wtorek, 31 maja 2016

Od Victorii c.d Darkness'a do Sombre

Wataha? Dawno nie słyszałam tego słowa. Od razu przypomniała mi się rodzina i ,, starzy znajomi " z dzieciństwa, ale oni różnili się czymś od wilka stojącego przede mną. Oni zwracali uwagę na mój wygląd i charakter, a jemu najwyraźniej to nie przeszkadzało.
Zamyśliłam się trochę. Wstałam i zaczęłam robić małe kółka wokół basiora, trzymając jedną łapę blisko mojego pyska. Niejaki Darkness patrzył na mnie ze zdziwieniem i udręką sprawioną czekaniem na odpowiedź.
-Może jeśli nie chcesz odpowiedzieć, to się przedstawisz? -powiedział wywracając oczami.
-Czy macie u siebie jakiś medyków, zielarzy .. ? - spytałam kompletnie ignorując jego pytanie.
-Zależy, ponieważ nasza wataha podzielona jest na klany. Klany te podzielone są ze względu na żywioł każdego z nas, i każdemu klanowi przewodzi Alfa. - i w tym momencie się wyprostował.
Usiadłam na chwilę. Dziwny podział, ale dość interesujący.
Zaraz chwilę.
-A czy w Klanie .. Ognia jest medyk? -spytałam, zwracając ku niemu łeb. Basior jak widać miał dość gadania ale odpowiedział po krótkiej chwili.
-Nie, ale czuję, że chciałbyś zająć się tym stanowiskiem -powiedział wstając.
Według moich obliczeń, brakowało mi kontaktów towarzyskich, ze względu na mój brak taktu i rozmów z innymi wilkami... może gdybym miała dość czasu i na medycynę i na znajomych .. dołączenie do tej watahy było dość mądrym rozwiązaniem. Może i w końcu nabiorę na wadze, zamiast jeść tylko jagody, małe gryzonie czy ptaki.
Przydałby się także trening, by poprawić kondycję mojego ciała.
-Podjęłam decyzję- wstałam i rozprostowałam naprzeciw niego skrzydła - Mogę dołączyć do tego Klanu Ognia, ale muszę niestety stwierdzić, iż moja kondycja ruchowa jest w złym stanie, więc nie nadam się do walki -powiedziałam stanowczym głosem - ale posiadam wiedzę na temat zielarstwa i anatomii wilka, więc mogę posłużyć wam za medyka. Oto moja oferta - i wyciągnęłam ku niemu łapę. Darkness spojrzał na mnie, i uścisnął mi łapę.
-Dobra, ja lecę na dalszy patrol, rozgość się może czy coś, jak jesteś głodna to możesz sobie coś upolować albo znaleźć coś w Sythe. Znajdziesz tam sobie jaskinie. Sythe mieści się po środku kanionu, w podziemiach. Masz skrzydła, trafisz -po czym wzbił się w powietrze i zniknął między koronami drzew. Na szczęście mam dobrą pamięć.
Rozłożyłam skrzydła.
-Dawno nie latałam. - powiedziałam do siebie i zaczęłam nimi machać. Po krótkim czasie znalazłam się w powietrzu. Zaczęłam się rozglądać za tym miejscem, które basior mi wskazał. Gdy miałam się kierować w głąb doliny, nagle zobaczyłam coś, albo kogoś, leżące na plaży. Mój wzrok jeszcze nie wysiadł, więc sfrunęłam w dół. Na piasku leżał wilk, inaczej basior. Podbiegłam szybko do niego.
Stan chyba stabilny. Poklepałam go po nosie.
-Halo, słyszysz mnie?? -powiedziałam głośno i wyraźnie. Brak odpowiedzi. Szybko przypomniało mi się antidotum, na szybki oddech ( tak je nazwałam ). Pobiegłam w poszukiwaniu ziół. Mięta, liście klonu i woda. Morska. Idealnie.
Magią ognia rozpaliłam ognisko i zaczęłam łączyć składniki w małej miseczce z drewna ( kawał drewna przypominający miskę ).
Po dłuższej chwili antidotum było już gotowe. Podałam je basiorowi.
Otworzył oczy.

Sombre?

Od Cane`a

Wskoczyłem na plecy jelenia wbijając zęby w jego kark, głośno powarkując. Musiałem wyglądać śmiesznie, kiedy sam wyglądałem jak jeleń który właśnie w tym momencie atakuje swojego pobratymca. Zwierzę głucho sapnęło, stawiając jeszcze kilka chwiejnych kroków ze mną na plecach. Po chwili dziwnie wyciągnęło i tak trzymaną przeze mnie szyję padając drętwo na ziemię. Zeskoczyłem z cielska jelenia oblizując swoje kły zalane gorącą krwią. Kiedy rozprułem podbrzusze zwierza, do mojego gardła wpłynęła cała rzeka krwi. Szybko wyplułem posokę ktora w smaku była metaliczna, jednak słodka. Kiedy większość krwi już sobie wypłynęła, zacząłem konsumować swoją zdobycz. Nie jadłem nic od dobrych czterech dni, tak więc po takiej ilości jadła będę umierał przez resztę dnia... Ale za takie mięso jest warto. Przegryzłem pierwszy kęs jeszcze spokojnie, ale kiedy już przełknąłem obślizgłe, czerwone mięcho zacząłem jeść jak oszalały. Siedzenie w górach i lasach potrafi wyciszyć, jednak tak bardzo zagłębiłem się w moich medytacjach, że ani się spostrzegłem minęły cztery dni. Wiosna dobiegała końca, niebawem miało już nastąpić lato. Upalne dni, zero deszczu po prostu jedna wielka duchota. Czyli jeszcze więcej czasu spędzania w chłodnym, zacienionym lesie. Kiedy spałaszowałem już połowę jelenia, usłyszałem cichy szmer za sobą. Odwróciłem się a wtedy moje oczy zetknęły się z tymi rubinowymi oczyma Alfy. Przytaknąłem Elayne w formie powitania i przełknąłem kolejna porcję mięsa.
 - Mogę się przyłączyć? - spytała wadera
Nie odpowiedziałem za to mój ogon lekko drgnął, pewnie machnąłbym nim zgrabnie, gdybym go jeszcze miał. Tak jak myślałem Alfa nie będzie czekała na przyzwolenie, w końcu ten jeleń należy do niej. Należał jeszcze przed tym zanim go sobie upatrzyłem, takiego samotnego i zbłąkanego. Posunąłem się, żeby zrobić miejsce waderze przy i tak już praktycznie pustym bebechu, a sam wziąłem się za obgryzanie udźca. Jedząc teraz w zdwojonym tępię, skończyliśmy posiłek w przeciągu siedmiu minut. Po tych siedmiu minutach nastała głęboką cisza. Wcześniej było jedynie przeżuwanie i mlaskanie oraz odruchowo powarkiwania.
 - Dziękuję, że pozwoliłeś mi się przyłączyć, wcale nie musiałeś - wadera uśmiechnęła się.
Przytaknąłem jakoś nie będąc zbytnio przekonany no ale mniejsza.
 - Cane co ty taki zawsze cichy i ponury... Jeszcze chwila i wszyscy zapomną jak brzmi twój głos.
 - Naprawdę? - spytałem lekko rozbawiony przekręcając swój ciężki, porożasty łeb. - To ktoś mnie w ogóle kiedykolwiek słuchał?
Elayne puściła tą zaczepkę mimo uszu jednak nie miałem co do tego pewności, więc przyglądałem się jej z pewną ciekawością.
(Elayne? Krótkie ale ciii z telefonu są zawsze krótkie xd)

Odchodzi z Klanu Wody!


Nathan
Obrońca, zwykły członek

~Postscriptum
Mendy, ludzi ni mom w Klanie ;ccc

Od Sinon c.d Erici

Zadałam proste pytanie, a otrzymała groźbę w postaci nakierowanych w moją stronę sopli. Moje skrzydła drgnęły, gotowe do obrony. Co prawda nie było ich wiele i bardzo łatwo mogłam się od nich wymigać, lecz wybrałam inny sposób. Dostrzegłam jedną z jej słabości i to postanowiła wykorzystać. Gwałtownie zwiększyłam przyciąganie ziemskie, przez co wadera nie zdołała ich utrzymać. Wbiły się one na sztorc, głęboko w ziemię.
- Przestań. - powiedziałam zdecydowanym głosem. - Nie chcę z tobą walczyć. Po prostu pytam się, kim jesteś?
Dopiero gdy całkiem odwróciła się w moją stronę, zauważyłam symbol na jej lewym udzie. Sombre. Sombre namalował jej symbol oznaczający, że jest nowa. To stąd ten zapach jagód. Nie miałam się więc czego obawiać.
- Erica...
- Z Klanu Everything. - dokończyłam za nią.
Skinęła głową. Rozluźniłam się i odrzuciłam grzywkę. Skrzydła wygodnie ulokowały się na plecach. Zastanawiałam się czy powinnam... Z resztą dla mnie to nie ma znaczenia.
- Jestem Simon. Z tego samego klanu. Jeśli chcesz - tutaj zerknęłam na topiące się sople. - Mogę ci pomóc, mimo że nie jestem wilkiem wody.
Spojrzałam w stalowoszare oczy biało- czarnej wadery. Nic nie odparła, więc kontynuowałam.
- Masz problem z unoszeniem kilku rzeczy na raz, prawda? - zapytałam, raczej retoryczne.
Skupiłam się na otoczeniu, wytrenowałam tą zdolność na tyle by nie mieć problemu z podniesieniem kilku kilogramowych kamieni. Co prawda wykorzystywałam grawitację, ale do tej czynności również psychokinezę. To wymaga skupienia, ale jest kilka wskazówek dzięki którym nauka jest prostsza. Wiedza to pierwszy stopień do uzyskania porządanego efektu. Wokół mnie można wyczuć buzującą, niewidzialną energię. Wokół mnie zaczęły podnosić się kamienie. Stałam swobodnie, pazury były jednak wbite w ziemię. By urzywać grawitacji trzeba mieć kontakt z podłorzem. W telekinezie nie zawsze potrzebna jest taka postawa.
- Dobrze będzie jeśli spróbujesz to na zawieszonych na zawiedzonych u sufitu kluczach, bądź innych wystarczająco ciężkie przedmioty. Zaczynaj od małej ilości i zwiększaj ją coraz bardziej. Później możesz sprawdzić kładąc je na ziemi i kolejno podnosić zwiększajac ilość.
Patrzyłam na nią ze skrywanął ciekawością. Czy przyjmie radę, czy też ją odrzuci?
Erica? Wybacz że tak długo :c

poniedziałek, 30 maja 2016

Od Sombre c.d Chantal

Stałem przy wejściu do jaskiń, rozglądnąwszy się wokół dostrzegłem Chantal siedzącą tuż przy Wielkim Drzewie. Spojrzała przez chwilę w moją stronę, lecz po chwili ponownie spojrzała w gwieździste niebo. Odwróciłem się udając się na nocny obchód. Pierwsze co zrobiłem to zajrzałem do spiżarni. Powoli zostawało coraz mniej zapasów, wypadałoby je uzupełnić. Udałem się również zmazać z tablicy ze stanowiskami imię Megami. Aż dziwne, że od tak znikła mimo że dołączyła niedawno. Może postanowiła wrócić do rodzinnych stron? Sam nie wiem. Teraz razem ze mną klan liczył trzynaścioro członków, liczba nie była zbyt mała, ale lepiej byłoby mieć więcej wilków w klanie. Również zacząłem rozważać plan podpisania ze wszystkimi klanami sojusz, jednak wówczas gdy dojdzie do wojny komu miałbym pomóc? Moim pierwszym żywiołem jest żywioł wody, więc powinienem pomóc swoim bracią i siostrą. Jednak wtedy też doszłoby do buntu wilków, gdyby woda walczyła z ogniem, wilki ognia stanęły by po stronie swoich braci. A jako, że jestem Alfą klanu do którego mogą dołączyć wilki z różnymi żywiołami powinienem nieść pomoc każdemu. Jak na razie powinienem zostać neutralnie nastawiony do pozostałych klanów, w duchu prosić bogów by nie doszło do wojny między czterema klanami. 
Zawróciłem przy zachodniej wieży z powrotem wracając tylko, że tym razem prosto do Skything. Zaryzykowałem biegnąc wąwozem, ale dzięki temu szybciej znalazłem się przy Wielkim Drzewie. Miałem z powrotem zapaść w sen, gdy dostrzegłem Chantal siedzącą cały czas w tym samym miejscu od ponad godziny.
- Czemu nie śpisz? - spytałem podchodząc do wadery
- Miałam zły sen - odpowiedziała bardzo cicho z powrotem kładąc głowę na łapach - Zaraz wrócę do jaskini...A właśnie! Chciałabym dołączyć - powiedziała podnoszą się, na co na moim pysku pojawił się uśmiech
- A o jakim stanowisku myślałaś? - spytałem na co odpowiedziała mi "szpieg"
Pozostało tylko zakończyć proces dołączenia. Znajdując mały krzew jagód przy drzewie zgniotłem je, a ubrudzoną a niebiesko łapą odcisnąłem ostrożnie na jej boku tuż za przednią lewą łapą swoją łapę. Chantal spojrzała zaskoczona, jednak ostatecznie kiwnęła głową. Wytłumaczyłem jej, że to taki symbol który informuje, że wilk należy do Klanu Everything. Symbol dla każdego wilka inaczej wyglądał, jednak zawsze z tej samej rozgniecionej magicznej jagody był.
- Skoro również lepiej się czujesz może pomogłabyś mi i Erice przy polowaniu jutro z rana? - spytałem

[Chantal?]

Od Rhaegara c.d Abitriany

 Spadałem w dół, przez jakiś czas słysząc dosyć wyraźnie krzyk wadery, po chwili zaczął on się jednak oddalać, aż w końcu zamilkł. Chyba wpadliśmy do zupełnie różnych miejsc co nie do końca mi się podobało. Zaczynałem nawoływać waderę, jednak nic to nie dawało. Miałem nadzieję, że nic jej się nie stało. Powinienem był jej upilnować i nie dochodzić do taki dalekich miejsc. Przecież właśnie te odcinki przed zalaną częścią były najniebezpieczniejsze z dostępnych... to wszystko było moją winą. Muszę ją znaleźć, albo nie mam prawa nazywać się Alfą Klanu Wody. Ruszyłem przed siebie, widząc może tylko to, co jest do dziesięciu metrów przede mną. Widziałem tylko dzięki kamieniom, których i tak było tutaj mało. Po drodze cały czas wołałem waderę licząc na to, że w końcu mi odpowie. Jak tak o tym pomyślę, w Kronikach nie było ani słowa na temat podziemnej... groty? Nie wiem jak to ładnie określić, to miejsce było jakieś dziwne. Nie zdążyłem się nad tym nawet spokojnie zastanowić, kiedy usłyszałem jakieś charczenie tuż za sobą. Kryształ zawieszony na moich kluczach jasno błysnął rozświetlając praktycznie całą salę. To co ujrzałem, nawet mi zmroziło krew w żyłach. Pięć wilków, martwych wilków a jednak żywych, które powarkując kroczyły w moją stronę. Wszystkie były już w stadium zaawansowanego rozkładu, u praktycznie każdego było widać żebra, u jednego ułamana szczęka bezwładnie zwisała, inny nie miał już oczu. A pozostała czwórka była ślepa, żywe trupy posługiwały się jedynie swoim i tak słabym węchem. Cofnąłem się mimowolnie do tyłu, powarkując i jeżąc się. Trupy nawet nie czekały na stosowny moment, po prostu zaatakowały. Zanim do mnie doskoczyły, potraktowałem je wodnistym biczem. Ciężko używało się tutaj magię, jednak była o wiele silniejsza niż normalnie. Uporać się z wilkami nie było specjalnie ciężko, chociaż ostatecznie po starciu przez pół godziny lekko utykałem. Potem nawet przyzwyczaiłem się do tego bólu. Chociaż nie wierzyłem w żaden cud, zawołałem jeszcze raz waderę po imieniu, w dalszym ciągu odpowiadało mi moje echo a następnie głęboka cisza. Nagle usłyszałem okrutny pisk, a za nim jakiś straszliwy ryk. Abitriana! Rzuciłem się do przodu, biegnąc ile sił miałem w łapach, nie wiedziałem co spowodowało ów krzyk wadery, jednak nie mogło być to nic dobrego. Tak jak myślałem, znalazłem waderę. Stała przed wielkim, glutowatym czymś co miało niejasny kształt. Dziwny stwór ryknął, obryzgując całą posadzkę zielonkawą mazią.
- Rhaegar!? - wadera krzyknęła zdziwiona - Co ty tutaj robisz?
- Stoję, nie widać? - przekręciłem łeb.

(Abitriana? Sorcia wena wyschła mi xd)

Nieobecność

Cóż mam trochę zaległości w szkole i biorę nieobecność na ten tydzień. Postaram się do was wrócić jakoś w piątek/sobotę ^.^ Nie będę odpisywać na opowiadania i wstawiać formularzy, więc proszę o wysyłanie ich do innych alf. Jednakże będę na Howrse i chacie, więc jak coś można mnie o coś zapytać lub pogadać.

~ Wasza Fil :3 - Alfa Klanu Ognia

niedziela, 29 maja 2016

od Artiego cd Breeze

Opowiadanie poprawione

Nie spieszyłem się, widząc ledwo stojącą waderę przede mną.
Po co w ogóle jej pomagałem? Bo moje serce było za dobre? A niech diabeł weźmie wszystkie wcześniejsze emocje, żałuję niewyobrażalnie. Suka mogła być pozostawiona łasce Darknessa, nie musiałem brać na siebie tego brzemienia odpowiedzialności. I w sumie się dorobiłem, mogę być teraz poważnie ścigany. Wodnista poważnie zraniła ognistego. Z pogardą popatrzyłem na stojące ciało samicy, która ledwo trzymała się na łapach z wycieczenia.
Nie wziąłem pod uwagę takiego scenariusza. Nie brałem pod uwagę również tego, że owa, stojąca przede mną i bezczelnie wpatrująca się we mnie wadera może być tak niesamowicie uparta i zawzięta jak ja. Te cechy są niekiedy zgubne, o czym teraz doskonale przekonała się moja towarzyszka, która teraz z trudem łapała oddech, a z szyi ciekła jej strużka krwi, plamiąca jej piękne, siwe futro.
Przeniosłem wzrok na poważnie krwawiącego wojownika, który leżał nieprzytomnie, nie dając najmniejszych oznak życia. Jego pysk wykrzywił grymas nienawiści oraz zaskoczenia. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Nie powiem, że nie jest mi go szkoda, lecz przyjemnie patrzy się na tego podstępnego basiora, który teraz jest całkowicie bezradny i zdany na moją łaskę. Moją i wadery, która z pewnością starała się o to, by całkowicie wyzionął ducha.
- Zaatakowałaś go – powiedziałem spokojnie, przenosząc wzrok na waderę. W moich oczach kryło się zdumienie, odraza oraz znikające ostatnie resztki szacunku do samicy. Ta przełknęła ślinę, odważnie znosząc mój przeszywający wzrok na sobie.
Będzie to bardzo poważne polityczne posunięcie, psujące na dobre relacje między Klanami. Wodnista wadera na terenie Klanu Ognia zaatakowała przywódcę wojowników, omal go nie zabijając. Być może zmieni to na zawsze nasze stosunki. Zakląłem w duchu. A ja, oczywiście, muszę mieć w tej sytuacji czynny udział.
- To on zaatakował mnie – powiedziała wadera, akcentując każde słowo, chcąc dać mi do zrozumienia, że ona lepiej wie o sytuacji. Jej słowa były przesycone oburzeniem i zdecydowanie nie podobało się jej, że mam czelność jej to wytykać – Ja się tylko broniłam. Nie miałam innej możliwości.
Westchnąłem.
Nie ma u mnie cechy, którą określam „nienawiścią” do jakiejś osoby. Po prostu tego nie odczuwam, jednych lubię bardziej drugich mniej. Na pewno wojna żadnemu z klanów nie pójdzie na rękę, ale nie trzeba zbyt długo się zastanawiać, że i tak do niej dojdzie. A ja, jako ognisty będę musiał wziąć w niej udział. To okropne uczucie, które mnie nagle zaskoczyło było najgorszym odczuciem jakie mnie nawiedziło podczas mojego krótkiego życia.
Zbliżała się godzina nocna, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że wciąż stoję bez odpowiedzi. Nie wiedziałem co na ten temat myśleć, nie spodziewałem się takiego obrotu sytuacji.
- Choć za mną. Poszukamy jakiegoś schronienia – powiedziałem – Zapowiada się na deszcz.
- A on? – wskazała łbem na wojownika. Wzruszyłem ramionami.
- Później po niego przyjdę i go opatrzę.
Postąpiłem nadzwyczaj spokojnie. Nie chciało mi się po prostu tego robić, a myśl, że w tym momencie mogłem jeszcze spać w swojej jamie i niczym się nie przejmować, nie dawała mi spokoju. Wciąż tkwię w tym koszmarze, który nie zamierza się skończyć tak szybko, jakbym chciał. Mimo tego chcąc nie chcąc, moja natura nie pozwoli mi pozostawić wilczycy w potrzebie, nawet jeśli zawiniła. Moje myśli do końca życia byłyby zaprzątane wyrzutami sumienia, jeżeli ona lub basior by zginęli. Po prostu nie mogłem tego zrobić. Musiałem pomóc obojgu: waderze ze względu na własne sumienie, a basiorowi z powodu w pewnym sensie pokrewności.
Wkrótce naszym oczom ukazał się zwalony pień drzewa, opierający się o stojącą roślinę, który porósł już mech i zaczynały rosnąć na nim nowe paprotki. Prędko zbadałem otoczenie pod względem bezpieczeństwa, po czym zębami wyryłem wejście do trójkąta. Miejsce nie było idealne, jednak wilgotność wskazywała na to, że w nocy będzie padać, a wtedy spanie pod gołym niebem nie byłoby przyjemnym doznaniem zwłaszcza dla krwawiącej wadery i nieprzytomnego basiora, dla których zapewne każdy ruch może teraz sprawiać okropny ból. Wkroczyłem do środka, gdzie od razu na wejście uderzyłem się w łeb. Syknąłem. No cóż, niski sufit nie jest zły. Lepszy niski, niż żaden. Dla wadery wejście i wyjście nie będzie żadnym problemem. To jest chyba plus bycia niskim.
- Tutaj masz zamiar spać? – zapytała, a jej głos brzmiał neutralnie. Nie odpowiedziałem na to pytanie. Po prostu nie wiedziałem już jak z nią rozmawiać, a ona uporczywie chciała właśnie tego.
- Idę po Headlessa. Byłbym wdzięczny, gdybyś jednak została w tym miejscu i nie robiła żadnych odpałów – powiedziałem i ruszyłem przed siebie w stronę ciała wojownika. Po drodze nazrywałem jakiś chwastów, które rzekomo mają pomóc w gojeniu się ran oraz zatrzymaniu krwotoku.
Nigdy nie myślałem, że przyda mi się ta umiejętność. Nie nadawałem się na medyka, dlatego moim zajęciem jest tylko atakujący. Przynajmniej nadaję się na polowania, bo bez atakującego nikt by się nie nażarł ile trzeba. Po prostu nie kręciło mnie to całe pomaganie innym. Jestem dość wrażliwy na krzywdę, jednak nie chciałem poświęcać całego życia dla potrzebujących. Pomagam wtedy, kiedy mogę, ale dzisiejsza sytuacja dała mi wyraźnie do zrozumienia, że mimo szczerych chęci pomoc niesiona innym nie zawsze jest oczekiwana oraz doceniana. Życie nie jest sprawiedliwe, ale żałuję, że muszę się w tym utwierdzać na prawie każdym kroku.
Wróciłem do wadery, która czekała na mnie i na wilczura, którego niosłem na swoich plecach. Tym razem uważałem na łeb i schyliłem się, nie chcąc znów przywalić w drzewo. Zdumiałem się widząc, jak prędko wadera po moim przyjściu ułożyła się na suchej trawie pod drzewem i zasnęła. Musiała być naprawdę wycieńczona. Noc zapowiadała się zimna. Bardzo zimna, biorąc pod uwagę obecną, zmienną porę roku. Raz jest upalnie i słonecznie, innym razem czuć docinki zimy. Dzisiaj zbliżało się to drugie.
Biorąc pod uwagę swoje ciało, otoczyłem nim waderę zachowując całe ciepło między naszymi ciałami. Headlessa położyłem obok nas, aby również czerpał korzyści z obecnej sytuacji. Chcąc czy nie, teraz już muszę zadbać o to, aby oboje przeżyli, zwłaszcza po poważnych ranach, jakie oboje sobie zadali. Rana wadery była głęboka i przecinała tętnicę szyjną, przez co życie samicy leżało dosłownie na włosku. Skoro już postanawiam jej pomóc, to nie będzie to zrobione na odwal. Headless natomiast miał krwotok z brzucha, który po nałożonym opatrunku przestał przeciekać. Niewątpliwie jednak nadal musi to cholerne boleć. Skrzywiłem się na ten widok, wyobrażając sobie siebie w takiej sytuacji.
Noc była chłodna, tak jak przewidywałem. Nie spałem, czuwając nad wodnistą i basiorem, któremu uspokoił się oddech i już gładko można było obserwować równie unoszące się i opadające żebra. Jeżeli samica teraz mi ucieknie to nie tylko ona, ale i ja mogę mieć kłopoty, które mam już z pewnością. Od początku je miałem. Koło północy zaczął padać deszcz, lecz trwał krótko. Drobna mżawka, która zresztą kilka godzin później ustała. Do rana nie pozostało wiele godzin, a noc była nadzwyczaj spokojna. Nie zaskoczył nawet żaden zwierz, który przechodziłby przez okolicę w poszukiwaniu pożywienia. Po prostu nic.
Nagle, kilka godzin później, na moich łapach poruszył się delikatnie łeb wadery. Wydała z siebie krótki jęk, po czym znów ułożyła łeb w poprzedniej pozycji. Headless nadal spał.

(Breeze?)

Odchodzą z Klanu Wody!


Stella

Shibido

Od Artiego c.d Breeze

Wadera z hukiem upadła na ziemię. Nie spieszyłem się.
Po co w ogóle jej pomagałem? Bo moje serce było za dobre? A niech diabeł weźmie wszystkie wcześniejsze emocje, żałuję niewyobrażalnie. Suka mogła być pozostawiona łasce Darknessa, nie musiałem brać na siebie tego brzemienia odpowiedzialności. I w sumie się dorobiłem, mogę być teraz poważnie ścigany. Wodnista zabiła ognistego. Z pogardą popatrzyłem na leżące ciało samicy.
Nie wziąłem pod uwagę takiego scenariusza. Nie brałem pod uwagę również tego, że owa, leżąca teraz i krwawiąca wadera może być tak niesamowicie uparta i zawzięta jak ja. Te cechy są niekiedy zgubne, o czym teraz doskonale przekonała się moja towarzyszka, która teraz oddychała płytko, a z szyi ciekła jej strużka krwi, plamiąca jej piękne, siwe futro. Nie zasługiwała na taki koniec, ale też nie zasługiwała na moją pomoc. Na co zatem zasługuje?
Przeniosłem wzrok na poważnie krwawiącego wojownika, który leżał nieprzytomnie, nie dając najmniejszych oznak życia. Nie musiałem się mu długo przyglądać, kiedy uznałem zgon. Jego pysk wykrzywił grymas nienawiści oraz zaskoczenia. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Nie powiem, że jest mi go szkoda, lecz strata członka zawsze jest okropna. Niedawno z nim rozmawiałem, był wspaniałym wojownikiem, którego zwykłe podstępy nie zwalały z łap. On na pewno na taki koniec nie zasługiwał. Czasu jednak nie zmienię, mimo wielkiej chęci i woli. Nie do mnie należą te moce.
Będzie to bardzo poważne polityczne posunięcie, psujące na dobre relacje między Klanami. Wodnista wadera na terenie Klanu Ognia zaatakowała przywódcę wojowników, zabijając go. Być może zmieni to na zawsze nasze stosunki. Zakląłem w duchu.
Nie ma u mnie cechy, którą określam „nienawiścią” do jakiejś osoby. Po prostu tego nie odczuwam, jednych lubię bardziej drugich mniej. Na pewno wojna żadnemu z klanów nie pójdzie na rękę, ale nie trzeba zbyt długo się zastanawiać, że i tak do niej dojdzie. A ja, jako ognisty będę musiał wziąć w niej udział. To okropne uczucie, które mnie nagle zaskoczyło było najgorszym odczuciem jakie mnie nawiedziło podczas mojego krótkiego życia.
Zbliżała się godzina nocna, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że wciąż stoję nad dwoma ciałami. W tym jedno oddychało z coraz większym trudem, wciąż walcząc o życie. Drugie wyzionęło ducha.
Postąpiłem nadzwyczaj spokojnie. Nie chciało mi się po prostu tego robić, a myśl, że w tym momencie mogłem jeszcze spać w swojej jamie i niczym się nie przejmować, nie dawała mi spokoju. Wciąż tkwię w tym koszmarze, który nie zamierza się skończyć tak szybko, jakbym chciał.
Przeciągnąłem bezwładne ciało wadery na swój grzbiet, po czym wstałem i zacząłem się rozglądać po okolicy, szukając odpowiedniego miejsca na nocleg. Chcąc nie chcąc, moja natura nie pozwoli mi pozostawić wilczycy w potrzebie, nawet jeśli zawiniła. Moje myśli do końca życia byłyby zaprzątane wyrzutami sumienia, jeżeli ta by zginęła. Po prostu nie mogłem tego zrobić. Wadera najwyżej później mnie zagryzie.
Wkrótce moim oczom ukazał się zwalony pień drzewa, opierający się o stojącą roślinę, który porósł już mech i zaczynały rosnąć na nim nowe paprotki. Prędko zbadałem otoczenie pod względem bezpieczeństwa, po czym zębami wyryłem wejście do trójkąta. Miejsce nie było idealne, jednak wilgotność wskazywała na to, że w nocy będzie padać, a wtedy spanie pod gołym niebem nie byłoby przyjemnym doznaniem zwłaszcza dla krwawiącej wadery, dla której zapewne każdy ruch może teraz sprawiać okropny ból. Wkroczyłem do środka, gdzie od razu na wejście uderzyłem się w łeb. Syknąłem. No cóż, niski sufit nie jest zły. Lepszy niski, niż żaden. Dla wadery wejście i wyjście nie będzie żadnym problemem. To jest chyba plus bycia niskim.
Położyłem ciało samicy na miękkiej trawie, po czym poleciałem po liście rośliny, aby zatamować krwotok samicy.
Nigdy nie myślałem, że przyda mi się ta umiejętność. Nie nadawałem się na medyka, dlatego moim zajęciem jest tylko atakujący. Przynajmniej nadaję się na polowania, bo bez atakującego nikt by się nie nażarł ile trzeba. Po prostu nie kręciło mnie to całe pomaganie innym. Jestem dość wrażliwy na krzywdę, jednak nie chciałem poświęcać całego życia dla potrzebujących. Pomagam wtedy, kiedy mogę, ale dzisiejsza sytuacja dała mi wyraźnie do zrozumienia, że mimo szczerych chęci pomoc niesiona innym nie jest oczekiwana oraz doceniana. Życie nie jest sprawiedliwe, ale żałuję, że muszę się w tym utwierdzać na prawie każdym kroku.
Kiedy było już po wszystkim, wróciłem do Headlessa, zostawiając waderę w nowej „jamie”, o ile to miejsce można tak nazwać. Samica nadal mocno spała, więc nie zamierzałem nic innego prócz opatrunku przy niej robić.
Headless nie zmienił ani swojego położenia, ani tego swojego zdumionego wyrazu. Dla szacunku jednak, dla tego dobrego wojownika, postanowiłem go pochować. Sam nawet jako zepsuty wilk do końca, nie chciałbym pozostać zapomniany i pozostawiony sam sobie. Wykopałem dół, zaciągnąłem tam martwe ciało wojownika i ponownie zakopałem. Mimo wszystko życzę mu spotkania Fire przy wejściu do piekła. Zasługuje na to tak samo jak i na pochówek.
Wróciłem do wadery, która uspokoiła swój oddech. Tym razem uważałem na łeb i schyliłem się, nie chcąc znów przywalić w drzewo. Noc zapowiadała się zimna. Bardzo zimna, biorąc pod uwagę obecną, zmienną porę roku. Raz jest upalnie i słonecznie, innym razem czuć docinki zimy. Dzisiaj zbliżało się to drugie.
Biorąc pod uwagę swoje ciało, otoczyłem nim waderę zachowując całe ciepło między naszymi ciałami. Chcąc czy nie, teraz już muszę zadbać o to, aby przeżyła, zwłaszcza po poważnych ranach, jakie zadał jej Headless. Rana była głęboka i przecinała tętnicę szyjną, przez co życie samicy leżało dosłownie na włosku. Skoro już postanawiam jej pomóc, to nie będzie to zrobione na odwal.
Noc była chłodna, tak jak przewidywałem. Nie spałem, czuwając nad wodnistą. Jeżeli teraz mi ucieknie to nie tylko ona, ale i ja mogę mieć kłopoty, które mam już z pewnością. Od początku je miałem. Koło północy zaczął padać deszcz, lecz trwał krótko. Drobna mżawka, która zresztą kilka godzin później ustała. Do rana nie pozostało wiele godzin, a noc była nadzwyczaj spokojna. Nie zaskoczył nawet żaden zwierz, który przechodziłby przez okolicę w poszukiwaniu pożywienia. Po prostu nic.
Nagle, kilka godzin później, na moich łapach poruszył się delikatnie łeb wadery. Wydała z siebie krótki jęk, po czym znów ułożyła łeb w poprzedniej pozycji.

(Breeze?)

Odchodzi z Klanu Ognia - Kazu

Kazu
Powód: -

Odchodzi z Klanu Everything - Megami!


Megami
Powód: -

sobota, 28 maja 2016

od Breeze cd Artiego

Z jakiej perspektywy by nie spojrzeć, moja sytuacja była totalnie beznadziejna. Kiedy basior czmychnął bezczelnie w krzaki, zostawiając mnie samą pośród kołyszących się pod wpływem lekkiego wiatru drzew, nie zajęło mi długo podjęcie decyzji o udaniu się jego śladem. W tamtym momencie wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem, jakie miałam pod ręką.
Miarowym krokiem podążałam za basiorem, starając się zachować bezpieczny, jednak na tyle bliski dystans, by nie stracić go z tropu. Z każdą minutą marsz budził we mnie coraz większe wątpliwości – samiec zmierzał ku południu, czułam to. Czułam też to, że nie idzie tam bez powodu – ostatnie spojrzenie które rzucił mi, nim odwrócił się w swoją stronę cudem pozwoliło mi dostać się do jego umysłu – zdążyłam odczytać, jakże by inaczej, naprawdę niewiele. Jedyne, co zdołałam uchwycić to krótkie mignięcie rodzącej się gdzieś w głębi jego umysłu przebiegłości. Kiedy samiec odwrócił swój niezainteresowany wzrok i czmychnął w krzaki, wyszłam w jego umysłu tak szybko, jak się tam znalazłam. Nie zostało mi więc nic innego jak samo domyślanie się, co mógł knuć.
Szłam za nim już od dobrej godziny. Gęstwiny lasu z każdym krokiem przerzedzały się coraz bardziej, ściółka pomału zmieniała się w trawę, a do moich oczu docierało coraz więcej światła, nieograniczanego już rozłożystymi koronami drzew. Naprawdę powoli, jednak wyczuwalnie, zmieniała się wilgotność. Do morza było jeszcze kilka dobrych godzin marszu, ale już teraz czułam, jak bliska jest woda.
I w tym momencie elementy tej całej chorej układanki złożyły się w piękną całość, a przez moją głowę przebiegła żałosna myśl – „On prowadzi cię do morza. Południe, idiotko, południe.”
Pierwszy raz w życiu doświadczyłam tak silnie negatywnych emocji w kierunku jakiegoś wilka.  Samiec przewidział to, że udam się za nim i w perfidny sposób wykorzystał to, by zaprowadzić mnie do morza. Był przebiegły i uparty jak osioł, całkiem jak ja. Tak właśnie się dzieje, gdy spotykają się ze sobą wilki o tym samym usposobieniu. Od jego pierwszego spojrzenia, jakie tylko udało mi się złapać czułam to. Cholera, dlaczego musiałam trafić akurat na takiego wybawcę?
- Idiotka, cholerna idiotka – zaklęłam pod nosem, patrząc z gniewem w stronę ciemnej sylwetki majaczącej gdzieś pomiędzy rzadko rozrzuconymi drzewami. Czy naprawdę tak dużo czasu zajęło mi dojście do tak oczywistej rzeczy? Dlaczego tak wolno myślałam? Może to brak wody sprawił, że mój mózg nie pracował wystarczająco dobrze?
Chwilę po moim żałosnym odkryciu miałam ochotę dokonać samokrytyki i ganienia się w myślach, jednak szybko się zreflektowałam. Stwierdziłam, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a zamiast myśleć o zaistniałej sytuacji trzeba podjąć stanowcze kroki naprawcze, które jak najbardziej zniwelują straty związane z moją bezmyślnością. Czym prędzej odwróciłam się na pięcie i dwa razy szybszym krokiem ruszyłam w całkiem przeciwną stronę. Chciałam nadrobić jak najwięcej straconego czasu, jednak z minuty na minutę czułam, jak moje nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Ile szłam za tym cholernym samcem? Godzinę? Dwie? Ile będę musiała iść, by dojść do miejsca,  w którym będę mogła znaleźć jakiegoś wilka?
Wciąż nieprzerwanie maszerowałam. Czas  zaczął dłużyć mi się jeszcze bardziej, gdy pragnienie i suchość w pysku powoli wkradały się w moją świadomość. Pierwszy raz od dobrych kilku miesięcy  poczułam, że faktycznie mi, jako Wodnej, trudno przeżyć choć kilkadziesiąt godzin bez tej życiodajnej, kryształowej cieczy. Depcząc po wyschniętej trawie spojrzałam na moją wyprawę z perspektywy czasu – sama sobie się teraz dziwiłam, że wytrzymałam tak długo, bo niemal dwa tygodnie, na tej suchej, wulkanicznej wyspie. I tylko po to, by zdobyć kolejne, nic nie znaczące dla rozwoju sprawy między naszymi klanami informacje.
Dojście do pierwszych śladów obecności wilków zajęło mi blisko półtorej godziny. Było to porzucone truchło sarny, na wpół obgryzione do ostatniego ścięgna, potem już wyraźny zapach stada. Na tę woń postawiłam lekko uszy, a mój krok stał się odrobinę cichszy.
Łamana gałąź rozbrzmiała w zaroślach naprzeciwko mnie, na co w ułamku sekundy przybrałam defensywną pozycję. Nie wiem, czy wynikało to z mojego przyzwyczajenia do wiecznego ukrywania się i drżenia o własne życie, czy ze zwykłej adrenaliny, która w momencie niespodziewanego dźwięku uderzyła w moje ciało.
Nie spodziewałam się nikogo, kto mógłby wyjść zza krzaków, więc tym większe zaskoczenie wywołało nagłe wyłonienie się masywnego wilka. Przysięgam, Headless był ostatnią istotą, jaką miałam ochotę w tym momencie spotkać. Sam był chyba lekko zdziwiony tym, że przed nim stałam, jednak szybciej niż ja odrzucił to zdziwienie na drugi plan. Zawiesił na mnie swoje paskudne spojrzenie i uśmiechnął się z cynizmem.
- Wodna, gdzie zgubiłaś swojego przewodnika? – wypowiedział z pobłażliwością, spoglądając we mnie swoimi zawistnymi, żółtymi ślepiami.
- Kolejny raz pytasz o rzecz, która nie powinna cię obchodzić – odpowiedziałam wrogim do granic możliwości tonem.
Skrzywił pysk w gniewie, jednak tym razem mnie nie ugodził. I całe szczęście dla niego, bo teraz już nie hamowałabym się przed tym, by mu porządnie oddać.
- Kolejny raz zapominasz, z kim rozmawiasz – warknął, stając zbyt blisko mnie.
- Za to ty nie masz najmniejszego pojęcia, z kim rozmawiasz. – Wciąż spoglądałam mu w oczy  zimnym jak lód spojrzeniem. Tym, na skutek którego wszyscy moi przeciwnicy długo nie znosili i prędzej czy później urywali kontakt wzrokowy. Headless był odporniejszy, co było dla mnie pierwszym ostrzeżenie. Czułam, że nie będzie mi się z nim łatwo rozprawić.
- Proszę, pochwal się kim ważnym jesteś!  - Jego szyderczy śmiech rozbrzmiał pomiędzy drzewami. Wilk zaczął wolno krążyć wokół mnie.  - Zwykłą, wodną suką, liżącą dupy alfom? – Jeszcze nigdy nie słyszałam tyle nienawiści w jednym zdaniu.
- Jak myślisz, za kim będą bardziej płakać? Za śmieciem, który panoszy się na stanowisku przywódcy walk, czy nad betą? – uniosłam prowokacyjnie brwi, nie przerywając walki naszych spojrzeń - Jeśli tylko mnie tkniesz, reszta wodnych dopilnuje, żebyś zdechł w katuszach.
- Chyba jednak zaryzykuję – warknął na odchodnym, skacząc w moją stronę.
Nie mogłam poradzić nic na to, że przygniótł mnie swoim ciałem do ziemi. Byłam mniejsza i słabsza, jakiego innego biegu zdarzeń można się było spodziewać? Zanim zdążyłam złapać oddech, wilk przyparł łapami do mojego gardła, boleśnie przyciskając je do ziemi. No tak, nie cackał się, tylko od razu przechodził do rzeczy. Próbowałam się szarpać i wyrwać z jego uścisku, ale był po prostu za ciężki. Czułam, jak z sekundy na sekundę moje ciało wiotczeje. Łapy przestały się szamotać, głowa opadła do tyłu, pierś się nie unosiła. Z ostatnim uderzeniem adrenaliny i wolą życia zarzuciłam głową i wgryzłam się w jego lewą łapę. Sama nie uwierzyłam, że mój żałosny atak okazał się skuteczny. Headless w jednej chwili zwolnił swój ucisk, a ja z przeraźliwym bólem wciągnęłam powietrze do płuc, unosząc się na łapach. Niewiele myśląc, rzuciłam się biegiem w las. To było jedyne dobre rozwiązanie, zważając na to, że ze swoją wątłą siłą drugi raz nie dałabym mu rady. Nie zdziwiłam się, gdy samiec ruszył za mną, rzucając głośnymi oszczerstwami i groźbami w moją stronę. Gnałam przez ściółkę, starając się rzucić w niego zaklęciem. Na próżno. Dopóki nie przypomniałam sobie o ogromnej suchości w ustach, nie miałam pojęcia, co jest ze mną nie tak. Miałam w sobie zbyt mało wody, by używać moich mocy. Bieg nie pozwalał mi na wytworzenie źródła wody, więc musiałam czym prędzej znaleźć rzekę, jezioro, lub chociaż kałużę, by mieć jakiekolwiek szansę wygrania pojedynku z potężnym basiorem.
Musiałam mieć jakieś niesamowite szczęście, bo, jak na zawołanie, wśród drzew wyłoniła się srebrzysta tafla wody. Zdążyłam wymamrotać tylko podziękowania w stronę Water i skoczyłam do jeziora, zanurzając się w nim po sam czubek głowy. Odczekałam kilka sekund, nim ponownie wyłoniłam się na powierzchnię. Rozwścieczony Headless gnał już w moją stronę, więc czym prędzej puściłam się brzegu jeziora.
- Teraz mi już nie uciekniesz, wodna szmato! – zawołał z gniewem, chlupocząc łapami po wodzie.
- Mylisz się – rzuciłam donośnie, puszczając w jego stronę pierwszą serię lodowych ostrzy. Rzuciłam okiem do tyłu spostrzegając, jak samiec skutecznie rozpuszcza moją broń skrzydłem ognia.
- Kurwa – zaklęłam, po chwili wypuszczając kolejną porcję ostrego lodu. Z każdą sekundą czułam, jak słabnę. Moja prędkość znacznie się zmniejszyła, kiedy wypuściłam trzecią serię ostrzy, również udaremnioną przez ogień.
Poczułam mocne szarpnięcie w tył i wbijające się pazury w moje biodra.
- Już jesteś moja – usłyszałam chrapliwy głos, gdy mocno uderzałam plecami o mokry piasek, przygnieciona przez masywne ciało Headless’a. Spoglądając w jego żółte, zaćmione gniewem oczy, nie widziałam nic więcej oprócz chęci zemsty i żądzy krwi. Mocno oparłam łapy o jego ociekające śliną szczęki, kiedy starał się  wgryźć w moją szyję.
- Nie będzie tak łatwo, pieprzony skurwielu – syknęłam, ledwo powstrzymując się od wrzasku, który miał ochotę wydobyć się ze mnie z powodu okrutnego bólu. Z całej siły kopnęłam go w brzuch. Wilk zgiął się nie znacznie, jednak jego szczęki nadal napierały na moje wycieńczone łapy, które co rusz odpychały ostre zęby od szyi.
Marzyłam tylko o wydaniu z siebie ostatniego ataku. Jak umierać, to z klasą. Żegnaj życie, było pięknie. Szkoda, że pięknie się też nie skończy.
W jednej chwili zabrałam łapy spod jego szczęki, udaremniając mu jednocześnie dostęp do miejsca, w którym chciał złożyć swój śmiertelny kęs. Wycelowałam ostrym jak brzytwa soplem w jego brzuch, a jego zęby z impetem zatopiły się w mojej szyi.
Krzyknęłam, wykręcając ciało w przeraźliwym bólu. Przysięgam, był to najgorszy ból, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam w moim krótkim życiu. Przymknęłam drżące powieki, z pokorą godząc się z przejściem na drugi świat. Mijały jednak sekundy, a ja wciąż czułam mokry, zimny piasek pod sierścią na plecach. Coś było nie tak.
Samiec przygniatający mnie do podłoża oddychał płytko i nierównomiernie. Był nieprzytomny, jednak wciąż zakleszczony na mojej szyi. Z kolejnym przeraźliwym, przepełnionym bólem wrzaskiem oderwałam się od jego szczęk i ostatkami sił zepchnęłam z siebie bezwładne cielsko.
Oddychałam płytko, wciąż na wpół świadoma swojego położenia i czynu, którego przed chwilą dokonałam. Chciałam za wszelką cenę dźwignąć się na łapy i chociaż sprawiło mi to ogromne cierpienie i było ponad moje siły, dałam radę unieść się na chwiejnych nogach. Z odrazą spojrzałam na samca, który leżał pyskiem w stronę piachu, a lodowe ostrze wystawało z jego na wylot przebitego boku. Chciałam jak najszybciej uciec z tego miejsca, ale kilka niepewnych kroków utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie dam rady daleko zajść. I w tym momencie zauważyłam ciemną sylwetkę wyłaniającą z lasu. Była to kolejna istota, którą jako ostatnią miałam ochotę wtedy spotkać. Wilk ruszył w moją stronę.
<Artie?>

Od Loki'ego

Położyłem się na grzbiecie i zacząłem patrzeć na gwiazdy. Wyciszyłem całkowicie swoje myśli. Po prostu leżałem tam i gapiłem się w ciemnogranatowe niebo.
"Czy to jet mój nowy dom? A może kolejne miejsce któremu przyniosę ból, cierpienie i śmierć? " starałem się odgonić te myli od siebie. Koniec, końców udało się. Zamknąłem oczy, wciągnąłem powietrze przez nozdrza i wypuściłem je szybko przez pysk. Niechętnie przekręciłem się i wstałem ociężale. Powolnym krokiem ruszyłem nad wodospad. Po drodze mijałem liczne stworzenia, nie zwracałem na nie najmniejszej uwagi.
Na miejscu panowała zupełna cisza i spokój. Zlustrowałem uważnie kamienne wzgórza z których spływała woda. Wspiąłem się ostrożnie na samą górę. Skały były mokre co dawało dodatkowe utrudnienia. Nie poddałem się jednak. Na samej górze usiadłem, zacząłem przyglądać się księżycowi wychodzącemu zza chmur. Minęło kilka sekund i pojawił się w całości. Znów zamknąłem oczy i dałem ponieść się chwili... Zacząłem wyć.
Nie spodziewałem się, że ktoś mi odpowie. Tak więc położyłem się wygodnie, łeb oparłem na łapach. Kilka chwil później zauważyłem w dole jak coś porusza się w krzakach. Wstałem błyskawicznie, z wytężoną uwagą patrzyłem w dół i czekałem na to co ma nastąpić.

Ktoś?

Od Galaxy

Ze snu wyrwał mnie koszmarny dźwięk, tak to były wilki które koniecznie chciały mnie obudzić. Leniwie wstałam i otworzyłam oczy, postanowiłam coś zjeść. Wyszłam z jaskini i na mojej drodze spotkałam Hikari
Cześć Hikari!- Uśmiechnęłam się.
Cześć Galaxy!-Hikari
Jadłaś już coś?- zapytałam badawczo
Nie może chcesz pójść ze mną?- Hikari
Miałam nadzieję że to powiesz!- krzyknęłam radośnie
Doszłyśmy do lasu po paru minutach upolowałyśmy rodzinę sarn z dwoma młodymi , pożarłyśmy to w pięć minut.
Po niecałej godzine byłyśmy na miejscu. Ktoś zawołał Hikari.
Obowiązki wzywają!-Hikari
I zniknęła w krzakach. Hmm... polecę sobie na wycieczkę!- pomyślałam.Jak pomyślałam tak zrobiłam. Obleciałam cały klan powietrza - znałam każdy zakątek i zakamarek, więc poleciałam do klanu everything. Wylądowałam na lawendowych polach, wydawały się dziwnie znajome.
Dawno się nie widzieliśmy, prawda?- usłyszałam czyjś głoś.

<Do nikogo...>

Od Amai C.D. Lux

Nie jest łatwo być Alfą... W szczególności młodą. Musiałam czym prędzej zacząć się uczyć, aby wiedzieć chociaż co mam robić i kiedy. Nie było nikogo, kto mógłby mnie zastąpić, nie miałam ani brata, ani siostry. Ani tym bardziej nikogo, kto mógłby mi z tym wszystkim pomóc… Ale mniejsza z tym, jakoś sobie z tym radzę.
Wstałam rano wcześnie i dzień zaczęłam od codziennego oblotu nad terenami Klanu Powietrza. Nic ciekawego, dzień jak co dzień… Cały klan dopiero budził się do życia po nocy. Pogoda jednak była niezbyt dobra… Mało brakuje do tego, by się porządnie rozpadało. Po chmurze widać, że będzie przynajmniej ulewa, co spowoduje, że poziom wody w rzekach mógłby wzrosnąć, jeśli potrwałoby to dłużej. Chociaż zwykle ulewy u nas trwają krótko, musiałam przeczekać do jej końca w razie czego. Ostatnio często tu padało, ale według prognozy pogody miało to się zakończyć w ciągu tego tygodnia, najpóźniej za 3 dni. No nic, przeczekałam deszcz i było rzeczywiście tak, jak ostatnio. Po wykonaniu jeszcze kilku czynności związanych z zarządzaniem klanem postanowiłam przelecieć się do innych klanów. Tylko do którego… W klanie Everything byłam wczoraj, w Klanie Wody też niedawno… Może Klan Ognia? Nie byłam tam przynajmniej od 3 miesięcy. Dlaczego nie – nie umiem wyjaśnić. Jeszcze upewniłam się, że wszystko jest w porządku, po czym poszłam na polanę, gdzie zwykle startowałam celem wzniesienia się w powietrze. Jeszcze tylko odpowiednio ustawiłam skrzydła do lotu i się rozpędziłam. Po kilku sekundach już byłam w powietrzu i przyspieszyłam do prędkości ok. 300 węzłów. Skierowałam się na wyspę, gdzie był Klan Ognia, a po niecałych 15 minutach wylądowałam na miejscu. Było tu o wiele cieplej niż u nas, warunki raczej sprzyjały szybowaniu niż lądowaniu ze względu na ogromną ilość kominów powietrznych… Jeśli cała ta część wyspy nie była jednym wielkim kominem, jedynie z niewielkimi przerwami.
Po wylądowaniu uważnie się rozejrzałam, a następnie poszłam się rozejrzeć. W pewnej chwili poczułam, jak coś mnie uderzyło – obejrzałam się i ujrzałam wilka. Wadera, która we mnie uderzyła, padła na ziemię, prawdopodobnie była bardzo zmęczona.
- Wszystko dobrze? – zapytałam patrząc jej w oczy, które same się zamykały. Zabrałabym ją do jaskini, ale miałam ją w swoim klanie, nie tutaj. Została mi magia... Wprawdzie potrzebowałam swojej księgi, ale na szczęście pamiętałam jedno z zaklęć potrzebnych w takiej sytuacji. Po chwili otworzyła oczy, powoli wstała i powiedziała:
- Gdzie jestem? Kim jesteś…? Co się dzieje?
- Jesteś w Klanie Ognia… Przed chwilą we mnie wbiegłaś – spokojnie odpowiedziałam. – Jak się nazywasz?
- Lux… A ty? – po chwili mi odpowiedziała
- Amai, miło mi cię poznać – uśmiechnęłam się przyjaźnie.

<Lux?>


Od Darkness'a c.d Victorii

Kolejna zbłąkana duszyczka bez celu czy może tym razem jednak szpieg. No weźcie. Nudne to się już robi. Cały czas tylko napotykam „bezbronne” wadery. Pewnie zwabiły ją te odlatujące ptaki. Cóż na ich miejscu też bym zwiewał na swój widok. Chociaż w dzień chyba nie wyglądam aż tak źle. Dobra, mniejsza z tym. Czemu po naszym klanie pałęta się tyle obcych wilków!?
- Kim jesteś? - zawarczałem jej do ucha
- Nazywam się Victoria i jak już zapewne zauważyłeś jestem waderą. - odparła z dziwnie dźwięczną dumą w głosie
Jakiś poważny wilk? A to nowość. Nie wiele się takich tu spotyka. Stanąłem przed nią i wyprostowałem się. Wilczyca podniosła się z ziemi i usiadła naprzeciw.
- Wiesz, że jesteś na terenie watahy? - zapytałem spoglądając na nią moimi szkarłatnymi oczami
- Nie wiedziałam. Chyba niezbyt zaludniona ta wataha, gdyż nie zauważyłam tutaj jeszcze żadnego wilka poza tobą. - odparła jednym ciągiem ze szczerością i aż bijącą od niej powagą
- Znajdujemy się na najrzadziej odwiedzanym terenie w klanie, więc nie dziwne, że nie ma tu nikogo poza nami. - stwierdziłem, a po chwili dodałem - Jaki masz żywioł?
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadała. Chyba czekała aż wyjaśnię jej czemu o to pytam. Jakbym miał jeszcze na to ochotę. Westchnąłem tylko wyczekując jej ponownej wypowiedzi.
- Nie rozumiem do czego jest Ci potrzebna ta informacja, ale skoro już muszę to odpowiem. Posiadam żywioł Ognia.
No wyśmienicie. Nie za dużo się tu pałęta wilczków z tym żywiołem? Ale nie ja nie marudzę, coś wy. Przynajmniej będzie ciekawej na wojnie. Od Victorii czuć woń wielu różnych ziół i roślin. Może to zielarka lub lekarka? Tym lepiej dla nas. Nagle coś mnie oświeciło.
- Ja nazywam się Darkness oraz jestem alfą Klanu Ognia na terenie którego aktualnie jesteśmy. Czy byłabyś zainteresowana dołączeniem? - zapytałem skupiając na niej swoją uwagę
(Victoria?)

Od Yǒnggǎn Cd Rhaegar'a

Stałam przy wejściu, dokładnie badając czy ktoś się nie zbliża. Traf chciał, że jakiś wilk z mojego klanu właśnie miał zamiar wejść do biblioteki, a ja nie mogłam ostrzec przed tym wilka wody, ponieważ nie było go już nigdzie w pobliżu. Po prostu zatopił się ,,jak kamień w wodę'', tylko ,,wilk w niezliczoną ilość regałów'', jeśli chodzi o dosłowne tłumaczenie. Na mnie przybysz nie zareagował, być może myślał że pilnuję aktualnie tego miejsca i po prostu wszedł do środka. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, jakby zaraz nasz plan miał wyjść na jaw, aż tu nagle po dwudziestu minutach pojawił się Rhaegar. Miałam już zamiar rzucić się na niego ze złości, że tak długo tam siedział, ale zamiast tego wolałam upewnić się czy nikt go tam nie widział i oddalić od miejsca. Odetchnęłam z ulgą, kiedy odpowiedział że udało mu się uniknąć spotkania z basiorem i moje obawy zniknęły.
- No okej... wierzę Ci - westchnęłam znikając razem z nim w zielonym gąszczu. I tak byłam na niego zła, przecież tak mało brakowało! - I jak? Znalazłeś to co chciałeś? - ciągnęłam dalej trochę się uspokajając.
Patrzył na mnie nieco rozbawionym wzrokiem, tymi swoimi iskrzącymi się, jadowitymi oczami. Odkąd go poznałam, nawet jeszcze nie zdążyłam zapytać o to, czy te iskry są z nim od urodzenia, czy pochodzą z jakiejś dziwnej historii. Naprawdę, wydawały mi się nadzwyczajne, w porównaniu do innych kolorów oczu, ale nie teraz o tym mowa.
- Naturalnie, jednak nie powiem Ci o co chodzi... więc nawet nie pytaj - pokazał mi język mówiąc to dość samolubnym tonem. Zmarszczyłam lekko brwi, udawając że jestem naprawdę wściekła.
- O ty... Gałganie jeden! Ja Cię prowadzam po miejscach, w których nie powinno cię być, a ty mi się nawet z misji nie zwierzysz? - warknęłam groźnie, ale wyszło to bardziej na ton szczeniaka, który ma się zaraz rzucić na swojego kolegę, bo zwinął mu ulubioną zabawkę.
- No tak. Właśnie tak. - machnął ogonem rozbawiony i zadowolony z siebie. Naprężyłam się jak kot gotowy do ataku, nerwowo machając puszystym ,,sznurkiem'' na boki. Skoczyłam na Rhaegar'a łapiąc go za ucho i ciągnąc do siebie. Ten za to położył łapę na moim karku i zaczął przyciskać do ziemi, w celu uwolnienia swojego wilczego radaru. Teraz oboje byliśmy roześmiani, niżeli źli na siebie, zachowywaliśmy się jak niegrzeczne szczeniaki, których nie ma kto rozdzielić. Jak to dobrze że nikt nas nie widział. Szamotaliśmy się tak jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu wylądowaliśmy na ziemi, przez przypadek staczając się ze stromej górki, raz ja na nim, raz on na mnie. Końcowy efekt był taki, że leżeliśmy plackiem obok siebie. Odwróciłam się na grzbiet, powoli opanowywując kolejny atak śmiechu. Mój towarzysz uczynił to samo. Wypatrzyłam się w korony drzew nad nami, gdzie przeleciał mały, szary ptaszek, lecący zapewne do swojego domu, lub na łowy, by przynieść coś swoim dzieciom. Od razu przypomniały mi się chwile z dzieciństwa, jak to wtedy lubiłam obserwować i śledzić takie stworzonka. Pewnego razu nawet udało mi się wspiąć na jedno z drzew i przyjrzeć pisklakom, których matka wyraźnie nie była wtedy zadowolona. Oprócz tego, że mnie podziobała, musieli mnie stamtąd ściągać bo było za wysoko i stromo bym sama to zrobiła. Nawet w tamtej chwili nie czułam strachu, ale bardziej to, że zostanę tam na zawsze. Teraz kiedy o tym pomyśle, jaka byłam zabawna i ile przygód przeżyłam, chce mi się śmiać. Naprawdę, zdaje się że skoro rodzice w końcu potrafią przyznać, że ich dziecko jest tak bardzo energiczne, to chyba musi być prawdą, nie?
- O czym myślisz? - z zamyśleń wyrwał mnie ciekawski głos mojego towarzysza, leżącego obok.
- O pięknej naturze, swoim dzieciństwie - zaczęłam przeciągle, rozmarzając się - i tym czym mnie obdarujesz za mój niezwykły wyczyn. - to zdanie zakończyłam szczerząc się w szerokim uśmieszku do Wilka Wody, na co ten parsknął cichym śmiechem.
- Hmm, pomyślmy... więc co chciałabyś w zamian?
- Ah te interesy, prawda? - zaśmiałam się melodyjnie. - Akurat ja nie jestem aż tak wymagająca. Wystarczy mi że... - zamyślałam się przez chwilę, przykładając jeden palec delikatnie do ust i patrząc w niebo. - że zaprosisz mnie na ucztę, lepszą od tego królika. W końcu chyba trzeba uczcić to, że misja się powiodła. - na moim pysku ponownie namalował się szeroki uśmiech.
- Kusząca propozycja. - przyznał patrząc na mnie.
- Masz teraz czas, czy może ,,musisz wykonać obowiązki alfy'' i zrobimy to później? - zapytałam ciekawskim tonem, przyglądając mu się.

( Rhaegar? )

Od Daenerys c.d Rhaegara

Powoli wracałam w stronę jaskiń, gdy właśnie z tamtego kierunku zza rogu wybiegł Rhaegar. Biegł zbyt szybko bym ja mogła uskoczyć w bok, a on zahamować...chociaż to też nie było możliwe, bo wcale nie wpatrywał się przed siebie tylko miał odwróconą głowę do tyłu. Wilk uderzył o mnie sprawiając, że oboje po chwili prześlizgnęliśmy się po trawie. Uderzyłam bokiem w drzewo, na co Alfa tylko wylądował na brzuchu kawałek przede mną, wyglądał jak zdeptana żaba. Podnosząc się musiałam przymrużyć oczy przez oślepiające światło. Rhaegar podniósł się, a w tym samym czasie coś co właśnie mnie oślepiło zsunęło mu się z ogona. Nie czekając długo podbiegłam do przedmiotu, na co wilk obrócił się gwałtownie i szybko wziął klucze do pyska.
- Co to takiego? - spytałam wpatrując się w pęk świecących kluchy, po chwili podniosłam wzrok na wilka - To są jakieś magiczne klucze?
- Szam ne wiem - odpowiedział troche niewyraźnie przez trzymanie kluczy w pysku, ale dało się zrozumieć - Pszed chwila zaceły spwiecic i wiprowac - ponownie zarzucił klucze na ogon, po czym wbiegł do świątyni
Chwile stałam wpatrując się jak jego postać coraz to się oddala, aż zniknęła w budynku aż wreszcie sama się ruszyłam i pobiegłam do świątyni. Szłam korytarzem powoli, tak by nie było słychać chlapania wody, która była rozlana na posadzce. Znalazłam się w wielkiej komnacie, od razu moim oczom ukazał się wielki obraz Bogini Water, jak i po prawej stronie jej posąg. Na środku stał postument, a koło niego znajdował się Rhaegar. Stałam schowana za rogiem przyglądając się co zaraz się stanie. Alfa najpierw pomodlił się, a po chwili prosząc pomoc Boginię Water położył klucze na postumencie. Czekałam wraz z nim ciekawa tego co zaraz się wydarzy, jednak nawet po pięciu minutach nic się nie stało.
- Klucze najwidoczniej nie są powiązane z Water ani z żywiołem wody - powiedziałam podchodząc do wilka, który spojrzał na mnie z miną "Skąd ty tu..." - Może powinieneś udać się do Klanu Everything i tam spróbować? - w tym samym czasie nagle jeden z kluczy uniósł się do góry, a wokół niego pojawił się złotawy pył. Zaraz tuż obok niego na posadzce zmaterializowało się coś, co na pierwszy rzut oka przypominało wilka, ale ogon zakończony płetwą wskazywał że jest to połączenie wilka jak i ryby. Prawdziwy wodny wilk. Wystraszona tym nagłym pojawieniem się wilka z klucza schowałam się za Rhaegarem, który również sam widać był zaskoczony. Jednak po chwili przypomniało, mi się o pewnej książce, w której były opisane istoty, które mogły być przyzywane z kluczy.
- Gwiezdny duch? - spytałam chyba raczej siebie niż stojącą przed nami postać
- Wreszcie raczyłeś mnie przywołać - burknął wilk zbliżając się do Rhaegara

< Rhaegar?>

Od Kitsune do Darkness'a

Gdy Artie i wodnista wadara odeszli, Headless podszedł do mnie.
-Jesteś nikim! Nie wtracaj się w nie swoje sprawy!
-A ty nienazywaj siebie pomocnikiem Alfy, bo masz bliżej do piachu niz ktokolwiek z na!
Basior odwrócił się w moją stronę, a w jego oczach było widać gniew. Wystraszyłam się lekko, ale byłam wsciekła.
-Hmmm... I co jeszcze!
- Przez takich jak ty nasz klan niemoże się dogadać! Przez co toczymy walki sami ze soba!
Basior żucił się na mnie a ja na niego, wtedy wilki zaczeły sie wycofywać. Po 15 minutowej walce leżałam pod basiorem, który przygważdzajac mnie do ziemi postanowił wgrysc mi się w skrzydła. Zawyłam cicho z przeszywajacego mnie bólu, podparłam się łapam i zuciłam basiora z grzbietu. Bylismy niedaleko przepasci.
-Zobaczymy jak latasz bez skrzydeł!
Poczym zepchał mnie w przepaśc, wilki spojrzały zaskoczone. Spadajac obiłam się o jakieś skały i straciłam przytomność. Gdy się ocknełam była już noc, lerzałam w przepasci miedzy miastem a latarnia.
-Przeżyłam?
Miałam ogromne szczescie że upadłam na miekki piasek. Podniisłam się z ziemi okazało się że prucz rannych skrzydłeł miałam coś z lewą łapą. Po paru godzinach dotarłam do Sythe.
-Obym nie trafiła na tego idjotę.
Powiedziałam do siebie cicho. Kuśtykajac doszłam do zbiorników z wodą, napiłam się i oczywiściłam rany. Nie miałam sił by gdziekolwiek iście, więc zasnełam przy zbiornikach. Obudził mni czyjś dotyk, otorzyła powoli oczy i ujrzałam Drakonessa.
-Kitsune żyjesz?!
Słyszałam w jego głosie zmartwienie.
-Żyje...
Odpowiedziałam cicho po czym podniołam się z ziemi.
-Co ci się stało nic takiego.
Alfa spojrzał na mnie.
(Darkness?)

piątek, 27 maja 2016

Od Lysandera do Darkness'a

Kiedy umiera bliska nam osoba, w nas i wokół nas, odczuwamy pustkę. Rzeczywistość staje się nierealna, pojawiają się setki pytań, nastroje i emocje zmieniają się szybko i niezrozumiale. Gubimy się w pustce, która zostaje i gubimy się w uczuciach, których doświadczamy. Nie wiemy, czy to, co przeżywamy jest normalne, czy ból, który odbiera nam oddech kiedykolwiek minie, czy gniew i żal, i poczucie winy, i lęk, i rozpacz mogą kiedykolwiek przestać być tak silne, a nawet przeminąć zupełnie. Gubimy się w tym, co przeżywamy, ponieważ nikt też nas nigdy nie przygotowywał na to doświadczenie. Otoczenie równie zagubione jak my, często nie umie odpowiedzieć na nasze potrzeby, nie potrafi wysłuchać i wesprzeć.
Pierwsze reakcje na wiadomość o śmierci bliskich to szok, odrętwienie, emocjonalny dystans, niedowierzanie.
W życiu nie ma rzeczy zaplanowanych. Gdyby ktoś wiedział, że ma się przewrócić, to by sobie usiadł. Możliwe jest jednak odkrycie w nim nowego sensu i odzyskanie szczęścia. To mu dziś pokażę, że ma szansę na nowy, lepszy scenariusz. Jak każdy. [...] Obawiałem się, że nie aklimatyzuje się tak samo, jak w poprzednim życiu. Wszędzie występowały liczne odejścia, do drugiego świata, a to było mi znieść najtrudniej. Choćby z nikim bliskim, nie potrafiłem się z tym pogodzić.

Darkness?

Od Artiego cd. Breeze

Wadera grała mi na nerwach. Przewróciłem oczami, po czym popatrzyłem w jej ciepłe, zielone oczy. Pięknie zlewały się z kolorem lasu. Szkoda tylko, że wyrażały głęboki sprzeciw wobec mojej osoby oraz pałały pewnością siebie i nieugiętością. Domyśliłem się, że jest to podobny typ do mnie: nie odpuści, jeżeli sobie postanowiła.
„ Nie mogę uciec” – nie brzmiało to jako informacja, prędzej przybrało formę potwierdzenia i wiadomości, którą muszę zaakceptować czy tego chcę, czy nie. Nie podobało mi się to. Smukła wadera wyraźnie mną manipulowała, odwracając wszystko w swoją stronę. Może i robiła to w dobrych intencjach – nie chciała, aby ktoś brał winę za nią. Jednak mimo to nie podobała mi się jej postawa, ponieważ to ja postanowiłem jej uratować życie przed rządnych krwi wodnistych wilkami, a teraz zwyczajnie oczekuje ode mnie tego, że się wycofam.
Wadera nie może liczyć na litość u naszego Alfy. Tak samo również typ Headlessa na pewno nie pozwoli, by wadera spokojnie odeszła w swoją stronę. Darkness wykorzysta waderę do swoich nieczystych planów przeciwko Klanie Wody, a potem ją zabije prowokując Wodę do zemsty. Później oczywiście powie, że Woda zaczęła się zachowywać agresywnie, a jej śmierć zostanie utajniona, więc nikt prócz najbliższych osób z okolicy Alfy nie będzie miał dostępu do informacji, czy wodnista żyje.
Ja natomiast jestem w lepszej sytuacji: w najgorszym scenariuszu czekają mnie okropne męki, ale jednak przeżyję. Darkness nie pozwoli sobie na utratę członka, a prędzej czy później wojna między ognistymi i wodnistymi wybuchnie. Darkness nie będzie tak okrutny dla własnego członka, chociaż nie można powiedzieć, że ujdzie mi to na sucho.
Znów spojrzałem na waderę, tym razem z zaciekawieniem, ale też z pogardą.
- Czy masz mi coś jeszcze do powiedzenia? – zapytałem samicy, która po tym pytaniu zaczęła się wpatrywać w moje błękitne oczy, jakby nie wiedziała co odpowiedzieć. Kiedy już się przygotowywała do odpowiedzi, przerwałem jej – Mam nadzieję że nie.
- Obawiam się, że się mylisz – zaczęła znów się opierać.
- Obawiam się – przerwałem jej – że nie znasz powagi sytuacji. Nie oszukujmy się, wyglądasz na szczeniaka, który niedawno odkrył swoje umiejętności. Być może są lepsze od moich, jednak mimo to uważam, że nie zasługujesz na koniec, jaki już się dla nas obojga szykuje. Jeżeli zamierzasz pójść do Darknessa i prosić o wybaczenie, nie będzie to odkrywcze jeżeli spotkasz się z odmową. Natomiast ja będę mógł mieć poważniejsze kłopoty, niż kiedy mi „przypadkowo” uciekniesz.
- Czyli mam twoim scenariuszem zachować się jak tchórz i uciec? – zapytała wadera, która teraz wyraźnie uznała moje słowa za absurd. Ani ja, ani ona nie zgadzaliśmy się z naszymi myślami.
- Jeżeli pójdziemy twoim scenariuszem, to ja zachowam się jak tchórz, zmywając się gdy ty dostaniesz karę – odpowiedziałem równie bezczelnie jak ona. Zresztą, po co ja z nią dyskutuję? Dawno mogłem postąpić inaczej. Wziąłem głęboki wdech.
Stoimy w miejscu. Ani ja nie ustąpię, ani ona nie zamierza tego zrobić. Czyżby nie pozwalała nam na to nasza osobista duma? Być może. Teraz zaczynam zauważać minusy tej cechy charakteru, gdy spotykają się dwa wilki o takim usposobieniu. Niesamowite w jak beznadziejnej sytuacji się znajdujemy. Oboje będziemy dążyć do naszego celu, a w tym wszystkim najgorsze jest to, że nie możemy iść tą samą drogą, ponieważ się prawdopodobnie spotkamy. Westchnąłem.
- W takim razie – zacząłem twardo – idź gdzie chcesz. Skoro nie idziemy w jedną stronę, to równie dobrze możemy teraz się rozejść
- Zaprowadź mnie do Alfy – odpowiedziała szorstko, przeszywając mnie wzrokiem. Nic sobie z tego nie zrobiłem, ruszyłem w przeciwnym kierunku od wadery, nie odwracając się za siebie.
- Idź swoją drogą. Nie chcę cię tutaj więcej widzieć – warknąłem i skoczyłem w krzaki, zostawiając waderę w lesie pozostawioną samą sobie.
Byliśmy już blisko głębi lasu, jednak nie na tyle aby się zgubić. Znam te tereny. Przynajmniej teraz wiem, jak bardzo przydały mi się te wszystkie „spacery” w tajemniczym lesie. Działo się tutaj naprawdę dużo, a niekiedy udawało mi się w pojedynkę coś upolować. Ogniści są egoistami, którzy wciąż myślą tylko o sobie i swoich przyjemnościach. Nie liczę nawet na to, że podczas wspólnego polowania dostanę część. Zwykle rzucam się na jedzenie jak każdy głodny wilk, niekiedy udaje mi się całkiem duży jak na ognistych zdobyć kawał mięsa.
Do moich uszu dobiegł szelest liści. Stanąłem, po czym rozejrzałem się po okolicy. Wkrótce, kiedy stwierdziłem, że nikogo w okolicy nie ma ruszyłem dalej. Być może wiał lekki wiaterek, więc szelest liści jest jak najbardziej na miejscu. Co innego, gdyby dzisiejszy koniec dnia był bezwietrzny.
Jakiś czas później moje przekonania zostały potwierdzone, mimo przekonania o wietrze. Znów usłyszałem dźwięk, tym razem niefortunny skok na gałązkę, która z delikatnym hukiem pękła. Uśmiechnąłem się lekko na ten dźwięk. Moje przypuszczenia właśnie zostały potwierdzone, a to wróżyło bardzo wiele przyjemnych rzeczy, które pójdą po mojej myśli. Nie zatrzymywałem się, wciąż parłem na południe.

(Breeze?)

Od Breeze cd Artiego

- Z której strony będziesz mogła uciec niezauważona?
To pytanie wprawiło mnie w niemałe zdziwienie. Przekrzywiłam lekko głowę, spoglądając z zaskoczeniem w nic nie mówiące mi oczy basiora. Jak na ironię, akurat w tym momencie, nie byłam w najmniejszym stanie wejść w jego umysł i sprawdzić, czy tylko sobie żartuje, czy usypia moją czujność, czy mówi całkiem serio. Nie ufałam mu. Nie ufałam żadnemu z wilków ognia.
- W co grasz? – spytałam szorstko, wciąż szukając jakiejś podpowiedzi w jego wyprutym z emocji spojrzeniu.
- W ułatwienie ucieczki. -  Nuta szczerości w tej odpowiedzi sprawiła, że uniosłam lekko brwi. Z sekundy na sekundę byłam coraz bardziej przychylna uwierzyć, że wilk faktycznie trzyma moją stronę i ma czysto pokojowe intencje.
- Słyszałeś, co twój przywódca mówił o konsekwencjach? – spytałam, dopiero po fakcie stwierdzając, że brzmiało to zdecydowanie za ostro.
- To nie jest przywódca. Nie mój – odpowiedział z lekkim grymasem na twarzy. W końcu mogłam dostrzec na jego pysku przejawy jakichkolwiek emocji.
- Wszystko jedno. – Machnęłam łapą, a rana na ramieniu przypomniała mi o sobie przeszywającym bólem. Skrzywiłam się lekko, wypowiadając kolejne zdanie – Kimkolwiek był dla ciebie ten gnój, jasno powiedział co stanie się, gdy jutro nie zjawię się u waszej alfy.
Nie odpowiedział.
- Nie chcę zrzucać na kogokolwiek odpowiedzialności za moją głupotę – odpowiedziałam ze zdecydowaniem i dodałam po chwili oczekiwania na jego odpowiedź – Nie masz prawa odpowiadać za to, że nie zachowałam należytej ostrożności na obcym mi klanie. Mogłam po prostu siedzieć cicho.
- Mogłaś.
Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, a między nami zapadła chwila milczenia.
- Po prostu zaprowadź mnie teraz do swojej alfy, przedstaw krótko sytuację i się zmyj, a ja odpowiem za swój durny występek  – powiedziałam i po raz kolejny nie otrzymałam odpowiedzi. Cholera, czy on miał problemy z mową? – Jeśli nie chcesz, powiedz mi tylko, gdzie on mieszka. Sama pójdę – rzuciłam szorstko, po raz kolejny wzdrygając się od bólu wywołanego wzruszeniem ramionami.
- Powiedz mi tylko, z której strony możesz uciec niezauważona.
- Powiedz mi tylko, gdzie mieszka ten cholerny alfa.
- Która strona?
Wilk wbił we mnie uporczywe, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. Zmrużyłam oczy, za wszelką cenę starając się je odeprzeć. Nie wytrzymałam jednak długo i chcąc nie chcąc, dałam za wygraną.
- Południe.
- No to idziemy.
Basior jakby nigdy nic ruszył przed siebie, a ja stanęłam w miejscu, ze zdezorientowania nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Stanowczo nie rozumiałam jego zachowania. Dopiero po kilku sekundach ruszyłam za samcem, dorównując mu kroku.
- Chcesz być pomocny, rozumiem to i doceniam, ale proszę cię, na miłość boską…
- Bądź cicho – rzucił w moją stronę ze zniecierpliwieniem w głosie.  
- Co proszę? – warknęłam z oburzeniem, próbując uchwycić jego spojrzenie.
- Zamknij się.
- Powiedz mi, gdzie mieszka ten pieprzony alfa, to już nigdy, wedle życzenia, nie usłyszysz mojego głosu – odpowiedziałam zgryźliwie, pomału tracąc nad sobą panowanie. Dlaczego ten cholerny samiec był tak uparty?
Wilk zatrzymał się gwałtownie, obracając się w moją stronę. Ledwo zdążyłam zahamować swój szybki krok przed jego ciemną posturą. Złość w jego oczach kazała mi się cofnąć, ale zostałam w tym miejscu, w którym stałam. Jedynie kilka centymetrów przed jego unoszącą się w podburzonym oddechu klatką piersiową.
- Jeżeli chcesz ujść z życiem, zbieraj dupę w troki do swojego klanu. Alfa nawet cię nie tknie, Headless jest zbyt zawistny, żeby oddać cię w jego ręce. Myślę, że woli sam załatwić sprawę, odżynając ci łeb. To w najlepszym przypadku – urwał, a jego spojrzenie przybrało mniej gniewny wyraz. Całkiem tak, jakby zreflektował się, że zabrzmiało to zbyt ofensywnie, bo wcale niczemu nie byłam winna. Ja wciąż patrzyłam na niego niewzruszenie twardym wzrokiem. – Zastanów się. Ciebie może to kosztować życie, ja zawsze się jakoś wymigam. – Z ostatnim słowem jego głos brzmiał nieporównywalnie bardziej łagodnie, niż przed kilkunastoma sekundami.
Dostrzegałam to  jak bardzo starał mi się to wytłumaczyć i pomóc. Dostrzegałam jego dobrą wolę i intencje. I mimo tego, że chciałam, nie mogłam przystać na tę propozycję – już pal sześć ucieczkę od konsekwencji mojej bezmyślności – nie mogłam wkopywać niemal obcego mi basiora, który na dodatek wykazał się tak dużą chęcią pomocy wobec mnie. To byłoby po prostu nie fair.
- Nie mogę uciec. – Pokręciłam stanowczo głową, osuwając się nieco od jego już spokojnie unoszącej się piersi.
<Artie?>

Od Lux - "Nowe Życie"

A więc najpierw opisze "krótko" Co działo się przed paroma miesiącami. Oczywiście nie ma to nic do fabuły która zaprezentuje podczas dołączenia więc jak nie chcesz czytać tej błahostki od razu przejdź do punktu *Teraźniejszości*. Bez zbędnych słów czas zacząć.

*Rok Temu*

-Kochanie... śniadanko - Pierwsze słowa które obudziły mnie z krótkiego snu. No jakby tutaj nie otworzyć oczu gdy ktoś cie szturcha.
-Jeszcze chwilka mamo - zaspana mówiłam słowa które same cisnęły się na język. Mimo tego matka nie odpuściła. Swoim mokrym noskiem czochrała mnie powodując u mnie czuły śmiech.
-No dobra, już wstaje wstaje! No już! - Często panowała u nas bardzo wesoła atmosfera. Tego dnia wstałam jak zwykle rozciągając całe swoje malutkie ciałko. Nie mogłam nie zauważyć że wielka antylopa leżała martwa z tyłu jaskini gdzie prowadziła mnie mama.
-Em.. Mamo ale ja miałam polować - okazałam lekką skruchę, niezadowolona byłam że nie obudziła mnie na poranne polowanie.
-No wiem, ale nie chciałam cię budzić. - wyjaśniła na swoją obronę wciąż w krótkim uśmiechu,
-Ale rozmawiałyśmy już o tym. Mamo jesteś przemęczona - mówiłam zmartwiona zdrowiem własnej mamusi, to nic złego prawda? Wyglądała naprawdę na zmęczoną, fizycznie zwłaszcza. Tak długo się mną opiekowała, nie spuszczała z oczu, wiecznie polowała głównie sama lub z ciocią. Taką miała role w watasze ale nie tylko, ponieważ objęła stanowisko Bety, zastępczyni Alf. Ja miałam swoje marzenia i chciałam żyć na własną odpowiedzialność. Chciałam znaleźć kogoś wspaniałego, i również założyć rodzinę. Mimo tego, mama jednak ostrzegała mnie komu ufam, zawsze biorę słowa mamusi głęboko do serduszka.
Porozmawiałam szczerze z Eldorą, już wcześniej wiedziała że przyjdzie ta najgorsza chwila. Co prawda w łzach , ale również i z uśmiechem, odeszłam przysięgając że będę ją odwiedzać, i nigdy jej nie zapomnę, no i musiałam obiecać że będę na siebie uważać.

*Teraźniejszość*

Już wiele dni, tygodni.... chwila. Mamy dzisiaj piątek... a może wtorek... Aaa jedno i to samo. W każdym bądź razie długo wędruje. Już nawet padałam z łap, zabijałam tylko malutkie zwierzątka, takie jak zająca. Pewnej nocy było naprawdę mroźno i chłodno. Rozejrzałam się dookoła, nikogo nie było, pusto, ciemny las przyprawiał o dreszcze. Dziwne nie? Ale wolała bym być już w schronie, na szczęście szybko znalazłam skalną jaskinie, a raczej małą norkę. Zmieściłam się bez problemu, tyko ogon wystawał, musiałam się położyć aby tam się wcisnąć. Lekko chuchnęłam , a z pyszczka leciutko wydobywał się płomień który został na skalnej podłodze. Od razu troszeczkę zrobiło się jaśniej, oraz cieplej. Gdy na tworze deszcz mocno padał, słyszałam nawet grzmoty. Nie mogłam tutaj długo zostać, woda dostawała się szybko do mojej niewielkiej norki, nie chciałam się utopić. Wyszłam i pierwsze co próbowałam szukać innego schronienia. Uciekłam w las, mając lekko zmrużone oczy spowodowane iż krople deszczu jak z karabinu atakowały moje ciało. Nie wiedziałam gdzie biegnę, skupiłam się na tym aby nie uderzyć o żadne drzewo. Jedno powaliło się tuż przy mnie na szczęście szybko podskoczyłam omijając przeszkodę pędząc dalej przed siebie. Nagle las się skończył, pojawiła się wielka trawa, i inne zarośla. Teraz to tym bardziej nic nie widziałam. Ale nie zamierzałam skręcać. Ciągle mknęłam do przodu. Wiatr oraz deszcz przeszkadzały mi nawet w węchu. Nim się zorientowałam odbiłam się od kogoś z wielką siłą, no przynajmniej dla mnie. Centralnie pyskiem wjechałam aż odbiłam się i upadłam na plecy. Byłam zmęczona a od uderzenia zrobiło się słabo. Obraz powoli obracał się jak w karuzeli oraz traciłam ostrość.
<Ktoś?>

Od Artiego cd. Kitsune do Breeze

- Coś mnie ominęło? – zapytałem wadery, gdy ta z zadowoleniem przyglądała się dwóm basiorom. Byli to Kazu oraz Headless, którzy teraz z zawstydzeniem na siebie patrzyli i unikali wzroku któregokolwiek z wilków wokół nich. Bardzo dziwne wydało się, że przywódca wojowników wszczyna walki z członkami ognistych. Chociaż myślę, że jest to sprawa jego wojowniczego oraz konfliktowego charakteru.
Próbując kiedyś wejść w zakamarki portu, owy wilk niemiło mnie zaskoczył, po czym uznał mnie za przeciwnika do walki. Nie powiem, że jestem słaby, po prostu nie lubię walczyć o byle co. Kiedy jednak zdałem sobie sprawę z rangi owego rywala, wycofałem się prędzej niż chciałem, a zza pleców słyszałem tylko zbulwersowane obelgi Headlessa lecące w moją stronę. Jako atakujący mógłbym przyjść do niego po pomoc, ale jak na razie nie jest mi to potrzebne, a sam nie mam ochoty znów mieć do czynienia z basiorem. Zwłaszcza, że zapewne nadal uważa mnie za rywala.
- Hmm… można tak powiedzieć – odpowiedziała Kitsun – pokłócili się, a ja musiałam im pomóc rozstrzygnąć spór.
Na ostatnie słowa wadera się tajemniczo uśmiechnęła. Dopiero teraz zauważyłem leżące truchło zająca kilka metrów dalej, którego żaden z ognistych nawet nie tknął. Widać było, że nam wszystkim cieknie ślinka na jego widok z powodu nastającego głodu. Jednak skoro nikt z członków go nie tknął, zapewne jest to powód sporu: jedzenie.
Na ognistym terenie nigdy nie ma pod dostatkiem pożywienia. Nie jest jego aż tak mało jak wydawało mi się w ciągu pierwszych dni spędzonych w Klanie. No ale mimo tego nie można powiedzieć, że pękamy w szwach pod tym względem: na terenie watahy są może dwa stada jeleni i jedno saren. Prócz tego pojedyncze zające oraz zwierzęta mięsożerne. Takich raczej nie ruszamy, ponieważ nasza grupa nie jest na tyle zgrana aby polować na niedźwiedzia, ponieważ może mieć to katastrofalne skutki. Prócz tego należy pamiętać, aby nie wyjeść zbyt dużo kopytnych, abyśmy później mieli co jeść. Alfa nam w tym problemie nie pomaga. Darknessa właściwie nie widzę w naszej grupie. Zapewne załatwia sprawy między Klanami, przez co zdobędziemy sojusz lub rozpoczniemy wojnę. Na razie nie zaprzątam sobie tym głowy.
- Chodziło o zająca, tak? – zapytałem, aby potwierdzić swoje przekonania. Kitsune wyraźnie zadowolona kiwnęła energicznie głową i powiedziała basiorom, aby się podzielili. Zaraz po tym wybuchło wielkie oburzenie.
- Ty, posłanka, nie za dobrze ci się nami kieruje? – zapytał w końcu zbulwersowany Headless. Tak myślałem, że nie zostawi tego w spokoju. Ten szaleniec wciąż szuka kogoś, z kim mógłby się pokłócić. Współczuję Kazu, który musiał się z nim gryźć, aby doszły do skutku jakieś postanowienia.
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że za pytaniem wojownika dało usłyszeć się potaknięcia. Zaraz ktoś następny rzucił „właśnie!”, a ktoś inny „za kogo się uważasz lisico?”. Kitsun wyraźnie chciała coś powiedzieć, jednak głos odbierali jej wciąż inne wilki, które chciały się wypowiedzieć o aktualnej sprawie. Kiedy miarka się przebrała i wilcy zaczęli wypowiadać obelgi w stronę wadery, która teraz była kompletnie zdezorientowana. Niekiedy jąknęła jakieś słowa, jednak nie były one słuchane, a sama straciła kontrolę nad sytuacją, którą przed chwilą opanowała.
- Zamknijcie się kretyni – wszyscy usłyszeli głos, który wychodził zza ognistych ciał. Natychmiast wszyscy przestali ujadać do Kit, a zaczęli tajemniczo szeptać i rozglądać się wokół siebie w poszukiwaniu źródła dźwięku. Headless momentalnie się uciszył i z dziką wściekłością odwrócił głowę w stronę gdzie wydobył się owy głos. Należał raczej do wadery… Tak, z pewnością była to wadera. Głos był dźwięczny oraz nieco szorstki, wyrażający poirytowanie całą sytuacją.
- Kto to powiedział? – zapytał wojownik, gdy w końcu dotarło do niego, że nikt nie chciał się przyznać. Nerwowo rozglądał się po otoczeniu, w którym wszyscy patrzyli na niego z szacunkiem. Wszyscy, prócz jednej, małej, szarej wadery, która teraz dumnie się wyprostowała i wyzywająco popatrzyła na siwiejącego basiora.
- Ja – powiedziała.
Nie przypominała ognistych. Ogniści są odważni i pewni siebie, jednak podchodzą do tego z dystansem i uważają na słowa. Jeżeli jeden z członków zaprzeczy słowie drugiego, za buntownikiem pójdą wszyscy. Nikt by go nie podważał, zwłaszcza biorąc pod uwagę pozycję buntującego się. Jeżeli jest to wilk z wysoką rangą bez względu czy jest to szaleniec czy nie, oczekuje on poparcia od członków, dlatego nikt się nie zastanawia nad swoimi słowami.
- No proszę – Headless podchodził do wadery spokojnie. W tym czasie Kazu „niezauważalnie” podleciał do zająca, którego złapał w zęby i czmychnął pomiędzy drzewami Lasu. Uśmiechnąłem się na ten widok. Jeżeli nie mogą czerpać korzyści z sytuacji obaj członkowie, niech korzysta jeden. Moja krew. – A czemuż to jesteś taka pewna siebie? Hm? Popielasta?
Wadera zacisnęła szczęki i czekała w napięciu na kolejny krok basiora. Ten stanął obok niej, wciągając znacznie powietrze. Zrobiłem również to ja, tak z przyzwyczajenia. Zauważyłem, że Kitsune również to zrobiła, jednak oboje zrobiliśmy to niezauważalnie.
Coś było nie tak. To nie jest zapach ognistych. Jest bardziej nasączony solą, życiem oraz przyrodą, czego nie można powiedzieć o nas. My jesteśmy raczej o zapachu wulkanicznym, popielatym oraz delikatnie drażniący nozdrza, jakbyśmy byli wiecznie zapaleni ogniem. Wadera była czymś innym. Jej zapach był delikatny oraz znacznie wyróżniający się z naszego otoczenia. Jej zapach przypominał…
- Wodnista! – krzyknął jeden z wilków z tłumu. Spojrzałem na waderę, która była teraz wyraźnie poddenerwowana. Kiedy Serenity wypowiedziała te słowa, szara wadera natychmiast na nią spojrzała. Wszystkie wilki swoje zdezorientowanie zaczęły przekształcać w narastającą nienawiść. W końcu woda, przeciwnik ognia.
- Wiedziałem! Ha! – krzyknął Headless, zadowolony sam z siebie – Tylko zastanawia mnie jedno, popielasta. Czego tu szukasz?
- Nie twoja sprawa – warknęła w odpowiedzi, za co dostała solidne ugryzienie w bark od wojownika. W tym momencie zerwałem się, ale Kitsune mnie powstrzymała. Szepnęła „nic nie wskórasz. To jest Headless, pamiętaj”, po czym znów musiałem usiąść. Ironia losu, przecież on zrobi tej waderze krzywdę!
- Wodnista szmato! – krzyknął z oburzeniem – Nie wiesz z kim rozmawiasz, chyba. Jestem pomocnikiem Alfy, do którego jak cię zaprowadzę już więcej nie wrócisz w swoje ohydne, wodne strony.
- Ekhem – odchrząknąłem. Wszystkie łby popatrzyły w moją stronę. Jeżeli nie siłą, to trzeba do tego podejść politycznie – nie sądzisz, drogi Headlessie, że trzeba ją jakoś ukarać? Wadera prawdopodobnie jest szpiegiem Klany Wody, co psuje relacje wodnistych z ognistymi. Jeżeli ją znaleźliśmy, musimy ją wykorzystać jako argument do zerwania naszego paktu z Wodą, a za tym zaprowadzić ją do Darknessa, który ją osądzi i rozwiąże nieporozumienie u Rhaegara.
- Artie, co ty robisz? – szepnęła do mnie zdenerwowana Kit, na którą nie zwróciłem uwagi. Teraz musiałem skupić się na sytuacji.
Headless podszedł do mnie i zmierzył mnie wzrokiem.
- Dlaczego akurat tobie mam uwierzyć? I powierzyć to zadanie? – zadał tajemniczo, wciąż mi nie ufając.
- Jestem ognistym. Miałem styczność już z wodnistą, przez co mam pojęcie jak się z nimi obchodzić nie robiąc im krzywdy, ani aby nie tracić nad nimi kontroli – nie czułem się dobrze z tym, że mówiłem o wodnistej jako o wilku innej kategorii. To tak, jakby ogniści byli wilkami, a wodniści podwilkami. Jednak aby pomóc waderze, nie umiałem wymyślić niczego innego.
- Zgoda – powiedział, lecz prędko dodał – Ale! Jeżeli wadera nie dojdzie do Darknessa przed jutrzejszym górowaniem, osobiście dopilnuję abyś poniósł tego konsekwencje.
Konsekwencje. Wiedziałem, co się z tym wiąże. Przełknąłem ślinę, jednak zrobiłem to tak, aby nie wyglądało to na strach.
- Tak jest – kiwnąłem na szarą wilczycę – Za mną. Nie próbuj uciekać, bo źle się to skończy.
Ogniści wypchnęli waderę z towarzystwa. Zaraz zaczęliśmy iść w stronę Lasu, omijając jego głębię.
- Z której strony będziesz mogła uciec niezauważona? – zapytałem cicho waderę, gdy byliśmy w odpowiedniej odległości od towarzystwa. Wadera spojrzała na mnie.

(Breeze?Tak, wiem, końcówka to już męka)

Nowa wadera w klanie wody!


Breeze, szpieg

Od Kitsune c.d Artie

- Dobra, jest jeden, jeden.
Wyszłam na brzeg, otrzepałam się z wody.
- Haha... Jesteś super.
- Dzięki.
- Robi się ciemno wracajmy do Sythe.
Po niecałej godzinie dotarliśmy do Sythe. Podbiegła do nas różowo biała wadera miała niecały rok.
- Lisek!!
Krzyczała skacząc na mnie.
- Hine!
Waderka zeszła zemnie, a chłopak paczył zdziwiony.
- Artie, Hine. Hine, Artie. Arie jest jedna z młodszych członków klanu.
- To ja lecę!
Weszliśmy do głównej sali gdzie palił się ogromny niebieski ogień.
- Piękny, co nie?
- Tak.
- Wiesz jak ten ogień zgaśnie, to za cztery dni wulkan wybuchnie, a rozpalić go jest ciężko. Taka ciekawostka.
Rozeszliśmy do swoich jaskiń, gdy tylko położyłam się na posłaniu zasnęłam. Następnego dnia, gdy wyszłam z posłania przeciachałam się i ruszyłam w stronę wyjścia z jaskini. Na dole zebrało się paru członków klanu, utworzyli krąg w którym znajdywały się dwa wilki. Chodziły w kółko, ale nie spuszczali z siebie wzroku. Po chwili rzucili się na siebie raniąc się w bardzo ważnych miejscach, a ja wybiłam się z skał. Rozpięłam skrzydła, a następnie złapałam dwa wilki I uniosłam je w górę. Debile nadal się kłócili dopiero, gdy ich wyrzuciłam w górę i skapli się że są paręnaście kilometrów nad ziemia. Wylądowałam nad klifem i obserwowałam spadające wilki. Niedaleko nad klifem się pogodzili wilki na dole pochowały się. Rozpostarłam skrzydła i ruszyłam w ich stronę parę metrów nad ziemia złapałam ich i odstawiłam na ziemie. Wilki się pogodziły, kto by pomyślał że to wszystko poszło przez królika. Wtedy dołączył do mnie Artie.
(Artie?)

Kanał na YouTubie!

No dobra.. Kilka osób już mogło być świadkiem tego co knułyśmy na chacie. Nie mówiliśmy nic, bo chciałyśmy się przygotować, ale no...
Założyliśmy kanał na YT. Jest to już drugi kanał Wilczych Klanów, ale pierwszego chyba nie chcecie widzieć (i tak wam go nie pokażemy ;V)

Link do kanału - Wilcze Klany v2

Natiś <3

Od Chantal c.d Sombre

Rozpromieniłam się słysząc swego rodzaju pochwałę. Może naprawdę dołączę do tego klanu? Tereny czarowne, a wilki wydają się w porządku. Może ta samica lekko wycofana, ale to nic. Wnioskuję, że samiec to Alfa, przynajmniej z tonu jakim zwracała się do niego wadera, jak i z samej rozmowy. Zaproponowana mi posada szpiega również mogła być interesującą opcją. Jedyne co mnie z lekka niepokoiło to wspomniane klany. Klan Ziemi, ten na którego terenach byłam... Jest ich więcej? Skąd taki podział? Jakie są stosunki pomiędzy nimi? Przy jakiejś okazji spróbuję dowiedzieć się czegoś od Sombre albo we własnym zakresie.
Na razie podążyłam za basiorem. Kiedy spostrzegł, że nie dotrzymuję mu kroku uspokoił swoje długie nogi i zrównał się ze mną. Drogę pokonaliśmy w ciszy, nie licząc krótkiej rozmowy na temat mojego znalezienia się tutaj. Minęliśmy pojedyncze wilki, z którymi witał się samiec.
W końcu zobaczyłam coś, co zaparło mi dech w piersiach. Ogromne drzewo, a pod nim budowlę. Szliśmy w tę stronę.
- Tu mieszkacie? - spytałam z nieskrywanym zachwytem.
Sombre skinął głową z dumą w oczach.
Po kilku chwilach byliśmy już przed wejście do miejsca, gdzie mogłam odpocząć. Budulec powodował, że wewnątrz było chłodniej niż na dworze, idealne miejsce na upały.
Weszłam do środka i od razu udałam się w stronę posłania. Chciałam spytać jeszcze o tyle rzeczy, ale padałam z nóg.
Posłałam jeszcze basiorowi uśmiech i ułożyłam się na stercie skór.
***
Obudziłam się nad ranem. Noga była już zagojona, a ja wyspana. Chciałam wyjść z budowli. Może coś zwiedzić czy chociażby upolować. Po drodze minął mnie Sombre. Śpieszył się gdzieś, jakby coś się działo. Podążyłam za nim. Zatrzymał się koło Wielkiego Drzewa i z uporem w coś wpatrywał. Przeszłam przed niego.
Mogłabym przysiąc, że to co widzę rozgrywa się w mojej głowie, ale było zbyt realistyczne. Na skraju budowli stał przełożony magów z mojego płomienia. A plac obok Drzewa zawalony był magami. Nie wyglądali na nastawionych na herbatkę i potrawkę z sarny. Zaczęłam przedzierać się przez tłum. Kiedy byłam już na jego czele spojrzałam na starego znajomego. A on spojrzał na mnie z pogardą, odwrócił się i skoczył. Spojrzałam za nim. Wylądował miękko dzięki powietrznej tarczy. Skoczyłam za nim, również udało mi się znaleźć na ziemi bez szwanku. Pobiegłam za dawnym mistrzem, aby po chwili zostać skąpaną w posoce. Kula energii z góry rozpłatała jego ciało. Spojrzałam ku magom. Następny pocisk leciał w moją stronę.
***
Gwałtownie otworzyłam oczy. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było ciemno, tylko świetliki dawały nikłe światło. Miałam tylko nadzieję, że nie krzyczałam w nocy. Jednak wokół panowała cisza, więc chyba nikogo nie obudziłam. Powoli wstałam i przeciągnęłam się.
Zaczęłam piąć się w górę po schodach. Usiadłam pod Wielkim Drzewem i patrzyłam bez celu w nocne niebo, wsłuchując się w ciszę. Nagle usłyszałam lekki zgrzyt pazurów. Spojrzałam za siebie. Przy wyjściu zobaczyłam Sombre. Mój wyraz twarzy się zmienił, ale sama nie potrafiłam go opisać. Ponownie się odwróciłam, oglądając nocny krajobraz.
<Sombre?>

Od Rhaegara c.d Daenerys

  Spojrzałem na waderę lekko zdziwiony, nowa siedziba na lato? W górach... czy to aby na pewno bezpieczne? Miałem co do tego pewne wątpliwości, jednak dalej są to te same tereny Klanu Wody, więc dlaczego nie? Właściwie to ciekawe skąd taki pomysł. A no faktycznie, wadera powiedziała kiedyś, że pochodzi raczej z zimnych terenów. 
 - Jasne, nie ma problemu, jednak Daenerys... zapamiętaj jedno, góry potrafią być naprawdę zdradliwe i pełne niebezpieczeństw, bardziej niż by Ci się mogło wydawać. Naprawdę, pamiętaj o tym - dotknąłem łapą ramienia wadery, już po chwili się oddalając.
Może nie teraz, jednak w kronikach Klanu było naprawdę wiele przypadków tajemniczych śmierci oraz zaginięć wilków. Wydawać się powinno, że z biegiem czasu góry powinny być lepiej poznane, przecież wilki mieszkają tutaj od wielu pokoleń. A jednak potężne [Chociaż nie równające się z tymi w Klanie Powietrza] góry, wydawały się być coraz bardziej niebezpieczne i nieujarzmione z roku na rok. Tak jakby chciały nam zrobić na złość. Kto wie, jakie dziwne stworzenia miały tam swoje domy, wolę nawet teraz nie rozmyślać na ten temat. Obejrzałem się za siebie - czego zwykle nie robiłem. Jednak wadera już zniknęła. No cóż, każdy tutaj starał się żyć własnym życiem, każdy był zabiegany. Zastanawiam się, kiedy Klan Wody się tak zmienił, a może był taki zawsze? Co ja miałem jeszcze dzisiaj zrobić... Właściwie to chyba nic, dzisiaj był taki jakby leniwy dzień, każdy odpoczywał i zbierał siły za cały przepracowany tydzień. Jednak ja nie mogłem sobie od razu pozwolić na takie wyluzowanie się. Dla świętego spokoju, wolałem raz czy dwa obejść całe tereny żeby mieć tą pewność, że nic dziwnego się nie dzieje.
  Zajęło mi to może z godzinę. Godzinę monotonnego, cichego marszu. Nie było ani żywej duszy, jedynie jakieś sarny i jelenie oraz zające i lisy. No może jeszcze raz napotkałem się na rodzinkę dzików, ale nie było to nic specjalnego. Tak więc kompletnie już znudzony dzisiejszym dniem, udałem się do jaskini. Dzisiaj wyjątkowo nie zabrałem ze sobą kluczy, które były bezpiecznie schowane w małej dziurze w ścianie. Więc kiedy tylko już wszedłem do swojego domu, pierwsze co zrobiłem to je wyciągnąłem. Były idealnie w takim stanie, w jakim je zostawiłem. Nałożyłem je sobie na ogon i usiadłem nad książkami, bo co innego pozostało mi do roboty. Czytałem i czytałem, miałem wrażenie, że upłynęła już wieczność, kiedy zaczęło się robić coś dziwnego. Coś z tyłu zaczęło się mocno świecić, w dodatku klucze na moim ogonie lekko wibrowały. Odwróciłem łeb zaciekawiony, ale kiedy zobaczyłem świecące się klucze prawie krzyknąłem ze zdumienia. Co miałem zrobić? Nie pozostało mi nic innego, jak iść do świątyni, może sama Water mi w czymś pomoże. Nie znałem dokładnego zastosowania tych kluczy, ale dotąd myślałem, że może otwierają jakieś drzwi w podziemiach świątyni, nie wiem. Że na pewno nie będą uwalniały magię. Wybiegłem z jaskini, pędząc jak najszybciej w stronę świątyni. Niestety byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem, jak na kogoś wpadłem. Tym kimś była Daenerys. Oboje prześlizgnęliśmy się parę metrów po wilgotnej trawie, z cichym piskiem. Spojrzałem na nią przepraszającym spojrzeniem, co wadera zignorowała wpatrując się w dalszym ciągu, świecące klucze.

(Szonko? Może by tak wprowadzić gfiezdne duchy? 8))

czwartek, 26 maja 2016

Od Artiego c.d Abitriana

Byłem wyraźnie zainteresowany stworzeniem siedzącym na grzbiecie Arbitriany. Była to biała jak śnieg łasiczka, która teraz z irytacją się we mnie wpatrywała przekrzywiając swoje maleńkie brwi.
- Ciekawe stworzenie – powiedziałem krzywiąc się. Wciąż do wadery mam wielki żal za wydarzenia z ostatnich godzin. Nie uważam, że nie mogła się opanować: jeżeli Abitriana wcześniej wyczuła, że puszczają jej emocje, po prostu wystarczyło umysłowo to przezwyciężyć. Choroba o której mówiła, nie jest bólem fizycznym, raczej psychicznym. Trudno jednak żądzę krwi określić mianem choroby. Przynajmniej mi jest trudno w to uwierzyć.
- Uważasz mnie za wariatkę? – zapytała się nagle wadera. Zakląłem cicho.
Zapomniałem o jej umiejętności czytania w myślach. Muszę na to uważać, ponieważ wodnista niejedną informację ode mnie wyciągnie poprzez umysł. W moim przypadku jest to bardzo niewygodna pozycja, lecz dla mojej towarzyszki – nadzwyczaj skuteczne.
Zerknąłem na waderę, która teraz patrzyła na mnie wzrokiem przeszywającym i zawiedzionym. Jej oczy ukazywały lekką złość obecną sytuacją. Uważam jednak, że i ona i ja jesteśmy w równym stopniu zirytowani. Wziąłem głęboki wdech.
- Nie w tym sensie. Po prostu nie wszystko jest w porządku, tak jak siebie utwierdzasz w myślach – powiedziałem delikatnie – w końcu prawie mnie udusiłaś.
- Artie! Ja nie zrobiłam tego specjalnie!
- Owszem. Ale mogłaś to opanować. Tak samo jak ja mogłem zamknąć swój umysł w czasie naszego pierwszego spotkania, gdy zorientowałem się, że umiesz czytać moje myśli.
Abitriana wyraźnie spochmurniała i już nie pałała radością jak wcześniej. Odchyliła głowę, jakby chciała schować się przed moim wzrokiem. Zaczęła coś niewyraźnie mówić pod nosem, czego ja nie usłyszałem.
- Co? – zapytałem wpatrując się w waderę.

(Abitriana? Więcej nie wycisnę)

Od Darkness'a c.d Serenity

Ta wadera grała mi na nerwach. Nie dość, że ranna i wychudzona to jeszcze pyskuje. Pewnie jeszcze wydaje jej się, że tym lekkim klepnięciem mnie w podbródek i delikatnym pchnięciem w żebra sprawiła, że się zdezorientowałem. Jeszcze czego. Poza tym niby czemu nie miała być szpiegiem. W końcu wysłanie bezbronnej wadery lub sprytnego szczeniaka na zwiady to najlepszy i najbardziej podstępny pomysł. Przecież nie bez powodu to przez małe dzieci w horrorach mamy największe ciarki. Większość osób zawsze chętnie pomaga i przyjmie w swoje progi takiego zagubionego wilczka, pokaże mu wszystko, zdradzi sekrety, a potem, gdy ten wilczek nagle wyparuje to się dziwi jakim cudem wrogi klan zna wszystkie jego słabe punkty. Jeszcze ten staruszek, ciekawe co by powiedziała o Zefirze gdyby go poznała. To dopiero jest wilk w podeszłym wieku, czego po nim tak naprawdę w ogóle nie widać. W sumie… jak jej tak prędko do walki nawet w takim stanie to czemu nie dać jej szansy.
- Wadera, dwa lata, wilk ognia, imię Serenity. Zadowolony? - zwróciła się do mnie, jakby lekko znudzonym tonem
No ładnie, jeszcze żywioł ognia ma. Idealnie. Ale za tą ignorancję.. może się troszkę pobawię? W końcu i tak nikt nas nie widzi. A nawet jeśli ucieknie i rozgada wszystkim to i tak wiele to nie zmieni, bo wszyscy i tak nie przepadają za tym klanem. Z lekkim uśmiechem usiadłem przed nią wyprostowany, po czym jednym z pazurów podniosłem jej pyszczek w moją stronę. W ułamek sekundy przesunąłem pazury dalej i w mocnym uścisku zamknąłem jej delikatną szyję. No cóż, trochę za cienka skóra, często po walkach będzie ją trzeba szyć. Ta cała Serenity ledwo łapała powietrze, ale mimo wszystko próbowała mnie kopnąć. Udało jej się to, ale ledwo to poczułem, a widziałem, że włożyła w to resztki swoich sił. No dalej wykrześ z siebie coś jeszcze, bo to robi się powoli nudne. Dobra, nie będę jej aż tak straszyć, bo jeszcze mi się wykrwawi, a z takiego wątłego ciałka dużo pożywienia nie będzie. Westchnąłem i odłożyłem ją z powrotem na ziemię. Przez dłuższą chwilę łapała oddech, a gdy tylko to się jej udało obrzuciła mnie wściekłym spojrzeniem.
- Leż spokojnie - powiedziałem pod nosem podchodząc do niej od boku
Nie wiem co sobie myślała, ale patrzyła na mnie jakbym był jakimś niewyżytym basiorem. Ech.. niektórzy to jednak są inni. Delikatnie wczołgałem się pod nią i szybko wstałem, tak żeby nie miała nawet moment na zastanowienie. Zaczęła się wiercić i mnie podgryzać.
- Weź się uspokój, powalczymy sobie jak będziesz w lepszym stanie - powiedziałem, ale nie wiele mi to dało
Nadal się wierciła zalewając moje futro swoją jaskrawą krwią.
- Jak zlecisz ze mnie to Cię tu zostawię, jakoś specjalnie mi nie zależy na rozwydrzonej waderze, która nawet nie da sobie pomóc. - warknąłem cicho
Po dłuższym zastanowieniu jakby zrozumiała, że póki co nic nie knuje i oparła już spokojniej głowę o mnie.
- Mogę sama chodzić, odstaw mnie na ziemię. - wymamrotała pod nosem niezadowolonym tonem
Westchnąłem zrezygnowany. Po co ja ją w ogóle ratuje. Niech sobie tu zdycha, będzie o jednego irytującego wilczka mniej na tym świecie. Rozłożyłem skrzydła i lekko wzbiłem się w powietrze. Serenity podniosła głowę i zaczęła się uważnie rozglądać.
- A sama też polecisz? - zakpiłem z niej
- Gdzie mnie zabierasz? - warknęła gryząc przy tym moje ucho
- Nie odpowiada się pytaniem - odparłem, nawet fajnie się ją tak irytuje. Po chwili spoważniałem i dodałem - Tam gdzie będę mógł się opatrzeć te rany
Przez dłuższy nadal się wierciła nie wiedząc co ze sobą począć, po czym ponownie się wygodnie ułożyła na moim grubym futrze. Tak się zastanawiam.. Dobrze, że mam żywioł ognia, bo inaczej ugotowałbym się w zimowym futrze latem na naszej pustynnej łące. Ten plus, że przynajmniej wygodnie mi się śpi. Leciałem dosyć szybko, ale nie na tyle by Serenity mogła się ze mnie ześlizgnąć i spaść na twardą taflę wody pod nami. Nie byliśmy jakoś specjalnie daleko od klanów, więc kilka minut później byliśmy już nad Klanem Ziemi. Wadera wyraźnie się nim zainteresowała.
- Co to za wyspy? - spytała spoglądając w dół
- Klan Ziemi, a zmierzamy do Klanu Ognia - odparłem spokojnym tonem
- To coś jak watahy? - zapytała kierując wzrok na mnie
- Można tak powiedzieć
Przez resztę drogi już się nie odzywała. Była zapatrzona w zieleń lasów pod nami. Nie marudziłem, bo przynajmniej się jakoś specjalnie nie wierciła. Po chwili szybowaliśmy nad pustynią Klanu Ognia. Cały czas, ale bardzo powoli obniżałem lot by wreszcie wlecieć do kanionu i zatrzymać się przed Sythe. Serenity uniosła wzrok i przyglądała się przez moment budowli. Wniosłem ją po schodach i zaniosłem do mojego mieszkania. Położyłem się na ziemi by mogła ze mnie zejść. Ledwo się trzymała na nogach, musiała stracić dużo krwi.
- Połóż się na tych futrach, ja zaraz wrócę - oznajmiłem i wyszedłem z pokoju
Poszedłem do sąsiedniego pokoju. Miałem tam trochę liści, które świetnie goją rany i napar z różnych roślin, które pomogą jej przywrócić dawną ilość krwi. Zabrałem ze sobą też parę bandaży i  miskę wody żeby ją opatrzyć.
(Serenity? Co robisz w drugim pokoju?)

Od Sombre c.d Chantal

Schyliłem głowę w celu napicia się wody, gdy nagle poczułem uderzenie w tylną łapę. Spokojnie przekręciłem głowę do tyłu wpatrując się w wilczycę, która w momencie spotkania naszych oczu odsunęła się do tyłu. W milczeniu wpatrywaliśmy się w siebie stojąc w bezruchu, chyba każde z nas czekała aż drugi wilk zacznie rozmowę. Najwidoczniej trafił swój na swego, bo po minięciu kilku minut nadal nie została stworzona rozmowa. Po zachowaniu wadery mogłem tylko wywnioskować, że czuję się zagubiona jak i jest przyjaznego nastawienia...chociaż pierwsze wrażenie może być mylne.
- Przepraszam...ja już sobie pójdę - w momencie, gdy miałem już coś powiedzieć brązowa wilczyca odwróciła się i zaczęła iść w przeciwną stronę
Przypatrując się jej po chwili dostrzegłem świeżą krew na jej futrze na tylnej łapie. Krew musiała należeć do niej, gdyż kulała więc również musiała zostać ranna. Powoli ruszyłem za waderą, a ta po chwili czując, że ktoś siedzi jej na ogonie odwróciła swoją głowę w moją stronę. Na ten gest przystanąłem przypatrując jej się.
- Mógłbym jakoś pomóc? - spytałem, na co nieznajoma zaprzeczyła głową
- Dam sobie sama radę - mówiąc to zrobiła krok do przodu, tym samym upadając na ziemię
Nie chciałem się naprzykrzać, skoro dała mi do zrozumienia że nie potrzebuję pomocy, ale chyba głupi by nie pomógł. Zbliżyłem się do wadery spoglądając na jej ranę. Nie była zbyt poważna, ale jeśli zostałaby nieopatrzona mogłoby się zrobić jeszcze gorzej. Całe szczęście, że miałem się spotkać tutaj z Berenika. Na pewno będzie czuć się nieswojo widząc nieznajomego wilka.
- Mogę wiedzieć jak ci na imię? Ja jestem Sombre - powiedziałem, na co wadera odpowiedziała krótko "Chantal".
Nie musiałem długo czekać, aż pojawił się nasza znachorka. Całe szczęście, że to dzisiaj z nią miałem rozmawiać a nie z Haltem. Widząc ranną wilczycę pisnęła podbiegając do niej. Od razu próbowała jej jakoś pomóc szperając w torbie z ziołami, która zawsze ze sobą nosi. Berenika położyła na ranie jakieś długaśne liście, mówiąc że dzięki temu Chantal wróci szybciej do zdrowia.
- Naprawdę dziękuję, ale nie trzeba było - brązowa wilczyca lekko się uśmiechnęła kiwnąwszy głową w stronę znachorki
- Ważne byś teraz odpoczęła, nie powinnaś chodzić - poczuła waderę - A właśnie...chciałam poinformować, że kończy mi się zapas lekarstw. Miałam udać się na tereny Klanu Ziemi. - Berenika zwróciła się tym razem do mnie, na co przytaknąłem głową podając jej zawiniętą kartkę.
Uśmiechnęła się i tyle jej widziałem. Z powrotem spojrzałem na Chantal, która podniosła się zerkając na swoją łapę. Rana zmniejszyła swoją objętość, te liście naprawdę przyspieszały gojenie.
- Możesz zatrzymać się na kilka dni w klanie, jak będziesz chciała możesz również dołączyć. Wstyd mi przyznać, ale nawet nie zauważyłem twojej obecności dopóki nie zahaczyłaś o mnie. Byłabyś dobrym szpiegiem... - powiedziałem uśmiechając się - Chodź, pokaże ci jaskinię w której będziesz mogła odpocząć

[Chantal?]