środa, 29 kwietnia 2015

Od Kid`a CD Klaris

  Wadera którą całkiem niedawno poznałem, wydawała się być dosyć ciekawą postacią. Jej futro lśniło jak drugi księżyc, albo gwiazda która spadła z nieba. Kto wie, kim naprawdę jest ta wadera? Każdy wilk tutaj jest owiany pewną tajemnicą, którą trzyma tylko i wyłącznie dla siebie. Ot cała niesamowitość tego Klanu. Kiedy już odprowadziłem waderę do jej nowej, prywatnej jaskini która muszę przyznać, była jedną z lepszych jaskiń [zarówno jeśli chodzi o jej rozmiar jak i umiejscowienie], udałem się jeszcze na krótki obchód. Co prawda nad tym terenem pieczę sprawował Ao, który za karę musiał pilnować 3/4 Klanu przez całą noc, a w dzień także miał dużo do roboty. Zaskakuje mnie upór i determinacja tego wilka, że on nadal się trzyma prosto na swoich tyczkowatych łapach. W końcu jest Betą, musi być silny... a takie zadanie nauczy go, żeby na przyszłość mi nie pyskować i sprzeciwiać się, musi być posłuszny. Jedyny minus tego zajścia był takie, że teraz wychodziłem na okrutnego Alfę. No cóż, może trochę prawdy w tym jest. Ale czego oczekiwać od wilka, który nigdy, przenigdy, nie zaznał miłości i troski jako szczeniak. Wiadomo było od początku, że wyrośnie ze mnie osobnik o stalowej psychice i chłodnej pokrywie... Wskoczyłem na pień powalonego drzewa, mrużąc swoje niemalże świecące w ciemności, złote ślipia. Wystraszyłem przez to jakiegoś lisa, który zaczął uciekać jak najszybciej na swoich łapkach. Przez chwilę stałem tak, wsłuchując się w głuchą ciszę. Kiedy już mi się to znudziło, udałem się do swojej pustej jaskini. Od odejścia Sakury, było tutaj dziwnie pusto... a odkąd Greoms dostała swoją własną jaskinię, to miejsce już kompletnie przestało być przyjemnym miejscem. Krążąc przez chwilę po swojej ostoi, machałem lekko ogonem w prawo i w lewo, odgarniając pojedyncze, małe kamyki z ziemi. Kiedy to moje zajęcie już mi się znudziło, postanowiłem się położyć. W końcu mam wstać tuż przed wschodem słońca i na chwilę zmienić naszego jakże biednego teraz betę. Wskoczyłem na wdrążenie w jaskini, jakieś cztery metry nad ziemią... w takim wypadku lepiej będzie powiedzieć, że tam wręcz wleciałem. Położyłem się tak, żeby w razie czego mieć oko na wejście do jaskini. Lubiłem swoje legowisko, gdyby ktoś nieproszony tutaj wtargnął, w tym mroku mnie nie dostrzeże i będę mógł go szybko zaatakować. Jednak taka sytuacja jeszcze nigdy nie miała miejsca i mam nadzieję, że nie będzie miała.
  Zeskoczyłem na dół, miękko lądując na swoich długich łapach. W mojej naturze było to dziwne, że już od razu po przebudzeniu się nie byłem rozespany, czułem się tak jakbym był w stanie przenosić góry... może by mi się to w sumie udało z drobną pomocą mocy? Dobra, nie chcę kombinować. Pierwszym moim zajęciem jest uzupełnienie szybko spiżarni, ale tak odrobinkę bo to nie moje główne zajęcie tego dnia. Tak samo, nie jest to też przez godzinę pilnowania pobliskiego lasu. Właściwie jak się nad tym zastanowić, moim głównym zajęciem dnia... jest po prostu wykonanie po trochu każdego ze stanowisk. No i może w górującej mierze trening wojowników. Tak więc żeby nie tracić więcej czasu, jak najszybciej pozbawiłem życia kilka zająców i jedną kaczkę. Następnie wszystko to zawlokłem do spiżarni.
- Kid - usłyszałem zniecierpliwiony głos Ao dobiegający gdzieś... zza krzaków? - Spóźniłeś się już z dobre dziesięć minut.
- Tak, wiem - zmusiłem się do lekkiego uśmiechu skacząc przez krzaki i lądując obok niecierpliwego basiora - zmykaj.
Wilk przytaknął po czym zniknął. Nic mi nie powiedział, więc mogę zgadnąć, że noc była całkiem spokojna i odbyło się bez jakichkolwiek problemów. Czyli teraz powinno być podobnie. Usiadłem sobie w cieniu, obok małego strumyka a dlaczego tutaj? Niżej było małe urwisko, a stąd było widać całą ogromną polanę a dalej plażę. Siedziałem sobie tak może z dziesięć minut, do kiedy z zamyśleń nie wytrąciło mnie szeleszczenie w trawie. Odwróciłem się powoli i zobaczyłem jedynie tą nową waderę, która szła przed siebie jakby starając się rozpoznać nowe tereny. Przeskoczyła przez rzeczkę, jednak ponieważ wykonała za długi skok, wpadła do płytkiego potoku. Ach tak to jest w Klanie Wody. Woda obok wody...
- Wcześnie wstałaś - wstałem otrzepując się z ziemi

(Klaris?)

Jesień!

Z drzew powoli zaczynają opadać liście, temperatura powoli spada a dnie stają się coraz krótsze. Deszcz pada niemal nieustannie, raz na czas sobie odpuszczając.
Dodatkowo wilki postarzają się teraz o rok [proszę Alf o nie postarzanie wilków ze swoich Klanów, zajmę się tym sama]



~Reita.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Od Neytiri CD Octavia

Ruszyłam za moim towarzyszem przez kamienistą ścieżkę, która ciągnęła się coraz wyżej i wyżej. Mimo rażącego i gorącego słońca było nam na początku bardzo ciepło, ale później, kiedy byliśmy już w połowie, zaczął wiać chłodniejszy wiatr, przez co lżej się szło.
- Octavio, trochę ci zazdroszczę tego że możesz latać. - wspomniałam by nie było zbyt nudno przez ciszę. Może przez rozmowę zrobi się milej.
- Naprawdę? - odpowiedział i uśmiechnął się spoglądając na mnie.
- Tak. Też bym tak chciała móc wzbić się na skrzydłach i latać wysoko w chmurach, obserwować inne wilki z góry i... Mogłabym tak jeszcze wymieniać, ale by to baaardzo długo zajęło. - zamachałam ogonem uśmiechając się delikatnie.
- Wiesz, zdarza się że nawet nasze największe marzenia się spełniają. - odpowiedział. - Ja również bardzo lubię latać. To niepowtarzalne uczucie. - dodał.
Miałam już odpowiedzieć, ale weszliśmy na wyższe wzniesienie będące w drodze do szczytu. Były z niego niesamowite widoki.
- Łał...- zachwyciłam się.
- Ładnie, prawda?
- Tak...bardzo. Miałeś rację, że tutaj będzie lepiej. Przynajmniej da się coś zobaczyć, a nie jak tam, pod wiatr, dzięki któremu prawie nie dało się otworzyć oczu. - zachichotałam nadal nie odrywając wzroku od pięknych widoków. Było tu tyle widać...
- Chodź dalej, to będzie jeszcze lepiej. - ponaglił mnie ruszając wolnym krokiem, abym mogła go szybciej dogonić.
- Oczywiście. - machnęłam ogonem doganiając go jak najszybciej i dostosowując się do jego tempa. Byliśmy już blisko celu, a ziemia zaczęła być coraz chłodniejsza, co wyczułam w łapach. Niedługo potem zobaczyłam przed nami biały, lśniący śnieg, który widzieliśmy już wcześniej z dołu. Kiedy stanęliśmy na szczycie, aż nie mogłam uwierzyć. Teraz było widać cały klan powietrza, a chmury wyglądały jakby były niżej od nas.
- Oh, Octavio! - zawołałam - widzisz to? To takie zabawne i piękne! - zaśmiałam się. Dawno tak się nie ucieszyłam, a szczególnie z widoków, co do których często jestem wybredna.
- I jak, mówiłem że na szczycie będzie lepiej?
- Tak, jest sto razy lepiej. - usiadłam merdając ogonem. Pod moimi łapami było tak biało jakby była już zima. Uśmiechnęłam się. Po czym zerknęłam na Octavia.
- No a ty też pewnie lubisz takie widoki, co?

<Octavio?>

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Od Marona cd historii Kilan, Jane

Ocknąłem się leżąc na boku w jaskini. Pierwsze, co do mnie dotarło, to mój zwariowany sen. Kilan, tunele, wisior… Ciekawe, czy rzeczywiście w Klanie Ziemi jest wadera o takim imieniu. Już miałem się podnieść, kiedy nade mną pochyliła się moja wilczyca ze snu.
-Maron, nic ci nie jest?- spytała się speszona, jej nos był kilka centymetrów od mojego.
-Mam tylko mentlik w głowie…- a więc jednak to działo się naprawdę –Dziękuję ci, że mnie stamtąd wyciągnęłaś i przywlokłaś tutaj.
Na jej pyszczku widniało kilka świeżych zadrapań. Pewnie musiała się nieźle namęczyć, żeby mnie tu przytargać. Miałem ochotę ją przytulić, ale słowne podziękowania muszą starczyć.
-Nie ma sprawy- bąknęła i spuściła wzrok – Co tak naprawdę się tam stało? Co stało się z tobą?
-Ja… Nie jestem pewien- bałem się prawdy –Chyba miałem jakieś omamy.
-Medalion nie jest przewidzeniem. Mogę go obejrzeć?
-Śmiało- zgodziłem się, choć coś mi mówiło, że to nie jest dobry pomysł.
Pochyliłem pysk, i jeszcze raz uważnie się przyjrzałem mojej nowej ozdobie. Na cienkim czarnym łańcuszku zawieszony był owalny kamień, gładko oszlifowany. Teraz niemalże czarny, gdzie niegdzie błyskał czerwienią. Kilan usiadła naprzeciwko mnie i uważnie się mu przypatrywała. Po chwili podniosła łapę i dotknęła klejnotu.
-Ała!- krzyknęła i cofnęła łapę –Parzy!
Wisior jakby obudził się ze snu. Poczułem jak łańcuszek ściślej oplata mi szyje, a kamień cały rozjarzył się szkarłatem.
„Witaj Maronie”- usłyszałem głos w swojej głowie. Głos medalionu. Głos Eri.
Kilan dostrzegła, że coś jest ze mną nie tak. Otworzyła pyszczek, aby coś powiedzieć, lecz ja nietaktownie weszłam jej w słowo.
-Dziękuję za mile spędzony czas, i za to co dla mnie zrobiłaś. Jestem świadom, że nie każdy by się na to zdobył. Nie zapomnę o tobie i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
Kilan lekko się zarumieniła.
-Idź prosto na zachód. Trafisz na kilka ścieżek, prowadzących do Klanu Ognia- odwróciła wzrok.
Przyglądałem się jej przez kilka chwil, chcąc jak najlepiej ja zapamiętać. Przytaknąłem i ruszyłem w drogę do domu.
~
-Kogo my tu mamy…- usłyszałem jadowity głos Solitaire –Za gorąco ci ptaszku w naszym gnieździe, że wyfrunąłeś do obcej watahy?
Spiorunowałem ją tylko spojrzeniem. Musiałem wszystko dokładnie przemyśleć, zastanowić się, co dalej. Nie miałem czasu na użeranie się z nią. Jej rana się zagoiła, żal został, nienawiść wzrosła.
-Nie będę się przed tobą spowiadał- starałem się zachować swoje uczucia w ryzach- Wiesz, kto się tu zna na leczeniu?
-Wreszcie się połapałeś, że masz w mózgownicy nasrane? Muszę cię rozczarować, ale na terapię już za późno- uśmiechnęła się wrednie –Tak czy inaczej, w naszym klanie nie ma obecnie ani lekarza, ani znachora.
Kiwnąłem sztywno głową, nie trudząc się nawet na ripostę. Chciałem już odejść, gdy…
-Maronie, nie pochwaliłeś się swoją nową biżuterią- nie odrywała swoich błękitnych oczu od klejnotu –Cóż za manifestacja męskości!
Stłumiłem warknięcie, rodzące się w moim gardle.
„Oj tak, TAK!”- Eri przemawiała mi w głowie z lubością –„Złość, nienawiść, mmm… Czyli to, co lubię najbardziej.”
Tym razem oprócz głosu, wyraźnego, choć nadal cichego, poczułem emocje. I wcale mi się one nie spodobały.
-Co jest? Zabrakło języka w gębie? A zawsze taki najmądrzejszy…- droczyła się ze mną Soli.
-Wiesz gdzie jest alfa?- zapytałem tylko, siląc się na uprzejmy ton.
-Jeśli liczysz, że cię czegoś nauczy, to się mylisz. Głupim się trzeba urodzić.
Tym razem nie zdołałem powstrzymać warknięcia. Był niczym odległy grzmot. Uderzyłem waderę w szczękę, przewracając ją na plecy, po czym uniemożliwiłem jej wstanie, przygniatając ją swoim ciężarem.
-Gdzie. Jest. Alfa.- wycedziłem przez zaciśnięte szczęki, opierając się pokusie rozszarpania jej tchawicy, poczucia smaku jej krwi, widoku jej wijącej się w agonii… Siarczysty policzek przywrócił mnie do rzeczywistości.
-Odbiło Ci?!- Solitaire zrzuciła mnie z siebie- Dark jest w swojej jaskini, jak już u niego będziesz, to przekaż mu kilka słów ode mnie!
Odwróciłem się, ścigany przez najdziwniejszą wiązankę przekleństw, jaką w życiu słyszałem.
~
Zanim wszedłem do Darness’a, przysiadłem na skraju łąki, aby wszystko sobie poukładać w głowie. Jestem chory. I to poważnie. Może ten medalion jest zatruty? Wszystko się zaczęło, kiedy go zdobyłem.
-Nie kochanieńki, wszystko zaczęło się duuużo wcześnie- Eri szeptała mi w myślach.
Nie. Nie Eri. Głos. Głos który stworzył mój własny, chory umysł.
-To jak wyjaśnisz to, że odezwałam się do Ciebie już na plaży?
Słuszna uwaga. Cholernie przebiegły mój ten mózg. Może tylko mi się zdawało, że to działo się na plaży? Może wirus który trawi mój umysł zmienia mi wspomnienia? Usłyszałem prychnięcie w mojej głowie. Poczułem jej zniecierpliwienie.
-Dlaczego sam mnie nie spytasz, kim jestem?
Zignorowałem pytanie. Nie. Nie będę rozmawiał sam ze sobą. Muszę zapytać Darka o jakiś dobrych lekarzy. Oni to wyjaśnią. Na pewno się to da wyjaśnić. Wyjaśnić i wyleczyć.
~
Dark uważnie mnie wysłuchał, choć nie zdradziłem mu wiele. Póki nie dowiem się, co mi do lega, nie będę niczego rozgłaszał. Posłał mnie do Yuwy. Znała się na ziołolecznictwie, lecz to chyba nie wystarczy. Wspomniał, że w Klanie Ziemi jest zarówno lekarka jak i szamanka.
Pogoda wyraźnie się popsuła. Z nieba lały się strumienie deszczu i nawet korony drzew nie stanowiły przed nimi ochrony. Po chwili byłem cały mokry. Moje futro lekko parowało. Szedłem w zamyśleniu, próbując zagłuszyć, opanować głos w mojej głowie. Z transu wyrwała mnie Jane. Była… osobliwa, pod względem wyglądu. Czerwone futro w czarne pręgi i smocze skrzydła oraz złote oczy najbardziej przykuwały uwagę.
Spytała mnie, o co mi chodzi. Nie zwróciła uwagi na medalion połyskujący na mojej piersi. Powiedzieć jej? Raczej nie. Może by tak delikatne kłamstwo? Albo po prostu krótkie warknięcie. Z Solitaire zaskoczenie mi pomogło, może z nią też? Pewnie dałbym radę ją uśmiercić jednym sprawnym ruchem…
-Maron? Co z tobą?- wadera wyrwała mnie z zamyślenia.
-Sądzę, że powinnaś już iść- odparłem przerażony tym, co chciałem jej zrobić. Tym, co czułem.
-No co ty, dotrzymam ci towarzystwa- odparła niby beztrosko, ale czułem, że się trochę niepokoi –To dokąd tak zmierzasz?
-Do Klanu Ziemi- odparłem krótko. Nie chciałem być niemiły dla Jane, ale miałem nadzieję, że jeśli potraktuję ją szorstko, to odejdzie. Pod cienką taflą spokoju i normalności czułem kotłowaninę złych emocji, które do tej pory czułem raz, patrząc na ojca.
-Aha. A po co?- drążyła temat.
W mojej chorej głowie znów obudziły się mroczny szept.
-Do znachora.
-Słuchaj, nadal zamierzasz tak mówić pół słówkami?- zapytała spokojnie.
-Tak.
Westchnęła i zamilkła, ale nadal szła ze mną krok w krok.
<Jane?>

Od Marona do Ivette

Podniosłem się z ziemi i omiotłem wzrokiem polanę. Wszędzie leżały ciała martwych goblinów. Sam powaliłem kilka z nich, zanim mnie omotały. W końcu popatrzyłem się na smukły pysk Ivette. Z oczodołów, teraz pustych, wypływała krew. Nie ma szans, aby uratować jej wzrok.
-Iv, ja… - zabrakło mi słów. Chciałem jej podziękować, wyrazić współczucie i zrozumieć. Jednego dnia próbowała mnie zabić i uratowała mi skórę –Jakie czyny? Co ty bredzisz?
Stałem przed nią zdezorientowany. Zawsze patrzyłem wilkom w oczy, ale ona… Zobaczyłem, że cała drży. Podszedłem do niej i delikatnie ja objąłem. Nie odwzajemniła gestu, ale nie wyrywała się. Po prostu stała i bezgłośnie szlochała. Gdy poczułem, że się uspokaja, wyszeptałem
-Dziękuję ci. Pomogłaś mi, a zapłaciłaś za to taką cenę…
-Spłaciłam dług- odsunęła się ode mnie, już całkiem spokojna.
-Pozwolisz, że cie poprowadzę do Sythe? Tam lepiej opatrzą twoje rany.
-Po prostu bądź blisko.
Przytaknąłem i ruszyłem do jaskiń. Szedłem powoli, wybierając jak najkrótszą i jak najbardziej dogodną drogę. Iv podążała za mną, muskając niekiedy swoim barkiem mój bok. Nie minęło kilka chwil, gdy usłyszałem znajomy ton.
-Jezuuu… moja kulawa babcia chodziła szybciej. Zanim dojdziemy wykrwawię się na śmierć.
-Oto Ivette, jaką znam- zaśmiałem się –nie chcę, żebyś się potknęła.
-Jestem ślepa, a nie ciapowata- sprostowała.
Obejrzałem się jeszcze na nią. Dzięki szybkiej regeneracji, spod prowizorycznego opatrunku krew już się nie sączyła.
-Szkoda, że już nie zobaczę twoich pięknych rdzawych oczu- miałem wyrzuty sumienia.
-Za chwilę strzelę ci w pysk- warknęła, ale jakoś bez przekonania –to co, podkręcamy tempo?
Kiwnąłem głową na zgodę, po czym uświadomiłem sobie, że ona tego nie widzi. Lecz mimo to ruszyła żwawym truchtem, po chwili się zrównaliśmy i w milczeniu, i w zgodzie, ruszyliśmy do domu.
~
Ciągle zapominałem, że nie mamy lekarza w klanie. Jest to kompletny absurd i poważne niedociągnięcie, ale co zrobić… Dlatego po dotarciu do serca klanu i zaprowadzenia Iv do jej jaskini wyruszyłem na poszukiwanie Yuwy. Kiedy spytałem kilka z wilków, przebywających na łące, gdzie są, to Rachel skierowała mnie w stronę lasu.
Odnalazłem ją, gdy znikała między pierwszymi drzewami.
-Yuwa! Zaczekaj!
Przystanęła niechętnie, przestępując z nogi na nogę.
-Słuchaj, muszę już iść, więc…
-Ivette jest ranna. Spoczywa w swojej jaskini, potrzebna jej natychmiastowa pomoc- przemawiałem rzeczowo.
-Orzesz ty… Już biegnę!
Po drodze opowiedziałem jej, co dokładnie się przydarzyło. Na wzmiankę o wyłupaniu oka, aż syknęła z obrzydzenia. Kiedy się już jej wyspowiadałem, zapytałem ją, dokąd tak gnała. Okazało się, że Solitaire zorganizowała łowy. Beze mnie. Szczyt podłości, podstępna mała… Potem będę się musiał z nią rozliczyć, ale teraz już wbiegliśmy do jaskini, gdzie Ivette na nas czekała.
-Co tak długo?- rzuciła zniecierpliwiona.
<Iv? Przepraszam, że tak krótko>

sobota, 25 kwietnia 2015

Od Nity C.D. Predizione

Roztarłam łapami miejsca, w których przez wiele godzin wrzynały się sznury.
-Nic poważnego- odparłam na pytanie Predi’ego, czy nic mi nie jest –A Tobie?
-Też się jakoś trzymam- odparł ospale.
-Oho, właśnie widzę. Jad w jego pazurach już się rozchodzi, chodź większość twój organizm już zwalczył- odparłam przyglądając mu się troskliwie- Poczekaj chwilę.
Predizione oparł się barkiem o drzewo, kiedy ja zanurkowałam w zarośla. Po chwili odnalazłam to, czego szukałam. Malutką roślinę, rosnącą tuż nad ziemią o intensywnie niebieskim kwiatku. Sprawnie wykopałam bulwę i oderwałam niepotrzebną łodyżkę.
-Masz, pożuj to. Powinno ci się rozjaśnić w głowie- podałam mu rozbójnika zapomnianego i odwróciłam się w stronę naszego porywacza.
 Po chwili Predi stanął obok mnie i przez chwilę oboje się na niego gapiliśmy. Przygnieciony przez drzewo, nieprzytomny, a mimo to nadal przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy go na początek związać. Delikatnie dmuchnęłam mu w pysk pyłkiem sennika wielobarwnego, aby przypadkiem się nie obudził, kiedy Predi wyciągał go spod pnia, a następnie krępował mu łapy i pysk. Zużyliśmy obydwie liny, przez co ten szaleniec wyglądał jak baleron.
-A co teraz?- rzucił w powietrze mój przyjaciel, kiedy zawiązał ostatni węzeł.
Ziewnęłam przeciągle, mało elegancko. Rozważałam kilka opcji, zanim się odezwałam.
-Powinniśmy się dowiedzieć co nie co. Ale nie teraz, ani nie tutaj. Zdrzemnijmy się, a rano zabierzemy go do kliniki, gdzie wydusimy z niego prawdę.
-Przemocą raczej nic nie zdziałamy- powątpiewał.
-Nie miałam na myśli przemocy, lecz serum prawdy. A jeśli po jego zażyciu nic nie wyśpiewa, to wtedy wkroczysz ty- wilk sztywno kiwnął głową –Nie sądzę, żeby pełnienie warty było konieczne, wiec oboje możemy iść już spać.
Predizione ułożył się wygodnie w korzeniach potężnego dębu. Po chwili wahania zapytałam, czy mogę się koło niego położyć. Przytaknął. Z westchnieniem ułożyłam się przy jego boku, kładąc głowę na przednich łapach. Czując przez futro bijące od niego ciepło, przypomniałam sobie o Rowan. Ciekawe, czy mnie szuka. Czy się o mnie martwi. Ostatnio była jakby nieobecna. Do snu ukołysało mnie ciche pochrapywanie Predi’ego, i świszczący oddech porywacza.
 <Predi? Sorki że tak króciutko>

czwartek, 23 kwietnia 2015

Od Nity CD Emily

 Przyglądałam się waderze podejrzliwie.
-To żart, prawda? Jeśli tak, to marny. A jeśli nie…- umilkłam i jedynie potrząsnęłam łbem ze zrezygnowaniem. Żeby alfa nie znała swojego terytorium? –Jestem tu tylko chwilowo. Przybyłam na te ziemię, aby uzupełnić zapasy ziół w mojej klinice. Nawet gdybym wyładowała dziesięć takich worów, to i tak nie uszczupliłabym naturalnych zasobów twojej watahy, więc liczę, że nie będę miała z tego powodu problemów.
Emily jedynie potrząsnęła przecząco łbem. Jej skrzydła lekko zaszeleściły. A propo skrzydeł… Gdzie Rowan? Przez chwilę rozglądałam się za moją przyjaciółką.
-Szukasz… czegoś?- spytała niepewnie wilczyca.
-Gdyby Rowan się dowiedziała, że utożsamiasz ją z rzeczą, nieźle by ci przetrzepała skórę- ugryzłam się w język.
Przecież to Alfa! I do tego obcego Klanu. I jestem na jej ziemi. I korzystam z ich ziół leczniczych. Wypadałoby okazać trochę szacunku. Nawet taki prymityw jak ja, miał szczątkową wiedzę na temat hierarchii i panujących zasad. Opuściłam wzrok z nieba na ziemię i lekko pochyliłam łeb.
-Wybacz, Alfo, za moją niewyparzoną gębę. Nie za bardzo znam protokół i te sprawy. Mogę patrzeć ci w oczy? Mam ci się kłaniać? Mam cię jakoś tytułować?- brzmiało to trochę, jakbym się z niej naśmiewała, ale w cale tak nie było. W jednej z ksiąg („Maniery, etykieta i protokoły”) dowiedziałam się, że kiedyś było… o wiele surowiej pod tym względem, a granice w hierarchii aż nadto widoczne. Kto wie, może ten Klan był bardziej tradycjonalny?
-Nic nie szkodzi- mruknęła zakłopotana- zwracaj mi się po imieniu.
-A więc, Emily, zechcesz dotrzymać mi towarzystwa przy kompletowaniu śniadania? Jestem potwornie głodna, zaspałam, miałam nadzieję, że mnie obudzi Ro…
Przerwał mi ochrypły, dobrze znany krzyk orlicy. Po chwili tuż przed moim nosem upadła ryba długości mojej łapy. Ślinka mi pociekła na widok świerzego mięsa. Rowan dumna z siebie przycupnęła kilka drzew dalej i przypatrywała się uważnie Em. Byłam szczęśliwa, że z każdym dniem okazuje wilkom coraz większe zaufanie. Ale głośnie burczenie brzucha zwróciło mi uwagę, że teraz powinnam skupić się na czymś innym.
-Mam nadzieję, że lubisz owoce morza?
~
Nie czułam przyjemnego uczucia sytości, ale skromne śniadanko wystarczyło, żeby mój brzuch przestał domagać się posiłku. Podałam Emily liście złotnika krwawnika. Miał gorzki smak, ale po kilku minutach żucia powinien zniwelować odór ryby.
-Muszę poczekać do wieczora, aż przypłyną… przypłynie mój transport. Rośliny uzbierałam wczoraj, zaspokoiłam głód, więc… Możemy trochę pozwiedzać, ale jak widzę za bardzo nie znasz okolicy. Mam do ciebie dużą prośbę. Sądzę, że macie tu bibliotekę. Będę mogła przejrzeć wasze księgi?
<Em?>

Ładna informacja! - Ogłoszenia Parafialne

Bartusia, bardzo... ale to bardzo zdenerwowało howrse. Dlatego je usunąłem. Nie martwcie się! Nadal macie ze mną kontakt, tutaj na chacie jak i na gmailu który zdecydowałem się wam podać - ruksontwojepapu@gmail.com 
~Zagubiony Bartek już się odnalazłem i idę odpisywać

środa, 22 kwietnia 2015

Od Predizione C.D. Nity


Szczerze mówiąc nigdy nie rozmawiałem z nikim w myślach. Kiwnęłem głową, że może zaczynać.
-Dobra. Dalej nie pojmuje tego, że rozmawiam teraz z tobą w myślach, ale ok.
-Mówi basior który widzi przyszłość innych.- Podobało mi się to przekomarzanie, ale nie była na to pora
-Masz jakieś inne moce o których mi jeszcze nie powiedziałaś?
-W sumie... tak. Umiem przewidywać pogodę.
-Dobrze. No to jaka będzie za chwile?- Poczułem na swoim pysku pierwszą krople wody.
-Będzie wichura i burza.- W tej chwili spojrzałem na basiora który ani drogą od kiedy się zatrzymaliśmy
-Tak i to bardzo. -odpowiedziałem sarkasycznie. Zacząłem się wiercić szukając jakiś reakcji u psychopatycznego wilka. Na razie nic, jednak nie ustawałem.
-Co ty robisz? I tak Cie nie wypuścić.- Odpowiedziała smutno.
-Nawet na to nie liczę. Chcę go do siebie zwabić. Pamiętasz jak cię uderzył łapą. Liczę, że na moje zachowanie też zareaguje.- Nita zaczęła na mnie patrzeć jakby z podziwem, ale również ze zdziwieniem. Poczułem kolejne krople wody na pysku i reszcie ciała.
 -I co dalej.
-Sam nie wiem.-Zacząłem jeszcze bardziej wywijać swoim ciałem, ale tylko tak jak pozwalały mi na to sznury dookoła łap. Zero reakcji. Zacząłem wystawiać kły i warczeć, ale sznur okalający moją szczękę nie dokońca mi na to pozwalał. Basior zaczął się mną interesować. Przybliżał się do mnie powoli. Kiedy dzieliła nas odległość kroku spojrzałem na Nitę i powiedziałem do niej w myślach
-Uważaj na siebie!- Zauważyłem już tylko jej pytając spojrzenie. Basior podniósł łapę aby zadać mi cios, lecz ja podniosłem całe ciało i on zamiast trafić w mój pysk przeciął sznur obezwładniający moje łapy. Odepchnąłem go i szybkim ruchem przerwałem ostatnią z linek która akurat była obwiązana na moim pysku. Rzucił się na mnie, a ja poległym na plecach. Złapałem jego pysk, który był nienaturalnie zimny i przejechałem nim pazurami. Przez kilka sekund zostawił one cztery ślady, ale po chwili zaczęły się goić. Walczyłem dalej. Byliśmy na pagórku. Przewróciłem go na plecy i chciałem go z niego sturlać, lecz usłyszałem krzyk w myślach
-Uważaj!- Należał on do Nity. Basior wykorzystał chwilę mojej nieuwagi i wbił mi pazury w łopatki. Bolało straszliwie. Zaczęliśmy się sturlać. Nagle usłyszałem krzyk przerażenia w mojej głowie. Nie muszę chyba mówić do kogo należał. Chciałem jak najszybciej załączyć tą walkę. Ponownie zepchnąłem go na bok i użyłem swoich mocy, aby spadła na niego największa gałąź. Gdy on upadł pod ciężarem drewna, ledwo zipiał, ale żył. Podbiegłem do Nity.
-Nic ci nie jest?-Spytałem się przecinają kłami sznury.
 <Nita?>

Od Octavia C.D. Neytiri

- Na pewno nie jestem tu w złych zamiarach. Mogę już wracać do siebie, jeżeli przeszkadzam. - wadera stuliła uszy i zaczęła się cofać.
- Nie, poczekaj wcale nie przeszkadzasz. - zatrzymałem Neytiri, która stanęła w miejscu. Widać było że się waha.
- Ale przecież jestem z innego klanu, nie przeszkadza ci to? - zapytała zdziwiona.
- Nie, po za tym klan powietrza ma sojusz z klanem wody. - odpowiedziałem. Złożyłem skrzydła, by wiatr ich nie targał i nie próbował wznieść mnie w powietrze. Przyjrzałem się uważniej Neytiri, była biała z brązową grzywką i zielonymi oczami. Wadera chyba uspokoiła się tą informacją, bo już nie próbowała uciekać a uszy wróciły do normalnej pozycji.
- To co właściwie tu robiłaś? - zapytałem, może w końcu mi odpowie skoro przekonała się że nie mam zamiaru jej zabić ani nic w tym stylu?
- No ... ja zwiedzałam. - odpowiedziała trochę niepewnie. Spojrzałem na nią czekając na dalszy ciąg.
- Lubię góry a w klanie wody nie ma ich za wiele, więc przyszłam tu. - odpowiedziała.
- Jeśli chcesz możemy się przejść po górach, ale pokarzę ci te bezpieczniejsze zakątki bo tym razem nie mam cię zamiaru łapać. Jasne? - zapytałem. Wadera uśmiechnęła i się i przytaknęła. Zaczęliśmy iść. Po drodze zaczęliśmy rozmawiać, a ja się w końcu przedstawiłem bo zapomniałem zrobić to wcześniej. Drzewa dawały miły cień, bo słońce dawało z siebie wszystko by nas usmażyć, mimo że jest wiosna i to na dodatek w górach. W końcu dotarliśmy do niewielkiej rzeki. Wskoczyłem do niej bez namysłu i zacząłem płynąć w kierunku drugiego brzegu. Neytiri popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i poszła w moje ślady. Poczekałem na nią na drugim brzegu.
- Octavio, skoro masz skrzydła to po co płynąłeś? - zapytała. Tym razem to ja spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Bo lubię, a latać to ja mogę wszędzie i zawsze. - odpowiedziałem. Ruszyliśmy dalej lasem, aż drzew zaczęło być coraz mniej. W końcu las się skończył. Przed nami widniała kamienista ścieżka prowadząca na wielką górę. Zdawało się że jej szczyt sięga samych chmur, a z tej odległości błyszczał się jakby pokrywały go diamenty. Wiedziałem jednak że to śnieg, który nigdy nie topnieje.
- To ma być to bezpieczne miejsce? Przecież ta góra jest ogromna! - krzyknęła moja towarzyszka. Zaśmiałem się.
- Ale tam tak nie wieje! - uśmiechnąłem się i rozpocząłem wspinaczkę.


<Neytiri?>

wtorek, 21 kwietnia 2015

Od Neytiri CD Octavia

Z początku wolałam nie rozmawiać z basiorem i bacznie trzymałam się wysokiej skały pazurami. Zrobiłam jeden mały krok w przód, kolejny, jeszcze jeden, trzask!
Usłyszałam głośny huk i runęłam w dół próbując po drodze się czegoś złapać, ale nic tego. Wydobył się ze mnie tylko krzyk i nagle ktoś mnie złapał bezpiecznie spływając na skrzydłach w dół lasu, następnie gładko lądując wśród drzew. Zeszłam z mojego bohatera jeszcze roztrzęsiona i zachwiałam się stawiając parę kroków przed siebie do najbliższego drzewa, o które się podparłam łapiąc oddech. Szybko się otrząsnęłam i zauważyłam że to ten sam basior, któremu przed chwilą nieco zalazłam na nerwy.
Nawet nie zdążyłam podziękować, kiedy usłyszałam kolejne pytanie.
Przewróciłam oczami i zaczęłam się zastanawiać nad odpowiedzią.
- Ah... No dobrze, skoro tak Ci zależy... - mruknęłam trochę niechętnie. - Nazywam się Neytiri i... Jestem z klanu wody. - dokończyłam niepewna reakcji wilka. Wiedziałam że nie ucieszyłaby go wieść o tym że wadera z innego klanu chodzi i pałaszkuje sobie po terenie klanu powietrza.
- Klanu wody powiadasz? - uniósł lekko jedną brew patrząc mi w oczy z czujnością. - więc co tutaj robisz?
- Ja...no...- zawachałam się przez chwilę - Na pewno nie jestem tu w złych zamiarach. Mogę już wracać do siebie, jeżeli przeszkadzam. - stuliłam lekko uszy w tył i zaczęłam się wycofywać, jednak momentalnie stanęłam w miejscu, kiedy mnie zatrzymał.
< Octavio? Przepraszam że takie krótkie, następnym razem się bardziej postaram ;-; >

Od Ivette cd historii Marona

Leżałam a on cały czas się na mnie lampił. I co on sobie myśli? Idiota ja nigdy nie odpuszczam.
- Mam rozumieć, że teraz będziesz milczeć, przecież sama doskonale wiesz, że ciągła walka nie przyniesie ci korzyści – próbował mi pokazać, jaki jest mądry.
Odpowiedziałam mu milczeniem. Po chwili wpadł mi do głowy ciekawy pomysł. Kiedy się tak na mnie patrzył ja mu naplułam w oczy, wiem, że trucizna nic mu nie zrobi, ale wodoodporny nie jest. Kiedy zaczął trząść głową użyłam mojego gadziego ogona ( wcześniej był zablokowany przez jego łapę, ale teraz ucisk osłabł) i powaliłam go. Nie chciałam już walczyć tylko się od niego oddalić. Z całych sił zaczęłam biec, przez, co czułam jak moja prędkość wzrasta. Nie oglądałam się za siebie, miałam w nosie, co on zrobi. Biegłam jeszcze parę minut, gdy moim oczom ukazał się las. Skręciłam do niego. Tutaj już trochę zwolniłam. Truchtając przemierzałam las. Czemu ja właściwie uciekałam? Przed czym? Przed tym, kim jestem? Przed samą prawdą? On ma racje, zachowuje się zdziczale, nie gorzej, jak dzikus. Moje przemyślania przerwało nawoływanie. To był Maron i wołał mnie. Czemu mu tak na mnie zależy? Przecież bym go tam zabiła gdybym mogła.
Natychmiast zaczęłam się rozglądać za kryjówką, nie chciałam go teraz oglądać. Po chwili poszukiwań znalazłam chyba jakąś lisią norę. Zajrzałam, czy nie jest zamieszkała. Chyba jest opuszczona, całe szczęście. Zaczęłam się wciskać. Kiedy wygodnie się ułożyłam akurat wtedy Maron przybiegł i się rozglądał. Po jego głosie wywnioskowałam, że trochę się martwił i jakby żałował tego, co powiedział. Nie powinien, to ja byłam tą złą. I wtedy stało się coś niezwykłego po raz pierwszy od dawna uroniłam łzę a potem kilka i tak to się przerodziło w chichy szloch. Nie wiem, czemu płakałam, być może, dlatego, że zdałam sobie sprawę z faktu, iż ja zachowywałam się jak… ludzie.
Nie zważałam na innych tylko zależało mi na swoim dobru. Z powodu tych nerwów zmuliło mnie, po czym ogarnął mnie sen.
~~ Głucha ciemność a ja wewnątrz niej. Obok mnie z nie wiadomo skąd upadło białe ziarenko i gdy zakiełkowało pojawił się przede mną obraz mojej walki z Maronem. Przy mnie uformował się jakaś ciemna postać, u której się dało tylko wyróżnić czerwone ślepia.
- Kim jesteś? – spytałam tajemniczą postać.
- Znaną ci osobą, której nigdy nie poznałaś – odparła neutralnie – spójrz na to wydarzenie, poznajesz siebie Lisa?
- Jaka Lisa? – odpowiedziałam pytaniem.
- To twoje prawdziwe imię, ale ty nie chciałaś go pamiętać, dlatego wymyśliłaś sobie nowe, Ivette.
Faktycznie tak kiedyś zrobiłam, nie chciałam mieć nic wspólnego z ludźmi, dlatego nadał sobie inne nowe imię.
- Ta scena walki pokazuje, jak bardzo chcesz uciec od przeszłości, ale tak naprawdę wracasz do niej, zataczasz błędne koło.
Czy to aby na pewno jest sen? A nie jakiś sen na jawie?
- Nie to jest sen jak i realia – wilk odparł pewnie.
Czyta jeszcze w moich myślach no świetnie.
Nagle obraz zaczął się zmieniać, chodź tak naprawdę sceneria się nie zmieniła, lecz postacie.
Na podłożu leżał Maron, nieprzytomny. A przy nim dwie… ja?
- Dobrze myślisz, to jesteś ty – cienista postać uniosła się i lewitowała na dwójką moich sobowtórek oraz basiorem.
Przyjrzałam się im. Jedna byłą identyczna jak ja tylko, że jej wzrok był spokojniejszy a ona sama w sobie wydawała się być sympatyczna. A ta druga… cała zabrudzona szkarłatną krwią, jej wzrok przepełniony rządzą mordu.
W końcu skupiłam się na Maronie. Wyglądał tak bezbronnie. Wcześniej pewnie bym się z tego śmiała ale teraz nie umiałam, nie mogłam.
- Czy on umarł? – spytałam postać.
- Nie, to jest tylko sen.
- Ale mówi…- przerwano mi.
- Bo jest to wymieszanie snu i reali.
Nigdy nie zrozumiem logiki przekazów mentalnych, choć sama ich używam.
- Stoją przed tobą dwa twoje oblicza, musisz wybrać jedno z nich i jak chcesz dalej postępować – postać kontynuowała cały czas się na mnie patrząc – ta spokojna to droga, którą zmienisz swoje postępowanie i zaczniesz żyć jak normalna wadera, jednak twój charakter się nie zmieni, a ta druga…
Przerwał, już się bałam jego następnych słów.
- To droga, która się stoczysz i staniesz się potworem. Niestety jest bliska właśnie tej postaci, ale teraz daje ci wybór. Od twojej decyzji zależy los tego basiora.
Choć do był sen to czułam się chol*rnie realistycznie i poczułam jak nerwy zaczynają mnie zjadać od wewnątrz.
Miałam oczywisty wybór, nie wiem czy by to wpłynęło na moje życie, ale nie chciałam ryzykować. Nie wiem, czemu ciągnęło mnie abym wybrała tą spokojną, ale to przecież nie ja. Chodź według słów tego ducha czy tam cienia to są moje dwa oblicza.
- Hmm wybieram, tą… - zaczęłam się im przyglądać – spokojną.
- Dobry wybór a teraz się obudź i napraw to, co zepsułaś.
- Czek…
~~
I się obudziłam, w norze, której spałam. Czułam się jakbym przespała 2 dni, ale z tego, co widzę nie minęło nawet południe. Nie ogarniam takich snów, ani tych cieni itp. A właśnie, kim on był? Wiedział rzeczy, których nikomu nie mówiłam. Nieważne ciekawe gdzie..
Usłyszałam odgłosy walki oraz dźwięk podobny do… przecięcia skóry?
Lekko się wyczołgałam, aby przyjrzeć się sytuacji. Ujrzałam Marona i jakieś mała ludziki, jakby gobliny?
Obok nich leżał jeden zraniony maluch. Prawdopodobnie dostał od basiora. Dość śmiesznie wyglądały, bo małe, długie uszy i nosy wodniste oczy. Miały jakieś niby łańcuchy i nimi unieruchamiały go. O nie, co to, to nie. Gwałtownie wyskoczyłam, przy czym zniszczyłam malutką lisią grotę. Wszyscy byli zaskoczeni moim się pojawieniem. Kilka goblinów szło w moim kierunku z łańcuchami. Użyłam mojego jaszczurzego ogona i odrzuciłam parę dobrych metrów a te walnęły w drzewo. Zginęły na miejscu. Trzech uciekło a pozostałe pięć nadal uparcie trzymały basiora. Zaczęłam do nich podchodząc a w moim pysku kumulował się ogień. Chciałam ich podpiec. Niestety jak to ja straciłam czujność i po chwili za sobą usłyszałam jakiś krzyk. Odwróciłam się a tam jeden z nich skoczył na mnie trzymając coś w rączce. Nim zdążyłam zareagować wbił mi to w oczy.
Maron słyszałam jak coś krzyczał, ale ja byłam tak przejęta piekielnym bólem i upadłam. Po chwili usłyszałam w głowie głos.
~ Nie poddawaj się, musisz naprawić zło, które zrobiłaś~
To ten sam cienisty wilk. Poznałam go po głosie. Nic nie widziałam, ale użyłam mojej zdolności widzenia cudzych aur. Szybko dostrzegłam gobliny i skutego wilka. Łapami macnęłam miejsce gdzie mnie bolało i czułam to. Wyciągnęłam to po cichu i powstrzymywał krzyk bólu. O dziwo prawie w ogóle krwi nie straciłam. Kiedy wyjęłam to coś powoli się przeturlałam pod krzew i zerwałam liść.
Założyłam sobie na miejsce oczu i jakimś cudem zawiązałam. Teraz cały czas widziałam dzięki tej zdolności. Wstałam i głośnym warknięciem uświadomiłam, że nie skończyli ze mną. Kiedy skończyli wiązać basiora cała szóstka się rzuciła na mnie z łańcuchami i prowizorycznymi broniami. Szybko pozbyłam się trójki a pozostali uciekli zostawiając nas.
Spokojnym krokiem podeszłam i przypaliłam łańcuch. Maron natychmiast zdjął z siebie resztki i podszedł do mnie. Czułam jak był zaskoczony a zarazem przerażony.
- Nic mi nie jest, z resztą to jest kara za moje czyny – odparłam już spokojnie basiorowi.
< Maron?>

Od Marona cd historii Ivette

Jak Dark mógł się na to zgodzić? Nie dostrzegł, jaka ona jest? Zabijać potrafi każdy, ale bycie mordercą wymaga czegoś więcej niż wysokich umiejętności. Wątpię, że Ivette podoła temu zadaniu, i na jedyne co mogę liczyć, to aby nie prędko trafiło się jej zadanie.
Pobiegłem za nią, mając nadzieję, że uda mi się wbić jej nieco rozumu do głowy.
Dogoniłem ją, kiedy zatrzymała się nad brzegiem jeziora magmy. Stojąc kilkanaście metrów dalej, czułem bijące od niego gorąco. Teraz, zaledwie dwa susy od niego, temperatura była ekstremalnie wysoka. Żaden wilk, bez odporności na wysokie temperatury, nie byłby w stanie stać tak blisko.
Iv patrzyła się zafascynowana na będącą w ciągłym ruchu powierzchnię jeziora.
-Znowu za mną łazisz? Czego znowu ojczulku?- warknęła sarkastycznie.
-Chciałbym cię prosić, abyś przemyślała swoją decyzję- starałem się uchwycić jej spojrzenie, lecz ona wolała podziwiać lawę.
-A co? Zazdrosny? Ja jestem kimś ważnym, moja praca to jest coś! Nie to co ty…
-Właśnie, twoja praca jest bardzo ważna. Nie jestem pewny, czy jej podołasz…
-Może ty nie dałbyś sobie rady, ale ja tak!- Ivette wpatrywała się we mnie rdzawymi oczami –Za chwilę Ci pokarzę, na co mnie stać!
Posłała w moją stronę ogniste pociski. Nawet nie zadałem sobie trudu, aby przed nimi uskoczyć. Z sykiem uderzały w moją pierś, łapy, pysk, nie wyrządzając mi najmniejszej krzywdy.
-Iv, uspokój się!- krzyknąłem, krok po kroku przybliżając się do wadery.
-Zabiję cię, słyszysz?!- wydarła się na całe gardło.
Z jej piersi doszedł do mnie głuche warczenie. Zdała sobie sprawę, że ogień nie wyrządzi mi krzywdy. Jednym susem doskoczyła do mnie, w locie rozcapierzając pazury. Chwilę przed tym, jak wbiła mi je w bark, zobaczyłem truciznę skapującą z ich końców. Zębami starała się pochwycić mój kark, ale długa kryza jej to uniemożliwiało. Stałem niewzruszony, kiedy starała się przeorać łapami mój grzbiet, ale skórę mam niczym zbroja, nie przebije się. Wiedząc, że Iv opada z sił, złapałem ją za kark i jednym gwałtownym ruchem powaliłem na ziemię. Bezceremonialnie przygwoździłem ją swoim ciałem. Już otwierałem pysk, aby przywrócić jej rozsądek, kiedy napluła mi prosto na język.
-Myślisz, że jesteś taki potężny, matole?- nie przestawała się wiercić, próbując zranić mnie w podbrzusze –Za chwilę będziesz leżeć martwy u mych stóp!
Patrzyła się na mnie z nienawiścią. Odpowiedziałem jej pytającym spojrzeniem.
-Mogę wiedzieć dlaczego?- spytałem chłodno.
-Trucizna w mojej ślinie już cię zabija, za chwilę będziesz wił się i pluł krwią!!!
-Nie sądzę. Jestem odporny na wszelkie jady- odparłem beznamiętnie.
Ivette przestała się kręcić. Z jej spojrzenia zniknęła cała butność.
-Ale, ale…- po raz pierwszy zabrakło jej słów.
-Pogódź się z tym. Jestem od ciebie silniejszy, twoje ogniste ataki ani trucizna nie wyrządza mi krzywdy.
-Nie, nie, NIE! Ty zasrany idioto! To niesprawiedliwe, to nie fair, słyszysz?! Puszczaj mnie, a gołymi łapami kark ci skręcę!- groziła mi, ale w jej głosie pobrzmiewała desperacja.
Próbowała mnie zwalić z siebie, wyciągnąć pazury lub ugryźć mnie w twarz. Na nic. Po kilku minutach przerwałem jej idiotyczną próbę wyrwania się.
-Chciałem jedynie porozmawiać, ale jeżeli nie potrafisz zachowywać się jak na kulturalnego wilka przystało, będziesz musiała mnie wysłuchać w tej pozycji.
-Złaź ze mnie zboczeńcu!
-Jak tylko mnie wysłuchasz, spełnię twoją prośbę.
-Nigdy mnie nie zmusisz do uległości!
-Nie chcę żebyś była uległa, tylko ROZSĄDNA! Ja też władam ogniem i ja też mam zatrutą ślinę. A Ty? Jesteś odporna na mój jad?
Ivette zamilkła.
-Chciałem tylko z tobą porozmawiać, a ty rzucasz się na mnie jak dzikus lub smarkacz- nie potrafiłem ukryć zniesmaczenia –Żyjemy w Klanie, w cywilizowanym świecie, albo się ogarniesz, albo Alfa w końcu zapisze cie na lekcje etykiety. Sądzę, że to wydarzenie uzmysłowi ci, dlaczego nie chciałem, byś została morderczynią.
<Ivette?>

Od Jane do Marona

Włóczyłam się po lesie. Padał deszcz, a mi nie chciało się siedzieć w jaskini, więc wybrałam sobie za schron las. Przechadzałam się wśród drzew i nie wiedziałam co mogłabym zrobić. Kiedy chciałam już zwrócić do Sythe ujrzałam Marona, który pewnie tak jak ja też uznał las za dobry schron.
- Cześć! - krzyknęłam do Marona, który właśnie przechadzał się po łące.
- Hej. - odpowiedział Maron i uśmiechnął się do mnie.
W sumie to nie wiedziałam co chciałam mu powiedzieć. Po prostu się nudziłam i nie miałam nic do robienia. Znałam go na tyle dobrze, że wiedziałam iż rozmowy na jakieś zwykłe tematy go nie interesują, a mimo to rozpoczęłam konwersację.
- Widzę, że jesteś czymś bardzo zainteresowany, skoro nie zauważasz świata zewnętrznego.
- Tak. - odparł Maron i zauważył, że właśnie zaczął wchodzić w bagno. Cofnął się kawałek.
- I to chyba nawet bardzo. - odparłam i uśmiechnęłam się.
- Co właściwie cię tu sprowadza? - spytał.
- Yyyy... Tak właściwie to nic... - przyznałam się.
- Aha. - odparł i ruszył dalej.
Szybko go dogoniłam i zaczęłam iść koło niego.
- O co tak właściwie chodzi? - może byłam zbyt ciekawska, ale nie mogłam się powstrzymać od tego pytania.
<Maron?>

Od Octavia


Od Octavia
 Leciałem nad górami w moim klanie. Wiał silny wiatr, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Pode mną fruwały różne gatunki ptaków, a nawet jakiś smok do którego wolałem się nie zbliżać. Nagle zauważyłem że jakiś wilk wdrapuje się na jeden z najwyższych szczytów. Podleciałem bliżej tak by mnie nie widział. Zobaczyłem że to jakaś wadera ... Co ona tu robi? Ledwo trzymała się skały, a silny wiatr targał jej ciałem tak że mogła zlecieć ze skały w każdej chwili. Wylądowałem obok niej.
- Kim jesteś i co tu robisz? - zapytałem, przekrzykując wiatr świszczący mi w uszach. Na skale o wiele trudniej było utrzymać równowagę - nawet mnie. Wadera rzuciła mi wściekłe spojrzenie.
- A co cię to?! Mam swoje powody by tu być! - warknęła i przywarła mocniej do skały, bo nagły podmuch wiatru był o wiele silniejszy niż wcześniej.
- Chcesz się zabić? Bycie tu o tej pogodzie to samobójstwo! - powiedziałem, lecz wilczyca nie odezwała się już ani słowem. Spróbowałem inaczej.
- Jak się nazywasz? - wadera nawet na mnie nie spojrzała.
- Tajemnica państwowa! - warknęła przed siebie.
- Jestem Octavio, mogę cię z tond zabrać w bezpieczne miejsce. - zaoferowałem się.
- Myślisz że przyszłam tu by spotkać jakiegoś upierdliwego basiora?! Zostaję! - warknęła, tym razem posłała mi wściekłe spojrzenie.
- A po co chcesz tu zostać? - zapytałem najuprzejmiej jak potrafiłem. Ta wadera powoli zaczęła mnie denerwować. Odpowiedziało mi milczenie. Przewróciłem oczami i wzbiłem się w powietrze. Wiatr zniósł mnie trochę na zachód, ale po kilku machnięciach skrzydłami znów byłem w dawnym miejscu. Przyglądałem się z góry waderze, miałem bardzo złe przeczucie. Ona mnie nie widziała. Wiatr wzmagał się coraz bardziej, a ona rozpaczliwie trzymała się skały. Nagle usłyszałem potworne chrupnięcie i zobaczyłem że fragment skały, na którym wadera zaciskała łapy oderwał się od góry. Wadera krzyknęła i w rozpaczliwej próbie ratowania życia, machnęła łapami z nadzieją że się czegoś złapie. Nie było jednak czego się złapać. Wiatr uniósł waderę nad przepaść, ta w przestworzach zrobiła fikołka i zaczęła spadać. Zapikowałem ku niej, wiatr świszczał mi w uszach i szarpał pióra na skrzydłach. Przyśpieszyłem jak tylko mogłem, coraz bardziej zbliżałem się do spadającej wadery. W końcu jakieś dwa metry nad ziemią udało mi się ją złapać! Rozłożyłem skrzydła, by nie uderzyć w ziemię i nie zmienić się w naleśnika. Nie udało się to do końca, bo i tak uderzyliśmy w ziemię. Na szczęście nic nam się nie stało. Podniosłem się z ziemi, miałem kilka siniaków i nic poza tym.
- No dobra, kim do jasnej jesteś?! - zapytałem waderę. Miałem serdecznie dość jej milczenia i głupich wymówek.
 <Jakaś nieskrzydlata wadera?>

sobota, 18 kwietnia 2015

Nowy szczeniak w Klanie Everything!

com_xxcrowfeatherxx by azzai

Silyen
Zwykły Członek

Od Marona do Inafa

Nie mamy Omegi do takich zadań? Spojrzałem się zrezygnowany na starucha. Wziąłem głęboki wdech i policzyłem do dziesięciu. Nie sprawię mu tej przyjemności, zachowam spokój. Albo… Albo sam wyprowadzę go z równowagi, ale zachowując się tak, że nic nie będzie mi mógł zarzucić.
-Dobrze więc, ruszajmy. Informuj mnie, jeśli zechcesz zrobić sobie przerwę, to zrozumiały, że wilk w tak zaawansowanym wieku jak ty, szybko się męczy.
Inaf dumnie uniósł pysk i burknął jedynie coś o reumatyzmie.
-Długo mam czekać, aż mnie odprowadzisz?
-Wybacz, że musiałeś czekać, już zaczynamy- i tym niewinnym akcentem postanowiłem rozpocząć tortury.
Wyszliśmy kilka kroków przed jaskinie, po czym odwróciłem się u usiadłem przed nią.
-To jest Sythe, to tutaj mieszą się leża wszystkich wilków. Nie istnieje ścisła reguła, według której jesteśmy przydzielani, hierarchia nie ma tu nic do rzeczy. Sądzę, że jednak gdyby Omega przeszkadzała swoją obecnością Gammie, zostałby przeniesiona do dalej położonego „apartamentu”- zerknąłem ukradkiem na Inafa, ciekawy jak zareaguje na moją małą mówkę.
-Interesujące, mów dalej- odparł ironicznie, dostrzegając moje spojrzenie.
-Jak już wspomniałem, nie ma tu wyraźnych zasad, lecz każdy wilk ma kilka obowiązków, wynikających…- ciągnąłem swoją denną wypowiedź, lecz nie czekałem długo na oznaki zniecierpliwienia. Staruch zaczął dreptać w miejscu, pogwizdywać i podśpiewywać, słowem wszystko, aby mnie zagłuszyć.
-…A więc to tyle, jeśli chodzi o miejsce spoczynku, serce naszej watahy- zakończyłem po paru minutach. Podniosłem się z ziemi i spojrzałem na zniecierpliwionego basiora i kamień, który usadowił koło siebie.
-Zabierasz swojego towarzysza ze sobą?- jeśli chce, niech targa ze sobą ten głupi kamień. Może powinniśmy odwiedzić lekarza, bądź znachora? Inaf rzeczywiście może być chory, lub stuknięty… A z wariatami się nie zadziera.
-Jasne, ale to TY będziesz go nieść- uśmiechnął się do mnie chytrze –Ja jestem na to za stary, bolą mnie kości.
O nie, zgodziłem się, żeby go oprowadzić, ale nie będę targać na grzbiecie kamień.
-Cóż, więc może lepiej zrezygnujmy z naszej wycieczki krajoznawczej. Albo niech ten… lisek sam zapycha o własnych siłach.
-Zero szacunku dla starszych! Nawet odrobiny pomocy nie możesz okazać!- Inaf przygarną do siebie kawałek skały i usiadł demonstracyjnie- Bez Bożydara nigdzie się nie ruszam, a jak nie zmienisz zdania, to ostrzegam… Wyłupie ci oczy!!!
Spojrzałem powątpiewająco na „lisa”. Taaak. Już widzę, jak wyłupuje mi oczy.
-Słuchaj, nie jestem twoją niańką, nie muszę znosić twoich fochów- przemawiałem powoli i wyraźnie jak do małego szczeniaka –Nie, to nie. Decyduj się. Idziesz, czy zostajesz?
Staruch spiorunował mnie wzrokiem i ubliżył mojej rodzinie dobierając tak niecenzuralnych słów, że samo myślenie o nich powinno być grzechem.
-Już Ci mówiłem, abyś nie obrażał mojej matki. Nigdy- odparłem, zniżając głos –Ciągle się czepiasz moich rodziców, a gdzie twoja rodzina?- Inaf zapłoną gniewem.
-A co cię to obchodzi gówniarzu?! Moja rodzina zaznaje spokoju tam, gdzie ktoś taki jak TY, nie ma wstępu!- powoli odzyskiwał panowanie nad sobą.
-Przykro mi, nie chciałem cię urazić. Pragnąłem jedynie, abyś przez chwilę zobaczył, jak to jest. Moja matka nie żyje. A ty mieszasz ją z błotem. Nie zasłużyła sobie na to, rozumiesz?- spytałem sucho, choć jak zawsze na wspomnienie o matce cały drżałem z emocji.
Basior mruknął jakieś niewyraźne przeprosiny. Władował sobie kamień na grzbiet po czym burknął
-Idziemy?
Westchnąłem. I go poprowadziłem.
~
Staruch z trudem utrzymywał się na nogach, przeszliśmy spory kawał terenu, a dodatkowy ciężar mu niesłużył.
-Daj, poniosę go- mruknąłem i wziąłem Bożydara.
Przez całą drogę powrotną Inaf upominał mnie, karcił, czy krzyczał za każde najmniejsze potknięcie. Kiedy przez przypadek upuściłem kamień, złajał mnie od stóp do głów, jaki to ja niezdarny jestem. Na szczęście szybko dotarliśmy do jaskiń, gdzie odprowadziłem go pod same leże, zostawiłem mu Bożydara i z ulgą opuściłem jego towarzystwo. W małych dawkach jest do zniesienia, ale cały dzień z nim, to o jeden dzień za dużo.
<Na razie koniec>

Od Twilight'a CD Terry

Po chwili trzymał gorący napar w łapach. Zaniosłem go do wadery.
- Proszę.
Powiedział podając go. Upiła łyczek.
- Miłe zaskoczenie. Robisz coraz lepszą herbatę.
Wydał nieelegancki dźwięk, który był po prostu powstrzymaniem śmiechu.
 Gdy odstawili już puste kubki, przytulił Terre do siebie, tak, że jej głowa była na jego torsie, a on oplatał ją łapami.
_______________

Słońce weszło na horyzont, grając promieniami po pyszczkach. Basior spał jak zabity, w głębokim śnie.
- Twilight!
Zerwał się tak gwałtownie, że spadł z łóżka, uderzając o drawniany blat. Nie przejął się tym i już stał po chwili na szeroko rozstawionych łapach, gotowy na wszystko.
- Już?
Uniósł brew widząc jej rozbawienie.
- Niee... ale radziłabym być w pogotowiu. Czuję,że już niedaleko. Nie mogłam cię obudzić.
Jęknął i rozłożył się na miękkich futrach.
- Nie strasz mnie tak więcej.
Pocałował ją w czubek głowy.
Leżeli tak dobre kilka godzin.
- Kochanie...?
Jego wzrok, powędrował w jej stronę.
- Tak?
To spojrzenie powiedziało wszystko. Użył mocy i prze teleportował się do czegoś w sensie szpitala. Złapał kogoś pierwszego z brzegu.
- Porodówka.
Wilk zamrugał.
- Ee... Zam mną.
Wziął ją na łapy.
- Mogę iść sama!
Pokręcił głową.
- Nie możesz. Mógłbym cię nosić tak przez całą wieczność.
Położył ją delikatnie na pryczy, gdzie kazali mu lekarze.
- Czy chcesz być przy niej?
Nawet nie zaszczycił spojrzeniem rozmówczyni.
- Tak. - odparł z całą pewnością.
________

Przytuliłem trzy maleństwa. gdy tylko je pogłaskałem momentalnie się uspokoiły. Jeden z nich parskną uroczo. A raczej jedna.
- Cordinel.
Uśmiechnąłem się. Najpiękniejsza chwila w życiu.
Terra?

Od Terry CD Twilight'a

- Ja Ciebie też, ty mój księciu - zachichotałam.
Objeli się jeszcze mocniej, ale tak by nie uszkodzić szczeniąt.
- Już jutro poród, już nie mogę się doczekać ! - zaśmiałam się.
- Ja także, to będzie cudowne - uśmiechnął się.
- Zrobić Ci herbatę ? - zapytałam wstając.
- Nie, ja zrobię - pocałował mnie i poszedł.
Ja położyłam się i czekałam default smiley xd
Twil ? Nie wiem

środa, 15 kwietnia 2015

Od Klaris do Kid`a

Nie przeszkadzało mi milczenie basiora. Ja sama również miałam sporo spraw do przemyślenia. Kiedy w końcu miałam szansę przestać udawać, wybrałam watahę, w której muszę przybrać maskę. Znowu będę musiała się kryć, lecz tym razem, jak na ironię, to żywioł Wody będzie moim oficjalnym. Trudno mi będzie pogodzić się z odsunięciem Światła, ale jak powiedziałam a, to musze powiedzieć też b. Z resztą, jak już się zaaklimatyzuję, i zdobędę zaufanie Alfy, lub innego członka watahy, poruszę tę delikatną kwestię.
-Wybacz, że ci przerywam, lecz mam do ciebie kilka pytań- powiedziałam delikatnie, nieśmiało mu się przypatrując –dostałam się do świątyni, lecz nie wiem, gdzie znajdują się pokoje, spichlerz, ani co miałabym robić.
-No tak- Kid całkowicie otrząsnął się z melancholii- W drodze do jaskiń wszystko ci wyjaśnię.
Spokojnie opuściliśmy świątynię, ale inną drogą niż tutaj przyszłam. Słuchałam uważnie Alfy, zapamiętując jak najwięcej. Lecz oczy do słuchania niepotrzebne, dlatego uważnie lustrowałam okolicę, aby zapamiętać drogę. Szliśmy krętymi, wąskimi ścieżkami przez mokradła. Co jakiś czas musieliśmy przeskakiwać z wysepki na wyspę, lub posługiwać się zmurszałymi pniami przewalonych drzew jak mostem. Co jakiś czas zadawałam niewinne pytanie, czy prosząc o poradę, w jakim zawodzie najlepiej się sprawdzę. Zapytana o swoje umiejętności, o mało się nie wygadałam, lecz udało mi się zamaskować pomyłkę. Wyjawiłam mu, że mam bystry wzrok, oraz umiejętności typowe dla wilka Wody.
-I twoje futro świeci- zwrócił mi uwagę.
Nie dało się tego nie zauważyć, zwłaszcza teraz. Było już ciemno. Drzewa rosnące na malutkich wysepkach były smukłe i niezwykle wysokie. Rozgałęziały się przy samy czubku, tworząc szczelny baldachim. Jednak, wraz z zapadnięciem zmroku, orzyło tysiące owadów. Świetliki. Niejednokrotnie widziałam te świecące owady, lecz na terenie Klanu Wody były one o wiele większe, oraz mocniej świeciły. Lecz najjaśniej lśniłam ja. Kid zaproponował mi stanowisko wypatrującej, póki co nikt nie pełnił tej funkcji. I tak nasza rozmowa zeszła na innych członków klanu.
Drugim najważniejszym wilkiem po Alfie był Ao, Beta, pełniący funkcję obrońcy. Gammą tego klanu był Saran, strażnik świątyni. Było dużo zwykłych członków; Luta, Thunder, Salinna, Hikari, Cobalt, Zar’roc, Neytiri. Kate była najniższa w hierarchii, Omega.
-Jutro wszystkich poznasz, teraz nie będę zwoływał zgromadzenia- poinformował mnie, co przyjęłam z ulgą.
-To dobrze, jestem z męczona i niesporo stałabym kolejnej „konfrontacji”- rzuciłam pół żartem, pół serio.
-Za chwilę dotrzemy na miejsce.
Wyszliśmy z mokradeł, przekroczyliśmy las, w którym płynęła niezliczona ilość strumyczków. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że widziałam skrzydlatego konia. Kid nie przejął się tym, mieli tu całkiem sporą populację pegazów.
Zrobiło się ciemniej, świetlików było mniej. Za to ja świeciłam coraz bardziej.
-Będziesz musiała brać dzienne zmiany. Wypatrujący powinien być niewidzialny dla otoczenia. W nocy stanowisz przeciwieństwo niewidzialności.
„Zdziwiłbyś się” pomyślałam, ale głośno przytaknęłam.
Była już głęboka noc, gdy w końcu dotarliśmy do jaskiń. Cichutko, aby nie obudzić reszty członków watahy, odprowadził mnie pod wejście do mojej nowej jaskini.
-Dobranoc- rzucił na odchodnym.
-Dobranoc- uśmiechnęłam się do niego ciepło.
Miałam szczęście, ze trafiłam właśnie na niego. Moja głowa buzowała pod natłokiem myśli, lecz zmęczenie uniemożliwiało mi racjonalne myślenie i gdy tylko się położyłam, od razu zapadłam w sen.
<Kid?>

wtorek, 14 kwietnia 2015

Od Nity C.D. Predizione

Ocknęłam się, gdy moja głowa uderzyła o kamień sterczący z ziemi. Nie po raz pierwszy, jak wywnioskowałam po miażdżącym bólu łba. Miałam związane łapy i pysk, oraz obijałam się o Predi’ego, skrępowanego w ten sam sposób. Z trudem uniosłam głowę. Ciągnął nas sporych rozmiarów wilk, utykający na jedną nogę. Mimo kontuzji utrzymywał szybkie tempo, nie zważając na nasz ciężar. Mamrotał coś do siebie, co jakiś czas wybuchał obłąkańczym chichotem. Z szaleńcami się nie zadziera, a my go czymś najwyraźniej uraziliśmy. Mamy przerąbane. Właśnie, Predizione. Opuściłam pysk i spojrzałam na mojego towarzysza niedoli. Nadal był nieprzytomny, ale żył. Razem jakoś się z tego wykaraskamy.
Wędrówka mnie nużyła. Nie miałam wystarczającej siły, aby utrzymać głowę nad ziemią i ona, z resztą całe moje ciało, było co rusz narażone na kamienie, korzenie i inne niedogodności wyboistej drogi. Miałam nadzieję, że nasz porywacz w końcu się zmęczy, ale on jakby nie zważał na nas. Starałam się wychwycić sens tego co mówi, ale lina którą trzymał w pysku wszystko wygłuszała.
Po godzinie marszu Predi się przebudził, spojrzałam się na niego, starając się przekazać mu wzrokiem, że nic mi nie jest. Nie wyglądał najlepiej. Może gdybyśmy zrobili postój, wariat pozwoliłby mi się nim zająć? Rozważałam, czy szamotanie się przyniosłoby więcej korzyści, czy negatywnych skutków, ale wszystko jest lepsze od bezczynności.
Zaczęłam podrygiwać, i wiercić się, co nie było łatwe, ze względu na związane ze sobą łapy i zesztywniałe ciało. Lecz nasz oprawca nie zwracał na mnie uwagi. Postanowiłam zastosować inny fortel.
„Zatrzymaj się!” krzyknęłam do niego w myślach. Przez krótką chwilkę, malutką sekundę, nie byłam pewna, czy podziałało. Ale wilk zatrzymał się jak rażony gromem. Stał nieruchomo i cicho. Wypuścił z pyska linę. I stał. I stał. I stał… ten bezruch był bardziej przerażający niż jego szalony śmiech.
„Rozwiąż nas!” nakazałam mu w myślach. Basior gwałtownie odwrócił głowę w naszą stronę. Z ust skapywała mu ślina, a oczy miał przekrwione i nieobecne. Postąpił kilka kroków w moją stronę i pochylił się nade mną. Strzępek śliny skapnął mi na pierś, a jego cuchnący oddech sprawiał, że wczorajsza kolacja podchodziła mi do gardła. Znowu jakby się zaciął. Gapił się na mnie, czy też przeze mnie. Postanowiłam spróbować jeszcze raz.
„Rozwiąż nas!” Ta krótka komenda była jakby iskrą, przez którą wilk obudził się i zapłoną wściekłością. Zawył głęboko, a jego głos złamał się w pół nuty i przemienił w pisk. Zanim straciłam przytomność od potężnego ciosu łapą, usłyszałam tylko głębokie warknięcie dobiegające z głębi krtani Prediziona.
To jednak nie był dobry pomysł. Naiwnie sądziłam, że zareaguje na moje rozkazy. Jedyne co zyskałam, to kolejnego guza. Było ciemno. Gwiazdy, jedna po drugiej pojawiały się na niebie i mrugały do nas, nie przejmując się naszym losem. Predi drzemał obok mnie, w nienaturalnej pozycji, nadal skrępowany sznurem. Nasz porywacz stał kilka metrów przed nami i gapił się na nas. Nieruchomy, obłąkany i śmiertelnie groźny. Zastanawiałam się, w jaki sposób pozbawił nas przytomności. Trucizna? W kłach? Pazurach? A może na futrze? A jeśli to zaklęcie?
Delikatnie szturchnęłam Prediziona. Kiedy zareagował jedynie głośniejszym chrapnięciem, szturchnęłam go delikatnie nosem w pyszczek. Rzuciłam ukradkowe spojrzenie na obcego wilka. Zero reakcji.
„Predi… Hej, koleżko, obudź się” zaczęłam delikatnie przemawiać w jego myślach. To zdanie, było niczym szept, mimo to basior gwałtownie. Wzdrygnął się, wyprostował i przez chwilę się szamotał, zapominając o krępujących nas linach. Gdy oprzytomniał, rzucił mi pytające spojrzenie.
„Jakoś się nie złożyło, abym powiedziała ci, że potrafię przemawiać bez użycia słów. Za chwilę, otworzę się na to, co zechcesz mi powiedzieć, tylko uważaj, musisz być powściągliwy, inaczej usłyszę, co myślisz”.
Przez ułamek sekundy, znowu byłam małym smarkaczem. Zanim moja moc w pełni się ujawniła, beztrosko psociłam z innymi wilczątkami. W czasie jednej z naszych zabaw, zostałam przygnieciona przez kilkoro rówieśników, nie mogłam oddychać. Wtedy odkryłam swój talent. Przerażona, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robię, wysłałam do nich komunikat „Nie mogę oddychać!”. Lecz nie znając swojej mocy, nie pracowałam nad jej natężeniem. Przesłałam tę myśl z taką mocą, że wszystkie wilki w obrębie kilkunastu metrów do końca tygodnia miały migreny, a niektórym z uszu ciekła krew. Przez pewien czas wszyscy wkoło słyszeli, co myślę, a ja, co oni. Czasami były to niepokojące szepty, a czasami wrzaski, przez które o mało nie popadłam w obłęd. Dużo czasu zajęło mi panowanie nad moim „uchem wewnętrznym”.
Obawiałam się tego, co usłyszę, jeśli połączę się z Predi’m. Miałam nadzieję, że zdoła opanować swoje myśli i usłyszę tylko to, co powinnam. Kiedy niepewnie kiwnął głową, delikatnie uchyliłam kurtynę oddzielającą nasze umysły.
<Predizione?>

Od Ivette cd historii Marona

Szłam za basiorem. Matkoo no normalnie gorzej od ślimaka. Do głowy mi przyszedł pewien ciekawy pomysł, aby go trochę pospieszyć. Stanęłam i z całej siły go popchnęłam. Upadł na glebę z dość sporym łomotem, bo się tego w ogóle nie spodziewał. Oj biedaczek zbyt szybko stracił czujność.
- Co ty wyrabiasz!? – krzyknął zirytowany.
- Daję ci lekcję życia… nigdy nie odwracaj się do wroga grzbietem – spojrzałam na niego podle się uśmiechając.
- To my jesteśmy… wrogami? – spytał lekko zdezorientowany podnosząc się.
- Heh, można by powiedzieć, że jesteśmy neutralnymi wrogami – spojrzałam na niego szatańsko – a z resztą to był sygnał, aby się ruszył, bo nawet żółwie były szybsze.
Basior chciał coś powiedzieć, ale stwierdził, że to nie ma sensu. Odczuwałam satysfakcje z tego, że go wreszcie zgasiłam. I wreszcie przyspieszył. W przeciągu paru minut znaleźliśmy przy tym jego „Sythe”. Poczułam od razu zapach innych wilków. Mijaliśmy ich a niektórzy z nich się z zainteresowaniem przyglądali się mojemu ogonowi. Irytuje mnie takie coś, ale jak to mówił basior jest tu alfa, prawdopodobnie, a nie chce się mi wierzyć, że został lub została nim bez powodu. Maron odprowadził mnie pod jego jaskinie.
- To tutaj – wskazał na jaskinie – tam znajdziesz alfę i powodzenia.
Chyba chciał mi coś pokazać.
Ja jedynie machnęłam ogonem i z dumą weszłam do jaskini.
Kiedy weszłam głębiej, od razu ukazał mi się skrzydlaty basior otoczony jakąś czerwoną aurą. Tiaa… basior no po prostu świetnie czy nie mogła być to wadera? NIE TO MUSIAŁ BYĆ BASIOR. Dobra ogar Iv, to twoja szansa na dom zachowuj się i nie dopowiadaj.
- Zgaduję, że chcesz dołączyć do klanu ognia – stwierdził obojętnie.
Przytaknęłam.
- Dobrze, więc się streśćmy opowiedz mi coś o sobie.
- Mam na imię Ivette – krótko odpowiedziałam.
- Nic więcej o sobie nie zdradzisz?
- Zapewniam, że to kolejny nudny schemat ze szczęśliwą rodzinką.
Basior dał znak, że zrozumiał.
- Niech ci będzie, a teraz mam jeszcze jedno pytanie, jakie chcesz objąć stanowisko?
- Hmm… a co mam do wyboru?
- Ehh – mruknął – strażnik, lekarz, morderca i tak dalej.
- To ja z chęcią zostanę morderczynią – lekko się uśmiechnęłam.
- To miło mi Ivette, ja jestem Darkness, więc witaj w klanie ognia – próbował być miły, całkiem nieźle mu to wychodziło.
Wyszłam z jaskini a przed nią czekał Maron. Co on Matka Teresa?
- I jak? – spytał lekko się uśmiechając.
- I nic… - odpowiedziałam obojętnie.
On spojrzał na mnie ze grymasem na pysku.
- Zostałam przyjęta.
- O to ci gratuluje, a jeśli mi dane wiedzieć to, kim zostałaś?
Wiedziałam jak zareaguje.
- Morderczynią – uśmiechnęłam się podle, – więc się pilnuj Matko Maronie.
Pobiegłam kierując się na jeziora lawy.
<Maron? :3>

Od Marona cd historii Ivette

Patrzyłem za odbiegającą waderą. Było mi jej żal. Wyglądała na głodną i głupią, a to nigdy się dobrze nie kończy. Żeby podjadać świeżo upolowaną zdobycz pod nosem jej prawowitego właściciela? Zaskoczyła mnie jej brutalność, od razu zaatakowała, bez słowa ostrzeżenia. Przecież gdyby poprosiła, podzieliłbym się z nią mięsem. Zachowywała się trochę… zdziczale. Pochopnie, lekkomyślnie, arogancko. A mimo to zawołałem za nią.
-Ivette, zaczekaj!- potruchtałem w jej stronę, aby się z nią zrównać.
Zamiast zwolnić, przyspieszyła. O nie, nie dam się ignorować. Bezszelestnie ruszyłem za nią w pełnym pędzie, otaczające mnie drzewa rozmazały się w jasną smugę. W tym momencie miałem wrażenie, że lecę. Ominąłem Iv tylko po to, aby gwałtownie zahamować tuż przed jej nosem.
-CO DO CHOLERY!- wykrzyknęła groźnie zaskoczona moim nagłym pojawieniem się.
-Chętnie się z tobą podzielę posiłkiem, jest tego tak dużo, że starczy dla nas dwojga- powiedziałem uprzejmie. Nawet nie miałem zadyszki.
-Już ci coś mówiłam na ten temat- warknęła rozdrażniona –Nie potrzebuję niczyjej łaski, doskonale radzę sobie sama.
W tym momencie jej brzuch głośno zaburczał. Pominąłem to milczeniem.
-W takim razie ja proszę cię o pomoc. Sam nie dam rady tego wszystkiego opchnąć.
-Nie, znaczy NIE!- widziałem, że walczy z sobą, aby znowu mnie nie uderzyć i znowu ruszyła w swoją stronę.
-Wiedziałem, że odmówisz! Brak ci odwagi, aby tak postąpić. Wygrałem!- krzyknąłem za nią, wiedząc, że stąpam po bardzo kruchym lodzie.
Wadera stanęła w pół kroku.
-A wiesz, chętnie wykorzystam posiłek zdobyty cudzym kosztem- jej rdzawe oczy złowieszczo błysnęły.
Uniosłem brew. Ktoś tu nie lubi przegrywać.
-A więc zapraszam- poczekałem, aż wilczyca mnie minie i ruszyłem w ślad za nią.
Od mięsa dzielił na spory kawałek, choć biegłem przez kilka sekund. Pokonaliśmy go w milczeniu. Ona, unosząc wysoko pysk i z gracją stąpając na tyczkowatych łapach, ja przyglądając jej się. Miała niezwykłe umaszczenie, cała pokryta była pomarańczowymi, czarnymi i białymi plamami. Największe zdumienie budził jej jaszczurzy ogon. Ivette nie wygląda na otwartą, zapewne długo będę musiał czekać na wyjaśnienie, dlaczego go ma, jeśli w ogóle je poznam.
Usiedliśmy i w milczeniu zaczęliśmy jeść. Wilczyca łakomie pochłaniała duże porcje, ja zadawalałem się mniejszymi porcjami. Będąc w stadzie, nie cierpiałem głodu. Postanowiłem spróbować i wspomnieć jej o tym.
-Nie wiem skąd ani dokąd podróżujesz, ale sądzę że Klan Ognia jest dla Ciebie odpowiednim miejscem do osiedlenia- cieszyłem się, że ma pełny pysk i nie może zacząć mnie obrażać ani prowokować –Sądząc po tej kuli ognia, którą posłałaś w moją stronę, władasz żywiołem ognia. Jak sama nazwa mojej watahy wskazuje, właśnie wilki z takimi mocami do niej należą.
-Jest ich więcej?- spytała wyraźnie zaintrygowana.
-Owszem, te okolice zamieszkują wyłącznie magiczne wilki- odparłem równie zaskoczony, co ona. Jak mogła myśleć inaczej?
-Oh- odparła tylko. Jej spojrzenie było nieobecne, widać było, że intensywnie myśli.
-Może wpadniesz do Sythe, rozejrzysz się, poznasz Alfę i wtedy podejmiesz decyzję?
-Dzięki, że w ogóle to uwzględniłeś- znów pojawiła się złośliwa nuta w jej głosie –Bo myślałam, że zaplanowałeś dla mnie całe MOJE życie. Myślę, że znajdę czas aby poznać tego waszego całego Alfę.
Podniosła się. Miała lekko zaokrąglony brzuch po tak sutym posiłku. Zostały tak naprawdę same koście i resztki mięsa… ale nimi zajmą się padlinożercy.
-No? Co tak stoisz i się gapisz? Prowadź.
<Ivette>

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Od Solitaire cd historii Sarana

-SARAN!!- krzyknęłam i padłam. Tylko tyle pamiętałam
~
Obudziłam się u siebie w łożu. O dziwo- pamiętałam wszystko i nic. Nie pamiętałam co się stało, co wydarzyło się w chwili krzyczenia, ale pamiętałam co krzyczałam i jak krzyczałam. To był krzyk... przerażenia. A imię? Imię to brzmiało Saran.
Powoli wstałam. Rana- prawie zagojona, bolała bardzo, więc zapewne musiałam coś sobie wtedy zrobić. Wyszłam na korytarz. Nikogo nie było- cisza była przerażająca. Przeszedł po mnie delikatny dreszcz. Niemiły dreszcz. Powoli przeszłam przez drzwi Sythe i zobaczyłam to. Co? Darkness'a, Sarana, strażników i wilki. Basior z klanu Wody wyglądał na naprawdę wkurzonego. Poza tym wyglądał nieco inaczej. Jego futro było czerwonawe, a grzywka była jednym wielkim płomieniem. Nie wiedziałam co się działo. Potruchtałam do nich, bo ból nie pozwolił mi na bieg. Podbiegając do Aine, do Jane, do Inafa nie dowiedziałam się nic- każdy odsuwał się ode mnie powoli, udając że nie słyszą. To nie. Weszłam do małej szczeliny między wilkami aby usłyszeć słowa Darkness'a. Krzyczał do Sarana obraźliwe słowa, pytał jakim prawem wkroczył na jego tereny. Ten tłumaczył się że usłyszał wołanie o pomoc, a że swój honor ma- pomóc musiał, nie ważne czy to wadera z klanu ognia, basior z klanu wody czy omega czy alfa. Pomóc chciał, więc pomógł.
Nie mogłam tego słuchać. Darkness tłumaczył Saranowi że gdyby nie był tak myślący, Saran dawno by już nie żył. Sojuszu między Klanem Ognia a Klanem Wody nie ma, jest wręcz wojna. Podeszłam do Darkness'a, powiedziałam mu że gdyby nie on- straciłby przywódczynię polowań. On popatrzył się na mnie groźnie i ostrzegająco. Nie wzruszyłam się tym- nie jestem jakimś tchórzem, mam swój głos. Strażnicy puścili Sarana, ten popatrzył się na mnie i zwiał. Po prostu sobie zwiał.
Nie wiedziałam co mam o tym myśleć, ale byłam tak głupia że poszłam wieczorem tam, gdzie spotkałam się z nim przed tajemniczym wypadkiem. Musiałam dowiedzieć się co się stało. Nie jestem tak nienormalna, żeby nie wiedzieć co tak naprawdę się tu kroi. Ostatnia sytuacja z Jane mogła mieć coś wspólnego. Może to osoba która zatruwa wodę? Może to jej wspólnik?
Poszłam. Nie zwracałam uwagi na konsekwencje. Jeśli Darkness chciałby mnie wywalić- nie dość że zrobiłby to już dawno, a ja poszłabym do Klanu Mysterious Thoughts albo Everything. A wtedy on straciłby świetną przywódczynię polowań, a zarazem zimną szma*ę.
Gdy powoli dotruchtałam( rana ciągle bolała, cho*era- mogłaby już odpuścić), Saran siedział skulony przy drzewie. Podeszłam do niego. On popatrzył się na mnie i powiedział:

<Saran?>

Od Kayamy cd historii Liberto

Dzisiejszy dzień zaczął się wyjątkowo niemiło. Bardzo niemiło. Po całym tygodniu lotu w końcu dotarłam nad morze. Byłam w kropce. Z jednej strony wyczuwałam jakiś odległy zapach smoka. Z drugiej strony lot przez morze, gdzie każdy może mnie zobaczyć niezbyt mi się uśmiechał. W końcu postanowiłam zaryzykować. O dziwo, już po dwóch godzinach zauważyłam wysepkę. Stwierdziłam, że wypadało by chwilę odpocząć i na coś zapolować, gdyż byłam głodna. W powietrzu unosił się przyjemny zapach jelenia. I kiedy tak wędrowałam za tym zapachem zauważyłam wilka. Siedział na kamieniu, mruczał pod nosem i coś tam czytał. Podeszłam bliżej i stwierdziłam, że wilk trudzi się nad smoczą anatomią. Nie dziwiłam mu się, niektóre smoki nawet jej nie znały, bo do prostych nie należała. Postanowiłam, że mu pomogę.
- Hej, potrzebujesz pomocy? Znam się na tym, mogę ci wszystko pokazać i wyjaśnić
Wilk odwrócił się, popatrzył na mnie... i zamarł ze zdziwienia. Wpatrywał się we mnie jak w obrazek!
- Ej, czemu się tak na mnie dziwnie patrzysz?
- Wiesz co, jesteś pierwszym smokiem, który do mnie podszedł i się przywitał.
Smokiem? Spojrzałam w dół. Zamiast łap - szponiaste palce. Ups...
<Liberto?>

Od Emily do Nity

                    Maj szybko minął, a za progiem ukazało się lato. Jedne wilki  stąd odchodziły, a inne przychodziły- już tego nie liczyłam. Znowu zamknęłam się w swoim nowym domu i czytałam księgi. Nikt do mnie nie przychodził, ani o mnie nie pamiętał, ale już mnie to nie interesowało. W moim życiu ostatnio przewinęło się parę wilków, ale jak wszyscy szybko zniknęli i już nigdy się nie pojawili. Pewnego dnia mojego przebywania ze sobą ktoś zapukał.
-Puk, puk...Emily? Jesteś tam? Żyjesz jeszcze?
- Nie, umarłam- odpowiedziałam sarkastycznie i sytuację takie jak ta już się nie powtarzały.
 Jednak pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd coś się zmieniło. Na swoim oknie zobaczyłam orła. Zapukał parę razy w szybę.
-Witaj stary towarzyszu polowań! Tęsknisz za mną?- orzeł pokiwał głową i chociaż nie umiał mówić widziałam, że chce abym ,,powróciła do życia".
-Ugh, nie teraz.- odparłam znowu się wywiązując.
Jednak nie mogło to trwać w nieskończoność i parę dni później wyszłam z mojej tajemniczej nory. Byłam głodna i to w głównej mierze sprowokowało mnie do wyjścia. Nie będę w swoim dzienniku opisywać całej ceremonii polowania bo to obrzydziło by wielu z was, a mało osób lubi czytać o fruwających wnętrznościach. Kiedy się najadłam postanowiłam popatrzeć na wschód słońca. Tu kraina była radosna i szczęśliwa, wilki żyły tu bez żadnych trosk. ,,Im to dobrze"- pomyślałam i powlokłam się dalej.

...................................................................................................................................................................

          W około rozpościerała się łąka i panował nie zakłócony wilczym wrzaskiem spokój. Wilki tutaj nie lubiły wstawać tak wcześnie. Nagle pod nogami zobaczyłam wiadomość ,,Idź za strzałkami i nie zawracaj".
,,Dziwne"- pomyślałam. ,,Pewnie jakieś hasające i śmiejące się wilcze dzieci wiosny bawią się i czekają, aż jakiś naiwniak pójdzie za tym co narysowały"- westchnęłam głośno i wbrew sobie jak ten rzekomy naiwniak poszłam za strzałkami. Ktoś kto je narysował musiał być podróżnikiem i niestrudzonym wędrowcem tak jak ja, bo strzałki wlokły się po terenach różnych klanów i pokonały kilkadziesiąt kilometrów. W pewnym momencie strzałki rozwidlały się na dwie strony. Spojrzałam w górę- na drzewie widniał napis ,,Jeśli tutaj dotarłeś to wybierz drogę". Szczerze to było mi obojętnie, którą drogę wybrać. Powiodłam się tą dalszą. Droga ta prowadziła przez liczne rozwidlenia i stepy, aż wreszcie ujrzałam piękną, rozpościerającą się dookoła plażę.
...................................................................................................................................................................
                         Tu strzałki zatarły się i pozostałam w martwym punkcie. Wschód słońca już dawno minął i byłam zła na siebie, że podążyłam tymi strzałkami.
-Przynajmniej pójdę popatrzeć na morze i odprężę się tutaj- powiedziałam do siebie i zobaczyłam swój cel- wielkie, stare drzewo. Podeszłam pod nie, kiedy usłyszałam ciche chrapanie. ,,To jakiś wilk"- pomyślałam i podeszłam bliżej do (jak się potem okazało) wadery. Przyglądałam się jej przez chwilę, aż ta obróciłą się na drugi bok i powiedziała:
-Witaj, pochodzę z Klanu Powietrza, a na imię mi Nita. A Ciebie, jak zwą?
- Um...Ja jestem Emily i jestem alfą Klanu Everything. Mogłabyś mi powiedzieć gdzie ja jestem, co ty tu robisz i opowiedzieć o tym miejscu?- zapytałam trochę zagubiona. Nigdy tu wcześniej nie byłam i nie przypuszczałam, że gdzieś na świecie może być tak pięknie.
(Nita? Wybacz, że tak długo mnie nie było.)

Od Terry do Twilight'a

- O czyli już wiesz ? - zaśmiałam się z pełnym uśmiechem.
- Tak - zaśmiał się pogodnie.
- Dobrze i synek i córka, a imię dla drugiego synka ? Może Feliks ? - zaśmiałam się i go pocałowałam.
Poród miał być już za dwa dni, już nie mogłam się doczekać.
- Hahaha czyli jeszcze trzeci ? - pocałował mnie z entuzjazmem.
- Jasne, a idziemy teraz do jaskini ? - uśmiechnęłam się.
Twil puścił do mnie oczko, wziął mnie pod ramię i razem wróciliśmy do jaskini.
Tam położyłam się i dalej rozmawialiśmy,.
- To co, wiesz że już za dwa dni poród ? - uśmiechnęłam się.
- Co ?! - krzyknął.
- Ale spokojnie, nic się nie dzieje - zaśmiałam się i położyłam się obok niego i pocałowałam go.
(Twillight?)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Od Liberto C.D. Life

Byłem zdenerwowany faktem, że Life odebrała mi obiekt testów i ćwiczeń. Smoka znalazłem przed chwilą, a potem namówiłem go, żeby mnie nie atakował. Uległa postawa świadczyła o nie podważonej przeze mnie siły smoka. Nagadałem mu trochę, już chciałem go uwolnić mojego poddanego lecz... wadera o zabiła. Byłem wściekły. Jak mogła! Gdybym nie był na terenie Klanu, chętnie dałbym jej z liścia. Ale kiedy powiedziała "No stary była by z ciebie smaczna przekąska", byłem do reszty rozwścieczony. Raz- smok nie zawinił. Dwa- mogłaby choć dokładniej przyjrzeć się całej sytuacji. Trzy- smoki nie znajdują się za każdym zakrętem. Ze smutkiem i wściekłością w oczach spojrzałem na ofiarę.
- Jak mogłaś?!- tyle zdołałem wydukać.
- Ocaliłam ci życie!- była nieco zmieszana.
- Raczej pozbawiłaś je stworzenia które nie zasługiwało na śmierć z twoich kłów!- popatrzyłem na waderę. Co miałem zrobić. Nic.
 Odeszłem ze spuszczonym łbem. Odechciało mi się wszystkiego. Smok... Drugi którego poznałem, zginął. Miałem dość. Musiałem odizolować się od otaczających mnie wilków. Spojrzałem na sąsiednią wyspę Klanu Wody, rozprostowałem dwie pary skrzydeł i ruszyłem na otwarte morze.

 CDN

sobota, 11 kwietnia 2015

Od Life


Ranek.Powoli wymaszerowałam z jaskini.Od razu wzbiłam się w górę.Lubiłam latać to prawda.Praktycznie cały dzień spędzałam chodząc po chmurach. Tego dnia zamierzałam robić to samo.Powoli przekładałam nogę za nogą.Wtedy usłyszałam krzyki.Zleciałam na du.Zobaczyłam basiora leżącego przed ogromnym smokiem.Szybko podleciałam do gada.On popatrzył na mnie groźnym wzrokiem i zaatakował.Wzbiłam się w powietrze.Smok mnie dogonił.Wyrwałam mu parę łusek i ugryzłam w odsłonięte miejsce. Warknął z bólu.Nie machał skrzydłami i spadł na skały. Wtedy zleciałam na ziemię.Upewniłam się czy smok żyje i podeszłam do basiora:
- No stary była by z ciebie smaczna przekąska-zaśmiałam się pomagając mu wstać.
- Jestem Life-przedstawiłam się.
Jakiś basior ?

Nowy wilk w Klanie Ziemi!

Kayama 
Zwykły Członek 
Lekarka

Od Shadowmaker'a cd historii Rachel

Pilnie obserwowałem waderę i kruka, który zmienia się w.. nie wiem, nawet nie chcę tego słowem określać. Ostatnia wypowiedź wadery mnie jednak zdziwiła. Początkowo wrogie podejście, teraz obojętność? Ciekawie.
- Skoro tak, to rozgoszczę się tu nie będąc członkiem. Coś sobie zapoluję, dobra? Fajnie, że się dogadaliśmy. - rzuciłem, udawając... Radość? Szczęście? Tych uczuć już nawet nie rozróżniam. Bo po co mi one w życiu? Doświadczyłem je jeden raz, i o jeden za dużo.
- Pewnie po raz kolejny ci się nie uda. - odpowiedziała wadera krzywo uśmiechając się pod nosem. Zaklnąłem w duchu.
Odwróciłem się w jej stronę.
- Mam o wiele poważniejsze sprawy niż rozmowa z tobą. - warknąłem nagle ostro. Mam problemy z samym sobą... No cóż, tak też w życiu bywa.

Rachel? Przepraszam że późno i że takie krótkie : P

piątek, 10 kwietnia 2015

Od Izaline CD Tempsenta

No to się wkopałam. Że też akurat na niego musiałam teraz wpaść i to w takim stanie. Chociaż starałam się iść wyprostowana, w prawdzie ledwie trzymałam się na łapach które zdawały się być jak z waty. Mam nadzieję, że basior tego jeszcze nie zauważył... nie chcę, żeby za bardzo przejmował się moim stanem zdrowia. Jako wojowniczka powinnam dumnie znosić swoje rany i nikomu nie mówić o groźnych szkodach. Nie spodziewałam się, że taka wręcz szczenięca ''zabawa'' z gryfami, może się tak skończyć. Jak widać moja forma spadła i to poważnie, dawniej pokonałabym nawet z dziesięć takich bez wyrządzenia sobie żadnej krzywdy. A nawet dałabym sobie radę ze smokiem!
- Wyglądasz okropnie... - Temp pokręcił łbem z niedowierzaniem
- Już to mówiłeś - burknęłam jednak ostatecznie uśmiechnęłam się lekko
- Zero w Tobie kobiecości Izaline - wyszczerzył białe kły w szerokim uśmiechu
Przystanęłam rzucając mu mordercze spojrzenie, po chwili jednak oboje parsknęliśmy śmiechem. Ruszyłam jak najszybciej w stronę rzeki, ale takiej w której mogłabym się wykąpać a nie wybrudzić jeszcze bardziej. Poprosiłam Tempsenta, żeby na mnie poczekał. Kto wie, może naglę zacznę się topić a kto mnie uratuję jak nie ten basior? Nie chciało mi się myć nie wiadomo ile, po prostu się opłukałam... i tyle mi starczyło. Od razu poczułam się jakby lepiej, świeża i pełna nowej energii. No może nie pełna, ponieważ nadal wyczuwałam minimalne zmęczenie.
- Myślisz, że jesteś silniejszy od tych gryfów.
- Nie wiem, bo z nimi nie walczyłem... a co?
- Chcę znaleźć kogoś, kto będzie mógł mnie pokonać - spojrzałam na basiora z uśmiechem, w sumie to wydaje się silny i to bardzo... za pierwszym razem, nie walczyliśmy przecież na poważnie - nieważne, co masz ochotę teraz porobić?

(Temp? Lekki brak weny, przepraszam XD)

Od Hikari DO Ao

Odkryłam, że moim ulubionym miejscem jest bagniste Jeziorko, znajdujące się na północny zachód. Powietrze było tam ciepłe, albowiem przybywało z Klanu Ognia. Lubiłam się tam wylegiwać całymi dniami, na jednym z licznych omszonych kamieni i wsłuchiwać się w śpiew wodospadu. Mało członków KW tu przychodziło, więc miałam święty spokój. Zwierzyna, również tam nie zamieszkiwała, lecz udawało mi się czasami złowić jakąś rybkę, lub upolować ptaka. Lubiłam tutejsze wilki [z małymi wyjątkami]. Wydawały się być przyjazne i szczere, ja natomiast nie ufałam im. Wolałam polegać na sobie. Można by nawet przyjąć, że moje życiowe motto brzmi: "Umiesz liczyć? Licz na siebie".
Jeśli miałabym wskazać z kim podzieliłabym się jedzeniem to byłaby to Luta. Nie wygląda na towarzyską, a takich najbardziej lubię.
Leżałam na grzbiecie, delektując się promieniami słońca. Zapadała noc, a z doświadczenia wiem, że najlepiej nie spędzać jej na bagnach. Szybko wstałam i ruszyłam w stronę jaskiń. Spowolnił mnie deszcz i burza. Nie zdążyłam dojść do schronienia przed mrokiem - musiałam tam dość w nim. Znajdowałam się w gęstwinie lasu iglastego. Niepewnie stawiałam kroki- nic nie widziałam. Nie miałam super zmysłów, ani żywiołu cienia, dlatego posługiwałam się strategią. To była moja specjalność. Otoczyła mnie ciemność. Nic nie widziałam, tylko swoje łapy. Usłyszałam wielkiego zwierza, jego szybki bieg, lejąca się z pyska ślina i pot. Poczułam na sobie jego białka oczu, a raczej wydawało mi się że to czuję i słyszę. Tak naprawdę to tylko lęk z przeszłości. Zaczął mnie okrążać, coraz ciaśniej i ciaśniej... Zemdlałam.
Gdy się ocknęłam znajdowałam się w lecznicy. Leżałam na prowizorycznym łóżku dla chorych. Niedaleko mnie stała Kate z jakąś książką, którą najwyraźniej czytała. Pewnie zauważyła, że się obudziłam, więc rozpoczęła tradycją regułkę: pytała jak się czuję, co się stało, czy czegoś potrzebuję. Na wszystkie pytania odpowiadałam- nie wiem. Poprosiłam aby wyszła, bo muszę sobie to wszystko przypomnieć. Kiedy wyszła, to tak naprawdę przypominałam sobie mój lęk z dzieciństwa. To się zdarzyło wtedy, gdy miała rok. Will i October wyszli na nocne polowanie, ja zostałam w naszym małym obozie. Niestety, byłam tak głodna, że postanowiłam na samotne polowanie. Byłam dostatecznie blisko "domu", a wtedy zobaczyłam białego zająca. Był biały jak śnieg, końcówka jego małego ogonka była niebieska- tak jak moja. Skuszona piękną zdobyczą, zaczęłam skradać się do niej, lecz dużo czasu minęło, abym zorientowała się, że się zgubiłam. Króliczek zniknął, ciemność mnie otoczyła, nie miałam drogi ucieczki. Jakaś nadprzyrodzona siła, w jednej chwili mnie zatrzasnęła we własnym ciele. Nie miałam możliwości zrobienia jakiegokolwiek ruchu , moje moce "zniknęły". Utonęłam w "mgle". Dusiłam się, w duchu krzyczałam. Nie wiem co się dalej stało, nad rankiem obudziłam się w obozie. Opiekunowie mówili, że znaleźli mnie w lesie, ale normalnie poszłam z nimi... i, że nie było żadnego mroku, tylko ja. Miałam podobno dziwne, głębokie, czarne soczewki [nie dosłownie!], ale one powróciły do normalnego stanu, lecz wtedy pociemniał jeden z moich wisiorków [pamiątki po matce]. Od tej pory staram się unikać nocy oraz innych nocnych stworzeń, ale podobno ta ciemność zmieniła mnie. Stałam się rozsądniejsza, lecz już nie nieustraszona, sprytniejsza, lecz już nie dobra. Podejrzewam, że gdyby nie "coś", to stałabym się demonem. Ciekawe co to było? Może tajemniczy zając lub, amulety matki?
Zmartwiona, postanowiłam nie siedzieć dłużej w klinice. Wyruszyłam na plażę. Byli tam wszyscy. Zaszyłam się w krzakach i przypatrywałam się widokom. Drzemałam sobie, kiedy z "pół snu" obudził mnie Ao.

<Ao? Tylko żebym nie wygadała prawdy XD>

Od Miru CD Nightfury

  Ciężko oddychając cała drżałam i posapywałam. Mój oddech był jak jedno wielkie charczenie, w pysku czułam smak krwi, do tego z każdą sekundą robiło mi się coraz słabiej i coraz trudniej było mi oddychać. Kątem oka spojrzałam na waderę z długimi skrzydłami i ciemnym futrem. Nie znałam jej, czemu mnie uratowała? Nie była zobowiązana do tego, skoro nie należy do innego Klanu. A jednak jej za to dziękuję, chociaż w prawdzie nadal mogę umrzeć. Muszę jak najszybciej wrócić do siebie... Des... ona mi pomoże, muszę iść do samicy Alfa. Wykorzystałam całą resztę swoich i tak marnych sił, żeby się dźwignąć jednak kiedy prawie już stałam na wyprostowanych łapach, straciłam równowagę i walnęłam pyskiem o ziemię. Zawyłam z bólu, ból był tak niewyobrażalnie wielki... czułam jakby mi ktoś rozrywał czaszkę i wbijał sztylet w sam środek mózgu.
- Błagam... - wyszeptałam tak cicho, że ledwo sama siebie usłyszałam, wadera nachyliła się w moją stronę i zmarszczyła nos, dając mi do zrozumienia, że mam powtórzyć - proszę... uratuj mnie - wychlipałam zaciskając swoje łapy na jej łapię, z początku był to silny uścisk, tak że skrzydlata wilczyca aż się skrzywiła, jednak w końcu zelżał i moje łapy opadły na błoto, ciemność ogarnęła całe pole widzenia.
  Musiałam kilka razy zamrugać oczyma, żeby obraz zrobił się bardziej wyraźny. Łeb nadal mnie bolał, jednak ból w klatce piersiowej definitywnie był teraz mniejszy. Poznawałam to miejsce, szpitalna jaskinia w moim Klanie? Czyli jednak wadera mi pomogła, rozejrzałam się niespokojnie a kiedy ją zobaczyłam, uśmiechnęłam się szeroko. Co prawda nie widziała mnie, ponieważ najzwyczajniej w świecie gapiła się w ścianę, chyba nie za bardzo chciało jej się tutaj siedzieć. Jednak musiała, w końcu przekroczyła granicę. Będzie dobrze, jak opuści to terytorium bez żadnej dyskusji. Może mój brat będzie dzisiaj łaskawy i nic nie zrobi tej waderze, w końcu mnie uratowała.
- Hej - szepnęłam a ona nagle spojrzała w moim kierunku - Dziękuję
- Jasne... Podobno już nic Ci nie będzie
- Musiałam wyglądać okropnie, jak jakiś szaszłyk Skond Miru wie co to szaszłyk? Nie pytajcie Reity. - zaśmiałam się
- No może tak troszkę - wilczyca wzruszyła ramionami
- Jestem Miru - wyciągnęłam w jej stronę drżącą łapę - A ty?

(Nightfury?)

Od Kid`a CD Klaris

  Coś z tą waderą było nie tak, ale nie wiedziałem co... mało istotne. Skoro Szere nie miał do niej problemów, to czemu ja mam niby mieć? Przez jakąś chwilę przyglądałem jej się jeszcze tym swoim badawczym wzrokiem, po czym przytaknąłem. Miło będzie gościć kolejnego wilka w naszym gronie.
- No to skoro masz żywioł wody, to chętnie Cię tutaj powitamy - uśmiechnąłem się lekko do wadery
Wilczyca przez chwilę przyglądała mi się w milczeniu, jednak po chwili również się uśmiechnęła. Wydaje się być troszkę nieśmiała... czyli nie muszę udawać miłego i rozgadanego basiora, mogę się odprężyć. Wadera w prawdzie nie odpowiedziała na to, ale zdawało mi się, że w głębi serca się cieszy. Ale nawet ja mogę się czasem pomylić. Ruszyłem bez słowa w stronę Świątyni, przecież i tak tam zamierzałem iść, więc dlaczego nie wejść by tam teraz. Przy okazji musiałem się dodatkowo upewnić, czy wadera ma żywioł Wody. Kiedy tylko przeszła przez wejście do Świątyni Water, nic się nie stało. Żadnego zawalenia się budynku, lub samozniszczenia wadery... wszystko było okej.
- Ładnie tutaj, nieprawdaż? - wskazałem na kasetony wykonane z masy perłowej o pozłacanych wzorach - Aż trudno uwierzyć, że to wszystko ma już kilka tysięcy lat - uśmiechnąłem się sam do siebie.
  Znałem perfekcyjnie historię tego Klanu. Kiedy jeszcze Klan Wody był potęgą, a ja byłem kilkumiesięcznym szczeniakiem, musiałem całymi dniami uczyć się języków innych Klanów [tak, okazuje się, że każdy Klan ma swój własny język, jednak jest też język uniwersalny którymi posługujemy się w rozmowie z innymi], historii Klanu Wody a także innych. Nie mogłem tak jak mój brat, spędzać czas z wtedy tak licznym gronem szczeniaków, a kiedy już do tego dochodziło... prawie rozwalaliśmy cały Klan. Do dzisiaj pamiętam uśmiechnięty pysk mojego pradziadka. Dziadka i ojca miałem tylko w wyobrażeniach... Mój dziadek, Desoto umarł chwilę po tym, kiedy z żywych powrócił założyciel Klanu Wody - David. Niestety w wyniku katastrofy poległ po raz drugi. Natomiast mój ojciec... zmarł dosłownie kilka minut przed moimi urodzinami, matka nigdy nie opowiadała mi o tym zbyt wiele, podobno został zaatakowany przez bardzo dużą ilość dziwnych stworzeń, nie odratowali go. Ona sama, również zginęła podczas katastrofy. Świątynia była jedynym miejscem, w którym mogłem się pomodlić o spokój dla ich dusz oraz za mój Klan.
- Zamyśliłeś się - wadera stanęła obok mnie
- Tak... ostatnio zdarza mi się to coraz częściej - niechętnie przyznałem

(Klaris?)

Od Neytiri CD Sarana

Od Neytiri CD Sarana
Tak, muszę przyznać że odzwyczaiłam się od rozmowy z innymi wilkami, dlatego nie miałam nic do powiedzenia. Szczerze, byłam przekonana, że przydałby się mi przyjaciel lub chociaż znajomy, jednak nie mogłam zebrać się na siły by zapytać o to Sarana. Wydawał się miłym i odpowiednim na przyjaciela wilkiem.
Kiedy wstał i zaczął odchodzić, również szybko wstałam chcąc go jeszcze na chwile zatrzymać.
-Idziesz już? Poczekaj, mam sprawę do ciebie…- rzuciłam pierwszymi słowami, które wpadły mi do głowy. Westchnęłam cicho wpatrując się w niego świecącymi, zielonym kolorem oczami.
- Chciałbyś... Się ze mną zaprzyjaźnić? - zapytałam niepewnie.
- Dlaczego nie? - wilczur zamachał lekko ciemnym ogonem spoglądając w moją stronę. Odetchnęłam. - ale teraz mam jeszcze parę obowiązków.
- Nie ma sprawy. - uśmiechnęłam się delikatnie. Nie chciałam wyjść na głupią i dziwną przez moją małomówność z innymi, jednakże moje myśli są bardziej bogate w rozmowy.
Basior zaczął się oddalać, a ja usiadłam i wpatrywałam się w niego jeszcze przez chwile. A może mogłabym mu w czymś pomóc? Pewnie idzie patrolować teren...- zaczęłam się domyślać. Co do czujności byłam w tym całkiem dobra.
Kiedy Saran zniknął z mojego horyzontu widzenia, zerwałam się i pobiegłam z powrotem w jego kierunku, jednakże musiał gdzieś skręcić, bo nie mogłam go znaleźć.
Usłyszałam szelest. Byłam przekonana, że to on gdzieś się tu szwęda.
- Saran? - rzuciłam pytająco stojąc w miejscu. W odpowiedzi usłyszałam ciszę. Spuściłam pysk ku ziemi przymykając wilcze ślepia. Słyszałam... Cichy, starający się zamaskować oddech... To nie był nikt z naszych. Ustawiłam się wprost bezszelestnie w pozycji zwanej przeze mnie bojową, której bardzo często używałam na polowaniach przed atakiem i zamachałam chytrze jasną kitą.
- Jesteś mój. - odezwałam się krótko po czym z głośnym wilczym warknięciem przypominającym nieco odgłos bestii rzuciłam się na ofiarę... Wilk miał ciemnobrązowe barwy i starał się wymknąć, ale nic z tego. Podczas szybkiego biegu wybiłam się silnymi łapami w skok i wylątowałam na szpiegu, który pod wpływem mnie upadł jak długi na ziemię.
Zawyłam dziko, jak zawsze kiedy kończę polowanie, oczywiśnie odruchowo... Starałam się utrzymać na ziemi basiora grożąc mu za chociażby jeden ruch ostrymi kłami i pazurami.
Mogę się założyć, że ten atak słyszała chociaż połowa lasu...
I nie zdziwiłam się, kiedy na miejscu zobaczyłam Sarana.

(Saran?)

Od Sarana CD Kate

Leżałem na twardej posadzce nory, z półprzymkniętymi oczami, starając ogarnąć rozbiegane myśli. Omega leżała tuż przy mnie. Wyraźnie się denerwowała. Denerwowała się mną. I dobrze. Jej pierwszy atak mocno zamroczył mi w głowie, ale później walczyłem już z chęcią stawiania oporu. Byłem pewny, że udałoby mi się to. Magia gammy jest bowiem o wiele silniejsza od magii Omegi. Zastanawiałem się właśnie, jak odpłacić jej pięknym za nadobne. Z drugiej strony miała rację. Wszyscy traktowali ją jako niepotrzebnego śmiecia, który jest w tym klanie, ale jakby wyparował - to nikt by się tym nie przejął. Uświadomiłem sobie, że traktuję ją tak, jak w moim dawnym domu traktowali mnie. No dobra, łazi tu sobie jakiś wilk - no ale co z tego? Pamiętałem, jak umykałem przed wzrokiem innych, żeby nikt ze mnie nie drwił. Pamiętałem, jak ukrywałem się po krzakach, bo tam czułem się bezpieczny. Pamiętałem bezsilność moich rodziców, kiedy to głównie przeze mnie zmarła Oshie. Pamiętałem, kiedy naprawdę miałem tego dość, kiedy chciałem odejść, ale coś mnie powstrzymywało. Może przez to zostanie gammą coś mi się pokręciło? Stałem się tym, kim nie chciałem być. Dokładnie taki jak ci, przed którymi zwykle musiałem uciekać. Z drugiej strony... Podlegam alfie. Oprócz życia towarzyskiego mam też obowiązki. Nie chciałem stracić swojej hierarchii, ale nie chciałem też być oprawcą. Byłem rozdwojony, nie wiedziałem, co mam robić... Czy naprawdę hierarchia decyduje o tak wielu sprawach? Czy to od niej zależy to, jak jesteś postrzegany przez inne wilki? Na razie moje rozważania należałoby odsunąć na bok. W zasadzie mogłem użyć przemocy i wyrwać się stąd. Jednak to nie było w moim stylu, poza tym chciałem, aby wadera zapamiętała ten dzień na długo.
Nagle przypomniałem sobie o jednej opcji. Osheira. Tylko czy to ryzyko mi się opłaci? Jeśli ona się uwolni, to problem będę mieć i ja i Kate. Zdecydowałem się jednak zaryzykować. Wezwałem ją w myślach i...
Furia. Gniew. Tylko to czułem. Chciałem zerwać się, wgryźć się w ciało wadery. Zabić ją możliwie najokrutniejszym sposobem. Powoli rozpłatać ją mieczem. I tak mi nic nie grozi. To tylko omega. Ale nie zrobiłem tego. Zacisnąłem mocno wargi, starając się być spokojnym. Pomału udawało mi się odzyskiwać nad sobą kontrolę. Po pięciu minutach było już po wszystkim. W jaskini nikt więcej się nie pojawił, ale ją czułem. Oshie. Moja siostra.
- Tak Saran? Masz do mnie jakąś sprawę? - rozdźwięczał w moim umyśle jej głos. Wiedziałem, że zrobi co każe. Może to i demon, ale przede wszystkim jednak moja siostra. Kiedy powstrzymam tą ,,złą" część natury jest niezwykle przydatna.
- Powiedzmy. Wiesz, co tu się stało, co nie?
- Oczywiście.
- Chciałbym, żebyś zrobiła coś, co ta wadera na zawsze zapamieta
- Jakieś specjalne życzenia?
- Nie. Raczej nie. Tylko nie zrób jej krzywdy
- Uuuu, Saran się zakochał...
- Wcale się nie zakochałem!
- Dobra, dobra. Mam już plan.
Kate dalej siedziała obok mnie. Była już wyraźnie zniecierpliwiona i przestraszona... Jeśli zabiłaby gammę... Doskonale wiedziała, co by się potem stało.Spod przymrużonych powiek spostrzegłem, że nagle zaczęła nasłuchiwać, więc i ja to uczyniłem.
- Ao? - dobiegł mnie przytłumiony głos. Brzmiał zupełnie jak Kid.
- Tak? - gdyby nie rozmowa z Osheirą dałbym głowę, że to beta
- Nie widziałeś Sarana?
- Nie. Powinien już wrócić. Miał o wiele mniej terenów niż ja.
- A go nie ma. Pytałem już wszystkich. Nikt go nie widział.
- Pójdę go jeszcze poszukać.
- Dobrze. Ja zapytam jeszcze Kate.
Wadera rozejrzała się gorączkowo, próbując znaleźć jakieś miejsce, żeby mnie ukryć. Nic z tego. Usłyszałem ciche kroki. Omega modliła się pewnie, żebym chociaż był cicho... Nie tym razem.
- Och. Moja głowa - jęknąłem, przewracając się na drugi bok
Kate zaczęła próbować wtopić się w skałę. Uśmiechnąłem się w duchu.
- Saran? - dobiegł mnie głos zza ściany
- Tak?
- Jesteś tu?
- No.
- A dlaczego?
- Nie wiem. Musiałem w coś rąbnąć podczas patrolu. Ona musiała mnie tu przytargać.
- A. Dobra, nie będę ci przeszkadzał. Tylko wróć szybko.
Znowu kroki. Musiałem przyznać, że Oshie była mistrzynią iluzji i dramatu. Usiadłem pewnie, patrząc waderze w oczy.
- Jeśli znów spróbujesz takich sztuczek, to nie będzie tak miło. Następnym razem po prostu obiję ci pysk
Delikatnie uśmiechnęła się.
- Spróbuj
Teraz ja się roześmiałem
- Zobaczymy
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Co niby?
- Nie udawaj, że nie wiesz
- Wiesz? Kiedyś byłem w bardzo podobnej do ciebie sytuacji. Też mnie wszyscy odrzucili. Stwierdziłem, że nie chcę być tym, przed kim kiedyś uciekałem. I dlatego nie nakablowałem Kidowi.
Czekałem na jej reakcję. W razie czego zawsze Osheira była gotowa zaatakować.
<Kate?>

czwartek, 9 kwietnia 2015

Od Tempsenta CD Izaline

Szedłem sobie spokojnie polanką. Spokojnie, bez zbędnych szaleństw- w końu TEMPSO! to spokojny gość! Idealny! Zrównoważony, kochający, odpowiedzialny- to właśnie jest TEMPSO! Wcale nie zadufany w sobie- o nie nie, on poprostu lubi pielęgnować swoje zalety, pokazywać się od jak najlepszej strony, zwalczać wady. Szedł sobie tak nasz kochany Tempsent, aż nie doszedł do kamienia. Dużego kamienia. A na nim co? Ślady. Jako że Tempso wyróżniał się niewyobrażalną logiką, od razu wiedział że coś się musiało stać- na dole jaskinia gryfów. Dokładnie widać tu pazury gryfa. Ale. . . Gryfy nie atakują ot tak. Musiał tu być wilk.
Tempso zszedł na dół. Miał rację- na powierzchni leżała ledwo żywa Izaline. Eh. . . Jej to w sukni balowej nigdy chyba nie spotka.
Pomógł jej wstać żeby nie musiała leżeć na wilgotnej ziemi. Ta otrzepała się i pobrudziła Tempsa.
-OFU!- krzyknął wilk i zaczął się śmiać- wiem co robiłaś, nie wiem jak się stało że leżysz tu brudna i... nie za ładnie pachnąca, ale radziłbym ci się choć trochę ogarnąć. Nic ci nie jest, kochanie?
Wydawała się być zaskoczoną- czy 'kochanie' to coś złego?
-Mmm.. Tak,tak. Już idę. Mały trening- sojusz trwa, a mięśnie zniknąć nie mogą.
Przytaknąłem grzecznie. Pomogłem Izaline ruszyć się z miejsca i przez całą drogę trzymałem się blisko niej. Nie chciałem żeby upadła. To silna wadera, ale nadal kobieta. Kobiety się szanuje.

 <Izaline?>

Od Kate cd historii Sarana

- Ktoś ty? - syknęłam podnosząc się szybko z ziemi i mierząc wilka wzrokiem - Och! To przecież nasz kochany Gamma! - wykrzyknęłam z wymuszoną radością i od razu znalazłam się przed wilkiem wpatrując się w jego czerwone oczy
Wilk zmrużył oczy i coś chrząknął sam do siebie, a mi uśmiech z pyszczka nie schodził. Skoro wlazł na mój teren może bym się tak nim zabawiła? Nikt nie musiałby się dowiedzieć. Szkoda, że żadna wadera nie objęła wyższego stanowiska, może by się nawet za mnie wstawiła.
- Nie za bardzo się spoufalasz? - mruknął po czym kichnął, gdy przejechałam mu swoim ogonem po nosie - Co się stało, że ci się futerko zmieniło? Farbujesz się, żeby nikt nie odkrył, że jesteś starsza? - zaśmiał się
Do śmiechu mu co? Mi już na razie nie. Machnęłam ogonem po czym sprawiłam umysłem, że wilk przede mną upadł na podłożę jaskini. Chyba nie docierało do niego co się dzieje, dopóki głowę nie podniósł do góry, oczywiście nie z własnej woli. Miał poważny wyraz twarzy, teraz to ja lekko się uśmiechnęłam.
- Woda to płyn...ciesz. Wiesz co jest bardzo podobne do wody? Tak, krew! - nachyliłam się do niego, o dziwo w jego oczach nie widziałam strachu - Wszyscy traktujecie mnie jak pomiot, nie mam szans nawet stać się zwykłym wilkiem w klanie. Bo już taki mój los, a ty? Wielka dupa, która nagle stała się Gammą. Pfy! - przestałam kontrolować krew w jego ciele, by teraz mógł samodzielnie się poruszać
Znów zarył głową o podłogę, a ja teatralnie łapą odgarnęłam włosy do tyłu i nachyliłam się do ucha wilka - Raczej nikomu o tym nie mów. Wiesz ty też możesz mieć kłopoty, że do mnie przyszedłeś. Ale i tak wolę gawędzić z Betą, bo jaki pierwszy próbował ze mną normalnie gadać i nawet się za mną wstawił. Chyba mogę go nazwać przyjacielem? Hihi - cofnęłam się i szturchając powoli wilka wywaliłam go ze swojej jaskini i sama wyszłam na zewnątrz - Ej nie mów, że źle się czujesz? Ej?! - krzyknęłam, gdy zobaczyłam jak wywraca wilk oczami
Jeśli to żart to go zabiję na miejscu, ale jeśli naprawdę mu coś zrobiłam? Rozglądałam się wokół by sprawdzić czy nikt nie patrzy się w naszą stronę po czym znów wturlałam go do swojej nory.
- Wiesz co...weź schudnij trochę - jęknęłam i położyłam się obok nieprzytomnego basiora - I obudź się jak najszybciej, wróć do żywych - dodałam ciszej

< Saran? >