niedziela, 31 maja 2015

Od Amary C.D. Neytiri

- Hej, może mi pokażesz okolice? Wilczyca przytaknęła. 2 godziny potem ja i Neytiri poszłyśmy do mojej jaskini. Weszłyśmy do środka - Mam pytanie. Neytiri się do mnie uśmiechnęła - Dawaj. - Ile jest wilków w klanie? Neytiri się na mnie spojrzała - 14, a co? Boisz się? A teraz ja się spojrzałam na Neytiri - Nie boję się, tylko jestem ciekawą waderą.

< Neytiri?>

Witamy nowego członka klanu Everything!

Imię: Ringo
Szpieg

Odchodzi z KMT

.:Gift:. Rosco by ZuLei1010
Veushei
Powód - brak kontaktu z właścicielem

Wadera z Klanu Ognia odchodzi

Hioshiru
Ivette
Morderczyni
~
Powód odejścia: Brak kontaku z właścicielem.

Nowy basior w Klanie Ognia


Dread (Dred)
Morderca

Od Neytiri C.D. Amary


- To...musiało być straszne. - mówiąc to wyraźnie posmutniałam. - wiem jak to jest. Również kiedyś przeżyłam stratę całej watahy, ale...wymazałam to z pamięci. Nie chce tego pamiętać. Teraz żyje inaczej. - powróciłam do powagi i spojrzałam na wilczyce.
- Cóż, mamy wspólną historie. - odpowiedziała.
- Tak jakby. - uśmiechnęłam się leciutko by dodać milszej atmosfery do rozmowy. - na pewno nie pożałujesz tego że dołączasz do klanu wody. Poza tym jest nam bardzo miło.
- Mnie również. Właśnie takiej watahy szukałam. - Amara również się uśmiechnęła.
- Chodź, pokaże Ci wolne jaskinie. Wybierzesz sobie jakąś. - ruszyłam przed siebie nieco szybszym krokiem.
- A może polecisz mi jakąś fajną? - zapytała.
- Jasne. Znam taką jedną. - zachichotałam cichutko. Po krótkim czasie znalazłyśmy się przed dosyć dużą i przytulną jaskińką.
- To tutaj. - zatrzymałam się. Wilczyca weszła do środka rozglądając się.
- Jest...super! Idealna. - stanęła z powrotem w progu patrząc na mnie.
- Cieszę się. - zamachałam ogonem. - moja jest niedaleko, więc będziemy miały do siebie blisko.
 <Amara?>

piątek, 29 maja 2015

Od Amary do Neytiri


Szłam przesz las kilka kilometrów dalej zobaczyłam jakąś waderę. Podbiegłam do niej i się spytałam - Hej, czy w okolicy jest jakiś klan? Wedera odpowiedziała - Tak jest klan wody chciałabyś dołączyć? - Tak, chętnie. Szłyśmy przez kilka minut nagle obok mnie przebiegły dwa szczeniaki potem zobaczyłam wielki wodospad był ogromny! Wilczyca się spytała - Jak masz na imię? po ja Neytiri - A ja mam na imię Amara i kiedyś byłam w klanie mroku. Neytiri otworzyła szeroko oczy - co się stało z tym klanem? - wszyscy zostali zabici przez jakiś wilki.
 < Neytiri? sorry ze tak krótko >

Nowa członkini KW

Amara
Zwykły członek
Szpieg 

Wynikła mała pomyłka, już poprawiam. 

niedziela, 17 maja 2015

Od Jane cd historii Solitare

Przyglądałam się nadchodzącej postaci. Już z daleka rozpoznałam w niej człowieka. Był to potężny, wysoki mężczyzna z jakąś dużą torbą zarzuconą na ramię. Podszedł do baseniku pod wodospadem, położył torbę na ziemi, przyklęknął i zaczął grzebać w torbie.
Usłyszałam gdzieś z boku cichy szelest.
- Ciii... - szepnęłam do Solitare.
- Przecież jestem cicho. Nie jestem głupia, żeby dać się zdemaskować. - odpowiedziała cicho z podenerwowaniem.
Powiedziała to chyba trochę za głośno, bo człowiek grzebiący w torbie przerwał swoje zajęcie i spojrzał w naszą stronę. Zamarłyśmy na jakiś czas i wstrzymałyśmy oddech. Ale on chyba nas nie zauważył, gdyż po chwili wrócił do swojego poprzedniego zajęcia. Wydało mi się to trochę dziwne. Nie byłyśmy wcale za bardzo ukryte ani ciche, a mimo to on nas nie zauważył. To było naprawdę dziwne... Odwróciłam się w stronę Solitare, żeby jej o tym powiedzieć.
- So... - zdążyłam powiedzieć.
- Aaaa! - przerwał mi jej krzyk, a coś pociągnęło ją do tyłu.
- Solitare! - krzyknęłam i rzuciłam się za nią.
Paru ludzi odciągało ją w tył, a ona szarpała się i próbowała nie dać się związać.
- O! Zguba się znalazła! Patrzcie! - krzyknął jakiś z ludzi wskazując na mnie i po chwili jakieś 3 osoby rzuciły się na mnie.
Na szczęście szybko się zorientowałam co się dzieje, bo zdążyłam uderzyć napastników moimi skrzydłami, powalając ich przy tam na ziemię. Co do Solitare to nie musiałam jej pomagać, bo po chwili jakby przypomniała sobie o swoich mocach i zapłonęła parząc wszystkich otaczających ją napastników. Ludzie otoczyli nas, a my stanęłyśmy tyłem do siebie warcząc na napastników, wolno się obracając i mierząc spojrzeniem w każdego z nich. Najwyraźniej ludzi było więcej niż się spodziewałyśmy i wiedzieli o naszym istnieniu, bo coraz więcej ich przybywało i to z coraz lepszą bronią. Po chwili zauważyłam, że ktoś celuje we mnie ze strzelby. W ostatnim momencie odskoczyłam w bok, ale mimo to nie uniknęłam pocisku. Lekko nadszarpnął moją skórę na boku.
- Auć! - wydałam stłumiony krzyk.
- Jane? - rzuciła, szybko Solitare, ale raczej brzmiało to jak odruch.
Rana na szczęście szybko się zregenerowała i już skupiałam mój wzrok na człowieku za strzelbą. I już miałam go podpalić, ale... Nie potrafiłam. Nie potrafiłam zabijać. Czym różniłabym się od tych potworów, gdybym tak jak oni mordowała? Nie potrafiłam tego zrobić. Soltare zawzięcie walczyła z paroma ludźmi na raz, a ja stałam tak lekko zszokowana odkryciem nowej części mojego umysłu, która nie pozwalała mi na atak.
- Szybko! - krzyknęłam go Solitare, kiedy nagle się ocknęłam.
Ruszyłam w stronę lasu i z rozpędu staranowałam parę ludzi przebijając się przez krąg. Solitare pobiegła za mną. przbijałyśmy się przez krzaki i gałęźie. Nie musiałyśmy biec długo i zatrzymałyśmy się niedaleko od wodospadu, gdyż ludziom nie chciało się nas gonić. Przez chwilę próbowałam zastanawiać się na tym co musimy zrobić dalej, ale Solitare nie dawała mi się skupić. Siedziała sobie na ziemi i hałaśliwie bawiła się gałęzią odstającą od jakiegoś krzaka.
- Możesz być cicho?
- Nie. - burknęła i wróciła do swojego zajęcia.
Zapatrzyłam się na polankę i próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie. Czy iść po pomoc? A może lepiej nie tracić czasu i wrócić tam? Ale co jeśli byśmy tam wróciły, co mogłybyśmy zrobić? Takie właśnie pytania krążyły mi po głowie. Było jeszcze jedno, trochę inne. Jaka "zguba"? Czemu tan człowiek nazwał mnie "zgubą"? Kojarzyłam skądś jego twarz, ale nie wiedziałam skąd. Tym zajmę się lepiej później. W pierwszej kolejności muszę zapewnić bezpieczeństwo klanowi. Wpatrywałam się w tą polankę i dopiero teraz zauważyłam, że coś na niej jest. Po drugiej stronie, wzdłuż jej granicy z lasem poruszał się jakiś czarny kształt.
- Solitare, ciszej. - wolałam nie ujawniać się temu czemuś po drugiej stronie.
Solitare nic nie powiedziała, ale w końcu przestała zajmować się krzakiem i stanęła koło mnie. Najwyraźniej zauważyła, że z zaciekawieniem coś obserwuję i podążyła za moim wzrokiem. Teraz obie stałyśmy i wpatrywałyśmy się w oddaloną od nas o jakieś 100 metrów czarną postać. Powoli zaczęłam iść lasem wzdłuż polany w stronę tego czegoś. Gdy zbliżałyśmy się coraz bliżej tego coraz bardziej dało się rozpoznać czym to jest. Byłyśmy oddalone już tylko jakieś 20 metrów. Obróciłam się do Solitare, która szła za mną.
- To pantera. - powiedziałam.
- Przecież widzę.
Kiedy obróciłam głowę z powrotem w stronę pantery i spotkałam jej wzrok. Zauważyła nas. Wpatrywała się we mnie swoimi ciemnymi, kocimi oczami.
<Solitare?>

czwartek, 14 maja 2015

Od Berona C.D. Izaline

Nie znałem jeszcze terenów nowego klanu, więc nie wiedziałem co mam robić. Wybrałem się na spacer, po drodze zobaczyłem jakąś polanę. Było to o dość późnej porze więc słońce już zachodziło. Usiadłem przy brzegu jeziora i zauważyłem jakiegoś wilka po drugiej stronie. Szedłem wzdłuż brzegu i po kilku minutach znalazłem się przy postaci.
- Hej. - przywitałem się. Wilk odwrócił się, a wtedy ujrzałem piękną waderę o dużych zielonych oczach i połyskującej sierści.
- Cześć. - powiedziała spoglądając na mnie.
- Je-je-jesteś z klanu powietrza? - zapytałem, serce biło mi tak mocno, że nie dałem rady mówić ani stać, więc szybko przysiadłem obok niej.
- Tak, mam na imię Izaline. - przedstawiła się.
- Ja jestem Beron i też należę do klanu powietrza. - powiedziałem, starając zachować spokój.
- Znasz nasze tereny? - zapytała.
- Nie. - odpowiedziałem krótko.
- Więc to jest jezioro Moonlight. - zaczęła, a ja pilnie słuchałem jej ślicznego, łagodnego głosu.
 <Izaline?>

środa, 13 maja 2015

Nowy wilk w Klanie Everything!

Waru [jap. zło]
Obrończyni Alf

Nowy wilk w Klanie Powietrza!

Beron
Wojownik

Od Klaris CD Kid`a

-Może to sentymentalne, ale uwielbiam obserwować wschód słońca, zwłaszcza, kiedy wstaje nad jeziorem czy morzem, kiedy nic nie przysłania mi widoku- pochyliłam lekko łeb przed alfą. Wielokrotnie ćwiczyłam swoje iluzjonistyczne zdolności, ale nigdy nieudało mi się sfałszować pierwszych promieni poranka. Sfałszować. Moje umiejętności to zwodzenie wzroku, nic innego, małe kłamstwo. I tu jest mój główny problem. Zawsze mówię prawdę, cóż, staram się, ale moje umiejętności i przeciwności losu sprawiają, że jak na waderę która w swoim mniemaniu jest szczera, strasznie dużo kłamię. Przez całe swoje młode życie ćwiczyłam żywioł światła, przez co woda stała się dla mnie niemal obca. Nadszedł czas, by to zmienić. Kto wie, może odkryję jakieś nowe zdolności?
-Mogę ci w czymś pomóc?- zaproponował Kid, lekko się uśmiechając. Zamyśliłam się i stałam przed nim gapiąc się w niebo jak sroka w gnat.
-W zasadzie, to tak. Chciałabym, aby któryś z wilków który wcześniej wypatrywał zagrożeń pokrótce pokazał mi najlepsze punkty obserwacyjne, oraz rewir, który mam patrolować.
Alfa przez chwilę się zastanawiał po czym rzucił okiem na wilki bawiące się na dole.
-Ja mogę to zrobić.
Bez słowa wyminął mnie i wszedł na wąską ścieżkę. Szliśmy kawałek drogi w całkowitym milczeniu, po czym zebrałam się w sobie i poruszyłam delikatną kwestię.
-Dziękuję ci, że poświęcasz mi swój czas. Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Nigdy nie skupiałam się na rozwijaniu żywiołu wody- powiedziałam zgodnie z prawdą –ale po dołączeniu do tego klanu, czas to zmienić. Podszkolisz mnie? Lub wyznaczysz kogoś, kto się na tym zna? Wiem, straszna wiocha, że wadera w moim wieku jest na poziomie szczenięcia…
Ścieżka stała się mniej wyraźna. Po chwili nie było już wytoczonego szlaku i musiałam trzymać się Kid’a, aby się nie zagubić. Widać było, że zna te tereny jak własną kieszeń. Zgrabnie przeskakiwał nad strumyczkami, lub przechodził je w bród, nie mącąc ich spokojnej powierzchni ani jednym pluskiem. Zauważyłam, że robi tak w zależności od dna. Jedne były nierówne, pokryte zdradliwymi otoczakami, inne ubite i pewniejsze. Nie potrzeba było super wzroku, aby to dostrzec. Woda była krystalicznie czysta. Myliła przez to nieco poczucie przestrzeni.
-W Klanie pełnię dużo obowiązków. Nie zawsze znajdę czas, aby móc cię czegoś nauczyć. Poza tym, nie jestem najlepszym nauczycielem. Przez pewien czas mogłabyś mi towarzyszyć, nauczyłabyś się dzięki temu więcej o klanie. A każdą wolną chwilę poświęcalibyśmy na naukę.
Alfa zamilkł na chwilę, po czym zaczął mi przybliżać aspekty bycia wypatrującym, dając mi tym samym chwilę do namysłu. W zasadzie, odpowiedź była prosta, oczywiście, że tak. Jeśli bliżej poznam Kid’a zorientuję się, na ile mogę sobie pozwolić. Choć nie będzie to łatwe zadanie. Był tak blisko, mówił prosto do mnie, a i tak czułam niewidzialną granicę którą się otoczył. Zastanawiałam się, czy on, czy wszystkie wilki w klanie skrywają jakiś sekret. Pewnie nawet gorszy od mojego. Mnie groziło co najwyżej wywalenie z klanu i dalsza tułaczka. A im? Co trzeba mieć na sumieniu, aby być skazanym na śmierć?
-Z chęcią będę ci towarzyszyć przez pewien czas. Zrobię co w mojej mocy, abyś jak najszybciej mógł się pozbyć ciężaru, którym jestem- zgodziłam się swobodnie. W moim rodzinnej watasze tyle się uczyłam, całe dnie poświęcałam na doskonalenie swoich umiejętności, a mimo to nie zostałam przygotowana na trudy życia.
Alfa tylko coś mrukną. Nie minęło kilka godzin, kiedy oznajmił, że to koniec naszej wycieczki.
-Resztę terenu strzeże Ao, dzięki czemu nie masz zbyt wiele do roboty. Wystarczy, że zrobisz obchód, upewnisz się, że nie ma niebezpiecznych stworzeń bądź obcych wilków na terenie Klanu i możesz wracać. To na tyle. Pamiętasz drogę powrotną?
Kiwnęłam potakująco głową. Ale po chwili zastanowienia pokręciłam przecząco.
-Cóż, mogę spróbować, ale powiedz, kiedy mocno zboczę z kursu.
Kierując się pamięcią i wspomagając się położeniem słońca w końcu sprowadziłam nas do jaskiń. Pożegnaliśmy się krótko, po czym skierowałam się do swojej kwatery. Nie podobało mi się w niej tylko to, że było w niej tak ciemno. Poświata która ze mnie biła rozjaśniała mrok, ale wolałabym, aby to światło z zewnątrz, nie zemnie to robiło. Jutro nad tym popracujemy. A teraz spać.
<Kid? Brak pomysłu>

sobota, 9 maja 2015

Od Jojo

Szedłem wzdłuż rzeki nie wiedząc dokąd dojdę. Nagle poczułem straszny głód. Akurat zmierzałem w stronę polany, na której z pewnością będą pasły się zwierzęta, więc postanowiłem coś upolować. Zaledwie kilka kroków dalej stało stado jeleni. Szczęście mi dopisywało. Starając się ich nie spłoszyć przeczołgałem się w stronę krzaków. Chowając się za nimi obserwowałem. Nagle wypatrzyłem stojącą nieco dalej od reszty sarnę. Na moje szczęście miała skaleczoną przednią nogę, więc z pewnością nie ucieknie szybko. Gdy właśnie wyskakiwałem z zarośli stado rozproszyło się, a ja nie wiele rozumiejąc rozglądałem się za moją sarną. Zauważyłem ją. Jakiś wilk przegryzał jej krtań.
- Hej. Ja ją chciałem zjeść! -krzyknąłem. Nie byłem wściekły i miałem nadzieję, że podzieli się ze mną.
- Możemy zjeść we dwójkę.
Zaczęliśmy odrywać mięso od kości. Było pyszne. Gdy skończyliśmy wilk spytał.
- Jak się nazywasz?
- Jojo, a ty?
- Ja na razie pozostanę nieznajomym.
- Acha. Więc Nieznajomy co sprowadza cię do tego lasu?
- Co mnie tu sprowadza? Raczej co CIEBIE tu niesie? To tereny watahy do której należę.
- Yhy..
- Wiesz może byś dołączył?
- Jasne.
Wilk przedstawił mi, że muszę wybrać klan do którego dołączę. Bez dłuższego namysłu wybrałem;
- Everything
Wilk uśmiechnął się szeroko. Od razu zrozumiałem, że do tego klanu należał także on.
<Nieznajomy?>

Witamy w klanie Everything nowego członka!



 Jojo
Zwykły członek

poniedziałek, 4 maja 2015

Od Solitaire cd historii Jane

Delikatny, chłodny, jesienny deszczyk skapywał mi na pysk z liści wysokich drzew. Szłam przez szary, zimny las. Kałuże i błoto były wszędzie. WSZĘDZIE. Trącałam delikatnie wodę łapami która po tym leciała na tylne łapy Jane. Odwróciła się, popatrzyła zdziwionym wzrokiem i szła dalej. Phi...
Szliśmy tak omijając wystające wielkie korzenie, albo zwyczajnie je podpalając. Dzisiaj słaby dzień na wyprawę. Innego sobie znaleźć nie mogła. Idziemy, ale gdzie? Szukając czego? Po co? Milion pytań na które odpowiedzi nie ma. Idziemy.
No i doszłśmy. Może to i dziwnie brzmi, bo w końcu same nie wiedziałyśmy gdzie zmierzałyśmy. Terra rozkazała nam iść na zachód.
Przed naszymi oczyma ukazała się wielka skała. Z niej spadał piękny, parujący wodospad. Teraz musimy tylko wejść na tą skałę, czyli jakieś 10-15 m w góre. Cudownie, mogłam zostać i mieć wywalone na tą całą sytuację.
Gdy już się wdrapałyśmy( omijając szczegóły- masakra), nic ciekawego nie zoabaczyłyśmy. Drzewa, krzewy, wysoka trawa- widocznie dzikich koni tu nie było, o tyle lepiej. Jane spojrzała się na mnie błagalnym wzrokiem, wydawała się prosić żebym coś powiedziała. Była spocona, brudna i przemoknięta. Parowała ze zmęczenia. Postanowiła się odezwać:
-Mmmm... Teraz możemy... poczekać.
-Ciekawe na co. Może na zbawienie poczekamy?
-No przecież wiesz że musimy coś z tym zrobić, innego wyjścia nie ma.- prawie krzyknęła Jane.
Nie odzywając się więcej, wskoczyłam na drzewo i położyłam się na nim obserwując małe strumyczki wychodzące ze szczeliny między skałami. Jane zrobiła to samo. Na ostatkach sił wdrapała się trochę niżej ode mnie, położyła się i zdawałoby się że zasypia.

Po 15 minutach skubania drzewa z kory, usłyszałam ciężkie kroki. Widziałam tylko jak Jane podnosi delikatnie głowę, patrzy się na mnie i obserwuje nadchodzącego osobnika.

<Jane?>

Od Jane cd historii Marona

Słońce wychyliło się już zza chmur, a las przepełniał się typowym podeszczowym zapachem i promykami przebijającymi się przez liście drzew. Szłam koło Marona już od dłuższego czasu i próbowałam rozpocząć jakąś konwersację. Niestety po pewnym czasie skończyły mi się tematy do rozmów. Właściwie można by to nazwać moim monologiem, a nie rozmową, gdyż Maron tylko od czasu do czasu wtrącał jakieś małe słówko, a to i tak pewnie tylko przez grzeczność. W końcu zdecydowałam, że zostawię go w spokoju. Mój sposób na zabicie czasu -wcale tego czasu nie zabił. A kiedy już byłam gotowa by powiedzieć krótkie "Pa", kiedy już chciałam postawić ostatni krok, zauważyłam coś na szyi Marona. Od razu zmieniłam zdanie i postanowiłam dowiedzieć się co to jest. Był to jakiś dziwny czarno-turkusowy wisior.
- Ładny naszyjnik. - powiedziałam z lekkim sarkazmem.
- Tak. - odpowiedział i spojrzał się na mnie wzrokiem, który mówił "Błagam! Tylko znowu nie próbuj mnie znowu zagadywać".
Zignorowałam jego spojrzenie i znowu podjęłam próbę
- Skąd wytrzasnąłeś takie turkusowe coś? - spytałam i tym razem spotkałam się z jego zainteresowaniem.
- Turkusowe? - wydawał się zaskoczony.
- No tak. Patrz. - wskazałam i mnie zatkało. Klejnot był czarno-czerwony. Mogłabym przyrzec, że przed chwilą był czarno-turkusowy. - Ale... Ale... - nie wiedziałam co powiedzieć.
- Jesteś pewna, że był turkusowy?
- Tak, w stu procentach pewna.
- Hmmm... - zamyślił się Maron. - Ogólnie ten klejnot jest dosyć dziwny i nie dziwiłbym się gdyby naprawdę zmieniał kolor.
- Ale on zmienił! Jestem tego pewna! - odpowiedziałam z entuzjazmem.
- Może... - Maron chyba nie chciał dać się przekonać. - Mam go już od dłuższego czasu i jakoś nic nie zauważyłem.
- Ale... - chciałam się usprawiedliwić, ale zauważyłam, że Maron znów zamknął się w sobie.
Dalej szliśmy w ciszy, a ja przyglądałam się tajemniczemu kamieniowi. Nie zmienił koloru i dalej przypominał jakby czarny, gładki, lekko żarzący się węgielek. Po turkusie nie pozostało żadnego śladu. Właśnie wkroczyliśmy na tereny Klanu Ziemi. Maron skierował się w stronę jaskiń. Przechodziliśmy koło leśnego strumyka,a ja byłam spragniona, więc postanowiłam szybko skoczyć się napić. Znałam w miarę te tereny więc bym go dogoniła. Nie wiedziałam czy powiedzieć Maronowi, że zaraz wrócę czy po prostu sobie pójść, bo on i tak nie zwróciłby na to uwagi. Wybrałam jednak to pierwsze.
- Idę na chwilkę do strumyka zaraz cię dogonię. Nie chce ci się też pić?
- Nie. Nie musisz mnie doganiać. Poczekam. - odpowiedział i zauważyłam, że wykazał choć minimalne zainteresowanie moją osobą.
Szybkim krokiem podeszłam do brzegu strumyka i zanurzyłam pysk w lodowatej wodzie. Wypiłam parę dużych łyków, uniosłam głowę i zapatrzyłam się w moje odbicie w wodzie. P chwili usłyszałam cichy szelest gdzieś zza krzaków.
- Halo?! - zawołałam.
Nikt nie odpowiedział. Podeszłam trochę bliżej i zaczęłam nasłuchiwać. To coś dalej tam było i szeleściło liśćmi.
- Kim jesteś? - spytałam, a to coś dalej mi nie odpowiedziało.
Co to może być? Raczej nie żadna zwierzyna, bo ta dawno by już uciekła. A więc co? Wilk? Jakiś gryzoń? Nie, na gryzonia to było za głośne.
- Hej?! - znów powtórzyłam, a nikt nie odpowiedział
Stałam jeszcze przez chwilę w miejscu,a potem zrezygnowana obróciłam się, by odejść. Postawiłam parę kroków i usłyszałam za sobą głośny pomruk, a po chwili coś zaatakowało mnie od tyłu. Nie mogłam zobaczyć co to było, ale poczułam jak coś mocno przygniata mnie do ziemi.
- Maron! - krzyknęłam przerażona. - Po...! - nie zdążyłam dokończyć, bo musiałam się obronić.
Udało mi się lekko podnieść (z tym czymś co mnie atakowało na plecach) i skuliłam się wbijając się zarazem zębami w nogę tego stworzenia. Ono jednak niewzruszone stało w miejscu i zacisnęło swoje zęby na moim karku. Złapał mnie bezdech, nie mogłam złapać powietrza i zaczęłam się dusić. W ostatniej chwili zanim straciłam przytomność z całej siły zrzuciłam z siebie przeciwnika i uderzyłam głową wbijając mu przy tym moje kolce w żebra. Chyba podziałało, bo usłyszałam ryk, a tuż po tym straciła przytomność. Obudziłam się chwilę później. Zobaczyłam jak Maron tarza się po ziemi z tym stworzeniem. Byłam zbyt zamroczona by rozpoznać to coś co mnie zaatakowało. Najwyraźniej jeszcze do koca się nie zregenerowałam, bo dalej czułam ból z tyłu głowy. Kiedy w końcu byłam w pełni sił podniosłam się i rzuciłam się na pomoc Maronowi. W tej właśnie chwili kamień na jego szyi rozbłysł oślepiającym, szkarłatnym blaskiem. Światło zamroczyło mnie na chwilę, a kiedy efekt minął zobaczyłam leżącego na ziemi Marona,a kawałek dalej (odrzucone przez siłę klejnotu) zwierzę.
- Maron?! - krzyknęłam niepewnie i podbiegłam do niego przerażona.
Nachyliłam się nad nim. Oddychał. Jego stan był stabilny. Na grzbiecie miał parę dużych ran. Na szczęście nie były bardzo głębokie. Kiedy upewniłam się, że Maronowi nic nie jest, podeszłam ostrożnie do napastnika. Teraz poznałam co to było za zwierze. Już kiedyś je widziałam. To była pantera. Ale skąd się ona tu wzięła? Odpędziłam szybko te myśli. Później się tym zajmę. Zbliżyłam się jeszcze bardziej do pantery Ona także jeszcze żyła. W pierwszym momencie chciałam ją dobić. Ale... Ale nie umiałam. Czarne zwierze patrzyło się na mnie swoimi ślepiami i jakby bezgłośnie błagało mnie o litość. Stałam przez chwilę zapatrzona w nią. Nie mogła się ruszyć i miała parę większych ran. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę Marona. Kiedy doszłam do niego sprawdziłam mu (tak dla całkowitej pewności) jeszcze raz stan. Oddychał, ale jeszcze się nie obudził. Nagle zaczął padać pierwszy jesienny deszcz. Choć byliśmy w lesie to i tak dosyć dużo kropel przedostawało się przez korony drzew. Spojrzałam jeszcze raz w stronę pantery. Nie mogłam jej tak po prostu zostawić. Ale Marona też nie. W końcu poszłam na kompromis.
- Przepraszam, Maron. Muszę cię na chwilę zostawić. - powiedziałam do niego łagodnym głosem, choć i tak wiedziałam, że mnie nie usłyszy.
Szybko ruszyłam w stronę pantery i zaczęłam realizować mój plan. Na szczęście nie zajął mi on dużo czasu, a już po paru minutach moje dzieło było gotowe. Spojrzałam z dumą na szałas, którym otoczyłam ranne zwierze. W środku nie było zbyt dużo miejsca, ale przynajmniej sucho. Przyniosłam jej jeszcze trochę wody do picia i podeszłam do zwierzęcia.
- Wrócę po ciebie. Przyrzekam. - szepnęłam do niej, a ona spojrzała się na mnie jakby wszystko zrozumiała.
Szybko pobiegłam do Marona. Przez chwilę zastanawiałam się jak go przenieść. W końcu przerzuciłam go sobie przez grzbiet i wzbiłam się w powietrze. Deszcz się nasilił, a lecąc ponad koronami drzew bardziej dało się go odczuć. Po pewnym czasie ujrzałam w dole światełka i zniżyłam lot. Wylądowałam przemoczona na środku placyku.
- Pomocy! Gdzie jest lekarka?! - krzyknęłam i rozejrzałam się w poszukiwaniu domniemanej osoby.
Wokół mnie zebrały się już zaciekawione wilki.

niedziela, 3 maja 2015

Od Predizione C.D. Nity

Przeżyłem dosyć długą podróż. Znalazłem Rowan, odniosłem tajemniczego basiora do kliniki i spałem. Właśnie leciałem do miejsca w którym ostatni raz widziałem Nitę. Jej szare futerko nie zlewłało się z białym podłożem. Podleciałem bliżej niej
-Lecisz?- w odpowiedzi tylko kiwnęła pyskiem. Widać , że coś ją trapi. Po minucie lotu odważyłem się spytać
-Czy coś się stało?- Spojrzałem na nią. Ona postąpiła tak samo. Patrzyłem w jej duże oczy. Zdradzały, że coś jest nie tak, lecz ona zmusiła się do nikłego uśmiechu i odpowiedziała
-Po prostu spotkałam kogoś bardzo ważnego w moim życiu i.. i jest z nim bardzo źle.- Na te słowa posmutniała. Nie chciałem dążyć tego tematu. Cały lot przemilczeliśmy. Kiedy dotarliśmy na normalny grunt Nita odrazu ruszyła w stronę kliniki. Już nie wyglądała jakby wróciła z pogrzebu, ale nie było z nią za dobrze.
-Masz jakiś plan na tego psychopatę?- musiałem jakoś rozpocząć rozmowę na jakikolwiek temat
-Dam mu serum prawdy i kolejne zioła na uspokojenie. Może wtedy przejdzie do normalnego stanu.- Do kliniki szliśmy rozmawiając w tych tematach, ale nie tylko. Nita kilka razy się uśmiechnęła. Po 10 minutach zapadło pytanie
-A kto go pilnuje?- spojrzałem na nią ze strachem w oczach które same dawały odpowiedź. Ruszyliśmy pędem do naszego celu podróży. Kolejne dziesięć minut biegliśmy sprintem. Z hukiem w biegliśmy do kliniki. Ja-oczywiście- rozwalając kilka przedmiotów po drodze. Trafiliśmy do małej salki w której leżał na ziemi. Szurał całym ciałem po podłodze
-Pilnuj go.- Nita szybko powiedziała wychodząc, a dokładniej wybierając z pokoju. Nie minęła minuta a już stała przy mnie z ziołami. Podeszła do niego w taki sposób, że nawet jej nie zobaczył, a już ona mu podała leki. Uspokojenego już musiałem przełożyć na jego miejsce. W tym czasie do pokoju wleciała Rowan. Wyglądała jakby konwersowała z Nitą.
-Pójdę po serum prawdy.- I oddaliła się w odmęty kliniki. Wróciła z malutkim flakonikiem z zawartością której koloru nie dało się opisać
-Gotowa?- spytałem się
-Gotowa?- pierwszy raz dzisiaj widziałem ten jej piękny, wielki, szczery uśmiech.

<Nita?>

sobota, 2 maja 2015

Od Nity C.D. Predizione

Z mojej piersi wyrwało się poirytowane burknięcie i klapnęłam na ziemię nieelegancko.
-Wszystko przez to, że jestem nielotem- warknęłam bardziej do siebie, niż do Predi’ego- Jak mam normalnie funkcjonować w Klanie Powietrza, jeśli nie potrafię latać? Jestem jak przyziemny ptak kiwi wśród jastrzębi, orłów i sokołów. Szary, gruby, niezdarny kiwi.
 Predizion próbował stłumić uśmiech słysząc moje porównanie, ale w końcu parskną śmiechem.
-Nie ma w tym nic śmiesznego!- westchnęłam rozżalona.
-Ej, nie smuć się. Przecież to nie latanie jest najważniejsze- Predi usiadł koło mnie i lekko naparł barkiem tak, że się zachwiałam.
-Dla mnie jest, a teraz bardzo by nam to ułatwiło podróż. Sądzę, że powinieneś zabrać tego tu szaleńca- wskazałam na nieprzytomnego i skrępowanego wilka- do kliniki jak najszybciej. Ja sobie jakoś poradzę. Jestem dużą dziewczynką.
-Nie wątpię, ale…
-Mamy inne wyjście? Nie mamy. Raz dwa się uwiniesz, złapiesz siły i wrócisz tu po mnie, prawda? Co złego może się stać?- nie chciałam go zamartwiać informacją, że wyczuwam zbliżającą się burzę –Chciałabym jednak, żebyś po dotarciu do klanu i pozbyciu się balastu odnalazł Ro. Powinna być niedaleko kliniki, lub biblioteki. Zawołaj ją po imieniu i powiedz, że nic mi nie jest i niedługo wrócę. Nie chcę, żeby się martwiła.
 Mój przyjaciel kiwną niepewnie głową, choć widać było po nim, że nie do końca mu ten pomysł odpowiada.
-Wrócę najszybciej jak się da- obiecał, krótko mnie uściskał, po czym pochwycił naszego porywacza i odleciał siną w dal. Role się odwróciły, teraz to ten wariat był zdany na naszą łaskę. Ciekawość i cała masa pytań zżerały mnie od środka, odkąd pojawił się na brzegu polany. Kim jest, co doprowadziło go do takiego stanu, czy byliśmy przypadkowymi ofiarami, a jeśli nie, to dlaczego zaatakował właśnie nas?
 Obserwowałam Prediziona póki ten nie zmienił się w malutką kropkę na jasnym niebie. Dzień dopiero się zaczął, miałam dużo czasu na przygotowanie się do konfrontacji z niepogodą. Przy takiej bliskości gór, prawdopodobnie to nie deszcz, lecz śnieg spadnie z nieba.
 Ruszyłam na poszukiwanie jakiejś nory, bądź jamy, w której będę mogła się ukryć, bacząc na to, aby nie oddalić się zbytnio od miejsca w którym się rozstaliśmy. Znalazłam słodkie jagody, sycące korzenie, a po południu udało mi się upolować pardwę, ale po jakiejkolwiek kryjówce śladu nie było. A czasu coraz mniej. Teraz nie tylko czułam, ale również widziałam ołowiane chmury leniwie, kawałek za kawałkiem zajmujące całe niebo. Obudził się wiatr, który targał moim futrem i spychał mnie ze ścieżki. Mimo że do zachodu sporo miałam czasu, wszędzie zapadł mrok. Z minuty na minutę pogoda pogarszała się, a ja nadal nie znalazłam chociaż namiastki schronienia. Karłowate drzewa czy przykurczone krzaki nie stanowiły żadnej osłony, a gdy zacznie padać, to prawdopodobnie wszystko to zniknie pod pierzyną z białego puchu. Przypomniałam sobie swoje szczenięce lata na północy, gdzie klimat jest o wiele surowszy od tego. Nabyłam tam odporności, z pewnością nieco magicznej, dzięki której nie czułam chłodu, ale znałam historie wilków, które utonęły w śniegu, zasypane, bez tlenu. Nie chciałam podzielić ich losu. Mam nadzieję, że Predi zdążył dotrzeć do kliniki, oraz nie wpadnie na wariacki pomysł lecenia w takiej wichurze. Kiedy zaczął sypać śnieg, podupadłam mocno na duchu. Za chwilę nastąpi istne oberwanie chmury. Jeśli przestanę się ruszać, przysypie mnie, a błądzenie po omacku stanowczo nie jest dobrym pomysłem.
 Wtem, dostrzegłam światło. Ciepłą poświatę ogniska. Bez namysłu ruszyłam w tamtą stronę. Porywiste podmuchy plątały moją kryzę i ciskały we mnie małymi kamyczkami, lecz ja szłam dalej. Ogień znajdował się dalej niż myślałam, ale był moja jedyna nadzieją. Doszłam wreszcie do wyschniętego koryta rzeki. Zapewne wiosną i latem, kiedy słońce topi śnieg w górach, płynie tu wartki potok, lecz teraz wszystko było suche. Po drugiej stronie dostrzegłam otwór, z którego wydobywało się światło. W ciepłych miesiącach woda musiała się tam dostawać, lecz teraz wyglądało to na suchą i przytulną kryjówkę.
Która ma właściciela.
 Wcześniej nie zastanawiałam się, co pocznę gdy spotkam się pyskiem w pysk z lokatorem tego lokum. W głowie nadal nie miałam pomysłu, a śnieg sypał tak gęsto, że ledwie dostrzegałam cel swojej wędrówki. Zsunęłam się na dno koryta rzecznego i szybko pokonałam dystans dzielący mnie do drugiego brzegu. Ku swojej uldze odkryłam, że do nory prowadzą wykute w brzegu wąskie schodki. Szybko pokonałam tę ostatnią przeszkodę i ku ogromnej uldze weszłam do środka, zostawiając za sobą zamieć i zawieruchę.
-No proszę, proszę, kogo my tu mamy- usłyszałam zachrypnięty głos dobiegający z głębi. Rozejrzałam się uważnie, lecz nie znalazłam właściciela tych słów. Zdumiałam się, jak przestronna i wygodna jest ta jaskinia. Początkowo wejście było wąskie, ale dzięki temu wiatr nie wpadał do środka. Tunel rozszerzał się, tworząc małe pomieszczenie, gdzie ogień płoną wesoło, a dym ulatywał do wąskiej szczeliny w sklepieniu. Z obu stron odchodziły odnogi i to właśnie z lewego korytarza wyłoniła się…
-Witaj Nita.
-Witaj, Szamanko- odparłam machinalnie. To on mnie wychowała, kiedy rodzice nie dali sobie ze mną rady. To ona jako jedyna w watasze miała szczątkową wiedzę na temat magii. To ona poradziła mi udać się w te tereny.
-Ależ ty wyrosłaś- mruknęła i uśmiechnęła się lekko. Wokół jej oczu pojawiła się sieć zmarszczek. W zasadzie, cała była pomarszczona, jak zasuszona śliwka. Dziw, ze jeszcze żyła.
-Co tu robisz?- spytałam dość obcesowo.
-Wysoka z ciebie pannica, dobrze ci się wiedzie, co?- poklepała mnie po moim brzuchu. Kiedyś widać mi było żebra, a teraz był lekko zaokrąglony. Powinnam nad nim popracować.
-To dzięki twoim radom…
-No oczywiście, że dzięki mnie- żachnęła się Szamanka –Żyjesz, dzięki mnie. Uratowałam ci życie tam i być może tutaj.
 Usiadła naprzeciwko mnie, chwyciła łapami za pysk i poczęła przyglądać się moim oczom, nosie, uzębieniu…
-Hmm…- mruczała –Hmm…
-Mozes jusf mne puscic?- warknęłam niewyraźnie, gdy wsadziła mi patyk do ust, aby obejrzeć moje gardło- Zdrowa jestem.
-To widzę- odburknęła i ruszyła do prawego korytarza –Masz ochotę na wędzonego zająca?
-Mam ochotę na wyjaśnienia. Co Ty tu robisz?
-A ja chętnie zjem co nieco- odparła swoim zwyczajem całkowicie mnie ignorując.
 Westchnęłam poirytowana. Z doświadczenia wiedziałam, że teraz jedyne co mogę zrobić, to czekać. Leżałam ciesząc się ciepłem ogniska i obserwując wejście do nory. Na zewnątrz śnieg padał tak gęsto, że widać było jedynie białą ścianę.
-Nie zasypie nas?
-No coś ty *mlask*, wiatr wieje z drugiej strony *mlask* od 9 lat *mlask*, nie sądzę a by w tym czasie *mlask* coś się zmieniło- odparła nie przerywając jedzenia. Gdy zjadła całą porcję oblizała się ze smakiem.
-Przychodzę tu co rok na dwa miesiące. Mam czas, aby zebrać unikalne rośliny lecznicze rosnące w cieniu tych gór i nieco odpocząć od tych prymitywnych głupców- wychrypiała pogardliwie.
-Przecież ty też jesteś „prymitywnym głupcem” jak to wdzięcznie określiłaś nie magiczne wilki.
-No patrzcie, myślałam że wlałam ci nieco oleju do głowy, ale inteligencją dorównujesz swoim rodzicom. Oczywiście, że nie jestem! W moich żyłach też płynie magiczna krew. Jak myślisz, gwiazdy cię wybrały i dlatego masz moc? Oczywiście, że nie. Dokarmiając cie własnym mlekiem przekazałam ci dar- Szamanka dumnie wypięła chuderlawą pierś.
-Ale to nie ma sensu, przecież od chwili narodzin różniłam się od innych- mruknęłam nieprzekonana, niedowierzając słowom nieco walniętej staruszki.
-Ten, tego… Bo młodzież to zawsze wie lepiej!- wybuchnęła złością –Mniejsza zresztą o to, skąd masz moc, ważne jest, że z niej prawie nie korzystasz.
 -Nie pra...
-I mi tu nawet nie zaprzeczaj. Wyczułaś burzę, zgoda…
-Skąd wiesz, ze przeczułam śnieżycę?!
-Ja dużo wiem, ot co! Wyczułaś burzę, ale nie zapobiegłaś jej!
 -Ja nie mam takiej mocy!
-A spróbowałaś?
-Yyyy…
-To też właśnie. Jestem pewna, że gdybyś ćwiczyła, to potrafiłabyś ujarzmić największy huragan!- Szamanka zaśmiała się skrzekliwie, lecz po chwili śmiech przeszedł w kaszel –Zamiast cieszyć się, tym co masz, ty gonisz za skrzydłami. Daj sobie z tym spokój, mówię! To źle się skończy, słyszysz?!
 Milczałam, czekając aż minie kolejny atak kaszlu. Szamanka była wymizerniała, jej skóra cienka, a futro wypłowiałe, lecz z oka nie zniknął zadziorny błysk.
-Opowiesz starej waderze, czemu poświęcasz tak wiele czasu?
 Już otwarłam pysk, żeby powiedzieć jej o klinice i bibliotece, kiedy zrozumiałam, że chodzi jej o coś innego. O moją małą obsesję.
-Tak też myślałam. Jak chcesz osiągnąć nowe umiejętności, skoro nie rozwinęłaś i w pełni nie zapanowałaś nad tym, co masz?
 Szamanka podniosła się i wzięła w pysk glinianą misę. Podeszła do wyjścia i przez chwilę stała z głową wystawioną na zewnątrz. Gdy wróciła do mnie, miskę pełną po brzegi śniegiem wystawiła przy ogniu. Sama nie miała siły, żeby się otrzepać. Zrobiło mi się jej żal, wstałam, i delikatnie otarłam jej pysk.
-Nawet teraz, używasz ciała, a nie wiatru- mruknęła –Siłą woli mogłabyś mnie osuszyć.
-Przeczuwam tylko pogodę i wszelkie zapachy i fale dźwiękowe. Nic więcej.
-I tu się mylisz! Sądzisz, że moc przychodzi ot tak? Trzeba na nią zapracować, ciężko zapracować!- głośno wysmarkała nos we własną łapę po czym wytarła ją o ziemię –No, to kiedy skończy się burza?
-Ja nie…
-Nie mów mi, że nie umiesz! Mów mi, kiedy skończy się zawierucha! Zapomniałaś wszystko, czego cię uczyłam?
 Zamyśliłam się. Przypomniałam sobie wszystkie ćwiczenia na koncentracje. Wsłuchiwanie się we własne ciało, które w pewien sposób powiązane jest ze światem. Z powietrzem. Wzięłam głęboki wdech. Wsłuchałam się w uderzenia płatek śniegu. Na szum wiatru. Na delikatne szemranie kropelek wody tworzące chmury. I POCZUŁAM TO.
-Myślę, że powinnyśmy się położyć. Jutro o świcie znów będzie przyświecało nam słońce- odparłam rozradowana tym, co sobie uświadomiłam. Wiedzą, którą pozyskałam z siebie. Z magii, która we mnie drzemie.
-Rajcuje cie przeczuwanie zmian pogody. Ciekawe jak zareagujesz, kiedy w pełni pojmiesz, co potrafisz. No, a teraz spać. Ty jesteś odporna na mrozy, ja nie. Dlatego dorzucę do ognia, i dopiero potem się położę.
 ~
Gdy rano się obudziłam, w ognisku ledwie tlił się żar. Szamanka nadal spała, cicho pochrapując. Jej oddech był świszczący, nierówny. Cicho wstałam i zajrzałam do spiżarni. Zjadłam małą porcję mięsa, aby nie uszczuplać i tak skromnych zapasów. Wyjrzałam na zewnątrz. Oślepiła mnie biel. Przymrużyłam oczy, lecz i tak nic to nie pomogło. Wszędzie śnieg. Biel, biel, biel. Jedynie w oddali dostrzegłam szary zarys gór. To tam muszę się kierować. Wróciłam do środka, by pożegnać się z szamanką, lecz gdy ujrzałam jej kruche ciało, nie mogłam znieść myśli, by ją tu zostawić samą.
-Może wrócisz ze mną do Klanu Powietrza? Na pewno zrobią dla ciebie wyjątek i cie przyjmą. Widać, że jesteś chora…
-Nie wygaduj głupstw! To nie choroba, a śmierć trawi moje ciało. Nie jestem nieśmiertelna, a i tak chodziłam po tym świecie dłużej niż większość wilków. Cieszę się, że mogłam cię zobaczyć. Durna i leniwa jesteś jak nie powiem co, ale masz jeszcze dużo czasu, aby to naprawić. No chodź, uściskaj mnie i idź, zanim się rozbeczę- powiedziała ostro, lecz wiedziałam, że robi to tylko po to, aby się nie rozpaść.
-Może zostanę z tobą?- zaproponowałam, delikatnie ją przytulając.
-Nie zamierzam czekać w nieskończoność, aż uleci ze mnie życie. Na zapleczu mam garść jagód krwawnika. Umrę szybko i w miarę bezboleśnie. Wyjdę śmierci naprzeciw. A teraz zmykaj, szczęśliwej drogi- bezceremonialnie wypchnęła mnie ze swojej nory.
 Szłam po białym puchu, czując jeszcze jej ciepło przy sobie. Świadoma, że właśnie teraz, jej serce przestaje bić, a jej dusza wędruje do świata cieni. I biada tym, którzy staną jej na drodze. Bo trzeba to jej przyznać, że nieugięta była do ostatniej chwili. Czułam się dumna, że mnie wychowała i szczęśliwa, że ją ponownie spotkałam.
 ~
 Czekałam w miejscu, gdzie jak sądziłam rozstałam się z Predi’m. Nie upłynęła godzina, jak ujrzałam jego sylwetkę na horyzoncie.
 <Predi?>

Od Rachel

  Czy wspomnienia można nazwać koszmarem? Uważam że, tak. To jak film, którego za wszelką cenę nie chcesz oglądać, ale i tak jesteś do tego zmuszony. Kolejny zły sen. Dotyczą zazwyczaj pewnych etapów mojego życia. Są one pomieszane, czasem jakby na siebie nachodziły. Widzę płonący dom, czekam aż tata pomoże mamie wyjść z budowli. Jednak nie przychodzą. Jestem za mała, żeby zrozumieć co się dzieje. Podchodzi do nas złota wilczyca. Jej oblicze pozostało bez wyrazu, tylko bierze nas na grzbiet. Mnie, mojego brata Shane'a i siostrę Lidię. Widzę też stalowego, wyprostowanego dumnie basiora. Odwraca się ku naszej nowej opiekunce z uśmiechem. "Już nie będą nam przeszkadzać"- mówi. Skinął na swoich pobratymców i pewnym krokiem szedł za nami. Podchodzi do mnie, obserwuje czarnymi oczami. " To ty jesteś Rach?" - pyta. Skinęłam głową, kuląc się i przytulając do rodzeństwa. Uśmiecha się drapieżnie. " Przydasz nam się. Nawet nie wiesz jak bardzo." Następna wizja, dotyczy moich treningów i zajętego stanowiska. Test Szybkości polega na tym, że w ciemności, światło prowadzi cię korytarzami, musisz nadążyć za nim, zniszczyć jak najwięcej wrogów i jak najszybciej  wygramolić się na powierzchnię. Miałam kilka takich testów. T. Sprawności, T. Reagowania, T. Zręczności, T. Siły, T. Dowodzenia, T. Walki. Potem przyjmują mnie w wieku roku i ośmiu miesięcy jako dowódcę. Po Przysiędze. Najlepsza w swoim fachu w całej watasze. Nigdy jednak się nie wywyższałam. Nie wyobrażałam sobie innego życia niż dawał mi Chronos. W moim świecie cień rzucały zasady. To one kazały mi być bezwzględna i ślepo posłuszna. Miałam zablokowane wspomnienia z tego dnia jak nas porwał. Od tamtego czasu wychowywała mnie Simmi i Rox. Nie byliśmy spokrewnieni. Moje życie było jednym wielkim kłamstwem. Zabiłam dla nich wiele istnień, które były " zagrożeniem". Tak naprawdę albo nic nie zrobili, ale nie podobali się Radzie albo mieli wobec niej jakieś plany. Najgorsze jest to, że gdy to robię nie czułam nic. Zero wyrzutów sumienia, jakby to były zwierzęta. Ostatnia wizja polega głównie na wyznaniu prawdy i usunięciu blokady. Alpha razem z moimi pożal się  "rodzicami" i Lidią w Głównej Katedrze wyznają mi, że byłam im potrzebna i chcieli mnie wykorzystać do swoich celów, dla dobra sfory. Jestem w szoku, cofnęłam się. Aby mnie dostać zabili dwieście pięćdziesiąt pięć istnień w tym rodziców, większość watah, które znały wartość. Nie moją oczywiście. Tylko amuletu. Chcieli w ten sposób znaleźć sposób na nieśmiertelność i być nie do pokonania w bojach. Wiedzieli to, od pokoleń szukali kogoś kto potrafiłby zapanować nad tą mocą. Podchodzi do mnie, a ja przebiłam jego serce ostrzem z dwoma słowami na ustach. Dość kłamstw. Odwracam się, ruszam ku dwu skrzydłowym drzwiom. Słyszę za sobą krzyk Lidii, tak zakochanej w synu Alfy. Nie będzie mogła być teraz z wymarzonym partnerem. Chcą mnie zatrzymać, jednak nie udaje im się do mnie nawet podejść. Płonie mi sierść wzdłuż kręgosłupa. Nie odwracam się, ale słyszę wybuch Katedry. Zatarłam ślady. Nie obchodzi mnie czy przeżyli. Wtedy po raz ostatni widzę z gór swoich przyjaciół. Napotykam błagalny wzrok Shay'a.  Odwracam się i znikam zamykając rozdział życia.
  Budzę się prawie z krzykiem, oblana zimnym potem. Rozglądam się po otoczeniu i wiem, że to przecież mój nowy pokój. Ozdobiłam go przytulniej, rozkładając duży dywan z futra niedźwiedzia, którego upolowałam dla klanu na popołudniowym wypadzie. Ściany są ozdobione są czarnymi wzorami zrobionymi oczywiście ogniem i specjalną rośliną. Praktyki u zielarki się przydały. Oddycham głęboko, próbując się uspokoić. Z tego co czuje, powinno już dawno świtać. Podchodzę do okna, uważając na Shebę, która rozłożyła się na grubym puchatym dywanie i wyglądam na zewnątrz. Słońce jest już wysoko, ale pod takim kątem że, promienie nie wpadają do pokoju. Przymykam oczy zadowolona. Czuję ruch za plecami.
- Dzień dobry. - mruczy kotka, przeciągając się.
- Hej. - mówię, nie odwracając się do niej.
- Jakie plany mamy dzisiaj w planach? - pyta.
Wzruszam ramionami. Nie myślałam nad tym. Z rana nie włącza mi się umysł.
- A ja mam pomysł!
Zadźwięczała radośnie i poczułam nagle, że tracę równowagę. Wypchała mnie z okna?! Po chwili coś złapało mnie i wrzuciło na miękki grzbiet. Zamieniła się w smoka? Uczepiłam się pazurami białych łusek.
 - CHOLERA JAŚNISTA! Następnym razem proszę mnie uprzedzić z łaski swojej! - warknęłam.
Usłyszałam jej śmiech.
 - Trzymaj się!
- A co ja niby robię?! -krzyknęłam.
Wznosiliśmy się coraz wyżej. Zebrałam się na odwagę, by wspięć cię wyżej, bliżej karku. To była nieznacznie powiększona wersja stworka, w jakiego się zamienia podczas walki. Takie nie wiadomo co. Bestia bardzo podobna do kota. Dokładnie pumy. Z pierzastymi skrzydłami i uszami oraz te płytki na plecach.No cóż... Sheba lubi mieszać gatunki. Wyglądała dumnie a zarazem groźnie. Wyjrzałam jej przez ramię. Pod nami rozciągała się łąka. Rdzawo-czerwona trawa była jak płomienie. Przypominała mi czarnego basiora, który dał mi szansę. Kurde! Miałam z nim porozmawiać!
- Zawracamy! Miałam porozmawiać z Darkness'em! Podrzuć mnie tam!
- Niema sprawy!
Zrobiła tak ostry zwrot, że pisnęłam. Zaczęłam się ześlizgiwać, a nie przeżyłabym upadku z takiej wysokości. Zachichotała. Poczekała, aż zajmę na nowo swoje miejsce. Pomknęła jak strzała, bijąc skrzydłami o powietrze. Zrobiła poziomy obrót wokół własnej osi. Skoczyłam i zdążyłam jeszcze zjechać po skrzydle.  Uśmiechnęłam się lekko i weszłam na schody. Szybko przybrałam obojętną minę i spokojnie wchodzę do środka. Plątaniną korytarzy doszłam do jego groty. Już miałam pukać do jego drzwi, ale usłyszałam głosy i zawahałam się. Rozmawiał z kimś. Przeszkadzać czy nie? Nim podjęła decyzję zamarłam. Znam ten głos. Tęskniłam zanim. Zanim zdążyłam się opanować, już stałam w środku. To co zobaczyłam... wmurowało mnie w podłogę. Nie mogłam do niego podejść, nic powiedzieć. Czułam się tak, jak wtedy gdy zatrzymywałam czas. Tylko, że zazwyczaj robiłam to świadomie. Czy teraz przypadkiem zawiązałam supeł na strunie czasu? Spojrzałam prosto w dobrze znane błękitne oczy. Teraz rozjarzone nieopisaną radością. Czy moje wyglądały tak samo?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Shane ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Sammi powiedziała mi, że Rach odeszła zabijając Chronosa z wściekłości, ale mam nikomu nic nie mówić. Wersja jest taka, że nadział się na miecz, podczas wybuchu Katedry. Gruzy niemal ich przygniotły. Rox kilka tygodni jak nie miesięcy spędzi w lecznicy. Miał roztrzaskane przednie łapy i kilka siniaków.  Matka nie potrafiła wyjaśnić jednak dlaczego tak się stało. Ciągle milczała. Jak z resztą cała rodzina. Jak próbowałem porozmawiać o tym z Lidią to nie tylko na mnie warczała, ale i jakby miała do tego prawo, najchętniej wyrzuciłaby mnie z domu.  Coś przede mną ukrywali, a oprócz nich wiedziała tylko ona. Nie lubiłem żyć w niewiedzy. Miałem dużo pytań. A za ciekawość w swojej sforze mogłem ponieść surowe konsekwencje. Zastanawiałem się czy oni się czasem nas nie bali. Takie było ich zachowanie. Jakby bali się tego co się stało i tego jak zareagują inne wilki. Po śmierci Chronosa, zajął jego miejsce syn Ander. Był irytujący. Zbyt zmienny, żeby nie powiedzieć psychiczny. Ciągle mu coś stało na drodze. Wszystkie wilki musiały pomóc w odbudowie sali, a naprawdę było co sprzątać. Czeka ich dużo pracy. Ja zbywałem ich, ze mam mnóstwo innych obowiązków, że trzeba przecież przeprowadzać podwójne patrole. Postanowiłem, ze poszukam jej, bez ich wiedzy. Wymknąłem się w nocy i uciekłem. Ostatnio widziałem ją na grani po wybuchu. Poszedłem w tamtym kierunku. Za stokiem był las. Jak na razie nie musiałem jej tropić, każdy wilk wiedziałby że, tamtędy szła. Najprawdopodobniej dlatego, że tam gdzie postawiła łapy, trawa była spalona. Szedłem ścieżką pozostawioną po jej wściekłości. Po kilkunastu kilometrach ścieżka się urywa i idź gdzie chcesz. Z nosem przy ziemi biegłem swobodnym truchtem, za zapachem swojej siostry.  Po kilku dniach drogi, chyba zabłąkałem się na czyjś teren bo wyczułem też kilka innych zapachów. Całkowicie nierozpoznawalnych. Zauważyłem też, że Rachel dość często się tędy przemieszcza, więc przyszło mi do głowy, że dołączyła, albo poprosiła o schronienie. Jeśli jest to drugi wariant to mam nadzieję, że się nie spóźniłem. Obniżyłem temperaturę ciała siłą woli. Głód dawał się już tak we znaki, że nie mogłem dłużej zwlekać. Upolowałem niewielką łanię, która nieszczęśliwie znalazła się w zasięgu mojego wzroku. Żołądek mi zaburczał, sprowokowany bliskością świeżego mięsa. Oblizałem się i wgryzłem w tuszę zwierzęcia. Byłem na tyle głodny, ze po chwili zostały prawie same kości. Wytarłem pysk o trawę i pobiegłem do kwatery, która wyglądała jak główna. Miałem nadzieję, że uda mi się rozmówić z Alfą w sprawie mojej siostrzyczki. Zapytałem się pierwszego lepszego wilka z brzegu gdzie mogę znaleźć ich przywódcę. Dowiedziałem się, ze ma na na imię Darkness, a to jest Klan Ognia. Bardzo ciekawie. Oboje mieliśmy ten żywioł i dysponowaliśmy tą ogromną mocą. Mijałem kolejne wejścia. Jedno z nich przykuło moją uwagę. Po prawej stronie wejścia wyryte były słowa. Posuwistym pismem - dość ładnym trzeba przyznać - było wypisane zdanie. Przyjrzał my się dokładniej. Rozpoznałem tą tradycję. Położyłem łapę na literach i zajrzałem do środka. Jaskinia była pusta. Rozejrzałem się po korytarzu. Brak oznak obecności kogokolwiek. Wśliznąłem się niezauważony do środka. Nie zamierzałem niczego kraść, nie jestem złodziejem, ale chciałem się rozejrzeć. Przyglądałem się ozdobionym ścianom, podchodziłem do półek. Przystanąłem przed wyrzeźbioną drewnianą figurką różyczki z cierniami. Hm... zrobiłem kilka kroków dalej. Moim oczom ukazał się notatnik narysowaną na okładce złamaną strzałą. Poczułem nadzieję. Zajrzałem na pierwszą stronę. Moim oczom ukazał się... ja sam. Uśmiechałem się szeroko pokazując białe zęby, leżałem na gałęzi rozłożystej lipy. Narysowała mnie. Następne strony ukazywały waderę na kamieniach patrzącą na płonąca budowlę. To  o n a  . Zyskałem całkowitą pewność. Były też rysunki, jakiegoś futrzaka, krajobrazy i inne nieznane mi wilki. Były też podpisy: Dark, Maron, Al, Sol, Blue, Zuko, Sh, Blue... Nie wiedziałem kim oni są. Najprawdopodobniej członkowie klanu. Dobra, czas szukać. Wyszedłem i szybkim krokiem popędziłem do przodu. Znalazł go wreszcie. Przywitałem się z nim. Właśnie kroczył w moją stronę. Był dość... nie wiedziałem jak go opisać.
- Jesteś Alfą, prawda? - chciałem się upewnić, widziałem szkice. Potwierdził. - Musimy koniecznie porozmawiać.
Przyjrzał mi się z ciekawością i zaprosił do pomieszczenia. Zastanawiam się czy wadera zmieniła imię. Jest zdolna do czegoś takiego.
- Czy niedawno dołączyła tu taka wilczyca?
Pokazuję zdjęcie, które miałem sprytnie schowane.
- Tak.
Czuję ogromną ulgę.
- Chodzi o to, że to moja siostra i ja jej szukam. To żeby ją znaleźć jest bardzo ważne. Jeśli ona tu jest chciałbym z nią chociaż porozmawiać. Nie wiem co się z nią dzieje. Czy mógłbym poprosić o... - Nie zdążam dokończyć, bo nagle zawiasy jęknęły do środka wpadł nie kto inny jak ona. Na początku widzę jej dezorientacje, ale po chwili uśmiechnęła się.
- Nie spodziewałaś się mnie aż tu, co?
Przytulam ją.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Rachel~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czuję, że gdzieś tam jestem choć trochę szczęśliwa. Cieszę się, że go widzę. Wygląda tak jak zawsze choć, trochę jego futro było w kurzu. To w pewnym sensie dobrze, przekonuję oporny rozum, że jest rzeczywisty. Odzyskałam go. Nie jestem sama. Przy nim nie muszę ukrywać.
 - Shane. Braciszku, wytropiłeś mnie?
Pytam, gdy uwalniam się z uścisku. Przytakuje. Wygląda na zadowolonego z siebie. Nie zapominam o obecności Darknessa, więc spoglądam na niego.
- Wybacz, że zawracał ci głowę...
Zaczynam, ale Shay mnie wyprzedza.
- Kiedy mogę dołączyć?
Jęknęłam w duchu.
- To załatwcie formalności, a ja... idę do pokoju. Jak coś to ten z napisem. - drugie zdanie kierowałam do odzyskanego brata.
- Wiem o tym. - odparł gdy wychodziłam.
Skąd u diabła mógł o tym wiedzieć? Wpadam na pomysł. Z niecierpliwością dotykam czarnego kamienia oplecionego drucikiem. Skupiam się i wyobrażam płynący czas. Sięgam do niedalekiej przeszłości. W tym miejscu purpurowa-srebrna aura miesza się z niebiesko-złotą. Skupiam się na tej drugiej, na jej pozostałościach. Gdy otwieram oczy widzę, że wisior świeci granatowym blaskiem. Widzę też niebieskie ogniki, tam gdzie stawiał wcześniej kroki kroki. Idę za nimi i zauważam, że był w moim pokoju. Skubany! Nawet dotykał moich rzeczy! Przestałam korzystać z aur i usiadłam na pryczy, zwieszając przednie łapy z krawędzi. Czekałam. Powstrzymałam się od człapania w tę i z powrotem.  W końcu przyszedł.
-Nie mogę uwierzyć, że mnie szukałeś...
Zaśmiał się radośnie.
- To uwierz! Trochę kilometrów zrobiłem!
- Ponad trzysta.
Przyznaję, z lekkim uśmiechem. W jego oczach widzę wiele niebezpiecznych pytań. O n chce żebym mu wszystko wyjaśniła. Czyli nie... Kłamcy! Odgarnia mnie nagła złość. Marszczy brwi.
- Nie wyrzucisz mnie przez okno?
 Błagalny ton. Robię się ponura. Rozumiemy się bez słów.
- Od czego zaczniemy?
Z zaciśniętymi zębami, wstaję i prowadzę go bez słowa na zewnątrz. Nie chcę, żeby ktokolwiek o tym słyszał. To moja tajemnica. N a s z a - poprawiam się. Oddalmy się,idziemy przez łąkę, aby mieć pewność, że jesteśmy sami. Nie chcę usuwać niczyich wspomnień. To nienormalne. Zaczynam opowiadać. W s z y s t k o. Podaję odpowiedzi na każde dręczące go pytanie.  Gdy skończyłam, opuszczam głowę i patrzę w ziemię.
- Boże, Rach...
- Was nie zabili, bo byliście potrzebni mi.
Mówię cicho. Zdaję sobie sprawę, że na pewno słyszy. Przytula mnie. Nie dziwię, że się martwi. Sama się o siebie czasem martwię. To trudne. Czuję obrzydzenie do samej siebie. Zrobiłam wiele złego. O wiele za dużo. Czuję się jakby to była moja wina. Że dostałam to na co zasłużyłam.
 Ukrywam się. przybieram maskę.
- Przejdziemy się?
 Skinęłam głową.
 - Oprowadzę cię, a potem wybierzesz sobie grotę.
Zamieniam się w Opiekuna, jak nazwano by mnie w tej chwili. Pokazuję i opisuję wszystkie miejsca i ogólnie klan. Pochłonięci rozmową uskakujemy, gdy coś wyskakuje z nory pod kamieniem. Jest duże i silne. większe od nas dwojga razem wziętych. Wiedziona instynktem, używam mocy, twór oplata się wokoło ciała stworzenia.Zaciska się i początek zaczepia się na końcówce. Zaczyna się rzucać i syczeć, wygląda jak padalec. Jest całkowicie skrępowany. Odskakuję na dobre dwa metry. Brat patrzy z zaskoczeniem i pyta się mnie.
- A to co to jest? Trzeba przed tym uciekać czy jak?
Patrzę jak zahipnotyzowana, kręcę głową. Nie podaję odpowiedzi bo sama nie wiem. Nie widziałam nigdy czegoś takiego. Przypadam do ziemi i bardzo powoli czołgam się do stworzenia, które przestało się ruszać, tylko oddycha miarowo. Sunę brzuchem po podłożu. Odbija się, by ustawić cię do mnie bokiem. Mógłby uderzyć mnie ogonem,ale ja się nie boję. Słyszę, że Shane mnie woła. Nie cofam się.
- Czym jesteś? - szepczę.
Prychnęło i przymknęło ślepia koloru błota. Przez głowę przeleciało mi przez głowę, że może mnie rozumie. Zrobiłam dwa krok do tyłu gdy bestia się uwolniła.
- Czymkolwiek jestem.
Głos ma głęboki i chropowaty. Przekrzywiam głowę z ciekawością. Spojrzał mi w oczy.
- Jestem Shattered. - spojrzał na Shay'a - Blood Dream.
Wyprostował się, ja też. Uniosłam dumnie głowę. Kącik pyska uniósł się, ruszał nerwowo ogonem. Przyjrzałam mu się dobrze. Był silnie umięśniony, giętki i dość szczupły, Nigdy nie słyszała o Blood Dream. Nie znałam tej rasy. Nigdy się z nią nie spotkałam w czasie, swojego krótkiego życia.
- Jestem ostatni z gatunku. - wyjaśnił, nie pytany - I mam propozycję... - ruszył z  wolna w naszą stronę. - nachylam się, pokazuję kły w ostrzegawczym grymasie. - Przestań. - Warkną pokazując dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów. Uszy przyległy mi płasko do czaszki. - Mam propozycję. Możesz poręczyć za mnie u swojego Przywódcy, a ja za schronienie broniłbym was przed waszymi wrogami. Ty nie on, bo czuję, że jesteś tu dłużej i do ciebie ma pewnie większe zaufanie. Nieprawdaż?
 Chytrze się uśmiecha. Nie podoba mi się to. Zmrużyłam podejrzliwie oczy. Walił prosto z mostu nie bawiąc się w żadne delikatności. Bez ogródek. Jak to mówi Sheba " Nie ma lipy, same dęby". Nie przypada mi to do gustu.
- Możliwe, ale ja nie ufam TOBIE.- ze szczególną starannością naciskam na ostatni wyraz.
Prycha.
- -Nie wątpię w to. Jednak mogę być bardzo dobrym sojusznikiem lub równie niebezpiecznym wrogiem. Nie radzę, mnie lekceważyć. Mogę pomóc albo zaszkodzić. Decyzja należy wyłącznie do ciebie.
Zerkam na brata. Powoli staję tak jak przedtem z dumnie uniesioną głową.
- Ogromny wybór mi proponujesz... - mówię z pozoru niedbale.
- To żaden wybór. - przyznaje.
Sama siebie zaskakuję.
- Dobrze.
Basior za mną się zakrztusił.
 - Oszalałaś?! TO może nas w każdej chwili zabić.
Przytakuję. To oczywisty fakt. Nie kwestionuję tego. Jedno uderzenie i byłabym na tamtym świecie. Dusza byłaby rozszarpana przez Czarne Kruki. Chyba, że stworzyłabym złudzenie ciała od kamienia. Nie śpieszyło mi się tak daleko. Jeszcze.
- Czas na nas.
Patrzyłam twardo na Shettered'a. Nie miałam czasu zastanawiać się, czy dobrze robię. Miałam nadzieję, że to dobra decyzja. Oby. Pewnym krokiem, szłam obok wąwozu do Sythe. Red rozglądał się z zainteresowaniem. Irytował mnie, bo zachowywał się jakby dobił targu.
<Ktoś? Darkness?>




piątek, 1 maja 2015

Od Predizione C.D. Nity

Obudziłem się. Nita nadal spała, a moja łapa służyła jej za poduszkę. Było to przyjemne. Przypomniałem sobie o basiorze. Popatrzyłem na niego. Chyba nadal się nie ocknął. Nita się poruszyła. Lepiej będzie jeśli ją spokojnie obudzę.  Pochyliłem się nad jej uchem i zacząłem szeptać
-Nita. Chyba pora wstawać.- poruszyła powiekami, lecz ich nie otworzyła
-Nita.- powtórzyłem-Czas pobudki.
-Już ranek?- Mówiła równie cicho jak ja -Co teraz zrobimy?
-Ja bym poszukał jedzenia.- Otworzyła oczy i z trudem podniosła swój łeb
-Dobry pomysł.-przesunęła się do tyłu i oparła się o drzewo. Postąpiłem tak samo -A jak tam nasz zniewolony porywaczy?
-Jeszcze się nie zbudził.- powoli wstałem -To chyba dobrze?-spytałem się z ironicznym uśmieszkiem, a ona odpowiedziała tylko uśmiechem. Szybko się ogarneliśmy. Postanowiliśmy się rozdzielić dla bezpieczeństwa. Nita została przy basiorze, a ja poszedłem upolować sporą sarnę. Kiedy już dokonała swojego żywota zarzuciłem ją na plecy i zaniósłem do naszego miejsca zatrzymania się . Moja towarzyszka oczywiście przygotowała przeróżne zioła. Szybko spałaszowaliśmy zwierzynę, aż zostały tylko kości i ostatki mięsa które zostawiliśmy. Pomożemy tak padlinorzercom. Stanęliśmy oboje nad wilkiem który jeszcze się nie przebudził
-I co z nim? -spytała się
-A co innego nam pozostaje niż zabranie go do kliniki?-spytałem retorycznie -Wiesz może gdzie jesteśmy?
-Kojarzę te tereny i nie jest to na pewno inna wyspa. Może kiedy wyjdziemy z tego lasu to odnajdziemy drogę.- w jej słowach nie było przekonania
-Dobrze. Ruszajmy!- zarzuciłem na plecy związanego wilka i poszliśmy. Po godzinie spokojnego marszu ujrzeliśmy koniec lasu. Nita odrazu z niego wybiegła. Ja musiałem jednak do niej dojść. Położyłem na ziemi balast.
-Spójrz!- wadera podniosła łapę -To są bramy do naszego klanu.- Sytuacja nie wyglądała za dobrze. Dookoła bramy lewitowały skały, a tam gdzie nich nie było, były góry.
-Chodźmy. Może szybciej tam się dostaniemy.- Z początku marsz był przyjemny. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Niestety trwało to tylko pół godziny. Nasz porywacz-więzień się ocknął i zaczął się szarpać, majaczyć i co jakiś czas wybuchać psychopatycznym śmiechem. Czasem milkł. Robiliśmy sobie co około godzinę przystanek. Na pierwszym przystanku Nita podała mu jakieś zioła na uspokojenie. Na szczęście zadziałały. Potem było już tylko przyjemnie. Podróż mi się nie dłużyła. Przy latających skałach znaleźliśmy się dosyć późno w nocy. Położyliśmy się obok siebie i ogarnął nas sen.
 Nastał ranek. Kiedy do końca się przebudziliśmy Nita spytała się patrząc na naszą przeszkodę
-I co teraz?
-W sumie mógłbym z tobą tam polecieć, a jego- popatrzyłem na basiora -podniósł przez lewitacje i sam by leciał, ale to nie wypali.
-Czemu niby miałoby nie wyjść?- nasze wzroki się spotkały
-Ponieważ tracę wtedy bardzo dużo energii i nie zawsze mi to wychodzi. Chcesz ryzykować?
 <Nita?>