piątek, 31 lipca 2015

Od Kathedry

Od pewnego czasu należałam do Klanu Powietrza. Jednak większość nie wiedziała o moim istnieniu, ponieważ jak zwykle od razu udałam się na wycieczkę po moim nowym domu. Ten jednak był o wiele większy od tego poprzedniego. W końcu każde drzewo, kamień, jeziorko czy strumyk należało do miejsca, które traktowałam jak dom. Tak przynajmniej ja to postrzegam.
Nic dziwnego, że szybko oswoiłam się z myślą, że to jest wielka przestrzeń do ,której mam wracać. Potrzebowałam tego. Po prostu potrzebowałam takiej bazy wypadowej, by gdy się gdzieś wybieram, móc powiedzieć, że opuszczam miejsce z, którym jestem powiązana i tu wrócę. Trochę to problematyczne. Jednak nic na to nie poradzę.
Jestem właśnie podczas jednej z takich wypraw. Zmieniłam się w delikatny powiew wiatru. Wzniosłam się wyżej by spojrzeć na panoramę. Horyzont pokrywały latające głazy. Szybko pomknęłam w kierunku jednej z nich. Gdy byłam już nad gruntem, moje łapy zmaterializowały się. Zanim stanęłam na ziemi pojawiłam się już w całości.
Usiadłam i wpatrywałam się w chmury, które co jakiś czas zasłaniały mi widok na ziemię. Słońce pomału zachodziło nadając im karmelowy odcień. Jedna z nich podleciała bliżej lewitującej skały. Błyskawicznie zerwałam się i z gracją dałam susa na chmurę. Zaśmiałam się. Śmiech mój brzmiał trochę jak śmiech napalonego zboczeńca. Cóż za ujmujące porównanie.
Nie roztrząsając dalej brzmienia mojego śmiechu rozłożyłam się na chmurze. W końcu była taka mięciutka. Mimo wszystko, niedługo poleżałam, bo chmury miały swoje humory i oczywiście musiały zmieniać kształty.
O ile wcześniej leżałam na środku, to teraz mało brakowało a bym spadła. No nic. Czas zejść na ziemię. I to dosłowne.
Jednak po co normalnie zlecieć na skrzydłach, jeżeli można po prostu będąc w powietrzu je złożyć.
Zamknęłam oczy i pozwoliłam mojemu ciału bezwładnie spadać, w końcu i tak zatrzymam się tuż przed ziemią.
*JEBZ*
Wystraszyłam się i otworzyłam oczy. Okazało się iż leżę na jakimś wilku.
- To już nawet nie można sobie spokojnie szybować nad ziemią ,bo i tak wpada na Ciebie jakiś wariat - mruknął wilk, którego przygniatałam. Zszokowana gapiłam się po prostu na futro obcego wilka.
- Długo będziesz tak jeszcze na mnie leżał co ? - zapytał zniecierpliwiony
Sturlałam się z niego, i skuliłam uszy w niezadowoleniu. Znowu ktoś wziął mnie za basiora, przez moją masywną budowę.

Ktoś ?

Nowi członkowie w Klanie Powietrza

Kathedraya
Hierarchia: zwykły członek
Stanowisko: Magiczka Żywiołu
Klan: Powietrza

Kenysa 
Hierarchia: Zwykły Członek
Stanowisko: Morderca
Klan: Powietrza

czwartek, 9 lipca 2015

od Yen

Siedziałam między dwoma wilkami we średnim wieku, po ok. 5- 6 lat. Wszyscy zażarcie ze sobą dyskutowali, a czasem uciszał ich alfa. Trwała narada. Groźby ze strony pobliskiej watahy pod tytułem „ poddaństwo albo śmierć”. Alfa zwołał wszystkich strategów, dowódców i jeszcze jakieś tam wilki poboczne. Rozmawiali o tym czy wszcząć wojnę czy ulec agresorowi. Dyskusje jednak nagle zniknęły i zrobiło się niezręcznie cicho. Zauważyłam, że wszystkie pyski i ślepia skierowano w moją stronę.
- A ty beto, co sądzisz o tym rozwiązaniu? – spytał doniośle alfa – Czy według ciebie powinniśmy odpowiedzieć i m agresją skoro wszelaka dyplomacja zawiodła?
Podniosłam wyniośle pysk i szeroko otworzyłam oczy, po czym wzrok skierowałam na siedzące naprzeciw mnie wilka.
- Dla mnie są tutaj dwie perspektywy. Jedna to odpuścić i przyjąć poddaństwo watahy a druga…
- Jak śmiesz proponować nam tchórzostwo?! – ryknął dowódca wojowników – JAK ŚMIESZ?!.
W jaskini narodził się szmer, który natychmiast urodził się w awanturę.
-CISZA! – krzyknął alfa.
Wszyscy natychmiast umilkli.
- Póki nie przeszkodził mi bezpodstawnie nasz dowódca, chciałam rzec, że drugie rozwiązanie to śmierć za własną głupotę – widziałam jak niektórzy złowrogo się na mnie spoglądają – widzę, że wszyscy są tutaj napaleni na walkę. Chcą pokazać, jacy są honorowi, jacy bohaterscy a przy okazji bezmyślni.
Ktoś chciał mi przerwać, ale w myślach go skarciłam.
- Zastanówcie się, pomyślcie. Ta wataha jest od nas większa i liczniejsza, dodając do tego górzyste tereny i liczne rowy. Jakoś nie chce mi się wierzyć byście obstawiali tę wojnę za wygraną.
- To, co wolisz kłaść się plackiem przed nimi, bo stchórzyliśmy? – spytał jeden złowrogo, – co my byśmy mówili szczeniakom? Nie mamy wolności, bo lata temu się poddaliśmy.
- O ile byśmy sami nie chodzili po trupach swoich dzieci, po ich kościach. Ta wojna nie masz szans na sukces a jedyne, co zyskami to morze trupów i mięsa.
Istna mordercza cisza.
Wstałam i wyszłam. Miałam ich wszystkich dość. Chcą honor obronić ceną życia niewinnych? Tacy z nich bohaterowie jak z kota pies.
Potem już wszystko stało się jasne. Wojna zakończyła się dla nas klęską. Ja wraz z paroma w miarę rozważnymi wilkami uciekliśmy a potem nasze drogi się rozeszły.
---***---
Zapoznawałam się z terenami nowej watahy. Sama alfa wydawała się być miła. Ja też starałam się być na pozór kulturalna i odpowiadać na zadane mi pytania z dokładnością. Po całym „rytuale” dołączania do watahy postanowiłam pierwsze, co to zorientować się w terenie. Z resztą robiłam to również by uniknąć spotkania z innymi wilkami. Póki, co nie miałam ochoty na nowe znajomości. Spokojnym kroczkiem maszerowałam przez las. Powietrze tutaj było czyste i świeże oraz na pozór niezwykle delikatne. Spokojny i całkiem ciepły zefir targał moją grzywkę. Usiadłam na kamieniu i wsłuchiwałam się w las.
Gdzieś w oddali skrzeczał jastrząb, a gdzieś jeszcze indziej ryły dziki.
Nie miałam jakiegoś specjalnego nastroju, po mimo sielankowej pogody i przyjaznej mi naturze. Koniec końców wstałam i gdy dzień ustępował nocy spokojnym krokiem ruszyłam przed siebie. Nie wiadomo skąd nagle usłyszałam za sobą bieg i nim się obejrzałam ten ktoś na mnie wpadł. Oboje leżeliśmy. Natychmiast się poderwałam i z dumą uniosłam łeb ku górze.
- Uważaj jak biegasz – warknęłam.
<Ktoś?>

Nowa członkini w KMT




Yen
Lekarka