. Zaczęła rozglądać się po mojej jaskini, na pewno było tu ciekawie. Pod jedna ze ścian były beczki, na ścianach były półki ze słojami, flakonami, kamykami, talizmanami a nawet piórami i smoczym kłem. Można było utonąć w różnych zwojach, księgach, ziołach i skrzyniach z rzeczami które nawet nie miały nazwy. Było tu nawet smocze jajo.
-Gdzie ty śpisz?! Tu nie ma nawet posłania!-powiedziała wadera.
-To jest pracownia.-odpowiedziałem i podszedłem do brązowej zasłony z trawy, odsunąłem ją.-Tu jest mój pokój.-odpowiedziałem wskazując małą część jaskini. Było tu legowisko, kilka osobistych przedmiotów i książek. Tutaj nie docierał zapach tych wszystkich magicznych rzeczy i ziół, a przynajmniej nie tak bardzo. Tutaj pachniało normalnie.

<Zarianna?>

Od Terry CD Twila

- Ale Ci tak nie powiem - uśmiechnęłam się.
Zaczeliśmy się coraz namiętniej całować.
Spojrzałam na niego.
- Teraz tego chcesz ? Serio ? - zapytałam.
- Tak - przytulił mnie i zaczął całować po szyi.
- Ok - uśmiechnęłam się.
Twil ? Napisz że coś  xd

środa, 28 stycznia 2015

Od Twil'a CD Terry

-Oj tam,oj tam... Zawsze możemy je mieć.
Powiedział uwodzicielskim tonem. Zachichotała cicho. Pochylił się i pocałował ją mocno z porządaniem. Odsuną się o kilka centymetrów. Spojrzała na niego,a on patrzył na nią jak zawsze, jakby była małym cudem który trzyma się blisko serca.
- Chyba zawsze brakowało mi kawałka duszy, i znalazłem go w tobie.  Kocham cię.
Centymetry które ich dzieliły,mamieniły się w milimetry,aby potem zniknąć załkiem. Znowu się pocałowali. Pocałunek był namiętny. Ha! Nawet trochę dziki.
Nawet nie zdawała sobie sprawy jak dużo kosztowało go porzucenie starego życia jakie mu co najmniej pasowało. A potem poznał uroczą waderę i zdał sobie sprawę że sam sobie nie poradzi. Że jest mu potrzebna. Prawie jak tlen.
- Jeśli była by córka to mam dla niej imię - zachichotał tuż przy jej ustach.
- Jakie?
- Cordinel.
Odpowiedział robiąc ścieszkę pocałunków wzdłuż jej szczęki.
- Możesz mi kazać żebym przestał. Teraz - pocałował ją- albo teraz - nie zatrzymywał się tylko całował dalej powterzając te dwa słowa.
Terra? ^^

niedziela, 25 stycznia 2015

Od Terry CD Twil'a

Przytuliłam się do niego kładąc swoją głowę na jego ramieniu.
- Hmm czy chciałabym ? - zaśmiałam się.
- Raczej tak - uśmiechnęłam się.
On cicho się zaśmiał.
- Mielibyśmy szczeniaki....to by było wspaniałe ! - powiedziałam cicho z entuzjazmem.
- Ale wiesz.....mniejsza.
- Co wiem ? - zapytał zaciekawiony.
- Hahaha... - uśmiechnęłam się z lekkim sarkazmem.
Twil ?

sobota, 24 stycznia 2015

Od Twil'a CD Dhiren'a

Czułem ukucie zazdrości,ale szybko je zdusiłem. Terra miała prawo rozmawiać z Dhiren'em. Valeria nie miała nic przeciwko temu że jesteśmy parą.
-Z chęcią zobaczę Klan Ziemi.
Muwiłem z lekko wyczuwalnym szacunkiem.
- No dobrze.
Powiedziała moja milna.
°~°°~°°~°°~°°~
-Jak podoba Ci się klan Twilight?
Zapytał Dhiren. Uśmiechnąłem się.
-Piękne tereny a na nich piękna wadera.
 Pocałowałem ją lekko. Gdybym tylko panował nad ziemią...
- Jaki masz żywioł?
Zainteresował się basior.
-Noc.
Odparłem.
Dhiren?Terra?

Od Twil'a CD Terry

- Nic nie zmieni tego co do ciebie czuje,przecież wiesz...
°~°~°~°~°~°~°~°
Uparłem się że będziemy mieszkać razem, przy granicy naszych klanów. Nie wiedziałem gdzie jest moje miejsce,ale ona sprawiła że zalerzy mi na tym żeby je mieć. I teraz znalazłem. Przy niej. Byłem naprawdę szczęśliwy.
-Terra?
Uniosła na mnie wzrok.
- Czy chciałabyś mieć dzieci?
- A ty?
Hm...dobre pytanie.
- Ujmę to tak... Nie mam nic przeciwko małym puchatym kulkom...ale to ciebie milna się pytam.
Wiedzieliśmy na klifie oglądając krajobraz. Na szyi wadery wisiał srebrny wisiorek. Ode mnie. Podarowałem go jako dowód wielkiej miłości.
Terra?Nareszcie!

Od Livrey CD Hitachiego

Jakieś pomysły, hm? Jak na razie ja mogłabym sobie posiedzieć wpatrując się w grupkę świetlików, specjalnie nie miałam pomysłu czy możemy coś innego porobić. Rozejrzałam się wokół, grunt był mokry, gdy postawiło się na nim mocniej łapę zapadała się. I ta wysoka trawa ... świetliki. Gdzieś tu musiała być woda. Zaczęłam węszyć, długo nie musiałam tego robić, bo już wyczułam wodę. Zerwałam się na równe nogi biegnąc cały czas przed siebie. Słyszałam jak Hitachi mnie wołał, czyżby myślał, że teraz ja przed nim uciekam? Tuż przy granicy lądu z wodą odbiłam się od ziemi i wysoko poleciałam w górę radośnie krzycząc i już byłam pod wodą.
- Livrey! Livrey! - krzyczał Hitachi przystając nad brzegiem
Wreszcie wystawiłam łebek na powierzchnie zaczerpując powietrza. Wilk wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem, a ja zaczęłam się śmiać. Co jakiś czas na nowo zanurzałam się w wodzie i znów wypływałam by zaczerpnąć powietrza. Woda była tak zimna. Hitachi chyba jedynie czekał, aż wyjdę z tej wody, tak więc wyszłam. Otrzepałam się z jej nadmiaru i spojrzałam się na wilka.
- Czy ty nie umiesz pływać? - spytałam śmiejąc się pod nosem
- Umiem ... - odpowiedział szybko Hitachi podchodząc bliżej do jeziora
- No to czemu nie wskoczyłeś do wody? - wyminęłam go będąc teraz za nim
- Bo nie chciałem ... - popchnęłam go tak, że wylądował w wodzie
A że brzeg był głęboki zniknął cały pod wodą. Chwile tak nie wypływał, zaczęłam się martwić, że on jednak na prawdę nie umie pływać i skłamał. Podeszłam bliżej wody szukając go wzrokiem, gdy zostałam wrzucona do wody przez tego idiotę. Szybko wypłynęłam na powierzchnie i znów wbiłam morderczy wzrok w Hitachiego, który śmiał się dusząc. Ochlapałam go wodą, na co on oddał mi tym samym. Przez kilka minut tak na przemian chlapaliśmy się, gdy wreszcie wyleźliśmy z wody. Grzywka całkowicie mi zakryła widok tak, że upadłam potykając się o gałąź.
- Ałć - powiedziałam leżąc tak

(Hitachi?)

Od Zarianny CD Zar'roca

Ćwiczyłam gdy moje wyczulone uszy strarznika usłyszały chuk. Podbiegłam w stronę źródła dźwięku. Zobaczyłabym rudego gąsiora przy dymiącym głazie.
- Po co ty do taszczysz?
Dym szczypał w oczy. Nie zrozumiałam odpowiedzi wilka.
-Pomogę ci.
Podeszłam do niego i oddechem zamroziłam dymiącą dziurę.
- Nie powinno się roztopić. -stwierdziłam,ale dodałam po chwili - mam nadzieje.
Skrzydła białej smoczynki odgoniły dym,a po chwili Shea zamieniła się w kotka.
"Ulrzyłaś mi towarzyszko."
-Jestem Zarrianna. Z Klanu Everything.
Zar'roc?

Od Kanbana CD Shindy

Czy gdyby wiedziała o mnie wszystko, nadal cieszyłaby się z tego, że się nią zajmuję? Naprawdę mam jej ochotę o wszystkim powiedzieć, jednak nie chcę. Tak w sumie, to chyba mi na niej zależy. Aż to do mnie nie podobne, ale tak jakbym czuł od niej silną i dziwną więź. Tak jakbym ją kiedyś już spotkał. Ale wszyscy dobrze wiemy, że jest to niemożliwe. Nie odpowiedziałem szczeniakowi, w sumie to sam nie wiem czy miałem coś odpowiedzieć. Po prostu zamknąłem oczy i położyłem łeb na ziemi. Sen przyszedł po chwili, spokojny i głęboki. Kiedy rano się obudziłem... Shindy oczywiście już nie było w jaskini. Gadaj do niej, że nie może bez Ciebie wychodzić i tak sobie pójdzie. Wyszedłem przed jaskinię i zacząłem węszyć, mając nadzieję, że uda mi się ją wytropić. Jednak mój wspaniały znak, musiał także zamaskować jej zapach, ponieważ nic a nic nie byłem w stanie wyczuć. Czyli muszę jeszcze poeksperymentować z tą ochroną...
-Shinda! - krzyknąłem nadal stojąc w wejściu - Świetnie... zgodziłeś się na niańkę.. to teraz masz!
Wbiegłem do lasu w którym było całkiem sporo mgły, jak ona mogła tak w ogóle wleźć sama. Wydawała mi się bardziej spokojna i grzeczna, a tym czasem to jakiś istny diabełek! W pewnym momencie przystanąłem, rozglądając się z powoli rosnącym niepokojem. Już miałem znowu ruszyć, kiedy to coś zeskoczyło na mój kark. Krzyknąłem przerażony, rzucając się do tyłu na drzewo. Walnąłem o nie bokiem, jednak nie udało mi się strącić intruza. Stanąłem na tylnich łapach po czym skoczyłem na przednie, tak że jakaś kulka spadła na trawę. Jak się okazało była to Shinda, spojrzałem na nią morderczym wzrokiem natomiast ona zaczęła się śmiać.
-Zwariowałaś!? - krzyknąłem na szczeniaka rozmasowując bolący bok
-Nie, po prostu mi się nudziło. A kiedy Cię usłyszałam, postanowiłam, że cię przestraszę - śmiała się dalej
-Wracamy do jaskini - burknąłem podnosząc ją z trawy za skórę na karku

(Shinda?)

Od Darkness'a cd historii Livrey

Nie miałem dzisiaj humoru na pogaduszki. Musiałem robić nie dość, że za szpiega to jeszcze za strażnika, bo mój przyjaciel odszedł do innego klanu jakiś czas temu. Przez to wszystko nie spałem od ponad tygodnia no i za wiele też nie jadłem. Widząc, że wadera wycofuje się w stronę swojego klanu przyjrzałem się jej. Była ciut niższa ode mnie i wyglądała na dosyć przyjazną. Po zachowaniu było widać, że nie chce nic złego zrobić. Odwróciłem się w drugą stronę i zostawiłem ją samą niedaleko granicy. Nagle mnie z lekka olśniło. Stanąłem w miejscu i niechętnym głosem odezwałem się do niej.
- Widziałem jak kilka sztuk karibu pobiegło na plażę przy granicy. Może je tam znajdziesz…- stwierdziłem mówiąc przez ramię i dalej ruszyłem przed siebie
Przez dłuższy czas czułem na sobie wzrok wadery, po czym usłyszałem jak biegnie w kierunku wybrzeża. Miałem już wracać na wartę, gdy zaburczało mi w brzuchu i przypomniało mi się, że musiałbym coś jeść inaczej niedługo padnę. Nie wiele myśląc udałem się na polanę. O tej porze roku większa ilość zwierząt tam przebywała. Nagle drogę zablokowały mi pędzące karibu. Instynkt wziął górę. Zanim się spostrzegłem goniłem ich małe stado. Z chwili na chwilę zwalniały, a potem się odłączały od grupy. Ale mnie nie interesowała byle jaka sztuka. Jestem dosyć wybredny w tych sprawach, więc goniłem największego i najwytrwalszego z nich. W mgnieniu oka został tylko ten jeden. Mimo iż było bardzo wycieńczony gonienie go nie sprawiało mi większego problemu. Po jakimś czasie znudziło mi się bieganie. Wybiłem się i niemalże od razu znalazłem się na jego grzebiecie. Jeden ruch łapą i mam kolację. Gdy podniosłem głowę znad zdobyczy zauważyłem tą samą waderę co wcześniej. Stała przy brzegu nasłuchując. W momencie, gdy moja zdobycz upadła na ziemię wyrwała się z transu i wlepiła wzrok we mnie. Było mi z tym dosyć nieswojo szczerze mówiąc. Nie podchodziła, ani się nie odzywała. Po prostu stała jak słup soli i przyglądał mi się. Po dłuższej chwili ocknęła się i spojrzała na swojego towarzysza. Wiewiórka nieśmiało podeszła do mnie trzymając w łapkach orzecha. Wspięła się na zwierzę i gdy była trochę wyżej wskoczyła na mnie. Usłyszałem bardzo ciche „Nie…” ze strony wadery. Podniosłem wzrok na nią, po czym spokojnym rokiem zbliżyłem się do niej. Zaczęła się cofać z niepokojem w oczach, ale stała tyłem do morza, więc daleko odejść nie mogła. Weszła kilka kroków do lodowatej wody i zatrzymała się spuszczając wzrok. Wyglądało to tak jakby myślała, że zaraz ją zabiję czy coś. Stanąłem obok niej i lekko schyliłem głowę. Wiewiórka przeskoczyła z powrotem na nią, a wilczyca wzdrygnęła się, po czym spojrzała na mnie kątem oka. Opuściłem głowę tak żeby s pojrzeć waderze w oczy i dać jej do zrozumienia, że nic jej nie zrobię. Gdy to zauważyła przełknęła ślinę i podniosła głowę.
- Znalazłaś jakieś karibu? - zapytałem dosyć miłym jak na mnie głosem i wyprostowałem się
Zaprzeczyła głową i spojrzała na brzeg. Zwierzę było bardzo duże i masywne. Na spokojnie starczyłoby nawet dla trzech wilków. Spojrzałem waderze w oczy i wyszedłem z wody, po czym otrzepałem się. Ona cały czas stała w tym samym miejscu. Myślałem, że jeżeli zechce to podejdzie do mnie i zacznie jeść ze mną. No cóż.. trochę się pomyliłem. Kiedy wyszła z wody położyła się kilka metrów dalej. Patrzyła jak jem, a kiedy podnosiłem głowę odwracała wzrok. Nie byłem w stanie tak długo wytrzymać. Oderwałem duży kawałek wyśmienitego mięsa i położyłem go przed waderą. Najpierw spojrzała na mnie ze zdziwieniem, ale potem zabrała się do jedzenia. Położyłem się obok niej, a gdy się najadła także się położyła. Słońce zaszło szybko, a całe niebo pokryło się miliardem gwiazd. Spojrzałem w górę, a wilczyca przekręciła się na plecy, żeby móc podziwiać widok. Uśmiechnąłem się lekko na ten widok, po czym cos sobie uświadomiłem.
- Jak się nazywasz? - zapytałem z ciekawością w głosie
(Livrey? Nie chce mi się sprawdzać błędów)

piątek, 23 stycznia 2015

Od Hitachi`ego CD Livrey

Zastanowiłem się chwilę, ja mam coś zaproponować… no z tym to będzie ciężko, nie potrafiłem się "bawić" tak więc jakiekolwiek wyjścia ze mną, wiały nudą. Chociaż jednak może wiem, podbiegłem do wadery po czym złapałem ją zębami lekko za ucho, wytargałem i odbiegłem. Usłyszałem za sobą głośne ''idiota''. Nie musiałem zgadywać, że wadera pędzi za mną jak torpeda, i że jeśli się teraz zatrzymam to najpewniej zginę. Biegłem teraz... sam nie wiem gdzie, po prostu przed siebie. Może jakimś dziwnym trafem, po prostu znajdę ciekawe miejsce i dopiero tam się zatrzymam. Chociaż nie wiem, czy z tym zatrzymywaniem się to fajny pomysł. Wskoczyłem na ogromne, powalone drzewo jaki to musiał być kiedyś kolos... biegłem tak jeszcze przez chwilę po jego pniu kiedy to łapa wpadła mi w dziurę i zaryłem pyskiem o drewno. Syknąłem i zanim zdążyłem się zebrać, Livrey mnie dopadła.
-No i co teraz Hitachi? - zaśmiała mi się do ucha wbijając lekko pazury w plecy
-Ała - powiedziałem próbując wstać
Wadera się zachwiała i upadła na mnie, kiedy ja już teoretycznie stałem. Skończyło się to na tym, że oboje zlecieliśmy na dół boleśnie lądując na trawie.
-Idiota - Livrey wysapała podnosząc się
Zaśmiałem się głośno, otrzepując się z ziemi. Kiedy spojrzałem na niebo, słońce już znikało za linią horyzontu. Trudno, jeszcze mi się nie chce wracać. Ruszyliśmy przed siebie, po chwili było już kompletnie ciemno. Kiedy w oddali dostrzegłem malutkie światełka, zacząłem biec w ich kierunku. Wylatywały znad trawy, tworząc coś na kształt małych gwiazd. Tyle że, były one na wyciągnięcie mojej łapy. Świetliki, bo tak nazywały się te przepiękne stworzenia, co chwilę przysiadywały na naszych futrach. Złapałem kilka sztuk do pyska, po chwili uśmiechając się do wadery z naprawdę promiennym uśmiechem. Musiałem je szybko wypluć, żeby nie udławić się. Wybuchnąłem śmiechem kiedy jeden świetlik wleciał waderze do nosa. Kichnęła pozbywając się intruza.
-A teraz ty masz jakiś pomysł? - pokazałem jej język

(Livrey?)

Od Zar'roca

Przyszła wiosna, siedziałem w mojej jaskini i próbowałem już od godziny uruchomić Czarne Berło. Nic nie działało, westchnąłem i odłożyłem je na półkę. Musiałem odetchnąć świeżym powietrzem, może przyjdzie mi jakiś sposób do głowy. Przechadzałem się po terenach klanu wody aż zauważyłem jakąś waderę.Podeszłem bliżej i rozpoznałem w niej Mozillę, miała charakterystyczne żółte futro.
-Cześć!-powiedziałem. Wadera podskoczyła i obejrzała się na mnie.
-Ym...cześć.-odpowiedziała i odbiegła. Przyzwyczaiłem się już że nikt ze mną nie rozmawia. Nagle zobaczyłem biały dym, pobiegłem w tamtym kierunku. Wyszeptałem zaklęcie i mogłem spokojnie widzieć we mgle, nie dusząc się z braku tlenu. Doszedłem do źródła dymu, okazało się że to wielki głaz z dziurą w środku (właśnie ona dymiła). Spróbowałem ruszyć kamień ale był za ciężki, zaklęcia wiele nie pomagały a dymu przybywało. Nagle usłyszałem za sobą czyjeś kroki.

<Ktoś?>

Nowy wilk w Klanie Wody!

Zar'roc
Znachor 

czwartek, 22 stycznia 2015

Od Saion`a CD Valerii

Kurde blade.
Podszedłem do regału z książkami.
Znajdowały się tam takie dzieła, o których nawet nie miałem pojęcia.
Były nowe i stare książki liczące nawet 30 lat.
Wyciągnąłem jedną książkę.
Była to stara, brązowa książka wiązana jakimś blado złotym sznurkiem.
otworzyłem ją a z niej wyleciała kłębka kurzu.
Środek owej tajemniczego dzieła pokrywały jakieś hieroglify.
Ptaszki, laski i inne znaczki (default smiley xd bez skojarzeń).
Niektóre strony były pourywane, inne zamazane a na innych poprzyklejane zostały jakieś kamienie, zioła...
Przeglądałem książkę, kiedy nagle z jednej strony oderwał się jakiś błękitny kamień.
- Val zepsułem ! - krzyknąłem wpatrzony w książkę.
Schyliłem się i podniosłem kamień.
Przeszedł mnie zimny dreszcz a kaień przyjął barwę czerwieni.
Odskoczyłem wypuszczając kamień z ręki.
- Weź to ode mnie ! - krzyknąłem odsuwając się z przerażeniem w oczach, a ich kolor z fioletu zmienił się na czerwony.
- O co chodzi ? - zapytała zdziwiona lekko moim zachowaniem.
- Weź to ode mnie nie pokazuj mi tego ! - warknąłem i pobiegłem.
Odskoczyłem na podłogę, i usiadłem w kącie.
- Co się dzieje ? Saion ?! - popatrzyła na mnie trzymając nadal kamień.
- Prosze nie podchodź z tym do mnie ! Prosze ! - odparłem.
To był kamień....to ten który był znakiem zwycięstwa.
Wódz i jego wataha zabili moją watahe, a na znak zwycięstwa podnieśli jakie który spalił tereny watahy.
Valeria ?

Od Mozilli CD Ronina

Uśmechnęłam się odsłaniając swoje białe kły. Nadal byłam wprawdzie trochę przemoczona ale to nic. Mój złoty ogon pobłyskiwał w powietrzu a oczy iskrzyły. Spojrzałam na Ronina gdy nagle spostrzegłam że na mojej sierści zaczynały się pojawiać jakieś dziwne znaczki. Miały krztałty serduszek, kwiatków i gwiazdek, a na oku wymalował mi się znaczek błyskawicy. Nie wiedziałam co to było ale to napewno nie była żadna choroba. Ronin spojrzał się na mnie dziwnie, jak na zaczarowaną.
-Ronin co to jest?-powiedziałam patrząc na swoje łapy które powoli zaczynały robić się ciemniejsze.
-Nie mam pojęcia-odpowiedział a moja sierść zrobiła się niebieska.
Wyglądałam teraz jak zupełnie inny wilk.
[Praca autorstwa Mozilli ^^]

Ronin?


Od Saion'a CD Valerii

Kurde blade. Podszedłem do regału z książkami. Znajdowały się tam takie dzieła, o których nawet nie miałem pojęcia. Były nowe i stare książki liczące nawet 30 lat. Wyciągnąłem jedną książkę. Była to stara, brązowa książka wiązana jakimś blado złotym sznurkiem. Otworzyłem ją a z niej wyleciała kłębka kurzu. Środek owej tajemniczego dzieła pokrywały jakieś hieroglify. Ptaszki, laski i inne znaczki (default smiley xd bez skojarzeń). Niektóre strony były pourywane, inne zamazane a na innych poprzyklejane zostały jakieś kamienie, zioła... Przeglądałem książkę, kiedy nagle z jednej strony oderwał się jakiś błękitny kamień.
- Val zepsułem ! - krzyknąłem wpatrzony w książkę.
Schyliłem się i podniosłem kamień. Przeszedł mnie zimny dreszcz a kaień przyjął barwę czerwieni. Odskoczyłem wypuszczając kamień z ręki.
- Weź to ode mnie ! - krzyknąłem odsuwając się z przerażeniem w oczach, a ich kolor z fioletu zmienił się na czerwony.
- O co chodzi ? - zapytała zdziwiona lekko moim zachowaniem.
- Weź to ode mnie nie pokazuj mi tego ! - warknąłem i pobiegłem.
Odskoczyłem na podłogę, i usiadłem w kącie.
- Co się dzieje ? Saion ?! - popatrzyła na mnie trzymając nadal kamień.
- Prosze nie podchodź z tym do mnie ! Prosze ! - odparłem.
To był kamień....to ten który był znakiem zwycięstwa. Wódz i jego wataha zabili moją watahe, a na znak zwycięstwa podnieśli jakie który spalił tereny watahy.
Valeria ?

Od Valerii CD Saion'a

Przewróciłam oczami zniecierpliwiona. Jakby nie mógł się wysłowić, tylko się jakoś dziwnie jąkał. Przebierał łapami po ziemi, rozglądając się wokół.
- Jak się zastanowisz albo sobie przypomnisz to mnie zawołaj - prychnęłam znudzona i obróciłam się
- Czekaj! - zawołał, jednak pomimo tego ja nie odwróciłam się i szłam dalej - Val - zaczął cichym głosem, na co się odwróciłam
Wbiłam w niego wzrok z wielkim westchnieniem i zawróciłam do niego.
- No o co chodzi? - spytałam i przysiadłam na ziemi
- To takie krępujące - zaczął nerwowo machać ogonem - Czy nie uważasz, że trochę nas mało?
Jak to mało? Czy to takie krępujące, że klan liczy dużo wilków, a ten jeszcze mówi, że nas mało? O co mu chodziło?
- Nie rozumiem o co ci chodzi - pokręciłam głową podnosząc się z ziemi - Mów jaśniej
- No nas jest tylko dwójka ... - urwał
Dobra, dobra. Wiem o co mu teraz chodzi, ale nie mam zamiaru niańczyć szczeniaków ... jeszcze. Zbliżyła się do Saiona, a ten spojrzał na mnie wielkimi oczyma, mając coś powiedzieć palnęłam go w głowę.
- Ałć - syknął dotykając się głowy, a ja śmiejąc się zaczęłam kierować się do jaskini
Wgramoliłam się do jaskini, a następnie zlazłam do mojej prywatnej biblioteki. Tak jak myślałam, po chwili pojawił się Saion.
- Od kiedy pod naszą jaskinią jest ta biblioteka? - spytał wilk rozglądając się po pomieszczeniu
- Odkąd ja tu zamieszkałam - wyszczerzyłam się do niego, a następnie udałam się do kolejnego pomieszczenia, w którym miałam możliwość tworzenia eliksirow

(Saion? Jeb jeb jeb)

Od Octavia C.D. Izaline

Po wczorajszych przeżyciach, od razu zasnąłem. Spałem długo i jak się obudziłem był już późno. Zwlekłem się z legowiska, prawa przednia łapa mi zdrętwiała, najpewniej położyłem się na niej i krew mi nie krążyła właściwie. Skrzywiłem się kiedy przy dotknięciu nią ziemi poczułem się tak jakby po niej łaziły mrówki i gryzły mnie. Muszę rozchodzić tą łapę. Spojrzałem na mój ogon, sierść częściowo zakryła bliznę, ale nie całkiem. No trudno. Pomyślałem i wyszedłem na dwór, na chwilę mnie zamurowało. Zamiast śniegu było błoto i straszna chlapa. Zapomniałem że nadeszła wiosna! Widać było trawę i małe białe kwiatki. Podszedłem do kępy rosnącej przy mojej jaskini, były malutkie i białe. Odgarnąłem z pod nich śnieg, żeby odsłonić ich łodygi i listki. Zadowolony z rezultatu, wziąłem rozbieg i wzniosłem się w powietrze. Poleciałem na łąkę gdzie wszyscy już byli. Wylądowałem. Zobaczyłem jak Izaline robi Uru irokeza. Uśmiechnąłem się słysząc protesty wadery, a później jej chichot.
-Ym? Nie przeszkadzamy przypadkiem?-zapytał Kiyoteru. Wilczyce tylko pokręciły głowami śmiejąc się. Też się uśmiechnąłem.
-Co robimy?-zapytałem.
-Może zapolujemy? Przyda się śniadanie. -zaproponował Kiyoteru. Wszyscy zgodnie pokiwali głowami.
-Ale teraz my polujemy a wy rozpalacie ognisko!-zaśmiałem się i nim zdążyły zaprotestować razem z Kiyoteru wznieśliśmy się w powietrze. Szybko wypatrzyliśmy sarnę, zapikowaliśmy i zwierzę niedługo leżało martwe. Zanieśliśmy je do rozpalonego ognia, gdzie ją upiekliśmy i zjedliśmy.
-To co teraz?-zapytałem,z pełnym brzuchem. Nagle zobaczyłem że drugi koniec łąki jest pokryty gęstą mgłą. Była mleczno biała i nic nie było przez nią widać.
-Może sprawdzimy skąd się wzięła ta mgła?-zaproponowała Izaline i pobiegła w jej kierunku. Wszyscy ruszyliśmy za nią. Weszliśmy we mgłę a mnie ogarnęło uczucie że to bardzo zły pomysł. Kiedy zagłębiłem się w nią, straciłem resztę z oczu. Mgła nie była normalna, była tak gęsta że miało się wrażenie jakby nurkowało się w mleku. Nawet machanie skrzydłami nie pomogło.
-Ej, gdzie jesteście?!-zawołałem, odpowiedziała mi jednak cisza. Zaniepokojony zagłębiałem się coraz bardziej w mgłę. Nagle mgły jeszcze bardziej przybyło...nie to nie mgły przybyło...to był biały dym. Zapiekły mnie oczy i ni mogłem się powstrzymać od kaszlu. Mgła i dym zlewały się w jedno. Nagle usłyszałem czyjś krzyk, pośpieszyłem w tym kierunku.
 <Kiyoteru? Izaline? Uru?>

środa, 21 stycznia 2015

Od Anuritti CD Alcirii

Uchliłam niezwłocznie powieki, słysząc znajomy głos. Tylko ruda sierść nieznacznie podpowiadała mi, kto może nade mną stać.
- Dobrze - Na pytanie Sashy ledwo zdołałam odpowiedzieć, gdy do mojego legowiska podeszła paniusia z białą kokardą wplecioną we włosy.
- Kto cię tu wpuścił? - skierowała swe pytanie do samca z wyraźnym niezadowoleniem.
- Przed chwilą powiedziano mi, że mam tu być, gdy ona się obudzi. - odpowiedział Rudy z grymasem na pysku.
- No to już, wykonałeś misję. A teraz idź do swojej sali. Nie mówił ci nikt, że nie chodzi się ze złamanymi kończynami? - spytała zgryźliwie wilczyca.
Samiec popatrzył na nią zirytowanym wzrokiem i odszedł, nawet się nie obracając.
Jeśli nie zwariuję podczas kolejnych kilku dni leżenia tutaj, będę naprawdę zdziwiona.
- Coś przynieść? Wodę, herbatkę? - wadera zwróciła się do mnie z promiennym uśmiechem na pysku. Choć przez chwilę dała mi pomyśleć, że jest miłą duszą
- Dziękuję - odparłam kręcąc łbem - zawołam, gdy coś będzie potrzeba.
Pielęgniarka jeszcze raz rzuciła mi najcieplejszy na jaki mogła się zdobyć uśmiech i zniknęła za zasłonką.
Przekręciłam się na drugi bok, jednocześnie zadając sobie nieznośny ból w prawym udzie. Nawet nie chciałam patrzeć, jak wygląda rana. Byłam tylko wdzięczna tutejszej obsłudze, że opatrzyła mi wszelkie bruzdy i zranienia oraz uśmierzyła ból, okładając je liśćmi o różnorodnych właściwościach. 
Zastanawiało mnie tylko, jak wytrzymuje to Rudy?
Po dłuższym obserwowaniu jego zachowania nawet głupi by stwierdził, że samiec miał głęboko w poważaniu swoje zdrowie i ogólnie stan swojej osoby. Na pewno znosił pobyt w lecznicy gorzej niż ja. Gderające pielęgniarki, przymusowe łykanie płukanek ziołowych, które smakowały jak zgniłe pokrzywy zmieszane ze ślimakami(kto wie, czy z tego właśnie nie były robione) i leżenie na twardym legowisku przez cały dzień. Nic przyjemnego, szczególnie dla takiego osobnika jak on. 
- Przepraszam? - chrząknęłam głośno i uniosłam lekko głowę by zobaczyć, czy ktoś zmierza w moim kierunku. Nie minęła chwilka, a przy moim łóżku pojawiła się ciemna wilczyca, uśmiechnięta lekko.
- Tak? - spytała, unosząc brwi wyczekująco.
- Każdy ma jakieś moce, prawda? Czy ktoś mi tu nie może sprawić, by te przeklęte rany zniknęły? - odpowiedziałam, patrząc chytrym wzrokiem na samicę.
Ta przygryzła wargę, dając po sobie poznać, że pytanie ją nieco onieśmieliło.
- No... - ściszyła lekko głos, rozglądając się dyskretnie - mamy tu pewien specyfik.
- A mogę, że tak powiem, o niego poprosić?
- No wiesz... trzymamy na specjalną okazję... i na specjalne osobistości. - wydukała wadera, przygryzając wargę. Chyba była lekarką z niskim stażem, skoro aż tak się stresowała.
- Córka samicy alfa się liczy? - uśmiechnęłam się, unosząc brew.
Na twarzy samicy wymalowało się żywe zdziwieniem.
- To ty jesteś Anuritti? - oczy o mało co nie wyszły jej z orbit.
- We własnej osobie - przytaknęłam aksamitnym tonem i dodałam - to co, dostanę trochę specyfiku?
- Jasne, oczywiście - pokiwała żwawo głową i szybko obróciła się na pięcie.
- Czekaj! - krzyknęłam za nią, a ta natychmiastowo stanęła w miejscu i zwróciła na mnie pytający wzrok.
- Możesz przynieść troszkę więcej. Jeszcze dla mojego kolegi. Leży na drugiej sali. - dodałam, wymieniając z pielęgniarką porozumiewawcze spojrzenie.

<Rudy?>

Od Izaline CD Octavia

Było mi głupio, przez moje głupie zachowanie mogło się to skończyć za równo dla mnie jak i dla basiora tragicznie. Kiyoteru by mnie zagryzł, pozbawił wnętrzności a następnie wypchał - dosyć drastyczna wizja. Ale w sumie taka byłaby chyba prawda, jesteśmy słabym Klanem pod względem członków a utrata kogoś by nas niesamowicie przybiła. Octavio miał dosyć szybkie tępo jeśli chodzi o lot, ja natomiast w dalszym ciągu nie mogłam się za bardzo przyzwyczaić do tych skrzydeł. Oj jak ja nadal chciałam mieć te stare skrzydła i przestać być takim niziołkiem... Kiedy w końcu udało nam się namierzyć Alfę i Uru, wylądowaliśmy obok nich. Na całe szczęście, nie było po nas widać tego, że przed chwilą stoczyliśmy walkę, tak więc odbyło się bez zbędnych tłumaczeń. No może zauważyli tylko resztki krwi na ogonie basiora, ale to jakoś dało się wytłumaczyć. Posiedzieliśmy jeszcze kilkanaście minut wszyscy razem, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że lepiej będzie jeśli już pójdziemy spać. No przecież rano trzeba jeszcze wstać, tylko nie wiem jak ja to zrobię... Pożegnałam się z każdym i z wolna ruszyłam do swojej jaskini. Tam sen dopadł mnie o wiele szybciej, niż się spodziewałam. Gdy tylko się obudziłam, zauważyłam, że jest o wiele cieplej niż gdy kładłam się wieczorem. Zaniepokoiłam się tak w sumie, jednak kiedy wyjrzałam przed jaskinię, zaśmiałam się cicho. Wiosna, śnieg już powoli znikał, gdzie nie gdzie, na trawie były szarawe ślady świadczące o jego jeszcze niedawnej obecności. Wyskoczyłam z jaskini i wylądowałam na czymś, co jeszcze wieczorem było lodem. Teraz była to tylko jedna, wielka chlapa. Chwilę tak się w niej babrałam, aż całe moje futro przybrało szarawy odcień. Zignorowałam to, że wyglądam okropnie i zadowolona popędziłam w stronę wielkiej łąki na której wszyscy zazwyczaj się spotykaliśmy.
-Czeeeeść! - zawołałam kiedy zauważyłam Uru, rzucając jej się na szyję
Wadera pisnęła kiedy obie wywróciłyśmy się na mokrą trawę.
-Izaline! - wykrzyknęła - Jesteś cała brudna!
-Ach tak? - przekrzywiłam łebek - To ty też będziesz brudna - zaśmiałam się
Zmierzwiłam jej włosy na łbie, robiąc jej małego irokeza. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu i już po chwili wylądowałam na plecach, prawie że się dusząc. Uru wyglądała przez chwilę tak, jakby mnie chciała zabić, jednak po chwili zaśmiała się cicho.
-Ym? Nie przeszkadzamy przypadkiem? - dwa skrzydlate basiory spojrzały w naszym kierunku wyraźnie zmieszane
Wraz z Uru pokręciłyśmy łbami głośno chichocząc.

(Octavio, Uru albo Kiyoteru?)

Od Thunder`a CD Yuwy

- Moja partnerka odeszła - powiedziałem oschle z nutą rozgoryczenia.
- Przykro mi - odparła ze smutkiem.
- Nie, tylko mi jest przykro - powiedziałem smutny.
- Mi też, mam się upierać ? - powiedziała.
- Nie, nie wysilaj się - odparłem.
Yuwa ? Uhuhuh xD

Od Saion`a CD Valeri

- To co mi chcesz powiedzieć ? - zapytała trochę zmieszana moim zachowaniem.
- Eeee....heheh - udawałem śmiech a tak naprawde byłem zmieszany jak mleko (XD).
- No mów ! - uparła się siadając na ziemi.
- Emmmmm no to wiesz.... - usiadłem i popatrzyłem na waderę.
- Kurde Saion nie wkurzaj mnie - odparła lekko zdenerwowana.
- Bo ja...mam sprawe - odparłem cicho.

Valeria ? Stawiasz mnie w trudnej sytuacji xD

wtorek, 20 stycznia 2015

Od Alcirii CD Anuritti

Byłem oszołomiony całym zajściem, nigdy nie widziałem takich stworów, co za tym nie było mi dane wiedzieć jak z nimi walczyć. Waliłem go więc na oślep, byle by zadać mu jakikolwiek cios. Mogłem właściwie uciec, zostawić waderę samą z problemem, ale jakaś siła niepozwoliła mi w tej chwili jej zostawić. Okazała mi dobrowolną dobroć, nikt jej do tego nie zmuszał, chciała mi pomóc zupełnie nie wiedząc kim jestem, a odejście stworzyło by nieodwracalną, głęboką ranę na mojej dumie. Podjąłem więc walkę w obronie własnego imienia, niż Anuritti. „Zmiechy”, jak nazwała je wilczyca były nieporównywalnie do niczego silne i olbrzymie, a opowiść towarzyszki o ich pochodzeniu, tylko utwardzało mnie w przekonaniu, że są one obrzydliwe. Zostaliśmy sami, w przepełnionym słodkim zapachem lesie z dwoma cuhcnącymi cielskami na sumieniu.
-Chodź stąd. - rzuciłem szybko, chamując odruch wymiotny. Był to bardziej rozkaz niż prośba. Poderwałem się gwałtownie z kamienia na któym odpoczywałem, by odejść gdzieś daleko od tego miejsca, lecz szybko pożałowałem mojej decyzji, bo po chwili dostałem zawrotów głowy, nie tylko z powodu ubywającej krwi, ale też z oszołomienia. Złapałem się za głowę i z powrotem usiadłem. Kiedy świat przestał wirować i niebezpiecznie się chybotać, ponowiłem próbę wstania i stojac już stabilnie, chociaż na trzech łapach powtórzyłem wypowiedź kierowaną do wilczycy.
-Wstawaj, nic tu po nas. - mruknąłem i odeszłem kilka kroków. Anuritti wstała z wyraźnie malującym się na pysku trudem, jękneła i po chwili niespokojnie się zachwiała. Ja byłem jakoś przyzwyczajony do bólu i nie czułem takiego osłabienia. Wadera padła na kolana, kaszlnęła kilka razy i znów sprówbowała się podnieść. Zacisnąłem wargi i niecierpliwie tupałem łapą o ziemie. Kiedy samica po raz kolejny się zachwiała, w pore znalazłem się przy niej i wsparłem grzbietem. Burknąłem niezadowolony, bo ciągnąc wpół przytomną wilczyce za sobą, szybko stąd nie znikniemy, a poturbowana łapa wcale tego nie ułatwiała. Poza tym nie widziało mi się ponownie walczyć z niedorozwiniętymi wilkami. Dlatego też po przejściu zaledwie dwóch metrów w czasie przybliżonym do dziesięciu minut, postanowiłem że zarzucę sobie wilczycę na grzbiet. Może to i nie przyśpieszy naszej „ucieczki” z miejsca zbrodni, ale ułatwi mi transport poszkodowanej. Pod wpływem jej ciężaru, ugiąłem się na łapach i syknąłem cicho z bólu, kiedy cały wysiłek przeszedł na rozwaloną kończynę. Z wysiłkiem podniosłem się na równe nogi i postawiłem pierwszy krok w kierunku wyjścia z lasu. Po kilku krokach, stwierdziłem że ciężar na plecach nie jest zaś taki wielki i jest o wiele łatwiej się przemieszczać niż przedtem. W krótkiej chwili byłem już na krańcu lasu. Był jednak jeden problem, fakt że pozbyłem się niebezpieczeństwa ze strony wilków-zombie, ale drugim, poważnym problemem było to że nie miałem żadnego pojęcia gdzie znajduję się lecznica, czy cokolwiek. Szczęście w nieszczęściu. Po kilku minutach bezowocnego krążenia po terenach watahy, postanowiłem wrócić na miejsce masakry z udziałem stworów. Naprawdę, nie chciałem tego robić w obawie przed tym, czy aby stwory nie ożyły czy coś. Cóż, wszystko jest możliwe. Po znalazieniu się w zagajniku, co również zajęło mi trochę czasu bo za nic nie potrafiłem go znaleźć, szerokim łukiem ominąłem miejsce gdzie poległy dwa białe stwory. Próbowałem wrócić tą samą drogą, skąd szliśmy od jaskini. Minąłem kładkę, a po niej droga była już prosta. Zdobyłem się na lekki trucht, potem gdy słyszałem że Anuritti oddycha coraz bardziej chrapliwie i płytko, spróbowałem biec szybciej i to się nawet opłaciło. Cóż z tego że po drodze się ze trzy razy potknąłem, jak szybciej dotarłem do jakiejś jaskini. Wparowałem do niej zupełnie zapominając o wszelkich manierach (jeśli w ogóle jakieś miałem?) i rzuciłem od progu pytanie;
-Gdzie lecznica?! - przerażona waderka natychmiast udzieliła mi odpowiedzi i po chwili znalazłem się „pod ogromnym dębem obok małego stawiku”, tak jak poradziła mi nieznajoma. Znajdowała się tam obszerna jaskinia, z której unosił się kwaśny zapach ziółek, naparów i innego cholerstwa. Już nie miałem wątpliwości, że to lecznica.
-Pomoc potrzebna, halooo! - wydarłem się na całe gardło, chcąc jak najszybciej pozbyć się tej wilczycy i obciążyć problemem medyków, zielarzy czy co to tam jest. Wilki które pachniały sztucznie i bardzo ziołowo, poleciły mi położenie wilczycy na prowizorycznym łożku i po chwili zostałem od niej odgoniony. Jakoś mi na tym nie zależało by przy niej być i chciałem już pójsć, kiedy czarna wilczyca stanowczo zagrodziła mi drogę. Kompletnie zapomniałem o swoich ranach i tej łapie i niechętnie poddałem się dziwnemu zabiegowi podawania ziółek i jakiś chwastów na rany. Choć nie ukrywam, ulga była ogromna. Kiedy chciałem wyjść, medycy uparli się żebym został przy tej całej Anuritti. W sumie nie był to taki głupi pomysł, mogło jej coś strzelić do głowy by powiedzieć że to ja jestem wszystkiemu winien. Zostałem więc przy niej do czasu aż się nie obudziła. Trwało to wiekami i miałem wątpliwości, czy w ogóle się obudzi. Może i był by problem z głowy, ale przez te myśli miałem jakieś dziwne wyrzuty sumienia. Wreszcie, otworzyła zaspane oczy. „Mów wszystko co pamiętasz, kto cie zaatakował i gdzie, teraz.”
-Yhm, jak się czujesz? - Zamiast dokładnie obmyślonego dialogu, tylko to padło z moich ust. Jakoś nie mogłem się zdać na wypowiedzenie słów które wcześniej przyszły mi do głowy.
(Anuritti?)

Od Firefox C.D. Akumy

-Hm....Może czasami-zaśmiałam się i spojrzałam na Akumę.
Ten lekko się tak jakby uśmiechnął (ale wyglądało to raczej troszkę przerażająco). Wyszliśmy ze szpitala i rzekłam do Akumy:
-To cześć-machnęłam łapą na pożegnanie i poszłam w swoją stronę.
"Nie taki zły ten Akuma"-pomyślałam po chwili, jednak za bardzo miły i towarzyski to on nie był. Zaburczało mi w brzuchu, więc udałam się na małe polowanko. Zaczaiłam się na spora sarnę a moja błękitne oczy aż zaiskrzyły. Chwila nieuwagi sarny i.......rzuciłam się na nią. Rozszarpałam jej szyje a później poszło już łatwiutko. Po chwili zajadałam już pyszny obiad. Nagle usłyszałam coś w krzakach. Oderwałam wzrok od mięsa i z podejrzliwym wyrazem twarzy podeszłam do krzaków.
-Co ty tu robisz?Śledzisz mnie?-spytałam Akumę który już wstał i otrzepał się z trawy.
Akuma?

Od Descartes C.D. Ronina

Ciemność jak szybko nastała, tak równie szybko odeszła. Obudziłam się w jaskini, wpatrzona w szary sufit. Czułam obok siebie obecność jakiegoś wilka. Kiedy rzuciłam jakieś słowa w eter, głos się odezwał. Był to wilk, którego usiłowałam zabić. Jednakże teraz nie czułam tego pragnienia. Nie miałąm mu zamiaru rozszarpać gardła. W tej chwili w której to sobie uświadomiłam, poczułam do siebie obrzydzenie i wstręt. Czemu ta śmiercionośna broń nie przyniosła pożądanego efektu? Czemu nie przebiła mnie na wylot, czyżbym za słabo uderzyła? Może powinnam od razu wycelować sobie w łeb, obeszło by się bez problemów...Okropne było to, że w tej chwili rozmyślałam nad tym, jak powinnam postąpić aby pożegnać się ze światem, zamiast dziękować wszystkim stworzeniom za uratowanie mnie. Po krótkiej rozmowie z wilkiem, dowiedziałam się że mógł mnie wyrzucić z klanu. Miał prawo i bym się mu nie dziwiła. Tylko to nie było takie proste, nie działałam świadomie. Nagle naszła mnie ochota na opowiedzenie całego mojego życiorysu, aż do tej chwili. Co w każdym momencie czułam, jak powinnam zareagować i dlaczego zrobiłam tak, a nie inaczej. Zabrakło by pewnie czasu na stosowne przeprosiny, zgubiły by się gdzieś w natłoku myśli a takie wylewanie smutków w niczym by nie pomogło. Wisiałam teraz na granicy pozostania w klanie, w którym czułam więź z pewnym wilkiem, albo zostawienie go w spokoju i odejście do rodzinnego klanu, gdzie być może odnalazłam bym matkę i Darknessa.
-Przyjdź jutro. - tylko to zdołałam powiedzieć. Wilk był najwyraźniej oburzony, tak przynajmniej sądziłam gdyż nie mogłam się zdobyć na odwagę by spojrzeć w jego niebieskie oczy. Wyszedł. Miałam czas na głębokie rozmyślenia. Nie płakałam, łzy nic by tu nie zdziałały.. Wszystko traktowałam tak, jakby to było nic nie zwykłego i nawet nie zauważyłam kiedy nastała noc, potem zmorzył mnie niespokojny sen i nastał poranek. Nie czułam żadnego bólu, ani po walce z basiorem, ani po nieudolnej próbie odebrania sobie życia. Ronin przyszedł po południu, niosąc za sobą zapach świeżości i wiosennego ożywienia.
-Teraz mi wszystko opowiedz. - usiadł na ziemi i bacznie mnie obserwował. Podniosłam się na łapie i również niezgrabnie usiadłam na łóżku.
-Powinieneś mnie odesłać. Wyrzucić. - uniosłam wzrok na wilka, który był widocznie zaskoczony i jednocześnie zasmucony moją odpowiedzią.
-Jestem zdolny ci wybaczyć wszystko co zrobiłaś, nie mus- przerwałam mu w połowie zdania.
-Ale chcę. Bo widzisz, to nie jest takie proste jak myślisz.
-To mi wytłumacz.- odwróciłam wzrok i spojrzałam na obce ściany jaskini. Były pozbawione wyrazu, nie tam jak u Ronina, Przez oczy na chwile mignął mi obraz kiedy wraz z wilkiem, z radością na twarzy wyskrobywałam marne obrazki na ścianach i podłodze jego domu. Brakowało mi tej przytulności i ciepła, które panowało tam zawsze.
- Tego dnia, kiedy powiedziałam że Alfą jesteś takim jakim jesteś, zdarzyło się coś dziwnego. Chciałam poszukać jakiejś jaskini, bo sądziłam że mnie do siebie już nie wpuścisz. Między krzakami nagle coś się zaświeciło. Nie wiele myśląc, ruszyłam za tym i nim się obejrzałam znalazłam się na bagnach, zupełnie sama na środku ciemnych bagien. Pojawił się ciemny wilk, potem kolejny. Były zbudowane jakby ze zlepów czarnej wody, czy też ze spalonej skóry. - jako że cały czas utrzymywałam kontakt wzrokowy z wilkiem, zauważyłam że jego źrenice nagle się zmniejszyły. Kontynuowałam, zupełnie nie okazując żadnych emocji. -Potem było ich więcej, otoczyły mnie. I wtedy zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Ogłuszyły mnie i jeden z nich jakby przekazywał mi swoją energię. Doskonale pamiętam jaki ból przeszywał każdą cząsteczkę mojego ciała. Wilk ten coś mówił, nie wiedziałam jednak co. Potem zniknęli, po prostu się rozpłynęli a pamiętam że potem obudziłam się czując zupełnie normalnie. No, prawie bo w lewym boku czułam lekki ból. Pojawiło się to - odsunęłam pierzynę i ukazałam dziwne znamię, nadal uważnie lustrując każdy ruch Ronina. - Potem kiedy chciałam iść cię przeprosić, coś mną targnęło i widziałam świat oczyma zupełnie innego wilka. Widziałam siebie jak leżę w śniegu i ciebie jak wychodzisz z jaskini. W tej chwili wróciłam do swojego ciała i po prostu się na ciebie rzuciłam. Byłeś jednym wilkiem kórego widziałam przez ten czas. - przerwałam żeby nabrać powietrza. - Coś mną kierowało żeby cię...zabić. - dosadnie zakończyłam, aby wilk miał czas na te wszystkie przemyślenia.
- To nie byłaś ty. Coś, albo ktoś tobą kierował . - spokojnie wyciągnął wnioski. Przymknęłam oczy i spuściłam głowę. No tak. Ktoś mną kierował.
-Ronin, ale...Czerpałam z tego przyjemność. - oblizałam zaschnięte wargi. Zmieniłam pozycję na łóżku z powodu ścierpniętej łapy. Wtedy coś poczułam nad łopatką, sięgnęłam tam i zza futra które służyło mi jako naturalna kieszeń wyciągnęłam...kamyk. Fioletowy kamyk. Ametyst, który Ronin mi dał w chwili spotkania jego ojca. - Dla mnie już nie ma granic. - szepnęłam, przykładajac kamień do ust i delikatnie muskając jego powierzchnie.
-Sami wyznaczamy sobie granice. - podniosłam na niego wzrok i uniosłam brwi. Jak niby sami tworzymi granice? Sama niby stworzyłam ten podły świat, w którym jestem tylko marionetką do pociągania za sznurki?
-Tak. - potwierdził. Spokojnie obserwował jak w moich oczach pojawiają się niespokojne iskry groźby. - Sami wyznaczamy sobie granice, które możemy przekroczyć, a które zostają za nami. To prawda, świat ma granice ale niektóre pojęcia wykraczają poza nasze rozumowanie. Miałam mętlik w głowie. Każdy milczał, pogrążony w swoich myślach. Zacisnęłam łapę na kamyku, tak że ostre krawędzie boleśnie wbijały mi się w opuszki łap.
-Proszę. Pozwól mi odejść. - powiedziałam spokojnie i wyraźnie, robiąc przerwę między każdym słowem. Wilk gwałtownie odrzucił głowę i konwulsywnie zaprzeczył, kiwając głową. - Proszę...Stwarzam zagrożenie. Dla ciebie, Ronin. Zraniłam cię. Mogłam zabić. Nie wiadomo czy jeszcze to się powtórzy. Czuję, że cząstka tej siły we mnie drzemie. - zeszłam z łóżka, mimo świeżości ran. Ujęłam jego dużą łapę w moje małe i poczułam że na łapie wilka pojawiają się małe, mokre plamki. „Nie płacz Des, to nic takiego. Nie jesteś beksą.” Pociągnąłem nosem. - Ja odejdę. A ty o mnie zapomnisz, tak samo jak ja. Będziemy udawać, że nic się nie stało. Zobaczysz, to będzie łatwiejsze niż myślisz. - otarłam wierzchem łapy łzy, próbując przekonać sama siebie. Nie prawda. To kłamstwo, nigdy o nim nie zapomnę. Zacisnęłam powieki. - Obiecaj mi...obiecaj mi że o mnie zapomnisz, usuniesz mnie ze wspomnień.
-Ale...
-Obiecaj mi! - krzyknęłam na cały głos, powstrzymując się od szlochu. - Zależy mi na tobie, nie chcę cie zranić, a wiem że jestem do tego zdolna. - nagle coś sobie uświadomiłam. Strasznie mnie to zabolało, tak że zgięłam się w pół. - Nie jesteś dla mnie już tylko przyjacielem. Nie jesteś. - nastała długa cisza. Nie wiedziałam co robi Ronin, pewnie patrzy na mnie ze wstrętem jak zalewam się łzami. Nagle poderwałam się z ziemi, odrzuciłam jego łapę i padłam na łóżko.
-Odejdź! Nie ułatwiasz sprawy, ranisz. Wyjdź, proszę. Jutro pójdę po moje rzeczy. Proszę, niech cie tam nie będzie. Nie wytrzymam tego. Za tydzień nie powinno mnie tutaj być. - pierzyna była już przemoczona. Usłyszałam charakterystyczne pociągniecie pazurów po kamieniu. Wyszedł. Czy wróci? Nie wiem. Czy o nim zapomnę? Nigdy.
-Mamo...-szepnęłam przez łzy. - Co ja zrobiłam....-złapałam się z głowę i skuliłam się w kłębek.
(yhm, Ronin? Nie musisz na to odpisywać.)

Odchodzi z Klanu Everything - Wenus!


Wenus

Powód: Decyzja właściciela

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Od Ronina CD Mozilli

Leżałem sobie tak spokojnie na plaży, przez chwilę wpatrując się w niebo. Nareszcie chwila ciszy i spokoju, myślałem, że będę się nią napawał długo, tak więc zamknąłem oczy. W tej pozycji, mogłem sobie przemyśleć kilka spraw. Ostatnimi czasy wszystko się tak strasznie komplikuje. Już sam nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Westchnąłem po czym przysłoniłem sobie oczy łapą, w pewnym momencie usłyszałem jak ktoś kopnął jakiś kamyk. Odsunąłem łapę i kontem oka, spojrzałem na czyjąś sylwetkę. Musiałem zmrużyć oczy, żeby dotarło do mnie, kim jest owy wilk. Była to ta wadera z wczoraj, znowu tutaj przylazła? W Klanie Wody musi być cholernie nudno, skoro praktycznie cały czas tutaj przychodzi. Przyglądała mi się w ciszy, a kiedy wstałem z piasku, przestąpiła z łapy na łapę.
-Myślałem, że coś do Ciebie dotarło - lekko się skrzywiłem
Wadera prychnęła, po czym machnęła nad swoim łbem dlugim, złotawym ogonem. Spoglądała orzy tym na mnie z lekkim rozbawieniem.
-Będę sobie chodzić, gdzie mi się podoba.. Nie za bardzo liczę się z twoim zdaniem - uśmiechnęła się
Przewróciłem oczyma, przez chwilę starając się na nią nie patrzeć. Fakt, że została zignorowana, chyba jej się nie spodobał, bo po chwili oberwałem mokrym piaskiem.
-Powaliło…? - burknąłem rozcierając szczypiące oczy
-Nie traktuj mnie jak powietrza - warknęła
-Uważaj sobie, jesteś u mnie jeśli nie chcesz stąd wylecieć, zwracaj uwagę na to, jak się do mnie odnosisz…
-Jasne, jasne - machnęła łapą zanosząc się śmiechem

(Mozilla? Sorka, że kiepskie - tablet :/ )

Od Livrey

Siedziałam nad strumieniem wpatrując się w topniejące kry na wodzie. Westchnęłam znudzona i położyłam głowę na łapach. Czemu dzisiaj właśnie Hitachi musiał iść szpiegować jakiś klan czy coś? Szkoda, że i ja nie jestem szpiegiem, mogłabym iść razem z nim. Przez dłuższą chwilę nadal tak leżałam, jednak głód dał się we znaki. Zaczęło mi burczeć w brzuchu. Pomału wstając przeciągnęłam się i udałam się do spiżarni. Wchodząc do niej zaskoczyła mnie jedna wielka pustka.
- Och, Livrey - usłyszałam głos Terry - Co, głodna jesteś? - odwróciłam się w jej stronę, a ta spojrzała na mnie pogodnie
- Tak - przytaknęłam łebkiem cicho mówiąc i również się do niej uśmiechnęłam - Ale chyba wpatrując się w pustkę, nie najem się zbytnio - dodałam, na co wadera się zaśmiała
Chwilę z nią pogadałam, powiedziała, że niedawno przy granicy widziała pasące się stadko karibu. Przez tą rozmowę jeszcze bardziej zgłodniałam, więc szybko się z nią pożegnałam i jak najszybciej skierowałam się ku granicy. Biegłam prosto przed siebie między drzewami, gdy tuż przede mnie coś spadło na trawę. W ostatniej chwili zatrzymałam się, aby tego czegoś nie zgnieść.
- Wiewiórka? - zdziwiłam się - Powinnaś jeszcze spać - szturchnęłam leżące zwierzątko z zamkniętymi oczami, a to jak z procy wystrzeliwszy śmignęło z powrotem na drzewo - Zawał - warknęłam po czym wolniejszym krokiem ruszyłam na przód, by znów nic mi drogi nie zastawiło
Wreszcie las się kończył, a tereny bardziej skaliste. Byłam blisko terenów klanu ognia ... czuć było ciepło. Zjechałam z wzgórza w dół w dolinę. Pustka, jedynie co pozostało po karibu to ich odciski i odchody. Chyba musiały być tu przez większy czas, miały dostęp do wody i świeżej młodej trawki. Ruszyłam za ich tropem przez dolinę, nawet nie zauważyłam a od dawna byłam na terenie klanu ognia, no ale byłam przecież czymś zajęta. Przystanęłam słysząc czyjeś kroki, po chwili zeskoczywszy ze skały obok mnie pojawił się wilk. Schylił się tak, że prawie brzuchem dotykał ziemi i zaczął krążyć wokół mnie przyglądając się badawczo. Od wilka od razu czułam ciepło, na 100% to był jeden wilk z tego klanu, po jego zachowaniu wiedziałam, że nie jest zbyt przyjaźnie do mnie nastawiony i na pewno chce abym opuściła te tereny. Sama miałam zamiar stąd iść, ale czułam, że tu gdzieś blisko muszą być karibu.
- Ja tu przelotnie - powiedziałam niepewnie, nie miałam zamiaru go w jakiś sposób zdenerwować
Wilk jakby nie słysząc tego co powiedziałam, nadal nie przestawał krążyć tym razem zaczął powarkiwać. Wreszcie jednak przystanął wpatrując się we mnie czerwonymi oczyma. Muszę przyznać, że te czerwone oczy idealnie pasowały do czarnego futra wilka i do tego, że miał żywioł ognia.
- A dokładnie po co tu przyszłyście? - wreszcie się odezwał, jednak w głosie była nieufność
Chwila ...jakie przyszłyście? Byłam tu sama, nikt za mną nie szedł. Nagle poczułam dotyk na swoim ogonie, obróciłam się by sprawdzić co po mnie łazi. W tej samej chwili z ogona zeskoczyła wiewiórka, ta sama, która spadła z drzewa tuż przede mną, zanim tu przyszłam. Gdy wylądowała na ziemi wbiła we mnie swoje czarne oczka. Dziwne, że się mnie nie bała. Po chwili przypomniało mi się o co mnie wilk zapytał.
- Karibu - zaczęłam - Przyszłam za ich tropem, który prowadzi aż tu ... - właśnie i tu się też kończył
- To się coś spóźniłaś, a teraz lepiej stąd iść. Nie lubię nieproszonych gości ... - powiedział oschle, a ja spojrzałam na wiewiórkę
- Poczekaj! - podbiegłam do wilka, gwałtownie hamując przed nim, ten znów spojrzał na mnie niezadowolony
- Mówiłem coś już - prychnął, widać, że najchętniej chciałby sobie już stąd pójść
Nagle rozległy się spadanie kamieni, a po chwili oboje spojrzeliśmy w tym samym kierunku. Znów ta wiewiórka ... chwila co ona robi? Zaczęła gryźć swój ogon, a po chwili zaczęła się obracać. Gdy wreszcie przestała wariować wbiła nas swoje oczka i wydała swój wiewiórczy odgłos. Zaśmiałam się. Może jednak powinnam stąd iść? Podeszłam do zwierzaczka nie zwracają uwagi na wilka, miałam właśnie sobie iść, gdy ten znów zadał mi pytanie.
- Z jakiego klanu jesteś? - głos wilka brzmiał teraz normalnie, jednak wzrok nadal był nieufny
- Klanu Ziemi - powiedziałam szybko - Wiem, że oba klany nie mają sojuszu, ale naprawdę. Ja już sobie stąd idę - powiedziałam wpatrując się wilka i zaczęła cofać się do tyłu

(Darkness?)

Od Kilan CD Ronin'a

Nie mogłam uwierzyć, że coś tak pięknego mogłoby znajdować się tak blisko nas. Bardzo się cieszyłam, że basior mnie tu zaprowadził. Cały czas rozglądałam się z uśmiechem na pyszczku. Kiedy zapewniłam wilka, że nie będę krzyczeć na widok stworzeń wyglądał tak jakby trochę mu ulżyło. Ciepło się uśmiechnęłam do niego i razem weszliśmy do groty. Były tam istoty najróżniejszej maści. Mistyczne ptaki, ogromne ważki i słonie mniejsze od nas. Większość z nich była przepiękna, ale w cieniu drzew chowały się jakiś inne twory. Z początku nie wychodziły, ale gdy byliśmy tam już dłuższy czas zaczęły powoli podchodzić. Nie wyglądały tak jak inne. Miały zniekształcone ciała, wielkie zęby i kolorowe oczy z białymi źrenicami. Z początku nie przerażały mnie zbytnio, ale kiedy zbliżały się do nas moje serce zaczęło walić jak młot. Z każdym krokiem były coraz straszniejsze. Nagle jeden z nich podszedł bardzo blisko mnie i stanął naprzeciwko spoglądając mi w oczy. Niby nie było w tym nic złego, ale bałam się. Po chwili zaczęło podchodzić coraz bliżej. Już miałam krzyknąć ze strachu, ale powstrzymałam się i spojrzałam na basiora ze strachem. Ronin szybko podbiegł do mnie i odgonił te stwory. Odetchnęłam z ulgą i podziękowałam mu. Spacerowaliśmy tak jeszcze chwilę, gdy nagle zaburczało nam w brzuchach.
- Jesteś głodna? Jest tutaj dosyć dużo dobrych owoców. Może Ci zasmakują - powiedział i zaprowadził mnie na małą łąkę pełną kwiatów
Ugnietliśmy trawę tak żeby było nam wygodnie i położyliśmy się na niej. Po chwili basior poszedł nazbierać jedzenia, a ja ułożyłam się wygodnie i oglądałam przelatujące nade mną kryształowe motyle. Jeden z nich mnie chyba nawet polubił. Siedział na moich łapach i przelatywał z jednej na drugą. Kiedy basior wrócił podniosłam się i uśmiechnęłam. Położył na ziemi paręnaście dorodnych owoców i usiadł naprzeciwko mnie. Przyglądałam się posiłkowi, a gdy zauważyłam, że basior spogląda na mnie podniosłam głowę. Ronin z lekkim śmiechem na mnie patrzył, a ja nie wiedząc o co chodzi delikatnie przekrzywiłam głowę. W tym momencie zrozumiałam o co chodzi. Na mojej głowie siedział motyl i robił za ozdobę do włosów. Po chwili przeleciał na mój nos, a potem na nos wilka. Cicho się zaśmiałam i zaczęłam jeść, a kiedy udało mu się odgonić kryształowego motyla przyłączył się do posiłku. W pewnym momencie poczułam jakby ktoś nas obserwował. Nerwowo podniosłam głowę i zaczęłam się rozglądać. Ronin od razu to zauważył i spojrzał na mnie.
- Kilan o co.. - szybko go uciszyłam i lekko wychyliłam się zza wysokiej trawy
Tak jak myślałam ktoś, a raczej coś nas obserwowało. To był ten sam wilk-zjawa, który opisywał mi moje przeżycia w snach. Gdy zauważył, że mu się przyglądam wstał i zaczął zmierzać ku nam. Szybko schowałam się i zbliżyłam do Ronina. Nie wiedziałam co z tego wyniknie. Kiedy był już bardzo blisko nas basior wyszczerzył kły, ale zagrodziłam mu drogę, żeby nie atakował zjawy. Wilk jak gdyby nigdy nic podszedł do nas i wziął jeden z owoców.
- O co chodzi? - zapytał spoglądając na nas
- Skąd tu się wziąłeś? - wydusiłam i zbliżyłam się do niego
- A gdzie miałbym teraz być? Jestem widmem przyjaciela twojej matki i jestem tutaj, żeby uświadamiać Ci kim tak naprawdę jesteś - odpowiedział kosztując pożywienia
Szczerze mówiąc trochę się zdziwiłam. Tylko po to nękał mnie w snach, a teraz również na jawie? Tylko? Nie rozumiałam tego. Czy naprawdę byłam aż tak ważną postacią? Czy muszę wracać do przeszłości? Nie wiedziałam już co za sobą zrobić, a zjawa nawet nie przejmowała się naszym towarzystwem.
- Chciałbym, żebyś udała się do naszej krainy - dodał spoglądając na mnie kątem oka
Ale jak to? Ja? Czemu akurat mnie dostał się taki „zaszczyt” bycia alfą lodowej krainy..
- Teraz panuje tam straszna wojna. Sąsiednia wataha wilków ognia zaatakowała nas. Wszyscy są osłabieni z powodu straty alf. Myślą, że nie żyjesz i nie chcą walczyć - opowiedział i spojrzał mi w oczy z nadzieją, po czym dodał - Musisz tam wrócić i się im pokazać. Tylko w ten sposób pokażesz im, że jeszcze mają o co walczyć.
Cofnęłam się kilka kroków do tyłu. Ale.. ale.. jak to? Czemu nic wcześniej mi o tym nie powiedział? I czemu musiał to zrobić akurat teraz jak spędzałam czas z Roninem? Nie chciałam go na nic narażać, ale bałam się także sama tam iść. Zjawę widziałam tylko ja i bliskie mi wilki, więc byłabym kompletnie osamotniona. Strach mnie sparaliżował. Wbiłam wzrok w ziemię i wzięłam głęboki oddech. Czułam się tak jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. Teraz nie miałam już wyboru i musiałam udać się do tamtej krainy. Tylko.. Co ze mną i Roninem? Bałam się, że jeżeli odejdę bez niego mogę już nie wrócić lub on mnie znienawidzi, a jeżeli pójdę z nim oboje możemy nie wrócić. Podniosłam powoli głowę, po czym z nadzieją i strachem w oczach podeszłam do basiora. Nie chciałam od niego odchodzić. Był mi zbyt bliski i ważny. W duchu miałam też małą nadzieję, że ja dla niego także coś znaczę. Usiadłam obok i podniosłam głowę. Czemu to przepiękne miejsce przyniosło tyle złych wspomnień i przeżyć? Czemu moja przeszłość musi wiecznie być przy mnie? Czy naprawdę jestem taka ważna? Nie mogąc poradzić sobie z tym wszystkim oparłam głowę o wilka i spróbowałam się uspokoić. Tego wszystkiego było za dużo.. Za szybko wszystko się zmieniało.. Potrzebowałam chwili spokoju i odpoczynku. Na szczęście miałam Ronina. Kiedy był blisko mnie wiedziałam, że nie muszę się bać. Czułam się przy nim dobrze i cieszyłam się, że jest moim bliskim przyjacielem. Nie poradziłabym sobie bez niego. Z mojego oka popłynęła pojedyncza łza, która symbolizowała szczęście z bliskości basiora i smutku z przeszłości. Nie miałam pojęcia co teraz zrobić ani jak to zrobić, ale wiedziałam, że muszę się udać do watahy. Wytarłam łzę i trochę niepewnym głosem odezwałam się.
- Ronin? Czy pójdziesz tam ze mną? - zapytałam szepcząc mu na ucho łamiącym się głosem, a z moich oczu popłynęły kolejne łzy
Nie chciałam wracać tam, gdzie zniszczono mi całe życie…
(Ronin dokończysz? Przepraszam, że musiałaś tak długo czekać)

Wyrzucona z Klanu Everything - Navilatmisa!


Na'vilatmisa Ethea'Peliotto Ruma 
pełne imię - (tł. Ta,która żyje wśród umarłych) 
zwykłe - Navilatmisa

Powód wyrzucenia: Brak kontaktu z właścicielem wilka

Od Octavia C.D. Yuwy

Westchnąłem, wadera miała rację i wiem że nie oto jej chodziło. Zastanowiłem się.
-Czekaj, czy klan ognia nie prowadzi teraz wojny z klanem wody?-zapytałem.
-Prowadzi, a co?-zapytała wadera. Właśnie wchodziła na ścieżkę wydeptaną przez górskie kozice, ale zatrzymała się w pół kroku.
-Nie, nic.-odparłem szybko. Ale skoro my mamy sojusz z klanem wody...to czy nie powinniśmy im pomóc? Szybko odrzuciłem tę myśl, jest nas bardzo mało a wojny nie chcę. Po za tym musiał bym wydać Yuwę, a ja nie wbijam noża w plecy przyjaciołom. Nie potrafił bym. Widać Yuwa wpadła na podobny tor myślenia, ale nic nie powiedziała. Ruszyliśmy jeszcze wyżej, po wyznaczonej drodze. Mogło by się wydawać że dzięki temu będzie ona łatwiejsza, ale nie była. Górskie kozice skaczą daleko i wysoko i urodziły się wśród górskich szczytów. Mają cienkie nogi co pozwala im manewrować między głazami. Wilkom przychodzi to z trudem. W dodatku starałem się iść jak najdalej od krawędzi, bo co jeśli ziemia się osunie? Mam skrzydła i żadnej gwarancji że zdążę je rozłożyć zanim rozbiję się o jakąś półkę skalną. Nagle Yuwa zatrzymała się, o mało co a bym na nią wpadł. Pochłonięty myślami ledwo zdążyłem wyhamować.
-O co chodzi?-zapytałem starając się znaleźć jakiś powód jej zachowania.
-Popatrz na to!-powiedziała i weszła do jakiejś groty, którą dopiero teraz zauważyłem. Czy tylko mi wejście przypominało pyska smoka? Potrząsnąłem głową odganiając czarne myśli, i co z tego że wygląda jak smok? Przecież to tylko zwykła jaskinia.
-To idziesz czy nie?!-zawołała wadera z głębi.-Musisz to zobaczyć!-dodała. Niechętnie wszedłem za nią. Grota bez wątpienia była kiedyś zamieszkiwana przez smoki. Na skałach było widać ślady pazurów. Roztopione głazy mówiły same za siebie i jeszcze...skorupki jaj.
-Powinniśmy tu w ogóle wchodzić?-zapytałem, nie uśmiechało mi się że mógł tu być jakiś smok...szczególnie z żywiołem burzy. Bezwiednie pogładziłem bliznę na ogonie. Pamiątkę po ostatnim takim spotkaniu.
-Przecież tu nie ma nikogo!-odparła rezolutnie. Czy ona nigdy nie widziała smoka?! Podbiegła do mnie i pociągnęła w dalszą część jaskini. Okazało się że to nie zwykła grota tylko sieć tuneli, ciągnąca się przez całą górę. Wszystko dopasowane do smoczych rozmiarów. Nagle aż zachłysnąłem się z wrażenia. Podszedłem bliżej. Było to gniazdo z wielkich liści, jeden miał długość wilka. Nie to było jednak straszne, w gnieździe były cztery jaja. Miały ciemno fioletową barwę i wzór przypominający błyskawice. Bardzo chciałem się mylić ale wyglądało to na gniazdo...smoka burzy. Przełknąłem ślinę i zacząłem się cofać jakbym zobaczył samego diabła. Nie byłem w stanie nawet wychrypieć "uciekajmy!" Yuwa spojrzała na mnie ze zdziwieniem, jakby nie wiedziała co o tym sądzić.

<Yuwa?>

Od Yuwy CD Thundera

- Może masz ochotę pobiegać? - spytałam, widziałam, że wilk jest smutny i chciałam go rozweselić
- Jakoś nie za bardzo - odparł smutno
- Boisz się, że przegrasz? Wymiękasz, stary?
- Odejdź - wilk zaczął się odwracać, ale zagrodziłam mu drogę. Pociągnęłam go lekko zębami za ucho.
- No chodź, co ci szkodzi?
- Nie chcę!
Usiadłam uparta naprzeciw niego.
- No dobra, skoro nie chcesz biegać to może opowiedz co się stało. Ulży ci.
- Skąd wiesz? - spytał z nadzieją
- Jestem mistrzem pocieszania, no już! Zamieniam się w słuch

<Thunder?>

niedziela, 18 stycznia 2015

Od Anuritti CD Alka

Gdy z krzaków wyskoczył stwór o znajomym mi wyglądzie, serce podeszło mi do gardła. Po ostatnim spotkaniu z owym osobnikiem dobrze wiedziałam, czym może się to skończyć. Myśl o tym, że mój towarzysz, który w tym momencie był jedyną deską ratunku w walce ze Zmiechami, miał zmasakrowaną nogę, sprawiła okropny mętlik w mojej głowie. Mimo złamanej kończyny samiec skoczył przede mnie i groźnie wyszczerzył kły w stronę białego jak śnieg wilka. Ten wydawał się być niezainteresowany grą wstępną i wbił swoje ostre zęby w ciało Rudego, powodując głośne piśnięcie z jego strony. Potrzebowałam tylko ułamka sekundy, by zdecydować, który ze Zmiechów będzie moją pierwszą ofiarą, o ile ja pierwsza nie zginę. Nie zważając już na możliwość utraty życia, skoczyłam z impetem na stwora, który szamotał się z Sashą i wbiłam pazury w jego szyję. Zawarczał dziko i pod ciężarem mojego ciała upadł na ziemię. Kątem oka spojrzałam na rudego samca, który z grymasem bólu na pysku wygramolił się spod białego cielska i teraz starał się obezwładnić drugiego Zmiecha. Biały wilk zdążył zadać mu kilka głębokich ran, a ja winiłam się za to, że nie mogę mu w tym momencie pomóc.
Przygniatałam Zmiecha do ziemi, tak jak wtedy. Znów wydawał ten sam dźwięk, który ogłupiał mój umysł i sprawiał, że wracałam do najgorszych wspomnień z życia. Białe, puste oczy patrzyły na mnie z nieopisaną nienawiścią, a potoki cuchnącej śliny zmieszanej z krwią dosłownie lały się z jego pyska, cieknąc po śnieżnobiałej sierści. Zamknęłam oczy i docisnęłam łapą do ziemi jego szyję. Z całej siły, na jaką tylko się mogłam zdobyć. Zmiech zacharczał, a jego ślepia zaszły krwią. To już był jego koniec. Gdy tylko zobaczyłam, jak bezwładne, kościste ciało w jednej sekundzie całkiem się rozkurczyło, zwolniłam uścisk. Nie była mi dana nawet chwila odpoczynku, gdy zobaczyłam, jak drugi Zmiech przygniata Rudego do ziemi. W głośnym warkiem skoczyłam ku niemu i wbiłam zęby w jego kościste plecy. Biały wilk prawie równocześnie odskoczył od Rudego i upadł na ziemię, przygniatając mnie swoim własnym cielskiem.
Chciałam krzyczeć do Sashy by uciekał, ale Zmiech tak mocno przycisnął mnie do ziemi, że nie mogłam złapać oddechu. Oczy naszły mi łzami, gdy poczułam, jak jego zęby wbijają się w mój bok. Ledwo obkręciłam się na plecy, gdy ujrzałam jego przerażający pysk. Za każdym razem, gdy starał się zatopić kły w mojej szyi, obkładałam jego pysk łapami, które były już całe we krwii. 
Nagle Zmiech został ze mnie zepchnięty. Ruda sierść tylko przemknęła mi przed oczami, a sekundę potem biały wilk leżał martwy pod łapami Sashy, z zakrwawioną raną na szyi. 
Podniosłam się chwiejnie na łapy, oddychając płytko. Spojrzałam ogłupionym wzrokiem na samca, który był równie oszołomiony jak ja. 
Obydwoje mieliśmy mnóstwo ran na łapach i ciele. To było jasne, że potrzebowaliśmy chwilkę na otrząśnięcie się z bliskiego spotkania ze śmiercią.
Czując, jak nogi mi miękną, przysiadłam na gruncie, tępo patrząc się w ziemię. Sasha zrobił to samo. 
- Przeżyliśmy? - spytałam oszołomiona, podnosząc wzrok na rudego samca.
- Wygląda na to, że tak. - odpowiedział, dysząc ciężko.
Popatrzyliśmy się niepewnie na siebie.
- Co to było? - spytał po chwili ciszy samiec, stając niepewnie na łapach.
- To zmiechy. - odpowiedziałam tak samo jak Dhiren, gdy ledwo ocalił mi życie. Rudy spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, więc przystąpiłam do wyjaśnień -  Klany, które teraz istnieją, zostały na nowo stworzone po wielkiej zarazie. Trawiła wszystko, co spotkała na swej drodze. Nikt nie wiedział, skąd się wzięła. Wszystkie wilki umierały w zawrotnym tempie, tylko nieliczni zdołali przeżyć. Jedni cali i zdrowi, a reszta pod wpływem trującej mgły zmieniła się w zmiechy. Do dzisiaj krążą po terenach wszystkich klanów, wciąż przypominając nam o przeszłości... zastanawia mnie tylko to, dlaczego pojawiły się teraz. Zawsze były widywane w nocy. - powiedziałam głuchym głosem i zawiesiłam swe spojrzenie na Rudym. - Mamy szczęście, że uszliśmy z  życiem.

<Alku vel Sasho?>

Od Alcirii CD Anuritti

Spojrzałem na nią spode łba. Nagle się zainteresowała moją osobą? Prychnąłem, podsuwając łapę pod siebie.
-W najlepszym przypadku to łapę można po prostu obciąć. - wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się szyderczo. Wadera zrezygnowana pokręciła głową.
-Wilk bez łapy? Nie wyobrażam sobie. - odwróciła się ode mnie i podeszła do kamiennej kładki.
-Ale jeżeli tak bardzo Ci na tym zależy, możesz coś z tym zrobić. - kuśtykając dogoniłem ją. Usiadła przede mną i czekała na jakąś reakcję. - Co? - zapytałem, przekręcajac łeb.
-No pokaż to. - mruknęła i przewróciła oczyma. Wysunąłem spuchnięta, zakrwawioną kończynę w kierunku wadery. Ta ujęła ją delikatnie w swoje, miękkie łapy i zaczęła oględziny. Wpatryałem się w jej oblicze z nieukrywanym zaciekawieniem, a ona raz na jakiś czas rzucała mi przelotne spojrzenie. Zastanawiało mnie, co ona widzi w tym spuchniętym flaku, że z takim skupieniem próbuje wypatrzec każdego szczegółu. Westchnąłem i przysiadłem na ziemi, a drugą łapa wolną od zakażenia i całego tego syfu zacząłem bawić się kamykiem.
-Jak to się stało? - zagaiła, nadal wpatrując się w krople krwi spadające z opuszków łap. Podniosłem zmęczony wzrok na waderę. Otworzyłem usta, ale wadera mnie ubiegła przewidywując moje słowa. - To, jak to się stało że twoja łapa tak wygląda. - wyprostowała się i czekała na odpowiedź. - To ważne.
-Nie wiem – odparłem po chwili namysłu. - Naprawdę nie wiem. Długo wędruje, może coś przez to? W każdym razie, nie pamiętam co sobie zrobiłem. Ani tym bardziej, kiedy to zrobiłem. - Usłyszałem ciężkie westchnięcie, wadera wstała i przeciągnęła się.
-W takim razie musimy iść do medyka. - twardo postanowiła i po chwili znalazła się na środku kładki. Ponagliła mnie wzrokiem
-A ty tego nie zrobisz? - zapytałem, niechętnie podnosząc się z ziemi.
-Łapa jest zbyt spuchnięta, nie dam rady nic zrobić. Chodź szybciej, każda minuta się liczy. - cicho warknęła i wkrótce znalazłem się przy niej. „To aż takie ważne?” pomyślałeam, ale posłusznie dreptałem za białą samicą. Minęliśmy kamienną kładkę i weszliśmy do małego lasu. Białe plamy na podłożu zaczęły ustępywać rozległym kałużom, a z dziupli w drzewach dało się słyszeć ciche postękiwania głodnych zwierząt. W powietrzu unosił się słodki, paskudny zapach zgnilizny poprzeplatany zapachem kwiatów. Niewątpliwie, wiosna. Nie lubiłem wiosny, bardziej gustowałem w jesieni. Wiosna zawsze kojarzyła mi się z przesadnym darzeniem uczuć do drugiego wilka i ogólnym przesłodzeniem absolutnie wszystkiego. Szliśmy w ciszy, którą czasem przerywały trele ptaków, z powodu których moje uszy krwawiły. Nagle, gdzieś między krzakami udało mi się wychwycić inny dźwięk niż śpiew ptaków. Zatrzymałem się i wpatrzyłem się w zielony krzew. Anuritti również się zatrzymała i spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Między gałęziami krzewu widać było jakiś ciemny zarys postaci.
-Co się stało? - uniosłem łapę i uciszyłem gestem wadere, w tym samym momencie postać znikła. Odwróciłem się do wadery, by powiedzieć jej o „szpiegu” i nagle zamarłem. Stało coś, co przypominało ogromnego, zgniłego wilka. Wadera widząc moją minę odwróciła się niespokojnie i spotkawszy wzrok monstrum, otworzyła usta, chciałem do niej podbiec i powstrzymać, nim wyda z siebie jakikolwiek dźwięk, ale boląca łapa mi to uniemożliwiała. W lasku rozległ się przeraźliwy krzyk wadery, a zaraz po nim równie przeraźliwy ryk stwora. Doskoczyłem do wadery z widoczną trudnością, zasłoniłem ją swoim ciałem i obnażyłem kły, warcząc na stwora. W tym czasie usłyszałam za sobą kolejne warknięcie. Odwróciłem na chwilę głowę i zobaczyłem że za nami stoi kolejny taki stwór. Przełknąłem ślinę i modliłem się w duchu, aby An potrafiła walczyć, bo sam z taką łapą nie dam rady.

<Anuritti? Opowiadanie jest nuuudneee, przepraszam :c>

Od Ronina CD Descartes

Nie do końca zrozumiałem, co się właśnie wstało. Descartes tak po prostu zostawiła mnie w spokoju, podeszła do swojej broni i wbiła ją sobie w brzuch. Kropelki krwi przeleciały przed moimi oczyma, lekko plamiąc mi futro. Wadera wbiła pusty wzrok w ziemię, po czym runęła na nią z hukiem. W momencie jej upadku, tak jakby odzyskałem przytomność. Natychmiast podbiegłem do niej, jednak nie wyciągałem broni z jej brzucha. Mógłbym jeszcze bardziej uszkodzić organy a krew wylewałaby się z niej jeszcze bardziej. Owinąłem ranę wadery wpierw jakimś bluszczem, który miał zatamować krwawienie i dopiero wtedy mogłem wyciągnąć z niej broń, delikatnie i pomalutku. Z pomocą magii, lekko ją opatrzyłem, jednak nadal było z nią źle. Nie miałem ją do kogo zabrać, to ona znała się na leczeniu najlepiej z całego Klanu. A gdzie indziej nie będę leciał,  bo to przecież nie ma nawet sensu. Przez jakieś 10 minut jeszcze walczyłem z tym wszystkim, powinno być już dobrze… Jakoś udało mi się ją bezpiecznie przenieść do jej jaskini, co kosztowało mnie wiele czasu i siły. Co się z nią stało? Skąd w niej ten napad złości? Nie wiedziałem, że jestem aż taki zły dla niej. Kiedy teraz tak na nią spoglądałem, moje serce o mało nie rozdarło się na setki kawałeczków. Już mnie nawet nie obchodziło to, że ona mnie nienawidziła. Ona chciała się zabić, a pomimo tego co zrobiła, jej strata byłaby dla mnie czymś okropnym. Nie pogodziłbym się z tym nigdy, obwiniałbym się do końca życia, prawdopodobnie skracając swoje męki. Całą noc przesiedziałem w jej jaskini, martwiłem się o nią, sam nie wiem czemu. Każdy normalny wilk by sobie już dawno poszedł, ale ja nie byłem w stanie. Ja faktycznie byłem strasznie słaby. W środku nocy poczułem ogromny ból we łbie, chciało mi się spać ale nie mogłem. A co jeśli Descartes coś by się stało? Albo ocknęła się i uciekła. Nie… nie mogłem zasnąć, chociażby nie wiem co. Wpierw chciałbym mieć możliwość porozmawiania z nią, kiedy już byśmy wszystko omówili, ewentualnie wtedy pozwoliłbym jej odejść. Spojrzałem na wielki czerwonawy księżyc, przerażała mnie ta jego intensywna barwa. Przełknąłem cicho ślinę, co chwilę spoglądając na śpiącą waderę. Podczas snu wydawała się być taka spokojna, aż nieprawdopodobne, że drzemała w niej taka moc… Spuściłem łeb wpatrując się teraz ze smutkiem na ziemię.
-Gdzie… gdzie ja jestem? – usłyszałem za sobą cichy głos , od razu spojrzałem na Descartes która spróbowała się podnieść
Kiedy do niej podbiegłem, ta tylko się zdziwiła. Chyba nie rozumiała w ogóle tego, jakim cudem przeżyła. Po chwili gdy już wszystko jej się poukładało we łbie, spojrzała na mnie ze strachem, mieszanym z lekkim obrzydzeniem. Trochę mnie to zabolało, zatrzymałem się dwa metry przed nią, intensywnie wpatrując się w jej żółte oczy.
-Zostaw mnie – powiedziała dosyć chłodno – Nie chcę Cię widzieć
-Zamknij się – burknąłem a ona spojrzała na mnie zdziwiona – Za to, że chciałaś mnie zabić, powinienem Ci w ogóle nie pomagać, albo wyrzucić z Klanu… a jednak nadal tutaj jesteś, jesteś tutaj bo jestem słaby – zaśmiałem się – Powiedz mi Descartes… czemu to robisz? Byłem dla Ciebie aż tak zły? – głos mi się lekko załamał
To strasznie bolało, kiedy ktoś kogo doceniasz, wbija Ci nóż w plecy, byłem smutny a za razem wściekły. Jednak ani drgnąłem, licząc na to, że wadera wreszcie coś powie, chociaż było to mało prawdopodobne. W tym momencie potęgowałem fakt, że jestem idiotą, ale cóż, ja to się nigdy niczego nie nauczę.

(Descartes?)

Od Yuwy CD Octavia

- Co za pytanie! - odparłam ze śmiechem i zaczęłam niezgrabnie się wspinać. Po dłuższej chwili znajdowaliśmy się na szczycie. Usiadłam blisko krawędzi, na półce skalnej. Octavio trzymał się trochę dalej.
- N-nie boisz się tu siedzieć? Trochę wysoko tutaj.
- Chyba nie masz lęku wysokości? - spytałam z uśmiechem. - Przecież masz skrzydła.
- Latanie, a siedzenie na skraju przepaści - jest różnica.
- Nie sądzę. - odparłam i nadal wpatrywałam się w granice klanów.
Octavio podszedł trochę bliżej, próbując dowieść swej odwagi.
- Czemu nie możemy żyć w zgodzie? Zobacz... Klany są podzielone.. są wojny.. Czy wszystkie wilki nie mogłyby żyć w zgodzie? Bez względu na rasę..
- Przecież są klany Everything lub Mysterious Thoughts...
- Oh.. wiesz o co mi chodzi! - podniosłam się i przeszłam obok wilka

<Octavio?>

Od Valerii CD Saion'a

No a więc ja zyskałam partnera, a klan kolejną Alfę. Uśmiechnęłam się po pocałunku do Saion'a.
- Nie będziesz chyba tęsknił za Klanem Wody? - spytałam wtulona do niego
- No troszkę tak - uśmiechnął się
- Saion, Alfa Klanu Everything - powiedziałam zmieniając ton głos śmiejąc się po chwili - Pasuje ci - dorzuciłam
Wilk uśmiechnął się po czym  oboje ruszyliśmy do Skythingu, żebym ogłosiła że Saion zostając moim partnerem zostaje również Alfą. Po całym zebraniu wilki się rozeszły do swoich codziennych zajęć lub wróciły do leniuchowania. Skoro są już dwie Alfy, to przydał by się ktoś na Betę ... długo nie musiałam wybierać, Betą został Akuma.
- Myślisz, że dobrze zrobiłam wybierając go? - spytałam Saiona
- Jak na razie nikt się na niego nie skarżył, ogólnie wydaje się być miły - basior wzruszył ramionami, a ja oparłam się o niego głową
Basior pocałował mnie w głowę, a ja przymknęłam oczy. Trochę odpoczynku się przyda, nie wiadomo co kolejny dzień przyniesie.
- Val ... możemy się przejść? - spytał podnosząc się z poduch, a ja spojrzałam się na niego zaskoczona
- Coś się stało? - przekrzywiłam głowę i również się podniosłam
- Nie, ale przejdźmy się - skierował się do wyjścia, a ja udałam się za nim

(Saion? Dzieci chcesz? XD)

Beta w Klanie Everything!

Wreszcie ktoś, kto będzie mógł zastąpić Alfy, jej. A więc krótko mówiąc Betą zostaje nasz kochany ... *pam pam pam* 

AKUMA

Beta w Klanie Wody!

Ponieważ od dłuższego czasu, w Klanie Wody nie było zastępcy postanowiłam, że zostanie nim Ao. No to teraz szukać tylko Gammy ^^

Ao
Samiec Beta
Obrońca

Od Shindy CD Kanban'a

- Krab ... - powiedziałam i wpatrywałam się w tego kraba przez dłuższą chwile nie mrugając - Nie tego nie chcę
- Nikt ci nie każe go jeść - westchnął wilk i ruszył dalej do dalszej części spiżarni
Rozglądałam się po niej, co tu by wybrać. No mogę zjeść sarnę.
- Chcę sarnę - powiedziałam podbiegając do wilka
Po chwili wilk wybierając dla siebie i dla mnie kolację zaniósł ją do jaskini. Przyrządzoną sarnę od razu zaczęłam wcinać. Z pełnym brzuchem opadłam na poduchę.
- Jakie pyszne - powiedziałam zadowolona - Na dobrego kucharza trafiłam ... dobrego i skromnego - dodałam szybko po tym, gdy wilk machnął łapą
Przetarłam łapą oczka i ziewnęłam. Wgramoliłam się do łóżka nakrywając się ciepłym kocem. Jak gdyby nic przymknęłam oczka mówiąc cicho "Dobranoc". Wilk odpowiedział i czekając abym zasnęła nic się nie odzywał. Jednak sen przychodził z trudem, przekręcałam się z boku na bok.
- Nie mogę zasnąć! - krzyknęłam i przekręciłam głowę w stronę wilka - Opowiedz mi bajkę - spojrzałam na niego proszącymi oczkami
Przez chwilę Kanban zwlekał z odpowiedzią, wreszcie podniósł się z poduch i podszedł do mnie włażąc na łóżko. Po chwili zaczął opowiadać bajkę i nim się skapnęłam jak leżąc w jego łapach zasnęłam, jak on również. Tak minął kolejny dzień, który spędziłam u Kanbana. Następnego dnia próbując nie zbudzić właściciela jaskini zaczęłam robić testy, aby się dowiedzieć jaki będę miała żywioł gdy będę starsza. Jednak nie mogło się odbyć to bez żadnych hałasów. Odstawiłam na miejsce dzbanek, całe szczęście, że nie pękł, bo nie chcę wiedzieć jak by na to zareagował wilk. I tak dużo dla mnie zrobił, zaopiekował się mną i dał miejsce na nocleg, a ja mu sprawiłam dużo kłopotów.
- Nie śpisz? - usłyszałam zaspany głos Kanbana, stał w przejściu i wpatrywał się we mnie zaspanymi oczyma
- Wiesz, że ta bajka i ciebie uśpiła? - uśmiechnęłam się - Dziękuję że się mną zajmujesz - przytuliłam się do wilka

(Kanban? tak kałai :3 )

Od Ronina CD Kilan

Spojrzałem z ciepłym uśmiechem na Kilan, musiało to wyglądać uroczo skoro oboje mieliśmy bardo podobne do siebie wisiorki. Przytuliłem waderę w formie podzięki, po czym ruszyłem dalej. Od już tak dawna chciałem waderze pokazać ten prawdziwy świat, a nie ten fałszywym na którym mieszka każdy wilk, nawet ludzie. Kilan co chwilę pytała, dokąd ją zabieram jednak ja zbywałem jej pytania tajemniczym uśmiechem. Kiedy wreszcie dotarliśmy do dosyć głębokiej dziury, spojrzałem na dół, było tam teraz tak dziwnie ciemno. Ale nie ma się co przejmować, to już nie pierwszy raz, na dole i tak jest przepięknie. Spojrzałem na Kilan z szerokim uśmiechem, a ona jakby się w tym momencie trochę zawahała.
-Ronin… ta dziura nie ma końca – zająknęła się – Spójrz tam, nie mam złego wzroku… a nic nie widzę.
Podszedłem do niej i jeszcze raz spojrzałem w dół, spoglądnąłem w jej lekko przerażone oczy i przytaknąłem z powagą. Jednak po chwili zaśmiałem się głośno i zepchnąłem waderę na dół, po czym sam skoczyłem za nią. Do moich uszu natychmiast dobiegł przeraźliwy krzyk Kilan. Wraz z przebyciem bariery, wszystko stało się jasne. Wylądowałem miękko na ziemi, natomiast wadera była podtrzymywana przez wielki, fioletowy liść. Zszokowana zsunęła się z niego, rozglądając się w około. Z każdej sekundy zdumienie na jej pyszczku wzrastało.
-Gdzie my jesteśmy? – spojrzała na mnie
-Na właściwym poziome świata. Tutaj znajduje się Świątynia w naszym Klanie, oraz niezłomnie od wielu tysiącleci, mieszkają tutaj przeróżne stworzenia. Ten kryształek który masz na swojej szyi, to pióro ptaka – uśmiechnąłem się a Kilan dotknęła łapą ametystu
Jak na zawołanie, metrowy smoczek podszedł do niej. Była to odmiana spotykana tylko tutaj, dorosłe osobniki były takiego małego wzrostu. Jednak to nie znaczyło, że są słabe. Są przeraźliwie zwinne, szybkie i cwane. Lubią błyskotki i często kradną, jednak nie interesowały je przedmioty z ‘’tego’’ świata. Wolały kolekcjonować przedmioty z góry, a że nie mogły opuszczać tego miejsca, cierpiały z tego powodu. Biały niczym śnieg smok podszedł do Kilan, zwinnie przemykając się pomiędzy jej łapami, po chwili oplótł swój ogon wokół jej szyi, wpatrując się swoimi fioletowymi oczkami w jej. Wydał z siebie dziwny odgłosik, przekrzywiając przy tym główkę. Po chwili odsunął się i czmychnął w stronę krzaków. Wadera po chwili otrząsnęła się z szoku i zaniosła się cichutkim śmiechem. Na ten widok zrobiło mi się jakoś tak ciepło na sercu, uśmiechnąłem się po czym wesołym krokiem ruszyłem przed siebie. Tereny tutaj były ogromne, dużo większe niż całego Klanu Ziemi i na pewno były bardziej niesamowite. Do Klanu Ziemi mógł wejść każdy, nawet obcy, jednak tutaj przyjść mogli tylko należący do Klanu. I to było w tym niesamowite… Podbiegłem do stosu kamieni i gdy tylko dotknąłem jednego z nich łapą, pojawiły się na nim niebieskie, neonowe wzorki. Po chwili kamienie zaczęły się delikatnie unosić, tworząc schodki do położonej na porośniętej, wielkiej skale jaskini. Pokazałem Kilan skinięciem łba, żeby ruszyła za mną. Skacząc z kamienia na kamień, po chwili byliśmy już na górze. W rogu dosyć małej jaskini, była wąska szczelina, jednak ani ja ani Kilan nie byliśmy szerocy, więc udało nam się przez nią przecisnąć. Byliśmy teraz również w jaskini, tylko że ta była o wiele większa. Ponad połowę miejsca zajmowało błękitne jeziorko, na którego dnie było mnóstwo kamieni szlachetnych. Na drugim końcu jaskini, była ogromna dziura, prowadząca do miejsca, gdzie większość stworzeń stąd, mieszka.
-Kilan pamiętaj o jednym – powiedziałem zanim wyszliśmy na zewnątrz –pod żadnym pozorem, nie wolno Ci krzyknąć na jakieś stworzenie, nie ważne czy to ze złości, czy ze strachu. Jak kol wiek by ono wyglądało, nic Ci nie zrobią.. nie przy mnie…
-Nie martw się, nie krzyknę – uśmiechnęła się
Po tym zapewnieniu, zrobiło mi się jakoś lżej

(Kilan?)

Wiosna!


Świat budzi się po zimowej drzemce, topnieje śnieg, ptaki zaczynają wesoło śpiewać, wróciły już z ciepłych krajów i budują gniazda na wysokich drzewach, a zwierzęta wychodzą ze swoich zimowych norek. Słońce zaczyna mocniej przygrzewać, na dworze robi się cieplej, a dni są coraz dłuższe.
 Codziennie widać jak trawa się zieleni, a na drzewach rozwijają się liście i kwiaty. Świat staje się piękny i kolorowy, przypomina zaczarowana krainę. Gody się zbliżają 8)


 
 

Nowy wygląd! (znowu)

No cześć ^^
Jest dokładnie 00:58, a ja zamiast słodko spać, robię wygląd, bo cierpię na bezsenność. xd
Jak każdy widzi, wygląd znów został zmieniony. Rej mnie natchnęła, więc ma... Zresztą, i tak nie ma śniegu, chyba każdy czuje się jak w marcu (ja bynajmniej tak), więc po co ma być ten "zimowy" wygląd? Chyba tylko po to, żeby nas dobijać. ;w;
Już nie gderając - mam nadzieję, że nowa oprawka się podoba... Zresztą, zagości tutaj chyba na dłużej. ^^ (chyba, że ja albo Rej znów będziemy mieć kaprysy xD) 
Jeśli macie jakieś zastrzeżenia lub sugestie, piszcie w komentarzach. W końcu to Wam ma się podobać. :3

Enjoy the nju dezajn!
~Szczerbatek
Inka
Misia
Jak kto woli

Od Octavia C.D. Yuwy

-Idę z tobą.-odpowiedziałem na pytanie wadery. Spod, masy śniegu widać było rude włosy i szoro-czarną sierść.
-Jak się nazywasz? Bo ja jestem Octavio.-zapytałem i przedstawiłem się.
-Yuwa-odpowiedziała wadera. Rozmawialiśmy aż doszliśmy do gór. Było tu jeszcze więcej śniegu, dla mnie nie stanowiło to problemu-odpychałem go wiatrem a Yuwa roztapiała go. Doszliśmy do rzeki.
-Hm...jak tu przejść?-myślała na głos wadera. Złapałem ją w psie i przeniosłem na drugą stronę.
-Właśnie tak.-odpowiedziałem ze śmiechem. Ruszyliśmy dalej. Teren robił się coraz bardziej kamienisty, drzewa zaczęły rosnąć coraz żadziej aż w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Przed nami roztaczał się piękny widok na Góry Wiatru. Nad nami przeleciał orzeł, skrzecząc radośnie, w szponach trzymał zdobycz.
-To jak, wspinamy się?-zapytałem. Miałem coraz większą ochotę tam wejść.
 <Yuwa? Brak weny :c>

Od Octavia C.D. Izaline

-Nic poważnego.-powiedziałem. Włściwie miałem szramę na ogonie, ten przebrzydły gad zdążył dosięgnąć mnie pazurem. Mam nadzieję że nie miał w nich jadu.
-Gdzie cię zranił?-spytała Izaline.
-W ogon.-odpowiedziałem. Nie miałem zamiaru tego ukrywać, i tak prędzej czy później zobaczyła by krew na śniegu. Pokazałem jej ogon, rana zaczynała się od połowy ogona i szła aż do samego końca. Nie była jakaś bardzo szeroka ale głęboka.
-Zostanie ci po tym blizna.-powiedział wadera, jakbym tego nie wiedział. Rozejrzałem się szybko dookoła, zerwałem kilka liści leczniaka czerwonego oraz pnącza migdałowca chńskiego. Roztarłem liście i pnącza i wtarłem je w ranę. Na razie powinno wystarczyć, zatrzyma krwawienie i nie wda się żadna infekcja. Szkoda że nie mam przy sobie bandaża. Spojrzałem na Izaline, miała zadraśnięty policzek. Wziąłem trochę roztartych roślin i wtarłem jej w ranę.
-Czy migdałowiec chiński nie jest trujący?-zapytała się przestraszona.
-Tylko osobno i w dużych ilościach, leczniak czerwony neutralizuje toksyny tak że leczą a nie trują. Zatrzyma też krwawienie i nie wda się infekcja.-odpowiedziałem i uśmiechnąłem się do niej.
-Może powinniśmy wracać do reszty?-zapytała. Pokiwałem głową, jak na dzisiaj miałem dosyć przygód. Wystarczy mi doświadczeń ze smokami burzy do końca życia. A i tak za raz będzie noc.
-To lecimy.-powiedziałem i wznieśliśmy się w powietrze.
 <Izaline?>

sobota, 17 stycznia 2015

Nowy wilk w Klanie Wody

Cobalt
Zwykły Członek
Przywódca Polowań

Od Kanbana CD Yooki

Spojrzałem na stojącego przede mną wilka, kolejny zagubiony szczeniak? Mam już dosyć bycia niańką, chociaż chwilę. Rysy pyszczka to ona miała raczej dorosłe, poza tym emanowała od niej moc wody. Przekrzywiłem łeb, żeby lepiej spojrzeć w jej niebieskie oczka. Czyżby była z Klanu Wody? No to nie mam za co na nią krzyczeć, mamy sojusz więc może sobie tutaj siedzieć ile jej się żywnie podoba. W przeciwieństwie do większości wilków, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Wyglądała jak zwykły, niemagiczny wilk. Brązowe futro i niebieskie oczy, jednak to sprawiało, że na swój sposób była wyjątkowa.
-Ymm... gdzie ja jestem? - rozejrzała się trochę jakby rozkojarzona - i kim ty jesteś?
-Kanban - lekko się skłoniłem - i jesteś na terenach Klanu Everything, jesteś z Klanu Wody?
-Tak - przytaknęła dosyć niepewnie
-To dobrze - uśmiechnąłem się - Gdybyś była z innego, mogłoby się to skończyć troszkę nieciekawie.
Chwilę jakby się zastanowiła, jednak ostatecznie zrozumiała i przytaknęła.
-Jest już dosyć ciemno.. czemu zapuściłaś się tak daleko o tej godzinie?
Wadera wzruszyła ramionami, chyba nie była za bardzo rozmowna. Albo po prostu nie miała ochotę teraz nawiązywać z kim kontaktu, a szczególnie z takim podejrzanym wilkiem jak ja.

(Yooka?)

Od Kanbana CD Shindy

Nie mogę jej powiedzieć jak było naprawdę, ona by tego zrozumiała. Jest za mała, poza tym nawet jeśli, to nie chcę, żeby ona o tym wiedziała.
-Po prostu od momentu kiedy się urodziłem, on ze mną był. Nawet jeśli o tym nie wiedziałem, on dawał mi siłę. Dlatego nie można go lekceważyć, nie potrafię nad nim zapanować...
-Dziwne, dajesz się mu wykorzystywać jak małe dziecko? - przekrzywiła łeb
-Nie - zaśmiałem się - To on raczej jest takim małym dzieckiem, pomimo tego, że jest dorosły... nie potrafi zrozumieć tego świata, powiedzmy... że nie jest przyzwyczajony do tego miejsca, urodził się gdzie indziej. Dlatego nie obwiniaj go o wszystko, on ma taką naturę i tyle, nie zmienisz go.
Shinda przytaknęła a ja pogłaskałem ją po łbie. Zastanowiłem się chwilę, co by tu porobić. Skoro jestem niańką, to wypadałoby już się nią zająć. Może po prostu jakiś spacer? Nie pytając nawet się wadery, ruszyłem w stronę Świątyni. Tam opowiedziałem jej o obrzędach i uroczystościach obchodzonych w naszym Klanie. Opowiedziałem jej również historię tego Klanu, co trwało bardzo długo jednak ona okazała się bardzo dobrym słuchaczem. Skoro ona tutaj już należy, powinna znać losy tego miejsca. Bardzo ją to wszystko ciekawiło i sama dopytywała się głębszych szczegółów, miała chyba także dosyć dobrą pamięć do zapamiętywania. Cieszyło mnie to, ponieważ lubiłem mieć do czynienia z mądrymi i wyrozumiałymi wilkami.
-Chyba nadeszła już pora kolacji... obiad niestety przegapiliśmy - westchnąłem - masz jakieś pomysły, co chcesz zjeść?
-Zabierz mnie do spiżarni, sama sobie wybiorę!
-A nie wolisz pójść na polowanie i się pouczyć tego trochę?
-Jestem za bardzo na to zmęczona - udała omdlenie
Westchnąłem i ruszyłem do wyjścia, ona od razu pomknęła za mną ze śmiechem. Kiedy tylko dotarliśmy do spiżarni ona się wszystkiemu przyglądała.
-A to? Co to jest?
-Krab - skrzywiłem się

(Shinda?)

Od Akumy CD Firefox

Spojrzałem na swój opatrunek, w sumie mógłbym to uleczyć znakiem, ale zauważyliby, że jest coś ze mną nie tak. Nie chciałem, żeby każdy wiedział o mojej nietypowej naturze. Spojrzałem na Nathaniel`a i skinąłem do niego łbem, w formie podziękowania. Ten uśmiechnął się, a ja to zignorowałem. Spojrzałem na Firefox. Ona również spoglądała na mnie, czegoś ode mnie chciała?
-Nie będzie Ci tak ciężko łazić po całym Klanie? A właściwie, to skakać?
-Mogę lewitować - zademonstrowałem jej - W ten sposób dotrę wszędzie, bez zbędnego kicania - westchnąłem - Za tą łapę, to Cię kiedyś zabiję... naprawdę
-Czekam - zaśmiała się
Przewróciłem oczyma, jednak lekki cień uśmiechu zagościł na moim pyszczku. Spojrzałem na nią kontem oka, dziwne, normalnie to bym już kogoś takiego rozszarpał. A nie miałem jakiejś specjalnej ochoty robić tego jej. Naprawdę denerwował mnie ten fakt, nie może być, że mięknę... to by było straszne.
-Możesz mi w ogóle powiedzieć, co Ci przyszło do łba, z dawaniem mnie na drzewo? - prychnęła
-To samo, co Tobie skakanie na mnie z tego drzewa. Mogłaś mnie nawet zabić, dobrze, że zamiast karku skręciłem sobie łapę - westchnąłem - Zawsze się tak rzucasz na nowo poznanych?

(Firefox?)

Od Yuwy

Ruszyłam przez zamrożoną polanę. Dotknęłam rozgrzaną łapą białego puchu. Zaczął parować, topić się i zamieniać w lód. Odskoczyłam uradowana. Rozgrzałam wszystkie cztery łapy i zaczęłam skakać sobie zostawiać ślady. Wyglądałam przy tym jak sarna. W pewnym momencie przewaliłam się na śniegu i zaczęłam robić anioły. Wstałam i posypałam po sobie jeszcze trochę śniegu, żeby wyglądać jeszcze zabawniej. Ruszyłam dumnie w stronę Klanu Powietrza. Strażnicy, którzy pilnowali granic nawet nie próbowali mnie powstrzymać. Patrzeli tylko zdziwieni jak truchtam w stronę Gór Wiatru. Nagle naprzeciw wyszedł mi wilk.
- Co ty tu robisz? - spytał
- Idę do Gór Wiatru, a później na Latające Skały.
- Hm... Dość ciekawy kamuflaż - zauważył z uśmiechem
- Dobra to wydasz mnie czy idziesz ze mną? - spytałam wilka patrząc prosto w jego niebiesko - brązowe oczy.

<Octavio?>

Nowy wilk w Klanie Ognia!

Yuwa
Nauczycielka Polowań

Od Mozilli CD Ronina

-Jeśli możesz-uśmiechnęłam się.
Ronin wydawał sie byc teraz dla mnie trochę milszy a wcześniej był taki oschły.
Odprowadził mnie na plaże. Był piękny zachód słońca. Wpatrywałam się chwile w basiora.
-Dzięki Ronin. Stąd trafie do klanu wody-powiedziałam przyjaźnie a Ronin odszedł. Zaczęłam wpatrywać się w wode i wskoczyłam do niej i już po kilku minutach byłam w klanie. Otrzepałam sierść z wody i pobiegłam do jaskini. Zrobiło się ciemno. Położyłam się na kanapie i poszłam spać.
----------Następnego dnia--------
Obudziłam się około godziny 8.00.Wyszłam na polowanie. Upolowałam dużego jelenia i zjadłam ze smakiem.
"Co by teraz porobić"-pomyślałam, przechadzając się.
"Już wiem! Pójde do klanu Ziemii"-i pobiegłam.
Przepłynęłam przez morze i wyszłam na brzeg. Na plaży u memu zdzwieniu leżał Ronin!?
Ronin?ten cholerny brak weny!

Od Livrey CD Hitachiego

To jego ziewanie, nie wiem czy udawane czy prawdziwe, zaraziło mnie i sama po chwili ziewnęłam przeciągając się.
- Mam wymyślić coś ciekawego? - spytałam - Na pewno to ja mam coś wymyślić? - Hitachi kiwnął łbem, czekając na moje propozycje
Niech pomyślę, hmm. Łapą zaczęłam zataczać kręgi w śniegu, rozglądając się przy tym wokół. Co by tu zrobić ... no co. 
- Ziemia do Liv - wykrzyknął mi do ucha, na co ja przywaliłam mu łbem w jego łepetynę a ten wywalił się na śnieg
- Gdy myślę nie wydzieraj się - prychnęłam po czym biorąc śnieg do łapy wpakowałam go Hitachiemu do buzi, gdy miał ją otwartą jeszcze żeby na mnie krzyknąć
Jednak i ja musiałam dostać śniegiem, bo na mnie napluł. 
- To twoje "coś ciekawego"?! - wypluł resztki śniegu i położył się na śniegu
- Nie - westchnęłam - Chodź to może coś wymyślę - pacnęłam go w głowę
Ten niechętnie podniósł się ze śniegu i zaczął wolno iść za mną. Śnieg jest wszędzie, wszędzie! Dość miałam tego śniegu, niech już będzie wiosna. Skocznie szłam przed siebie, natomiast mój przyjaciel wlókł się po śniegu jak jakiś starzec. No był starcem, kiedyś go tak przecież nazwałam hihi. Zjechałam z górki tuż na brzeg jeziora, który był pokryty lodem. Postawiłam łapy powoli na lodzie i już miałam zacząć jeździć, gdy zostałam złapana za ogon. Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam jak Hitachi trzyma mnie zębami za mój biedny ogon. Upadłam plackiem na lód i zostałam wyciągnięta na stały ląd.
- Pamiętasz? Lód się zarwał, a ty wylądowałaś pod wodą - skarcił mnie, a ja zaczęłam głaskać swój obolały ogon
- Tak - prychnęłam i wstałam - Ty teraz coś proponuj - westchnęłam

(Hitachi?)