Oboje byliśmy cali w tym dziwnym brokacie. Po chwili ja także zacząłem się go pozbywać z sierści, lecz nie było to wcale łatwe. Męczyłem się z tym, gdy nagle wadera spojrzała na mnie.
- Zastanawiałeś się gdzie my będziemy razem mieszkać? - zapytała
Zastanawiałem się dłuższą chwilę. W sumie to ciężko będzie z zamieszkaniem razem. Do żadnego z naszych klanów nie mogliśmy razem dołączyć przez żywioły. Chyba jedynym rozwiązaniem było by przenieść się razem do klanu gdzie jest mieszanka żywiołów, ale nie byłem pewny czy to dobry pomysł.
- Zastanawiałem się nad już wcześniej, ale nie jestem pewny co do rozwiązania tego problemu - powiedziałem zamyślony, a wadera wróciła do poprzedniego zajęcia
Szczerze mówiąc to nie potrafiłem sobie poradzić z tym brokatem i powoli się wnerwiałem. Waderze także nie za dobrze to szło.
- Może pójdziemy nad jezioro żeby się tego pozbyć - zaproponowała wadera, a ja lekko zirytowany potaknąłem
Po kilka minutach byliśmy już nad jeziorem. Od razu wskoczyłem do wody, a wokół mnie zaczęła pływać cała masa brokatu. Wadera powoli weszła do wody i zaczęła w strzepywać z siebie resztki tego wnerwiającego brokatu. Ja wolałem zanurkować i wypłynąć trochę dalej. Poskutkowało to i po chwili nie miałem już na sobie go w ogóle. Waderze także udało się go pozbyć z futra, więc razem wyszliśmy na powierzchnie, aby się osuszyć. Leżeliśmy tak i rozmawialiśmy chyba coś koło godziny, aż waderze i mi zaczęło burczeć w brzuchu.
- Idę coś upolować - oznajmiłem wstając
- Czekaj, pójdę z tobą - odparła wadera z uśmiechem
Razem pokierowaliśmy się do lasu. Po krótkim polowaniu zaczęliśmy zajadać się mięsem ze smakiem. Następnie leżeliśmy obżarci na plecach i patrzyliśmy w niebo. Było już koło północy. Gwiazdy świeciły jasno na niebie jak świetliki. Podniosłem się i usiadłem, po czym zamyślony westchnąłem spoglądając na Demanii.
- O co chodzi? - zapytała zbliżając się do mnie
- Nudzi mi się… może pozwiedzamy trochę inne klany? - zaproponowałem z uśmiechem
- O tej godzinie? - zapytała zdziwiona
- Tak, no chyba że nie chcesz się ze mną przejść… - powiedziałem smutno
- No, dobrze nich Ci będzie - uśmiechnęła się i razem powędrowaliśmy do losowego klanu
Nie potrafiliśmy wybrać klanu więc zaczęliśmy od tego, który był najbliżej. Po chwili byliśmy na terenie klanu Mysterious Thoughts. Chodziliśmy rozmawiając co jakiś czas i rozglądając się uważnie czy nie ma tam jakiegoś wilka, który mógłby nam zagrażać. W pewnym momencie nadepnąłem łapą na coś metalowego. To „coś” było przykryte trawą. Odsunąłem kępki trawy na bok a naszym oczom ukazał się widok metalowych szyn. Były zardzewiałe i stare, lecz to nie był to tylko kawałek, gdyż obok znaleźliśmy drugą taką. Postanowiliśmy pójść w kierunku gdzie tory te były odrobinę mniej zniszczone. Nagle naszym oczom ujawniła się spoza mgły stara stacja kolejowa. Byłą już niemal cała zawalona i spróchniała, ale jeden budynek nadal solidnie się trzymał mimo swojego stanu. Bez zastanowienia weszliśmy tam, aby to sprawdzić. Okazało się, że w środku tego budynku znajdował się stary i zapleśniały korytarz ze skały, w którym znajdowały się schody do podziemi.
- To jak idziemy tam? - zapytałem podchodząc do wejścia
- Ale to jest niebezpieczne - powiedziała i zatrzymała mnie
- Jak chcesz. Możesz tu zostać, a ja sam pójdę - powiedziałem schodząc już z niewidocznym uśmiechem na pysku
Wadera chwilę stałą w bezruchu, po czym szybko do mnie podbiegła.
- Wiersz co może lepiej pójdę z tobą - powiedziała rozglądając się, a ja się uśmiechnąłem
Dosyć długo schodziliśmy na dół co mnie lekko zdziwiło, gdyż myślałem, że jest to zejście do jakiejś starej piwnicy. Po chwili znaleźliśmy się w jakimś pomieszczeniu. Ściany były wykute w chłodniej jak lud skale. Szliśmy dalej, lecz stawało się coraz ciemniej i mniej przyjemnie. W pewnym momencie na ścianach jakby znikąd pojawiły się zapalone pochodnie. Wadera wystraszyła się i tuliła w moje futro.
- Dziwne… - wszeptałem i poszedłem dalej
Wadera nic nie powiedziała tylko podążyła za mną. Nagle przed nami droga się zapadła przy czym powstała przepaść, lecz była na tyle wąska, że daliśmy radę ją przeskoczyć. Zaraz za zakrętem znajdował się pokój, który przeraził nas oboje. Były to katakumby, w których pochowano zapewne milion istot. Były to najróżniejsze zwierzęta; było tam nawet kilku ludzi. Po chwili z ciemnego zakątku pokoju wyszedł jakiś wilk. Był równy Demanii, lecz ode mnie był trochę niższy.
- Co tutaj robicie? - zapytał przyglądając się nam
- W sumie to zwiedzamy - odpowiedziałem zamyślony
- Co to za miejsce? - zapytała wadera patrząc na basiora
- To starożytne katakumby - odpowiedział rozglądając się
- Ja jestem Demanii, a to jest Zefir - przedstawiła nas wilkowi
- Ja jestem Liberin - odpowiedział i lekko nam się ukłonił
Zaśmiałem się lekko, ale Demanii od razu mnie spiorunowała wzrokiem.
- O co chodzi? - zapytał zdezorientowany basior
- Nic - powiedziałem i spoważniałem
Zaczęliśmy go wypytywać o najróżniejsze rzeczy, a on na wszystkie cierpliwie odpowiadał. Później zaczął nam opowiadać o tamtym miejscu. Z każdym momentem to miejsce niepokoiło mi coraz bardziej i dobrze, że tak było. W pewnym momencie światło zgasło. Przerażona wadera od razu się we mnie wtuliła. Ja natomiast nasłuchiwałem odgłosów. Po chwili poczułem jak koło nas przemykają jakieś zjawy. Szybko podpaliłem kilka ciał, a reszta zajęła się ogniem. W pokoju zrobiło się jasno, a wadera odsunęła głowę od mojego futra. Ten wilk Liberin leżał na ziemi jakby martwy. Wadera już się do niego chciała zbliżyć, lecz w tym samym momencie wilk zaczął się trząść, ale nadal wyglądał na martwego. Szybko złapałem Demanii i odciągnąłem ją jak najdalej od tego wilka. Wiedziałem już wtedy co koło nas wtedy przemknęło. To był demon. Taki sam i o takiej samej sile z tym, z którym walczy moja kochana Demanii. Basior wstał i nie dość, że był opętany to jeszcze nie był żywy, lecz już martwy. Nie myślał, nie czuł, nadal żył tylko i wyłącznie jego instynkt. Kiedyś już poznałem takie stworzenia i wiedziałem, że nienawidzą ognia. Szybko zrzuciłem kilka zwłok na ziemię tak, że był nimi otoczony. Nie mógł się ruszyć, ale nagle z pod ziemi zaczęły wychodzić kolejne „opętane zombie”.
- Demanii… wynosimy się stąd - wykrzyknąłem, po czym wybiegliśmy razem z tego przeklętego pomieszczenia
Przepaść niestety się powiększyła, więc szybko zabrałem waderę na plecy i przeleciałem przez przepaść. Po drugiej stronie wadera zeskoczyła z mojego grzbietu. Byliśmy pewni, że już jesteśmy bezpieczni, lecz był to błąd. Sufit i ściany zaczęły się walić z każdej strony. Zaczęliśmy uciekać. Na szczęście schody niezapadły się przed naszym dobiegnięciem tam. Po chwili byliśmy już na samej górze. Wadera wspinała się zaraz za mną i wyskoczyła z korytarza dosłownie kilka sekund po mnie, ale było to jednak za późno. Kiedy wyskakiwała z przejścia jeden z kamieni uderzył w jej nogę, ale na szczęście wtedy była już blisko mnie. Od razu wziąłem ją na plecy i poleciałem z nią do Klanu Wody. Słońce już wschodziło. Oboje byliśmy wymęczeni przygoda, lecz także przerażeni. Po krótkiej chwili byliśmy już z Demanii przy szpitalu. Wniosłem ją do środka. Po chwili leżała już na łóżku, a wokół niej biegało mnóstwo wilków. Postanowiłem poczekać aż skończą się nią zajmować przed salą. Dopiero wtedy poczułem krew spływającą z mojego ciała. Chyba jednak też mnie tam nieźle poturbowało, ale ja i tak bardziej martwiłem się o waderę. Chyba zdrzemnąłem się czekając. Obudziłem się kiedy słońce już jasno świeciło. W sali gdzie była moja droga Demanii było słychać głos jakiegoś wilka i jej głos. Powoli wszedłem do tej sali. Jakiś medyk rozmawiał z nią, a kiedy wszedłem on od razu wyszedł.
- I jak się czujesz? - zapytałem z troską zbliżając się do niej
- Już dużo lepiej - odpowiedziała, po czym dopowiedziała - moja łapa jest tylko lekko obita, więc zaraz wyjdę ze szpitala - uśmiechnęła się
- To dobrze - powiedziałem i lekko ją przytuliłem, po czym smutniejszym tonem dopowiedziałem - Przepraszam Cię tak bardzo. Nie pomyślałem, że tam może się coś Ci stać ja nie chciałem… - przerwałem, gdyż wadera pocałowała mnie w policzek i uspokoiła
- Nic się nie stało - odpowiedziała spokojnym głosem
Po chwili do sali wszedł ten sam medyk i oznajmił, że Demanii może już wrócić do swojej jaskini. Powoli szliśmy rozmawiając. Kiedy byliśmy już w jej jaskini wadera położyła się na legowisku.
- Jesteś zmęczona? - zapytałem kładąc się obok niej
- Nie, spałam w szpitalu trochę - odpowiedziała z uśmiechem
Odwzajemniłem jej uśmiech i delikatnie ją pocałowałem, a ona odwzajemniła gest. Los chciał, że właśnie w tym momencie do jaskini wszedł Desoto. Kiedy zaczął warczeć na mnie od razu się ożywiłem i wstałem, po czym odsunąłem się dalej od wadery. Nie miałem zamiaru walczyć. To ja wkroczyłem na tereny tego klanu bez niczyjej zgody. Widziałem, że nie był zadowolony z tego, iż zobaczył mnie blisko Demanii. W oczach miał nienawiść i byłem pewnym, że dobrze się to nie skończy. Po chwili do jaskini wszedł Nicklase. On mnie chyba poznał po tamtej akcji ze smokiem, gdyż nie patrzył na mnie, aż tak bardzo wrogo, lecz kiedy Desoto powiedział mu co się stało od razu przyszykował się do walki. Ja nawet nie próbowałem podejmować walki. Po chwili rzucił się na mnie. Był silny, ale potrafiłem mu się bez problemu wymykać tak, że otrzymałem tylko kilka nowych ran. Wadera cały czas próbowała się wytłumaczyć, prosiła żeby nic mi nie zrobili i przerwać naszą walkę, a raczej atak basiora na mnie, lecz Desoto ją powstrzymywał. Po krótkiej chwili do jaskini weszło kilku strażników. Zabrali mnie do jakiegoś więzienia. Woda tam była po kostki. Lodowata, brudna woda, której w tamtym momencie znienawidziłem bardziej niż zwykle. Po kilku godzinach do tego pomieszczenia wszedł Nicklase, Desoto, a za nimi Demanii, która próbowała się im wyrwać i podbiec do mnie.
( Demanii? Przepraszam, że takie krótkie, ale ostatnio nie mam w ogóle czasu)