Wylądowałam na jednej z latających skał, składając swoje różnobarwne skrzydła. Ta skała była stosunkowo mała w porównaniu do sąsiadujących jej ''wysepek''. Spoglądając w dół, zastanawiałam się, czy gdybym tak przypadkowo zleciała i nie miała skrzydeł, to czy byłoby co zbierać. Pewnie nie, uznano by mnie za jakąś mokrą czerwoną plamę z piórami oraz sierścią i zaraz po tym zostawiono. Wychyliłam się jeszcze raz i w tym momencie coś z ogromną prędkością przeleciało obok mnie. Wystarczyło jedno machnięcie owych potężnych skrzydeł, żebym straciła równowagę i poleciała w dół. Spadając przez chwilę przyglądałam się odlatującym gryfom, niemal zapominając o własnych skrzydłach. Na chwilę przed upadkiem rozwinęłam je i zaczęłam zwalniać. Bezpieczną prędkość uzyskałam może dwa metry nad ziemią, dlatego zrobiłam fikołka w powietrzu i kiedy postawiłam tylko łapy na ziemi, w tej samej sekundzie odbiłam się mknąć teraz w kierunku gryfów. Byłam ciekawa co spowodowało tak nagłe przemieszczenie się tych stworzeń, zazwyczaj siedziały w ''swoich'' górach i zlatywały na dół w nocy, żeby unikać jakichkolwiek konfliktów z nami. Gryfy wyraźnie przed czymś uciekały, dlatego w ostatniej chwili zamiast podążać za nimi poleciałam w miejsce z którego uciekły.
Góra na której zazwyczaj zamieszkiwały wilki, była w tym momencie oblegana przez małego, złotego smoka. Kojarzyłam go, nie był wrogo nastawiony do nikogo. Właściwie był jeszcze dzieciakiem, dlatego wszystko co robił, było jednym wielkim młodzieńczy wybrykiem. Tym razem musiało paść na gniazdo gryfów.
- Sansa! - zawył radośnie ''mały'' smok trzęsąc swoim grubym, potężnym ogonem. - Chciałem tylko się z nimi pobawić a one pouciekały...
- Valaur... mówiłam Ci coś ostatnio na ten temat. Niedaleko stąd jest smocza gromada, myślę, że powinieneś się do nich podłączyć, za jakiś czas odlatują i nie wiadomo kiedy zjawią się tutaj następnym razem...
- Więcej zabawy jest tutaj - buchnął małą ilością ognia i odleciał urażony tym, że znowu chcę się go pozbyć.
Westchnęłam siadając na malutkiej półce skalnej. Raczej było już po całej sprawie, ponieważ w przeciągu dziesięciu minut zaczęły się tutaj zlatywać gryfy, dlatego dla własnego bezpieczeństwa wolałam się ewakuować stamtąd. Ponieważ zbliżało się nieubłaganie do zachodu słońca, postanowiłam powoli wrócić do głównej części Klanu Powietrza, czyli do samego serca naszej wilczej gromadki. W Klanie łącznie ze mną było jedynie 7 wilków, więc z pewnością nie mogliśmy się nazwać ogromnym Klanem... jednak nie zmieniało to faktu, że było tutaj przytulnie i wszystko pracowało jak należy. Ledwie przekroczyłam granicę Klanu, kiedy zostałam ''zaatakowana'' przez Miko.
- Jak ja Cię dawno nie widziałam moja droga - zawiesiła mi się na szyi.
- Fuuuj, w czym się dzisiaj wytarzałaś - prychnęłam starając się uwolnić spod jej ciężaru.
- No wiesz co! Nikt już chyba w tym Klanie nie szanuje mojej poważnej pracy jaką jest zielarstwo!
- Oczywiście... - westchnęłam kiedy tylko odsunęłam się już od niej, jednak po chwili zaczęłyśmy się razem śmiać.
- Sansa... - usłyszałam głos swojej Alfy.
Odwróciłam się żeby za chwilę zetknąć się z bystrym spojrzeniem oczu Amai. Nagle przypomniałam sobie, że miałam z samego rana stawić się u niej, ponieważ miała mi coś do powiedzenia. Zamiast tego, ja od rana błąkałam się po terenach Klanu, szukając wrażeń.
- Och... ja zapomniałam. Tak mi głupio teraz - zaśmiałam się nerwowo unikając jej wzroku.
(Amai? Super ambitne opo :'))))) Nie pytaj się co jej miała powiedzieć, bo nie wiem XD Ale możesz mnie wysłać na jakąś misję czy coś na drugi koniec świata dudududud)
sobota, 8 lipca 2017
Nowy wilk... bez klanu?!
Pragnę wszystkim przedstawić maskotkę Wilczych Klanów wykonaną przez Rene. Osobiście go ochrzciłam Żywiołek, ale z chęcią przyjmiemy jakieś inne imiona [może jednak nie?] dla tego przeuroczego wilczka który postanowił zamieszkać na naszej stronie i być jednym ze znaków rozpoznawalnych bloga!
~ krótko i na temat, Piki
wraz z resztą administracji
Od Rhaegara c.d Crass
Ciemność. Tkwiła w niej okropna ciemność, która przed chwilą wypłynęła, zalewając niemal cały las w Klanie Everything. Las wyglądał tak, jakby padał deszcz, deszcz krwi. Cała trawa, krzaki, drzewa i kamienie były pełne ciemnej, powoli zastygającej krwi. Ostry, drażniący mój nos zapach trupów sprawiał, że nie czułem już zupełnie nic oprócz tego. Nie czułem zapachu drzew, wody czy też powoli zamykających się kwiatów. Czułem jedynie krew. Wadera zachwiała się na swoich chudych łapach, a kiedy jej oczy wywróciły się na drugą stronę, upadła nieprzytomna na uwaloną od posoki trawę. Przekręciłem nieco łeb, przyglądając się teraz jej spokojnemu obliczu. W międzyczasie usłyszałem w krzakach skrzek jednego z tych stworów, był przerażony. Nie chcąc zbytnio zawracać nim sobie głowy, w dalszym ciągu patrząc na waderę potraktowałem go wodnistym biczem. Schyliłem się, wsadzając pysk pod bok wadery, chwilę po tym jakoś udało mi się załadować ją na swój grzbiet. Po tym całym zamieszaniu w lesie raczej nic już na nas nie wyskoczy, dlatego nie musiałem się o nic już martwić. Ruszyłem prosto w kierunku plaży, z waderą na swoich plecach. Potrzebowała pomocy medyka. Mógłbym pomóc jej sam, ale powierzę to zadanie Daenerys, jest w końcu najlepszym lekarzem w naszym Klanie.
~
- Doprawdy... nie poznaję Cię wręcz Alfo! - Daenerys warknęła na mnie (ja również nie poznaję owej wadery, gdzie moja spokojna Dany...) - Jak mogłeś dopuścić, żeby wróciła tutaj w takim stanie. Gdybyś jeszcze Ty tak wyglądał... wyglądasz jakbyś po prostu wpadł w jakiś krzak i tyle!
- Bardzo ostry krzak - powiedziałem z uśmiechem. - Co z nią?
- Ma wysoką temperaturę - stanęła obok niej zmieniając okład na jej czole - Oraz wiele poważnych ran... ale wyliże się.
- Dobrze... - przytaknąłem - zatem pozostawiam ją w Twoich łapach.
- A Ty? Ciebie jeszcze nie opatrzyłam, a Invocto jest teraz zajęty, a naszej znachorce podobno dzisiaj lepiej nie zawracać głowy.
- Mi nic nie jest - westchnąłem - mam dużo spraw do załatwienia teraz, a Twoje leczenie mnie to tylko strata czasu.
- Rhaegar... dawniej powiedziałbyś mi o wszystkim co Cię trapi... nie chodzi mi tylko o te rany, o ogólne sprawy w Klanie.
- Dobrze powiedziane. Dawniej Dany, dawniej.
~
Noc w Klanie była ciężka. Nikt co prawda nie wiedział o tym co dokładnie się stało, ale każdy martwił się o waderę. Tak martwili się, nawet jeśli była jedyną omegą w Klanie. Właśnie to rozróżniało też nasz Klan, od innych Klanów. Nawet pomimo czyjejś niższej rangi, wszyscy byli dla siebie jak rodzina. A wiadomo, każda strata kogoś z rodziny jest bolesna dla całej grupy.
Z samego ranka udałem się do lecznicy, żeby zorientować się jak wygląda stan wadery. Jakże wielce byłem zdumiony, kiedy zastałem przebudzoną już waderę, która właśnie spożywała śniadanie. Kiedy tylko mnie zobaczyła, od razu spuściła wzrok. W pobliżu nigdzie nie było Daenerys, zamiast niej w kącie siedział Invocto, jak zwykle czymś zajęty.
- Mógłbyś nas na chwilę zostawić samych? - zapytałem basiora chociaż w tym pytaniu dało się wyczuć również nutę rozkazu.
- Oczywiście - rzekł a następnie wyszedł z jaskini.
- Jak się czujesz? - kiedy zniknął zwróciłem się z takim pytaniem do wadery jakby nic się wczoraj nie wydarzyło specjalnego.
(Crass?)
~
- Doprawdy... nie poznaję Cię wręcz Alfo! - Daenerys warknęła na mnie (ja również nie poznaję owej wadery, gdzie moja spokojna Dany...) - Jak mogłeś dopuścić, żeby wróciła tutaj w takim stanie. Gdybyś jeszcze Ty tak wyglądał... wyglądasz jakbyś po prostu wpadł w jakiś krzak i tyle!
- Bardzo ostry krzak - powiedziałem z uśmiechem. - Co z nią?
- Ma wysoką temperaturę - stanęła obok niej zmieniając okład na jej czole - Oraz wiele poważnych ran... ale wyliże się.
- Dobrze... - przytaknąłem - zatem pozostawiam ją w Twoich łapach.
- A Ty? Ciebie jeszcze nie opatrzyłam, a Invocto jest teraz zajęty, a naszej znachorce podobno dzisiaj lepiej nie zawracać głowy.
- Mi nic nie jest - westchnąłem - mam dużo spraw do załatwienia teraz, a Twoje leczenie mnie to tylko strata czasu.
- Rhaegar... dawniej powiedziałbyś mi o wszystkim co Cię trapi... nie chodzi mi tylko o te rany, o ogólne sprawy w Klanie.
- Dobrze powiedziane. Dawniej Dany, dawniej.
~
Noc w Klanie była ciężka. Nikt co prawda nie wiedział o tym co dokładnie się stało, ale każdy martwił się o waderę. Tak martwili się, nawet jeśli była jedyną omegą w Klanie. Właśnie to rozróżniało też nasz Klan, od innych Klanów. Nawet pomimo czyjejś niższej rangi, wszyscy byli dla siebie jak rodzina. A wiadomo, każda strata kogoś z rodziny jest bolesna dla całej grupy.
Z samego ranka udałem się do lecznicy, żeby zorientować się jak wygląda stan wadery. Jakże wielce byłem zdumiony, kiedy zastałem przebudzoną już waderę, która właśnie spożywała śniadanie. Kiedy tylko mnie zobaczyła, od razu spuściła wzrok. W pobliżu nigdzie nie było Daenerys, zamiast niej w kącie siedział Invocto, jak zwykle czymś zajęty.
- Mógłbyś nas na chwilę zostawić samych? - zapytałem basiora chociaż w tym pytaniu dało się wyczuć również nutę rozkazu.
- Oczywiście - rzekł a następnie wyszedł z jaskini.
- Jak się czujesz? - kiedy zniknął zwróciłem się z takim pytaniem do wadery jakby nic się wczoraj nie wydarzyło specjalnego.
(Crass?)
Od Crass c.d Rhaegara
Momentalnie, kiedy skoczyły na mnie dwa, dziwnej budowie, stwory, gwałtownie ich odepchnęłam, tworząc wokół siebie wodną otoczkę. Miałam chwilę, by odetchnąć na chociaż moment. W Pewnym momencie odwróciłam gwałtownie głowę w stronę mojego Alfy. Był wielokrotnie atakowany przez te stwory. Przez moją nieuwagę, kolejne stwory na mnie skoczyły. Jeden zrobił mi ranę na karku. Wtedy miałam wrażenie, że stanął czas. Krew spływała po moim karku jak zmętniała woda. Widziałam przed sobą od nowa całą naukę, kiedy byłam młodsza. Kiedy mnie uczyli zabijać bez litości, kiedy mnie torturowali za to, że ja nie torturowałam innych. Kiedy mnie uczyli, jak być maszyną do zabijania...
- Krew... - Szepnęłam, spoglądając na ranę. Zacisnęłam oczy, razem z pyskiem, a stwory na mnie skoczyły, bardziej mnie raniąc. Słyszałam w głowie śmiech tamtej ja... Mojej Natury, mojego stwora.. Nie mogę się poddać, nie mogę jej...
Krew...
Pamiętaj zadanie...
Morderco...
ŚMIERĆ!
Gwałtownie ryknęłam wściekła, oddając się mojemu prawdziwemu obliczu. Podniosłam się, odpychając stwory od siebie swoim ogonem. Po moim karku leciała krew, tak samo jak na plecach i łapach. Straciłam resztki rozumu, towarzyszył mi tylko gniew i żądza krwi. Skoczyłam na dwójkę tych stworów i zabiłam bez litościwie, jednemu wbijając się w kark. Ten pisnął, umierając. Wtedy wszystkie stwory zwróciły wzrok na mnie.
Opanuj się... Nie jesteś potworem... Nie... JESTEŚ MORDERCĄ!
Ryknęłam na nich ostrzegawczo. Moje oczy zmieniły kolor na czarny niczym smoła. Pomiędzy mną leżały martwe truchła tego, co zostało po ich towarzyszach, a na moim pysku leciała ich krew. Stanęłam ostrzegawczo i się najeżyłam, rycząc niczym lew w ich stronę. Uderzyłam łapami o ziemię, a Rhaegar się podniósł. Ukazywałam swoje kły w ich stronę, nie chciałam żadnego oszczędzić, jestem maszyną, ja zabijam, po co w ogóle się cackać?! Nie jestem ich mamusią! HAHAHA!
Stwory gwałtownie pobiegły w moją stronę, tak samo jak ja pobiegłam na nich. Gdy na mnie skoczyli, jednego, który leciał centralnie na mnie, ugryzłam w kark i się z nim obróciłam, skręcając mu kark i powalając na ziemię, a tamtych odepchnęłam swoim długim ogonem. Wyrwałam z monstrum jego mięśnie i skórę, wyrzucając na bok. Gdy poczułam jak kolejni na mnie skaczą, powaliłam dwóch na ziemię, a paru objęłam ogonem, by się wgryzali w moje futro. Wbiłam swoje pazury w krtań, by umarli. Nie cackam się, krew jest genialna, po co w ogóle żyją inne stworzenia?! Czemu ich tak nie wybić?! Zachowuję jak maszyna do zabijania, lata wszędzie krew, tryska na lewo i prawo, a ja mam z tego ubaw! Co z tego, że to wygląda strasznie?! Rzuciłam kolejnymi o drzewa, nie okazując żadnemu litości. Wnet poczułam, jak ktoś mi się wgryza w kark. Warknęłam, patrząc na kolejnego idiotę, który odwarzył mi się zadać cios. Zmieniłam się w wodę i podskoczyłam wysoko do góry, uderzając go o ziemię, a potem złamałam mu katk, rozszarpując jego ciało. Spojrzałam na pozostałą piątkę. Byli w pozycjach obronnych.
- Śmierdzicie jak tchórze... - warknęłam w ich stronę. Mój głos, melodyjny i miły, zmienił się w chropowaty i przerażający. Zrobiłam za ciemnymi istotami wodną barierę. Ryknęłam w ich stronę i skoczyłam na nich. Pierwszego zabiłam, wbijając pazury w serce, wyrywając je z jego klatki piersiowej, drugiego zagryzłam na śmierć. Pozostała trójka patrzyła na mnie, już przerażonym wzrokiem. Spojrzałam na nich z psychicznym uśmiechem. Po moim pysku leciała krew. Ich krew. Smaczna, słodka krew. Dwóm wyrwałam krtań, a ostatniemu kazałam patrzeć na to, co zrobiłam z jego towarzyszami.
- Widzisz? To się dzieje z tymi, którzy staną mi na drodze... - szepnęłam w jego stronę - zapamiętaj ten widok, bo to ostatni, jaki ujrzysz... - Ugryzłam jego pysk i zgniotłam go, wbijając pazury w jego serce. Woda opadła, a ja byłam cała w ranach i we krwi. Warczałam, a po chwili spojrzałam na mniej poranionego ode mnie basiora. Jak stałam w pozycji gotowej do ataku, rozluźniłam się, prostując się.
WYSTARCZY!
Poczułam jak moja psychika walczy ze mną, by nie zabić jego. Jego krew byłaby taka pyszna, ale... Czemu nie mam niepohamowanej agresji, by go zabić i skosztować jego śmierci? Spojrzałam na niego. Byłam poraniona praktycznie wszędzie, krew leciała mi z pyska, ale nie wiedziałam, czy to była moja, czy tych stworów. Po chwili podeszłam do niego i stanęłam tak samo jak on, kiedy pierwszy raz się widzieliśmy. Jak dumny i pewny siebie Alfa. Krew leciała po moim ciele, a ja mimo to, stałam. Basior patrzył na mnie z zainteresowaniem. Poczułam jak adrenalina spada z mojego ciała. Widziałam za basiorem siebie, gotową do jego zamordowania. Opadłam bez sił na ziemię, tracąc przytomność.
<Rhaegar? Właśnie zobaczyłeś jej prawdziwe oblicze, gratki!>
- Krew... - Szepnęłam, spoglądając na ranę. Zacisnęłam oczy, razem z pyskiem, a stwory na mnie skoczyły, bardziej mnie raniąc. Słyszałam w głowie śmiech tamtej ja... Mojej Natury, mojego stwora.. Nie mogę się poddać, nie mogę jej...
Krew...
Pamiętaj zadanie...
Morderco...
ŚMIERĆ!
Gwałtownie ryknęłam wściekła, oddając się mojemu prawdziwemu obliczu. Podniosłam się, odpychając stwory od siebie swoim ogonem. Po moim karku leciała krew, tak samo jak na plecach i łapach. Straciłam resztki rozumu, towarzyszył mi tylko gniew i żądza krwi. Skoczyłam na dwójkę tych stworów i zabiłam bez litościwie, jednemu wbijając się w kark. Ten pisnął, umierając. Wtedy wszystkie stwory zwróciły wzrok na mnie.
Opanuj się... Nie jesteś potworem... Nie... JESTEŚ MORDERCĄ!
Ryknęłam na nich ostrzegawczo. Moje oczy zmieniły kolor na czarny niczym smoła. Pomiędzy mną leżały martwe truchła tego, co zostało po ich towarzyszach, a na moim pysku leciała ich krew. Stanęłam ostrzegawczo i się najeżyłam, rycząc niczym lew w ich stronę. Uderzyłam łapami o ziemię, a Rhaegar się podniósł. Ukazywałam swoje kły w ich stronę, nie chciałam żadnego oszczędzić, jestem maszyną, ja zabijam, po co w ogóle się cackać?! Nie jestem ich mamusią! HAHAHA!
Stwory gwałtownie pobiegły w moją stronę, tak samo jak ja pobiegłam na nich. Gdy na mnie skoczyli, jednego, który leciał centralnie na mnie, ugryzłam w kark i się z nim obróciłam, skręcając mu kark i powalając na ziemię, a tamtych odepchnęłam swoim długim ogonem. Wyrwałam z monstrum jego mięśnie i skórę, wyrzucając na bok. Gdy poczułam jak kolejni na mnie skaczą, powaliłam dwóch na ziemię, a paru objęłam ogonem, by się wgryzali w moje futro. Wbiłam swoje pazury w krtań, by umarli. Nie cackam się, krew jest genialna, po co w ogóle żyją inne stworzenia?! Czemu ich tak nie wybić?! Zachowuję jak maszyna do zabijania, lata wszędzie krew, tryska na lewo i prawo, a ja mam z tego ubaw! Co z tego, że to wygląda strasznie?! Rzuciłam kolejnymi o drzewa, nie okazując żadnemu litości. Wnet poczułam, jak ktoś mi się wgryza w kark. Warknęłam, patrząc na kolejnego idiotę, który odwarzył mi się zadać cios. Zmieniłam się w wodę i podskoczyłam wysoko do góry, uderzając go o ziemię, a potem złamałam mu katk, rozszarpując jego ciało. Spojrzałam na pozostałą piątkę. Byli w pozycjach obronnych.
- Śmierdzicie jak tchórze... - warknęłam w ich stronę. Mój głos, melodyjny i miły, zmienił się w chropowaty i przerażający. Zrobiłam za ciemnymi istotami wodną barierę. Ryknęłam w ich stronę i skoczyłam na nich. Pierwszego zabiłam, wbijając pazury w serce, wyrywając je z jego klatki piersiowej, drugiego zagryzłam na śmierć. Pozostała trójka patrzyła na mnie, już przerażonym wzrokiem. Spojrzałam na nich z psychicznym uśmiechem. Po moim pysku leciała krew. Ich krew. Smaczna, słodka krew. Dwóm wyrwałam krtań, a ostatniemu kazałam patrzeć na to, co zrobiłam z jego towarzyszami.
- Widzisz? To się dzieje z tymi, którzy staną mi na drodze... - szepnęłam w jego stronę - zapamiętaj ten widok, bo to ostatni, jaki ujrzysz... - Ugryzłam jego pysk i zgniotłam go, wbijając pazury w jego serce. Woda opadła, a ja byłam cała w ranach i we krwi. Warczałam, a po chwili spojrzałam na mniej poranionego ode mnie basiora. Jak stałam w pozycji gotowej do ataku, rozluźniłam się, prostując się.
WYSTARCZY!
Poczułam jak moja psychika walczy ze mną, by nie zabić jego. Jego krew byłaby taka pyszna, ale... Czemu nie mam niepohamowanej agresji, by go zabić i skosztować jego śmierci? Spojrzałam na niego. Byłam poraniona praktycznie wszędzie, krew leciała mi z pyska, ale nie wiedziałam, czy to była moja, czy tych stworów. Po chwili podeszłam do niego i stanęłam tak samo jak on, kiedy pierwszy raz się widzieliśmy. Jak dumny i pewny siebie Alfa. Krew leciała po moim ciele, a ja mimo to, stałam. Basior patrzył na mnie z zainteresowaniem. Poczułam jak adrenalina spada z mojego ciała. Widziałam za basiorem siebie, gotową do jego zamordowania. Opadłam bez sił na ziemię, tracąc przytomność.
<Rhaegar? Właśnie zobaczyłeś jej prawdziwe oblicze, gratki!>
Od Rhaegara c.d Crass
Wadera wydawała się dziwnie spięta, co nie umknęło mojej uwadze. Postanowiłem to jednak zignorować, to był jej pierwszy poważny dzień, więc to mogło tłumaczyć jej zachowanie. Chociaż moim obowiązkiem było dowiadywanie się co dzieje się z moimi ''podopiecznymi'' czasami wolałem nie mieszać się w ich prywatne sprawy, jeśli tylko by chcieli, zawsze mogą z czymś do mnie przyjść. I oni wszyscy chyba bardzo dobrze o tym wiedzieli, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Stałem tak przez chwilę na plaży, dłubiąc łapą w piasku, musiałem jeszcze raz na spokojnie wymyślić przebieg całej naszej rozmowy, obmyślić niespodziewane obroty akcji. Zapasowe odpowiedzi... to nie było wcale takie łatwe. W dodatku musiałem prędko poznać tok myślenia nowej Alfy. Z tego co wiedziałem, młoda Alfa pragnęła utrzymać dobre stosunki z każdym z Klanów i nie dopuścić do konfliktów pomiędzy innymi Klanami. Ciekawiła mnie, czy dysponowałaby wystarczającą siłą, gdyby przykładowo Klan Powietrza rozpoczął wojnę z Klanem Ziemi, oczywiście jest to tylko przykład. W rzeczywistości nie wiedziałem jak wyglądają stosunki tych dwóch Klanów i dopóki mój Klan nie będzie w to zamieszany, mogą się nawet wymordować.
- To co teraz robimy? - zapytała wadera nieco zdezorientowana.
- Teraz? Wybacz... zamyśliłem się. Teraz zmierzamy do głównej części Klanu, czyli do jaskini Alfy. Nie będziesz miała dużo do roboty, będziesz siedziała przed wejściem razem z obrońcą Alfy Klanu Everything i w razie potrzeby, której nie przewiduję, przyjdziesz mi z odsieczą. Nic trudnego prawda? - zapytałem uśmiechając się.
- Nie - wadera pokręciła łbem.
Chyba byliśmy już na wszystko przygotowani, więc spokojnym krokiem ruszyliśmy przed siebie. Kiedyś już tutaj byłem, chociaż dawno temu więc może nie będziemy mieli problemów z trafieniem do wyznaczonego miejsca. Najwyżej nieco się spóźnimy, Alfa raczej nie narzekałaby za bardzo skoro pragnie utrzymać ze mną ''przyjazne stosunki''.
Było dokładnie tak jak sobie zaplanowałem. Crass siedziała przed jaskinią z jakimś innym wilkiem, a ja siedziałem naprzeciwko jasnej, młodej wadery. Swoim młodzieńczym wyglądem przypominała nieco mnie. Chociaż była Alfą, w moich oczach nadal była niedoświadczonym podlotem.
- Rozumiem, co zamierzasz mi przekazać, ale Klan Wody nie jest jeszcze gotowy na zawarcie sojuszu z Twoim Klanem. - powiedziałem w końcu wstając.
- Nie rozumiem... to dobra propozycja - wadera trochę zszokowana spojrzała na mnie.
- Nie, to ja nie rozumiem do czego dążysz Rhiali - westchnąłem - Niektórych rzeczy nie da się już po prostu zmienić. Żegnaj Alfo Klanu Everything.
Po tych słowach opuściłem jej jaskinię, pozostawiając jej bez odpowiedzi. W dalszym ciągu nasze Klany były neutralne w stosunku do siebie. Nie podobał mi się pomysł sprzymierzenia wszystkich Klanów, od wielu pokoleń pewne rzeczy były zakorzenione w zachowaniach Klanów, jedni ufają sobie bardziej, drudzy mniej. Ta mała wadera nie zmieni wszystkiego z dnia na dzień... a już na pewno ja nie zamierzam jej tego wszystkiego ułatwiać.
- Już wszystko załatwione Crass - uśmiechnąłem się do wadery odrzucając całą moją powagę która jeszcze przed chwilą wręcz ciążyła na mnie. - Wracamy już do Klanu... niestety zajęło to więcej czasu niż przewidywałem i zaczyna się już ściemniać... miej się na baczności.
- Oczywiście - wadera przytaknęła.
Z początku naszego powrotu do Klanu Wody było spokojnie, zarówno ja jak i wadera, szliśmy w kompletnej ciszy. W pewnym momencie ta cisza tak mną zawładnęła, że przestałem wiedzieć się w ogóle dzieje wokół mnie. Szedłem automatycznie w stronę plaży, w ogóle się nie rozglądając. Gdyby nie czujna wadera, byłbym teraz banalnym celem dla byle jakiego, nawet i śmiesznego przeciwnika.
- Coś tutaj jest... - niespokojny głos wadery wyrwał mnie z tego dziwnego stanu.
- Bardzo możliwe... kto wie jakie rzeczy się tutaj uchowały w tych lasach - warknąłem patrząc przed siebie.
Szliśmy dosyć blisko siebie, wyczekując aż tajemnicza zgraja (dało się wyczuć całkiem sporą liczbę obcych) wykona pierwszy ruch. Kiedy zdawałoby się, że jesteśmy już sami, dziwne, czarne maziste stwory wyskoczyły na nas. Jeden wgryzł mi się w kark, drugi w łapę natomiast trzeci przymierzał się do skoku na moje odsłonięte w tym momencie gardło. Kątem oka zauważyłem tylko, że wadera była w podobnej sytuacji. Za nami było jeszcze przynajmniej kilkanaście tych stworów, które w razie czego mogły pomóc swoim pobratymcom. W momencie, kiedy trzeci z atakujących mnie odbił się od ziemi i otwierając swój zaśliniony pysk, aktywowałem swoją barierę. Ciemna ''gwiazdka'' na moim czole błysnęła i w tym momencie trzy stwory odleciały parę metrów dalej, uderzając z ogromną siłą o drzewa, tracąc przy tym przytomność. Niestety nie uwolniłem się na długo od atakujących, bo po chwili jeszcze większa zgraja przyczepiła się do nas. Zajęty całą chmarą wrogów, nie widziałem jak radzi sobie wadera, chociaż miałem nadzieję, że nic jej się nie stało...
(Crass? Patrz, Rodżer się martwi XDD)
- To co teraz robimy? - zapytała wadera nieco zdezorientowana.
- Teraz? Wybacz... zamyśliłem się. Teraz zmierzamy do głównej części Klanu, czyli do jaskini Alfy. Nie będziesz miała dużo do roboty, będziesz siedziała przed wejściem razem z obrońcą Alfy Klanu Everything i w razie potrzeby, której nie przewiduję, przyjdziesz mi z odsieczą. Nic trudnego prawda? - zapytałem uśmiechając się.
- Nie - wadera pokręciła łbem.
Chyba byliśmy już na wszystko przygotowani, więc spokojnym krokiem ruszyliśmy przed siebie. Kiedyś już tutaj byłem, chociaż dawno temu więc może nie będziemy mieli problemów z trafieniem do wyznaczonego miejsca. Najwyżej nieco się spóźnimy, Alfa raczej nie narzekałaby za bardzo skoro pragnie utrzymać ze mną ''przyjazne stosunki''.
Było dokładnie tak jak sobie zaplanowałem. Crass siedziała przed jaskinią z jakimś innym wilkiem, a ja siedziałem naprzeciwko jasnej, młodej wadery. Swoim młodzieńczym wyglądem przypominała nieco mnie. Chociaż była Alfą, w moich oczach nadal była niedoświadczonym podlotem.
- Rozumiem, co zamierzasz mi przekazać, ale Klan Wody nie jest jeszcze gotowy na zawarcie sojuszu z Twoim Klanem. - powiedziałem w końcu wstając.
- Nie rozumiem... to dobra propozycja - wadera trochę zszokowana spojrzała na mnie.
- Nie, to ja nie rozumiem do czego dążysz Rhiali - westchnąłem - Niektórych rzeczy nie da się już po prostu zmienić. Żegnaj Alfo Klanu Everything.
Po tych słowach opuściłem jej jaskinię, pozostawiając jej bez odpowiedzi. W dalszym ciągu nasze Klany były neutralne w stosunku do siebie. Nie podobał mi się pomysł sprzymierzenia wszystkich Klanów, od wielu pokoleń pewne rzeczy były zakorzenione w zachowaniach Klanów, jedni ufają sobie bardziej, drudzy mniej. Ta mała wadera nie zmieni wszystkiego z dnia na dzień... a już na pewno ja nie zamierzam jej tego wszystkiego ułatwiać.
- Już wszystko załatwione Crass - uśmiechnąłem się do wadery odrzucając całą moją powagę która jeszcze przed chwilą wręcz ciążyła na mnie. - Wracamy już do Klanu... niestety zajęło to więcej czasu niż przewidywałem i zaczyna się już ściemniać... miej się na baczności.
- Oczywiście - wadera przytaknęła.
Z początku naszego powrotu do Klanu Wody było spokojnie, zarówno ja jak i wadera, szliśmy w kompletnej ciszy. W pewnym momencie ta cisza tak mną zawładnęła, że przestałem wiedzieć się w ogóle dzieje wokół mnie. Szedłem automatycznie w stronę plaży, w ogóle się nie rozglądając. Gdyby nie czujna wadera, byłbym teraz banalnym celem dla byle jakiego, nawet i śmiesznego przeciwnika.
- Coś tutaj jest... - niespokojny głos wadery wyrwał mnie z tego dziwnego stanu.
- Bardzo możliwe... kto wie jakie rzeczy się tutaj uchowały w tych lasach - warknąłem patrząc przed siebie.
Szliśmy dosyć blisko siebie, wyczekując aż tajemnicza zgraja (dało się wyczuć całkiem sporą liczbę obcych) wykona pierwszy ruch. Kiedy zdawałoby się, że jesteśmy już sami, dziwne, czarne maziste stwory wyskoczyły na nas. Jeden wgryzł mi się w kark, drugi w łapę natomiast trzeci przymierzał się do skoku na moje odsłonięte w tym momencie gardło. Kątem oka zauważyłem tylko, że wadera była w podobnej sytuacji. Za nami było jeszcze przynajmniej kilkanaście tych stworów, które w razie czego mogły pomóc swoim pobratymcom. W momencie, kiedy trzeci z atakujących mnie odbił się od ziemi i otwierając swój zaśliniony pysk, aktywowałem swoją barierę. Ciemna ''gwiazdka'' na moim czole błysnęła i w tym momencie trzy stwory odleciały parę metrów dalej, uderzając z ogromną siłą o drzewa, tracąc przy tym przytomność. Niestety nie uwolniłem się na długo od atakujących, bo po chwili jeszcze większa zgraja przyczepiła się do nas. Zajęty całą chmarą wrogów, nie widziałem jak radzi sobie wadera, chociaż miałem nadzieję, że nic jej się nie stało...
(Crass? Patrz, Rodżer się martwi XDD)
Subskrybuj:
Posty (Atom)