sobota, 28 lutego 2015
Od Darkness'a cd historii Anuritti
- Nawet nie wiesz jak śmieszne - odparłem, kiedy zauważyłem, że lekko się uśmiechnęła
Nie zachowywała się jak typowa młoda alfa. Przypominała mi bardziej zwykłą waderę w tłumie, ale jednak miała w sobie coś niezwykłego. Zawiesiłem wzrok na jej postaci. Była szczupła i niezbyt umięśniona. Wyglądała na dosyć delikatną wilczycę, jej futro było całkowicie białe, a tylko w niektórych miejscach miała czarne plamki. Wyglądała coś jak moje przeciwieństwo tylko, że ja byłem w nielicznych miejscach czerwony. Byłem ciekaw czy domyśla się skąd jestem. Wadera spojrzała na mnie dyskretnie przyglądając się. Ponownie lekko przechyliłem głowę. Miałem bardziej nastrój do żartów, niż do bycia oschłym i chłodnym Darkness’em, którym jestem na co dzień.
- Jesteś córką Inki prawda? - zapytałem spoglądając jej w oczy
Znowu się trochę zdziwiła. No cóż przydało się to szpiegowanie. Teraz przyjrzała mi się jeszcze dokładniej.
- Nie jesteś stąd prawda? - odparła niepewnie nadal mi się przyglądając
Pokręciłem przecząco łbem i uniosłem lekko kąciki ust. Wyczekiwałem jej odpowiedzi, ale ona zamiast cokolwiek powiedzieć nisko na łapach okrążyła mnie. Nie specjalnie mnie to ruszyło, bo i tak wiedziałem, że nic mi nie zrobi. Kiedy już zatoczyła koło i znów stanęła naprzeciwko mnie lekko na nią skoczyłem. Nie chciałem jej nic zrobić tylko po prostu trochę się z nią podroczyć. Puki co nie wyglądała na wkurzoną, a raczej zdezorientowaną.
- Skoro Cię tak nosi na krążenie i chodzenie to może się gdzieś przejdziemy co? - zaproponowałem stojąc nad leżącą waderą
- A mogę najpierw wiedzieć jak się nazywasz? - odpowiedziała pytaniem na pytanie i lekko mnie szturchnęła żebym z niej zszedł
- Darkness - odparłem i podałem jej łapę, żeby wstała
Chyba także chciała mi się przedstawić, bo już otwarła pyszczek, ale przypomniała sobie, że wiem kim jest. Po chwili takiego stania ruszyliśmy w jakimś nieznanym mi kierunku. Spacerowaliśmy tak w ciszy, gdy nagle wadera się odezwała.
- Z jakiego jesteś klanu? - zapytała z nutą ciekawości w głosie
- Spróbuj zgadnąć - zaśmiałem się nieznacznie i spojrzałem na nią
- Nie mam pojęcia, powiedz - uporczywie dążyła, żebym ja to powiedział, ale tak łatwo nie dam za wygraną
- No pomyśl. W jakim klanie są w większości wilki takie jak ja, czyli… hm… niezbyt przyjazne z wyglądu? - odpowiedziałem zamyślony
Ciekawiło mnie czy ona uznaje mnie właśnie za jakiegoś groźnego albo agresywnego. Po chwili zastanowienia odwróciła do mnie łepek i niezbyt głośno powiedziała nazwę mojego klanu. Potaknąłem i czekałem na jej reakcje. Mało o niej wiedziałem i nie miałem pojęcia jak zareaguje.
(Anuritti? Straciłam wenę i wyszło większość dialogu ;-;)
Od Twilighta CD Terry
- Terra... - zdołał powiedzieć nim zamarł.
Nie mógł zrobić kroku w jej stronę,gdy zobaczył kto stał za nią. A raczej nad nią na drzewie, skryty w cieniu. Elipsar uśmiechną się do mnie i wyszedł na przeciw.
-Witaj.
Zawarczałem głośno i rzuciłem w jego stronę. Przyszpiliłem go mocno do ziemi. Usłyszałem swoje imię,jednak nawet nie zwróciłem na to uwagi. Za bardzo byłem zajęty teraz.
- Wrócisz ze mną choćbym miał zaciągnąć cię tam siłą. - oznajmił.
Zaśmiałem się i wyszeptałem mu prosto do ucha.
- Spróbuj więc to zrobić.
Gwałtownym ruchem zrzucił mnie z siebie. Zachwiałem się, jednak nie upadłem. Obserwowałem każdy jego ruch.
- Nie chcesz być razem ze swoimi braćmi? Wolisz tą... - machnął łapą w stronę zaniepokojonej Terry.
- Owszem.
Zacisną usta w wąską kreskę.
- Masz jeszcze szansę. Masz wybór.
Podszedłem bliżej,wpatryjąc się prosto w oczy brata. Tak blisko, że niemal stykaliśmy się nosami.
- Miłość odbiera możliwość wyboru.
Powiedziałem i uderzyłem go. Wyłorzył się,ale przeturlał i wstał.
- A ty pragniesz tego czego nie możesz mieć. Zazdrościsz, bo ja spełniłem to "niebezpieczne" marzenie, którego ty bałeś się od początku.
Zaśmiał się.
-Twilight...
Powoli podchodził w stronę ukochanej.
-Jestem tu kochanie.
Musną ustami jej wargi. I już chciał zmierzyć się z Elipsarem.
-Nie.. -złapała go - Widziałam twoją śmierć Twilight. Twoją i...
Odwrucił się przodem do brata i zawarczał.
- Jak śmiesz!
Zrobił dumną minę.
- Przekazałem jej przyszłość.
- Przekazałeś jej kłamstwo. Nie możesz mnie zabić, ale ja ciebie mogę. I dobrze o tym wiesz.
Zaczęli się okrążać.
- Mogę zamordować twoje dzieci. Które w tej chwili rozwijają się w niej.
Poczuł szok. Tak szybko? Miał teraz następny powód by nie dać się zabić i chronić rodzinę. Rzucili się na siebie gryząc się zaciekle. Złotooki zawsze był od nich silniejszy i bardziej utalentowany. Po chwili zaciskał szczęki na szyi przeciwnika. I tak dawna rodzina stała się wrogami. Poczuł że czar rzucony na Terre zelrzał.
-Stój!
Nie posłuchał. Ktoś po popchną. Kłapną zębami w jego stronę. Zauwarzył białego basiora o czarnych błyszczących skrzydłach i ciemnej grzywcę.
- Przestań. Odpuść. Zabiorę go. I znikniemy raz na zawsze.
Powiedział to śmiertelnie poważnie. Bianco fiamma notte. Zazywali go w skrócie po prostu Notte. Nieznacznie skinął głową w jego stronę.
- Ave aque vale. Bracie.
Mrugną w stronę Terry.
- Wójek was kiedyś odwiedzi.
Czar minął i partnerka mogła już być sobą. Wstać i podbiec do niego. Bracia odlecieli w jasność dnia. Przytulił ją.
-Nic nam nie grozi kochanie. -Tulił ją do siebie po czym dodał. - Córka Cordinel a synek... może Dante? Albo Alex?
Chciał ją odciągnąć od ponurych myśli.
<Terra? Ja chcę córeczkę i synka! xD Co najmniej dwoje. >
piątek, 27 lutego 2015
Od Kilan cd historii Ao
- Z wielką chęcią - odparłam spoglądając na niego, a po chwili dodałam - Mogę tylko o coś zapytać?
- Jasne
- Jak się nazywasz? - nieśmiało spojrzałam mu w oczy
Basior cofną się o krok i schylił głowę. Chyba był trochę zakłopotany. Zaśmiałam się cicho i podeszłam o krok bliżej do niego. Schyliłam głowę tak żeby zobaczył mój pyszczek, a gdy już zwrócił na mnie uwagę uśmiechnęłam się raz jeszcze.
- Jestem Ao - odpowiedział wreszcie
- Miło mi - zaśmiałam się, a po chwili spojrzałam w kierunku mojego klanu
Wolałabym z nim tu zostać i lepiej go poznać niż wracać do mojej już pustej jaskini. Teraz zostałam sama i nie miałam z kim rozmawiać. Usiadłam na brzegu i westchnęłam przyglądając się wodzie. Po chwili poczułam jak Ao siada obok mnie. Spojrzałam na niego, po czym lekko przekrzywiłam głowę.
- To o której i gdzie się zobaczymy? - zapytałam dosyć cicho
Basior przez chwilę brodził łapą w wodzie zastanawiając się. Po dłuższej chwili spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął.
- Może przy wzgórzu - tu powiedział jakąś nazwę, której nie zrozumiałam - a później trochę pozwiedzamy tamten klan? - zaproponował, a ja spojrzałam na niego niemrawym spojrzeniem
- Em.. no wiesz ja nie za bardzo znam tamten klan… O zobacz! - wskazałam na jakieś martwe drzewo na plaży tego klanu, które było widać aż stąd - Spotkajmy się pod tą rośliną w południe dobrze? - zapytałam lekko się uśmiechając
Basior pokiwał twierdząco głową i odwzajemnił uśmiech. Siedzieliśmy jeszcze tak chwilkę rozmawiając, a potem zerwałam się i szybko poszybowałam w kierunku mojego klanu. Wylądowałam po cichu pod moją jaskinią. Z sąsiedniej groty dawał się słyszeć głos Ronina. Westchnęłam smutno i wróciłam do siebie zamykając za sobą skrzypiące drzwi. Nie mogłam spać, bo nadal bolała mnie ta strata. Niby nadal był moim przyjacielem, ale to już nie to samo. Westchnęłam cicho i wytarłam pojedyncze łzy, które spływały mi po policzkach. Szybko wtuliłam się w legowisko i starałam się już o tym nie myśleć. Po dłuższym czasie wreszcie zasnęłam. Obudziłam się dosyć późno. Wstałam leniwie i spojrzałam na swoją poduszkę. Była cała mokra od płaczu. Położyłam ją na słońcu żeby wyschła, a sama przeciągnęłam się. Spojrzałam na dwór i zboczyłam, że słońce było już dosyć wysoko. Ziewnęłam cicho, gdy nagle o czymś mi się przypomniało… Spotkanie! Szybko ogarnęłam się i wyleciałam o mały włos wpadając w błoto. Po chwili byłam już nad Klanem Everything. Szybowałam tak jeszcze chwilę, kiedy wreszcie zauważyłam to drzewo. Ao już czekał na mnie. Błyskawicznie obniżyłam lot, lecz chyba zbyt gwałtownie. Straciłam panowanie i wleciałam prosto do wody zaraz przed wilkiem. Wynurzyłam się cała morka i zmarznięta od zimnej wody, a kiedy byłam już na brzegu zauważyłam jak śmieje się ze mnie. Szybko podbiegłam do niego i ochlapałam w całości wodą. Teraz to ja pękałam ze śmiechu.
(Ao? :3)
czwartek, 26 lutego 2015
Od Greoms CD Kid`a
- Słoneczko, wstawaj! - obok mnie pojawiła się wysoka, czarna lwica. Miała piękne niebieskie oczy. Na sobie miała też różne białe znaki. Rozciągałam się i spojrzałam kątem oka na otoczenie. Po lewej stronie leżało łoże, a na nim leżała trójka szczeniaków w moim wieku. Jeden z nich podbiegł do mnie.
- Dopiero się obudziłaś Gremos?- spytał się i zamerdał ogonem. Do jaskini wszedł duży, czarny basior. Był całkowicie podobny do Kida, jednak wydawało mi się że to całkiem inna osoba. Wszedł i usiadł przy mnie.
- No kochanie, idziemy uczyć się polować tak jak obiecałaś mi. - wstał i złapał mnie za kark. W sumie, niepotrzebnie ale dalej nie wiedziałam co się dzieje. Gdy tylko znalazłam się w progu jaskini, poczułam na sobie ten leciutki i chłodny wiatr. Był bardzo przyjemny. Zauważyłam że wszystko to należy do klanu wody. Byłam zdziwiona, ale nie miałam czasu na szukanie wytłumaczeń. Basior położył mnie na kamieniu i kazał wypatrywać zwierzyny. No jasne, że sama dam sobie rade. Jednak nie udało mi się. Tak więc, basior uczył mnie.
*PÓŹNIEJ*
- Tato....- uśmiechnęłam się pod nosem. Nagle wszystko się rozmazało.
Ziewnęłam, było już jasno. Chyba ranek. Otworzyłam swe klejące ślepia. Usiadłam i wypatrywałam gdzie jestem. Tak, byłam na terenach klanu wody w jaskini mojego ojca. Chyba...Dalej nic nie wiedziałam, nie mogłam tego pojąć. Jednak uśmiechnęłam się pod nosem i wypatrywałam Kida. Zobaczyłam go, wiec się do niego zakradłam. Zrobiłam tzry kroki, i skok! Wylądowałam na grzbiecie czarnego basiora. Przednie łapy dotykały jego głowy.
- Cześć Tatooo!!!- krzyknęłam radośnie.
od Anuritti cd Darkness'a
Nagle, niczym zesłany z niebios, przed jeleniem pojawił się czarny samiec. Teraz to był moją jedyną deską ratunku. Ryzykując śmierć pod kopytami jelenia, wilk doskoczył i zatopił kły w jego szyi. Nogi ugięły się pod stworzeniem, doprowadzając jednocześnie kłodę zwierzęcia do ostrego spotkania z podłożem. W tym momencie zostałam wyrzucona w powietrze, natomiast jeleń przebył kilka metrów, szorując o ubitą ziemię pyskiem i zatrzymał się, jęcząc żałośnie. Ja wylądowałam nieco przed nim, uderzając przednimi łapami o podłoże. Uniosłam się, dysząc oszołomiona. Spojrzałam na konającego ssaka, krew szybko toczyła się z ogromnej rany w szyi. W końcu jeleń wypuścił ostatnią porcję powietrza z płuc i przymknął przekrwione oczy, opuszczając świat żywych.
- To było okropne - stwierdziłam po chwili, z wybałuszonymi oczami. Nadal miałam wrażenie, że świat nieco wiruje. Popatrzyłam na czarnego wilka, który przyglądał mi się uważnie.
- Śmierć tego mutanta, czy przejażdżka na jego grzbiecie? - powiedział rozbawionym tonem, uśmiechając się zadziornie.
- Bardzo śmieszne - odpowiedziałam, ale sama mimowolnie uniosłam kąciki ust.
<Darkness?>
wtorek, 24 lutego 2015
Od Darkness'a do Anuritti
- Chyba nie wypada młodej alfie atakować innych wilków, nieprawdaż Anuritti? - zapytałem z nutą ironii w głosie
Po jej minie było widać, że mnie nie zna i jest nieźle zaskoczona. W sumie kto by nie był. Ja ją znałem tylko z tego względu, że lubiłem szpiegować. Po chwili usiadłem obok i pomogłem jej wstać. Byłem ciekaw czy podejrzewa, że jestem szpiegiem i czy zaraz poleci o tym powiedzieć głównej alfie.. ale co mi szkodzi. Trochę adrenaliny mnie ciut ożywi. Spojrzałem jej w oczy przekrzywiając lekko łeb. Ciekawiło mnie jak zareaguje. Już rozchyliła pyszczek żeby się odezwać, gdy nagle zza zarośli wyskoczył jakiś czarny zmutowany jeleń. Czemu zmutowany? No nie wydaje mi się, że zwierzę z czerwonymi oczyma, czterema porożami i które jest niezwykle wielkie i umięśnione można by uznać za normalne.
(Anuritti? Takie ni stąd ni zowąd xd )
czwartek, 19 lutego 2015
Od Darkness'a cd historii Emily
- To raczej Ciebie coś trapi, a niżeli mnie - odpowiedziałem chłodnym głosem
Wadera wyprostowała się i spojrzała na mnie. Była niewiele niższa ode mnie, ale nie odczuwałem tego zbytnio. Nie widywałem jej tutaj wcześniej.
- I jak się sprawujesz jako alfa? - zapytałem z udawanym zaciekawieniem w głosie
- Wydaje mi się, że dobrze - odpowiedziała miłym tonem
Czułem od niej także żywioł ognia. Staliśmy tak chwilę w ciszy. Żaden wilk nie pomagał jej w polowaniu, jakieś to dziwne jak na mój gust, ale nigdy nie rozumiałem mieszanych klanów.
- Kim jesteś? - przerwała powtarzając pytanie
- Darkness - westchnąłem, a moje oczy zabłysnęły intensywniejszą czerwienią
Zauważyłem, że nie cofnęła się ani nic w ten deseń. Może się z nią dogadam. W sumie dobrze by było chociaż trochę znać alfę sąsiedniego klanu. Po jakimś czasie w lesie za nami zaczynały hałasować wilki płosząc zwierzęta. Zaproponowałem waderze żebyśmy spotkali się na granicy trzech klanów jutro o wschodzie. Jako nowa alfa będzie miała dużo nauki, ale raczej nie będą jej wyrywać z łóżka o tej godzinie, żeby się wszystkiego dowiedziała. Niepewnie zgodziła się, a potem zawróciła do lasu. Natomiast ja pospiesznie wróciłem do mojej jaskini. Byłem ciekaw tej całej Emily. Nie spotkałem jeszcze w swojej historii za wiele takich wilków. Wyróżniała się wyglądem i usposobieniem w tłumie. Byliśmy pod tym względem podobni, ale jednocześnie kompletnie odwrotni. Chciałem móc wreszcie wymienić z kimś kilka zdań. Nie miałem już nikogo do rozmowy, gdyż Descartes zniknęła jakiś czas temu. Bez niej nie miałem sensu nadal tu być. Jedyne co mnie tu trzymało to starzy przyjaciele, wszyscy zostaliśmy rozsypani po klanach. Od jednego z nich dowiedziałem się, że Descartes żyje teraz w Klanie Ziemi i trzyma się z alfą. Kiedyś jeszcze miałem nadzieje, że ją zobaczę, ale z czasem minęło mi. Za długo siedziałem przy granicy czekając na nią. Może Emily pomoże mi w jakiś sposób się jeszcze uratować? Kto to wie. Siedziałem, a raczej leżałem w swojej jaskini tak myśląc o wszystkim, że nawet nie zauważyłem, kiedy nadeszła noc, a ja zasnąłem. Obudziłem się w środku nocy zlany zimnym potem. Chyba musiałem mieć jakiś niezły koszmar. Nie pamiętałem o czym był ani jaki. Nerwowo podniosłem się i wyszedłem z jaskini. W nocy było dosyć zimno, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało. Był to dobry moment, żeby trochę pochodzić po obcych klanach. W późnych godzinach większość strażników dosłownie spała na warcie, więc nie trudno było się obok nich prześlizgnąć. Znałem już chyba każdy klan na pamięć. Każdy kamień, pagórek czy dolinę. Nie znałem tylko tamtejszych wilków. Spacerowałem sobie dosyć długo po klanach. Kiedy akurat zbliżał się wschód słońca znajdowałem się na terenach klanu Emily. Wartownicy nadal spali, więc nie spieszyłem się do mojego klanu. Nagle zauważyłem waderę wychodzącą z jaskini. Teraz przynajmniej będę wiedział, gdzie mieszka. Podążałem za nią cały czas ukrywając się w zaroślach. Wreszcie, gdy było już widać styk klanów byłam wystarczająco blisko. Wyszedłem z krzaków i po cichu zbliżyłem się do niej od tyłu.
- O, idziesz się ze mną spotkać - niespodziewanie powiedziałem, a wadera podskoczyła jak poparzona
Wyszczerzyła kły i zaczęła warczeć, ale ja tylko porozumiewawczo spojrzałem jej w oczy i lekko uniosłem kąciki ust. Po chwili stanęła na równe nogi i się zaśmiała.
- Co ty tu robisz? - zapytała ze śmiechem
- Macie trochę przy śpiących strażników - odpowiedziałem pokazując jej śpiące wilki przy granicy
Cicho się zaśmialiśmy i wybraliśmy się na krótki spacer po jej klanie. Śmiesznie wychodziło, gdy ona oprowadzała mnie pokazując miejsca, a ja mówiłem ich wszystkie nazwy jakbym tu należał. Dosyć miło mi się z nią rozmawiało. Usiedliśmy na łące rozmawiając. Powoli robiło się już późno. Miałem zamiar udać do swojego klanu, gdy zauważyłem jakiegoś wilka nieopodal nas. Coś czułem, że nie jestem tu mile widziany, a tym bardziej przy alfie.
(Emily? Poratujesz go? xd )
Nieobecność
środa, 18 lutego 2015
Od Ronina CD Descartes
-Descartes!? – krzyknąłem a mój głos rozniósł się dosyć daleko – Descartes!? Gdzie jesteś!?
Ponieważ odpowiedział mi tylko wiejący wiatr, zacząłem biec w poszukiwaniu wadery. Cały czas wołałem ją po imieniu, z każdą sekundą moje przerażenie wzrastało. Miałem nadzieję, że wadera nie zrobiła nic głupiego i że znajdę ją w takim stanie jakim widziałem ostatnio. Martwię się o nią, gdyby coś jej się stało nie byłbym już sobą, nie byłbym w stanie. Potrzebuję ją, ona jest dla mnie kimś ważnym. Może sama o tym nie wiedziała.. ja sam o tym jeszcze do niedawna nie wiedziałem. Ale bez niej nie byłbym już tym Roninem… Kiedy ujrzałem samotną sylwetkę Descartes w oddali, wykrzyknąłem jeszcze raz jej imię. Wadera odwróciła się w moim kierunku troszkę zdziwiona. Przyspieszyłem i rzuciłem się na waderę przygniatając ją do ziemi.
-A ty gdzie idziesz? Czemu mnie zostawiasz? – musiałem powstrzymywać się od tego, żeby głos mi się nie załamał
-Powiedziałam, że odejdę…
-Ale ja nie chcę, żebyś odchodziła – uśmiechnąłem się – Potrzebuję Cię Des… potrzebuję – pomogłem jej wstać po czym pocałowałem ją w czoło, przytulając do siebie
-Co ty robisz…
-A jak Ci się wydaje?
Wadera napięła swoje mięśnie po czym jakoś dziwnie się wzdrygnęła. Czemu płacze? Czy zrobiłem coś nie tak? Starłem jej łzy po czym delikatnie cmoknąłem w pyszczek, zaraz odsuwając się lekko od niej. Spojrzałem w jej złote oczy z ciepłym uśmiechem na pysku. Czy ona zawsze była taka słodka?
Od Kilan cd historii Ronin'a
- Czemu to zrobiłeś? - wyszeptałam patrząc na swoje łapy
- Ale o co chodzi? - odpowiedział ciut zdezorientowany, chyba wyrwałam go z zamyślenia
- Czemu mi się ukłoniłeś? Przecież nie jestem nikim ważnym - stwierdziłam i spojrzałam na niego
- A to, że jesteś alfą tej wielkiej watahy nie jest ważne? - odpowiedział pytaniem na pytanie i cicho się zaśmiał
Lekko trąciłam go łapą i sama się zaśmiałam. W sumie to miał racje, ale nie czułam się jakoś inaczej.
- Możliwe, że tak jest, ale umówmy się, że dla ciebie jestem po prostu Kilan. Nie żadna alfa czy coś. Tylko ta sama Kilan, którą poznałeś - odparłam i uśmiechnęłam się
Cieszyłam się, że wracam do „domu”, ale jakoś wolałabym zostać w tamtym tajnym miejscu sam na sam z Roninem. Z nim czułam się o wiele lepiej niż jako jakaś tam alfa. Rozmawialiśmy sobie co jakiś czas się śmiejąc. Nagle zza śnieżnej zaspy wyłonił się wielki, błyszczący pałac. Zaniemówiłam z wrażenia. W śnie wyglądał bardzo podobnie, ale nie pomyślałabym, że będzie aż tak ogromny. Przystanęłam na chwilę przyglądając się mu. Dopiero basior wyrwał mnie z zamyślenia trafiając w mój nos śnieżką. Cicho kichnęłam prawie spadając z górki. Kiedy już zdjęłam śnieg z pyszczka spojrzałam w kierunku wilka. Rozbawiony czekał na mnie na dole ze śnieżną amunicją. Zbiegłam do niego zgrabnie unikając „pocisków”, a potem rozpędziłam się na lodzie i zanim zdążył uciec skoczyłam na niego. Basior leżał na plecach śmiejąc się, a ja usiadłam na nim.
- No to teraz już się stąd nie ruszysz - zaśmiałam się
Ale zanim zdążyłam cokolwiek dopowiedzieć basior sprytnie wywrócił mnie na plecy i to on usiadł na mnie. Oparł się łapami przy mojej głowie i spojrzał mi z pewnością w oczy.
- Czyżby? - zaśmiał się i lekko oprószył mój pyszczek śniegiem
Korzystając z tego, że nie zwracał uwagi na moje łapy nabrałam w nie śniegu i wysmarowałam go. Basior zdezorientował się, a mi udało się wymknąć. Bawiliśmy się i skakaliśmy na siebie, aż zobaczyliśmy tłum wilków pod zamkiem. Wtedy już grzecznie szliśmy obok siebie, ale nadal rozmawialiśmy śmiejąc się. Dopiero, gdy wilki zaczęły się rozsuwać tworząc nam przejście i wlepiając w mnie swoje ciekawskie oczka zamilkłam i nieśmiało wbiłam wzrok w ziemię. Szliśmy tak jakiś kawałek, a ze mnie robił się powoli kłębek nerwów. Potykałam się o własne łapy i czerwieniłam się. Nie wiedziałam jak mam się zachowywać. Iść prosto i udawać pewną siebie czy próbować nie zwracać niczyjej uwagi? Bałam się spojrzeć tym wszystkim wilkom w oczy. Przybliżyłam się do basiora tak, że stykaliśmy się futrami. Chciałam mu jakoś dać znak, żeby mi pomógł.
- Wyprostuj się, nic Ci nie zrobią - basior schylił się i wyszeptał mi na ucho te słowa
- Boję się - wyszeptałam lekko podnosząc głowę i spoglądając mu w oczy
Nie widziałam w nich nic nadzwyczajnego. Tak jakby od zawsze był w tak traktowany. Szedł obok mnie pewnie stawiając łapy przed sobą z głową uniesioną dosyć wysoko. Nieśmiało spróbowałam zrobić podobnie. Głupio się z tym czułam, ale może rzeczywiście tak trzeba? Na szczęście do pałacu było już niewiele. Nagle coś mnie olśniło. Przecież Ronin miał taką bogatą jaskinie, wiedział jak się zachowywać w takich sytuacjach i nawet nie przedstawił mnie naszej alfie, a może to on… Nie, to nie możliwe, żeby to on był alfą. Przecież byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, więc nie ukrywałby przede mną czegoś takiego, prawda? Zwątpiłam sama sobie. W sumie mógł też pomyśleć, że bałabym się z nim rozmawiać gdyby był alfą i to mógłby być powód… Nie wiedziałam, co o tym myśleć, ale uznałam, że jeżeli cokolwiek dla niego znaczę, to kiedyś mi to wyjaśni. Jak na razie nie ma co wyciągać pochopnych wniosków. Po długim i wolnym spacerze wśród wilków pozwolono Roninowi i mi wejść na sam szczyt schodów. Tam jakiś wilk, którego bardzo dobrze kojarzyłam ogłosił moje przybycie. Powiedział to tak samo jak wtedy, gdy przyszłam na świat. No dobra może z małą przeróbką.
- Oto wasza alfa Kilan oraz Ronin - wilki zaczęły wyć i się cieszyć
Znowu nie wiedziałam co mam robić. Spojrzałam na basiora zagubionym wzrokiem, a on uśmiechnął się ciepło i wskazał łapą na… no, nie wiem jak ich mogę teraz nazywać „poddanych?”.. no dobra, ale sam fakt, że na nich wskazał chyba wystarczy. Uśmiechnęłam się do tłumu, a oni zaczęli się jeszcze bardziej radować. Lekko się zaśmiałam, a Ronin zrobił to samo. Kiedy tłum się rozszedł zaproszono nas do środka. To wszystko było takie ogromne. Pałac bardzo się zmienił. Stał się bardziej przytulny i rozbudowano go. Ten sam wilk co wcześniej nas przedstawił podszedł do mnie i ukłonił się po czym zbliżył się jeszcze bardziej i uśmiechnął. Nadal nie byłam za bardzo obeznana z takim zachowaniem wobec mnie, więc tylko odwzajemniłam uśmiech z zakłopotaniem na pyszczku lekko się rumieniąc. Mój przyjaciel zaśmiał się pod nosem, a ja trąciłam go łapą także cicho się śmiejąc. Wilk oprowadził nas po części zamku. Pokazał na nasze sypialnie. Były dosyć podobne, ale ja miałam dużo większe łóżko. Nagle jakiś inny wilk podbiegł do nas. Ukłonił mi się szybko i zaprosił, a raczej nakazał spotkać się ze strategami. Zanim zdążyłam odpowiedzieć zaczął już zmierzać do tej sali. Szybko pożegnałam się z Roninem i obiecała mu, że spotkamy się później. Ta ich sala robiła niezłe wrażenie… Cały sufit był „ponadziewany” mieczami i różnymi broniami. Usiadłam przy stole spoglądając na ogromną mapę. Ta wataha była na serio gigantyczna. Wilki przedstawiły mi ogólną sytuację. Co prawda nie byłam strategiem, ale mój dobry przyjaciel nim jest. Kiedyś wyjaśnił mi podstawy takiego myślenia i jego małe sekrety z tym związane. Gdy przedstawiłam moje propozycje obrony i ataku wilki nieźle się zdziwiły, ale wypowiedziałam się z dostateczną odwagą i pewnością w głosie, więc bezzwłocznie zaczęli dostosowywać się do nowych zasad. Po kilku godzinach narady byłam wymęczona, ale wiedziałam, że teraz już na pewno pójdzie nam lepiej. Wykończona tym wszystkim otworzyłam drzwi mojej sypialni i walnęłam się na łóżko. Było już dosyć późno i myślałam, że Ronin już śpi. Po jakiś 15 minutach odpoczynku zerwałam się i wyszłam z mojego pokoju. Po kryjomu zajrzałam do pokoju obok. Była to jego sypialnia, ale nie było go tam. Lekko zakłopotana rozejrzałam się po korytarzu. Zauważyłam jakiegoś wilka i od razu do niego podbiegłam. Jak się okazało była to wadera, służąca. Bez najmniejszego problemu odpowiedziała mi gdzie jest mój przyjaciel i oznajmiła, że gdy już wrócimy do naszych pokoi zakluczy nas na wszelki wypadek, gdyby ktoś włamał się do watahy. Oczywiście szybko potaknęłam i zaczęłam szukać Ronina. Jak się okazało siedział w bibliotece przeglądając jakieś książki. Kiedy do zobaczyłam siedział do mnie tyłem. Schowałam się za regałami i co po chwilę spoglądałam na niego. Kiedy już odkładał ostatnią książkę zakradłam się do niego od tyłu lekko oparłam się o niego. Ten tylko lekko się wzdrygnął i poszedł do innego regału. Zdziwiona jego zachowaniem podążyłam za nim. Zajrzałam za nim gdzie poszedł, a ten nagle na mnie wyskoczył. Przewrócił mnie na plecy i położył się na mnie ze śmiechem. Dopiero po chwili wyszłam z szoku i także zaczęłam się śmiać.
- A alfa nie w łóżku? - zaśmiał się i wstał ze mnie
- Och, ty.. - zaśmiałam się wstając i szybko na niego skoczyłam
Chyba się zrobił jakiś silniejszy, bo znowu niemalże od razu znalazłam się pod nim. Wystawiłam tylko ze śmiechem język i wyrwałam się spod jego łap. Po chwili zaczepek trochę się uspokoiliśmy.
- Co tutaj robisz? - zapytałam spoglądając mu w oczy
- Byłem ciekaw skąd wzięły się tu te całe wilki ognia - odparł wskazując na tabliczkę przy dziale z napisem „Historia”
- I jak? - zapytałam z ciekawością w głosie
- Jest to jakieś starożytne plemię, którego przedstawicie przybyli tutaj na jakiś kłodach czy coś i w ogóle same nudy - odparł udając znudzony ton
- Hm… Historyk Ronin.. Nawet Ci pasuje - zaśmiałam się przekrzywiając lekko głowę
Basior także się zaśmiał i zaczął mnie gonić. Ganialiśmy za sobą, aż do sypiali. Wpadłam do swojej i szybciutko schowałam się pod łóżkiem. Ronin wbiegł chwilę po mnie i od razu wskoczył na łóżko szukając mnie w pierzynie. Tamowałam swój śmiech jak tylko mogłam, gdy nagle poczułam jak coś wyciąga mnie za ogon. Wilk uśmiechnął się tylko do mnie trzymając mój ogon w pysku. Wskoczyłam do niego na górę i zaśmiałam się.
- Twój kolorowy ogon Cię zdradził - zaśmiał się puszczając go
- Ach dobrze wiedzieć… Ronin masz uczulenie na pierze? - zapytałam ni stąd ni zowąd
- Nie, a co?.. - odpowiedział niepewnie, ale zamiast udzielić mu odpowiedzi złapałam poduszkę w pyszczek
- Wojna? Sama tego chciałaś… - odparł z uśmiechem i chwycił drugą poduszkę
Goniliśmy się po całym pokoju. W końcu wróciliśmy na łóżko, gdzie basior podłożył mi łapę, a ja wywaliłam się jak długa upuszczając „broń” na ziemię. Zaczął mnie okładać puchową poduszką, a ja najszybciej jak mogłam schowałam się pod kołdrą. Zanim się spostrzegłam basior zaczął mnie stamtąd wyciągać, a gdy nie dawałam za wygraną wlazł też pod nią i mnie złapał. Śmiałam się z niego próbując go od siebie odepchnąć. Ten zamiast oddalić się ode mnie wywrócił mnie na plecy i znowu na mnie usiadł. Pokazałam mu język i szybko mu się wywinęłam. Po jakiejś ponad godzinie zabawy zmęczyliśmy się trochę. Posłałam sobie łóżko i postanowiłam wypuścić basiora do siebie. Nacisnęłam na klamkę i… nic. Drzwi nawet nie drgnęły. No tak.. przecież miała na zakluczyć. Zapewne nie spojrzała nawet, że obydwoje tu byliśmy. Czyli utknęliśmy razem na całą noc i to przy jednym łóżku? Nieźle. Jedyny plus był taki, że było w miarę duże, ale spanie w jednym łóżku wydawało mi się dosyć niestosowne. Szkoda, że na ziemi nie ma nic oprócz zimnych kafelek, a poza tym w całym pokoju oprócz miejsca w łóżku było przeraźliwie zimno. Spojrzałam na Ronina i wyjaśniłam mu całą sytuację. Zaproponowałam mu, że to ja będę spać na podłodze, a on zajmie łóżko. Niestety basior zaprotestował i w końcu wyszło na to, że ja spałam w łóżku, a on na ziemi. Smutno mi się robiło, gdy tak na niego patrzyłam. Nie mogłam przestać o nim myśleć, przez co też nie mogłam zasnąć. Po jakieś godzinie zauważyłam, że wilk trzęsie się z zimna. Poza łóżkiem było naprawdę lodowato. Nie wiele myśląc wyszłam z łóżka i posłałam je. Podeszłam do basiora lekko się do niego nachylając.
- Ronin chodź - pociągnęłam go za łapę. Już miał coś powiedzieć, ale mu przerwałam - Przecież widzę, że Ci zimno. Chodź - dopowiedziałam, a basior grzecznie wskoczył do łóżka
Położyłam się z drugiej strony, ale czułam chłód bijący od niego. Oddałam mu ponad połowę kołdry i postarałam się, żeby było mu jak najcieplej. Nie miałam ochoty patrzeć na rozchorowanego przyjaciela. Położyłam się po drugiej stronie łózka i teraz niemalże od razu zasnęłam. Obudziłam się wczesnym rankiem. Słońce powoli wschodziło. Było mi jakoś tak przyjemnie ciepło. Lekko uchyliłam oczy i zauważyłam, że leże wtulona w Ronina. Normalnie to bym odskoczyła jak poparzona, ale basior trzymał mnie w łapach i gdybym się teraz ruszyła na pewno by go obudziła. W sumie puki spał to czemu by się trochę nie wygrzać? Przy nim było dużo cieplej no i wygodniej. Po dłuższym czasie basior puścił mnie przez sen i przewrócił się na drugi bok. Odsunęłam się od niego powoli i zeskoczyłam na ziemię. Dobrze, że on mnie teraz nie widział, bo policzki to mnie normalnie paliły od rumieńców. Na szczęście drzwi były już otwarte. Po cichu wymknęłam się na korytarz. Szybko złapał mnie ten sam wilk do wcześniej i oświadczył mi, że wilki ognia poddały się i uciekły z naszych terenów nocą. Uśmiechnęłam się pod nosem i po szybkim śniadaniu udałam się do Ronina. Ach ten śpioch… lekko trąciłam go pyszczkiem, żeby powiedzieć mu, iż możemy dzisiaj wrócić do naszego klanu. Basior lekko uchylił oczy, a ja się ciepło uśmiechnęłam. Dobrze, że zdążyły mi już zejść te rumieńce.
(Ronin? Co ty na to? Chyba mnie ciut poniosło)
Od Inki/An cd Alka
Uważnie spojrzałam na rudego samca. Patrzył na mnie błękitnym, nieco uniżonym spojrzeniem. Miałam niemałe wrażenie, że był wyraźne zestresowany moją obecnością, więc chcąc oszczędzić jego nerwy, przeniosłam swój przedzierający na wylot wzrok na córkę.
- Mam wiadomości, które nie do końca ci się spodobają... - mruknęła spoufalonym głosem.
Jej słowa mnie nieco zaniepokoiły. Owszem, nie musiało to być coś tragicznego, ale zawsze podchodziłam to wszystkiego z obawą i najczarniejszymi scenariuszami. Tak więc nie chcąc martwić się na zapas, uniosłam tylko brwi wyczekująco. An spojrzała na mnie niepewnie.
- No, mów - ponagliłam gestem łapy.
- Ostatnio spotkaliśmy zmiechy. W środku dnia - wydusiła z siebie, przeciągając przerwy między wyrazami.
Na początku spojrzałam na nią nieco zdziwiona. Przecież to całkiem niemożliwe, by te stwory pałętały się po klanie w biały dzień. Strach, który malował się na twarzy mojej córki, przekonał mnie, że sobie tego nie wymyśliła.
- Widzieliście zmiechy? - zwróciłam się do rudego wilka, który przedstawił się jako Sasha. Siedział z nieco podkulonym ogonem i pustym wzrokiem rozglądał się po jaskini. Moje słowa zadziałały na niego jak wiadro zimnej wody wylanej na głowę i samiec drgnął z niepokojem w oczach.
- Tak, to najprawdziwsza prawda - potwierdził bez entuzjazmu i wrócił do podziwiania ścian jaskini.
Zmarszczyłam czoło.
- To niedobrze. - mruknęłam, czując w tym momencie bezradność. Tak, wtedy tylko na to było mnie stać. Nawet nie potrafiłam racjolanie obmyśleć, co w takiej sytuacji mogę zrobić. Ustawić straże, których nie mam? W tak nielicznym klanie, jakim był mój, nie miałam zbyt dużego pola manewru. Wtedy do głowy przuszła mi myśl o sojuszu. Nigdy jeszcze nie wybierałam się na wizyty poza granice, ale sytuacja była na tyle wymagająca, że musiałam w końcu skończyć zagrzewać tyłek w jaskini i wyjśc problemowi na przeciw.
Ale łatwiej pomyśleć, gorzej wprowadzić to w życie. Musiałam pozostać z moimi myślami na chwilę sama. Stwierdziłam, że zajmę się tym po pójściu córki i rudego wilka.
Plany pokrzyżował mi deszcz, który po kilku zdaniach wymienionych z Anuritti zaczął bębnić o ściany jaskini.
*Anuritti*
Mama zrobiła nam herbatę, podczas gdy krople deszczu wydawały coraz donośniejsze pluski. Teraz padały zamiast śniegu, który jeszcze niedawno zasypywał nam wejście do jaskini.
Rudy cały czas wydawał mi się nieobecny, wyciągnięty z całkiem innej rzeczywistości. Patrzył pustym wzrokiem ogień, przyglądając się tańczącym ognikom, które z błyskiem odbijały się w jego oczach. Co jakiś czas podnosił spojrzenie to na mnie, to na mamę i właściwie do tego ograniczał kontakt z nami. Nie wiem czy nie chciał, czy nie lubił rozmawiać. Musiałam jednak przyznać, że nie był skory do bycia wylewnym. Jakakolwiek wypowiedź nie przesączona sarkazmem i przrkraczająca normę jednego zdania była dla niego czymś niemalże nieosiągalnym. Haczyk był w jego charakterze. On sam był dla mnie jedną wielką zagadką, która wydawałaby się nie do rozwiązania.
- Nieźle się rozpadało - mruknęłam sugestywnie. Wilk jednak okazał się niezbyt podatny na wypuszczony przeze mnie pęd najuboższego chociażby dialogu, co mnie naturalnie nie zdziwiło. Uparcie wpatrywał się w tlący się ogień, stukając co chwila pazurami o posadzkę.
<Rudzielcu?>
Od Ronina CD Kilan
-No sam nie wiem Kilan – zająknąłem się, a kiedy zauważyłem zawiedzioną minę wadery pospiesznie dodałem – Nie to nie tak! Bardzo chciałbym tam z Tobą wyruszyć, nawet nie wiesz jak… A zresztą, co mi tam… ale jak tam w ogóle dojść? – spojrzałem na starego wilka
Wilk skinął łbem do Kilan, która powtórzyła ten tajemniczy gest. Stary wilk natychmiast zniknął, no nie powiem zrobiło to dosyć mocne wrażenie. Kilan podeszła do mnie, oznajmiając mi że wie jak tam trafić. Ziemia wiecznie skuta lodem… no może być ciekawie, jednak w dalszym ciągu miałem obawy związane z opuszczeniem tego Klanu. Wiem o tym, że to nie na zawsze i że za tydzień lub dwa znowu będę tutaj… No nic.
-Kilan spotkajmy się tutaj wieczorem dobrze? Obiecuję, że przyjdę.
-Jasne, ale każda minuta się liczy – wadera nie była do końca przekonana
-Wiem o tym, mam pewien pomysł – uśmiechnąłem się po czym odbiegłem
Wpierw muszę udać się do jaskini swojego ojca, poprosić go o zajęcie się Klanem. Miałem co do tego wątpliwości, ostatnio nie dogadywałem się z nim najlepiej. Myślę, że tak naprawdę on nigdy nie chciał być Alfą tego Klanu. Kiedy tylko byłem już dorosły, tego samego dnia przekazał mi panowanie. Chyba ma to związek z odejściem mojej matki, no ale nieważne.
~
Tak jak myślałem, mój wspaniałomyślny ojciec, nie zgodził się. Tak więc na czas mojej nieobecności Hitachi będzie sprawował rządy. Troszkę się boję co on może nabroić, no ale wina nie powinna spaść na mnie, nieprawdaż? Dobrze przynajmniej jedna sprawa załatwiona, teraz pozostawała ta najważniejsza. Tereny na których wychowała się Kilan są daleko i panuje na nich wojna. Przyda nam się transport i zarazem silny sojusznik. A gdzie najlepiej znaleźć kogoś takiego, jak nie w pierwotnych terenach Klanu? Smoki z tego co mi wiadomo, słuchają się tylko i wyłącznie Alf i ich rodziny więc nie powinienem mieć z tym wszystkim chyba problemu. Gorzej będzie ze znalezieniem jakiejś smoczej pieczary. No ale czego nie zrobię dla dobra przyjaciół. Stąpałem po tych ziemiach jak najciszej, żeby nie przyciągnąć na siebie uwag niepotrzebnych par oczu. Nawet jeśli nikt by mi nic nie zrobił, lepiej mieć jak najmniej świadków. Szukanie jaskini trwało znacznie dłużej niż myślałem, a przede mną i tak prawdopodobnie jeszcze długa rozmowa z tą gadziną. We wnętrzu jaskini było dosyć duszno, na sto procent był tutaj smok.
-Halo? Smoku, mógłbyś się poka…
Nie dokończyłem ponieważ przed moim pyskiem pojawiła się para złotych oczu. Gad buchnął we mnie parą z nozdrzy i odsunął się, trącając mnie ogonem. Zachwiałem się ale nie zrobiłem przy tym żadnej złośliwej miny, zdradzanie smokowi swoich uczuć przy pierwszym spotkaniu jest zdecydowanie błędem. Te niemalże niespotykane już stworzenia, traktują nas jak zabawki. A postacie z osobowością której nie są w stanie od razu rozszyfrować, tylko je interesuje. I być może tylko to zainteresowanie jeszcze trzyma mnie przy życiu.
-Kim jesteś, że śmiesz mnie budzić z mojego wiecznego snu – jego złote łuski zalśniły w małym pasku promieniu słonecznego który wpadał przez otwór w jaskini
Żeby rozmawiać ze smokiem trzeba mieć solidne argumenty, a ja niestety nie byłem zbyt dobrym mówcą. Ale cóż, spróbować mi nie zaszkodzi. Odchrząknąłem cicho, żeby nabrać pewności siebie i ponownie spojrzałem w oczy smoka. Podobno ciężko jest wytrzymać ich spojrzenie, ale mi to jakoś przychodziło z łatwością.
-Jako Alfa tych terenów a za razem TWÓJ Pan jestem godzien prosić Cię o przysługę smoku
-Przysługę? – smok zmrużył oczy
-Tak – przytaknąłem – A kto inny nadawałby się do niebezpiecznej misji bardziej niż ty… prawda?
Wyjaśniłem w skrócie smokowi sytuację. Jak widać poszczęściło mi się, ponieważ trafiłem na smoka poszukiwacza przygód. Przesiedział już ponad 500 lat w tej jaskini i wręcz marzy o rozprostowaniu skrzydeł. Smok przystał na moją propozycję, po chwili oboje opuściliśmy te ziemie. Kiedy tylko znaleźliśmy się na teraźniejszych ziemiach Klanu Ziemi smok imieniem Naefrys ponuro stwierdził, że ta ziemia umiera. Troszkę się z nim zgadzam, zresztą nie mógłbym podważyć zdania tego stworzenia, przypieczętowałoby to tylko moją głupotę. Do umówionego spotkania z Kilan nie pozostało wiele czasu więc natychmiast ruszyłem ze swoim nowym przyjacielem na miejsce. Wadera już czekała, a kiedy zauważyła złotego smoka o jeszcze intensywniejszych oczach w tej samej barwie, zaniemówiła ze zdziwienia.
-Pomyślałem sobie, że przydałby się nam. Naefrys to Kilan. Kilan to Naefrys – przedstawiłem ich sobie, wpierw musiałem przedstawić waderę smokowi ponieważ smok mógłby się obrazić.. nie rozumiałem tych niektórych smoczych zwyczajów
Smok przytaknął, lekko rozkładając skrzydła. Kiedy tylko to zrobił, w jego oczach dało się dostrzec błysk, odwieczne pragnienie lotu. Szybko załadowaliśmy się na jego grzbiet wcześniej kolejny raz upewniając się, że mamy na to pozwolenie. Już po kilku minutach lecieliśmy nad oceanem wysoko w górze. Świat w tej perspektywie wyglądał naprawdę pięknie, pierwszy raz doświadczyłem czegoś takiego…
-W sumie to sama mogłabym polecieć – wadera wskazała na swoje skrzydła – Nie chcę mu robić problemu
-Siedź – smok przerwał swoim donośnym głosem – wy istoty ziemskie, ważycie strasznie mało, co chwilę muszę się upewniać czy nadal jesteście ze mną…
-Przyjacielu, nie opuścilibyśmy Cię teraz. Zawarliśmy umowę – uśmiechnąłem się
Smok nie odpowiedział tylko dalej leciał, skrzydłami przecinając chmury. Nie miałem pojęcia ile lot w jedną stronę może trwać ani w którym to kierunku, musieliśmy się zdać na zmysły tego stworzenia i ewentualnie na Kilan która w razie potrzeby miała poinstruować smoka.
-Chyba będzie najlepiej, jeśli się teraz prześpimy – stwierdziłem – musimy mieć dużo siły
-Myślę, że masz rację – Kilan uśmiechnęła się
~
Wylądowaliśmy na ziemi skutej lodem w środku nocy. Podobno nikt nas jeszcze nie namierzył. To dobrze, chociaż nie wiem czy przychodzenie tak bez całkowitego uprzedzenia również będzie dobrą rzeczą. Zeskoczyliśmy z grzbietu smoka, miałem strasznie zdrętwiałe łapy, dobrze będzie je rozprostować.
-Wiesz jak dojść do pałacu?
-Nie wiem dokładnie… ale mam przeczucie, że to będzie tędy! – powiedziała po czym ruszyła przed siebie
Nie mieliśmy do wyboru nic innego, jak tylko ruszyć za nią mając nadzieję, że uda nam się odnaleźć jej sojuszników. Po kilkunastu minutach brodzenia w wysokim śniegu powoli opadałem z sił, Kilan tak samo. Jedynie Naefrys dalej kroczył żwawo. Po chwili powiedział jednak, że zacznie patrolować teren z wysoka, prędzej coś zobaczy. Oboje się zgodziliśmy i już po chwili ja i Kilan zostaliśmy sami.
-On nas nie zostawi co nie? – zapytała cicho
-Smoki są wierne, gdyby złamał nasz układ, byłoby to dla niego ogromną hańbą.
-Układ?
-Nieważne – zaśmiałem się cicho
Wadera pokręciła łbem, wiem też się czasem załamuję nad swoim zachowaniem. Chwilę szliśmy w milczeniu i już miałem rzucił w waderę śnieżką, kiedy to jakieś trzy wilki powaliły mnie na śnieg. Prędko odrzuciłem do siebie jednego tak, że wylądował trzy metry dalej a dwóm pozostałym wyrwałem się i odskoczyłem w bok przysłaniając Kilan. Nie miałem pewności czy to wilki z watahy Kilan ale miałem nadzieję, że tak. Porozumiewawczo spojrzałem na waderą a ta przytaknęła z lekkim uśmiechem. Od razu mi ulżyło, przestałem powarkiwać i ze spokojem przypatrywałem się teraz wilką, które niestety chyba nadal mnie nie lubiły.
Moja nieboecność
Od Cervus`a
-Co ty tutaj robisz? - zapytała chłodno
-Wybacz - skłoniłem się lekko uważając żeby nie zaryć rogami o trawę - Nie wiedziałem że jest tutaj jakaś wataha.
Wadera przyjrzała mi się chwilę po czym usiadła na trawię unosząc jedną brew. Również usiadłem na trawie zastanawiając się co też ona uczyni. Po chwili westchnęła i machnęła swoim puszystym czarnym ogonem.
-Nie masz żadnej watahy co nie?
-No... nie mam - przyznałem po chwili nie do końca wiedząc do czego wadera zmierza
-A nie chciałbyś dołączyć?
Ja? Ja i jakaś wataha... no mogło to nawet śmiesznie wypaść, od dwóch lat nigdzie nie byłem na stałe. Chyba rzeczywiście wypadałoby się gdzieś ustatkować.
-Naprawdę proponujesz mi dołączenie i nie żartujesz? Bo jeśli mówisz całkowicie poważnie, to ja chętnie - uśmiechnąłem się lekko
(Inka? Obiecany wilk i opo, przepraszam że tak długo ale jadę już zaraz XD)
Od Ao CD Kilan
-No i koniec, teraz powinnaś się czuć trochę lepiej - Sakura uśmiechnęła się i wyszła
-Przepraszam za kłopot...
-Nie przepraszaj - uśmiechnąłem się do niej lekko - To moja wina, jak jestem głodny to nie myślę racjonalnie. Właśnie, chcesz coś zjeść? Mogę Cię poczęstować czymś ze spiżarni, za moje zachowanie masz prawo czuć się tutaj jak gość.. ale niestety tylko tym razem. Na twoim miejscu bym tu nie przychodził często - westchnąłem
Wadera przytaknęła przyglądając się swoim opatrunkom, z każdą chwilą czułem się coraz gorzej, zaraz się zabiję z tych wyrzutów sumienia.
~
Kiedy wadera już skończyła jeść, chwilę ją oprowadzałem po terenach Klanu. Sakura sprawiła, że wadera nie odczuwa bólu, jednak jest to chwilowe działanie. W sumie to do jutra i tak większość ran powinna jej się zagoić...
-Ładnie tutaj ale ciut za dużo wody...
-No w końcu jesteś w Klanie Wody - zaśmiałem się - Ja tam w sumie przywykłem do tych podmokłych terenów
-Nic dziwnego mieszkasz tutaj chyba od urodzenia.
-Z miesiąc lub dwa - poprawiłem ją
Wadera spojrzała na mnie troszkę zaskoczona na co znowu się zaśmiałem. Pokręciła łbem i uśmiechnęła się łbem, chyba była ciut nieśmiała. Ale za to była bardzo miła i przyjazna. Kiedy dzień dobiegał już końca, podprowadziłem ją pod plaże.
-Wiesz jakbyś się chciała jeszcze spotkać, możemy w Klanie Everything. I dla Ciebie i dla mnie są to neutralne tereny podlegające sojuszowi - uśmiechnąłem się lekko
(Kilan?)
Od Ao CD Emily
wtorek, 17 lutego 2015
Od Kilan do Ao
- Jesteś z tego klanu? - zapytał cicho, a raczej wyszeptał podchodząc do mnie
Przełknęłam ślinę i pokiwałam przecząco głową. Myślałam, że teraz zrobi mi coś gorszego, ale zamiast tego podszedł bliżej i obejrzał ranę.
- Jestem Kilan… - wyszeptałam i spojrzałam na niego, miałam małą nadzieje, że choć trochę mi pomoże
(Ao? Nie odpisuj jak nie chcesz.)
od Quenli
Trafiłam do pieknej krainy i idę właśnie czystą plażą w stronę pięknego lasu, w którym aż widac jak bujnie rozwija się roślinnośc i żyje wiele stworzeń, a w tle gra mi muzyka, szum morza, a jej wokalistami są ptaki. Za mną nie ma już nic, lecz przede mną widzę swoją przyszłośc. Czuję tu obecnośc wilków, choc ich zapach jest zupełnie inny od tych, które miałam okazję poznac za swojego dzieciństwa. W końcu tworzę ostatnie wgłębienie w piasku i wkraczam na ścieżkę, raczej nie zbudowana przez wilki, a przez ludzi, jednak to miejsce już dawno zostało przez nich opuszczone lub tylko mi się zdaje, że kiedykolwiek tu byli.
Mijając tak setki kolejnych drzew, choc każde z nich różni się od pozostałych swoim wyglądem, zaczęłam rozglądac się za czymś innym, czymkolwiek, byle nie pniami kolejnych ogromnych drzew zasłaniających niebo. Dostrzegłam coś ciekawego, między roślinami coś się poruszyło. Z początku zignorowałam ten fakt, lecz po chwili "złudzenie" się powtórzyło, a to nieczęsto się zdarza, by przewidzenie powtarzało się dwa razy w ciągu niecałych pięciu minut. Zatrzymałam się w miejscu i zrobiłam dwa niepewne kroki w stronę źródła ruchu oraz dźwięku.
- Werhusio altorquen! - powiedziałam w języku, w którym mówili wszyscy z krainy, w której dorastałam. Po chwili jednak zdałam sobie sprawę z tego, że przecież matka zawsze mi powtarzała, że tylko tam ów język jest znany. NIkt tutaj mnie nie zrozumie. Poprawiłam się więc. - Wyjdź z ukrycia!
<Ktoś?>
Od Emily cd Darknessa
- Kim jesteś? - zapytałam gdy ujrzałam wilka wśród kępy traw.
Wilk odpowiedział patrząc na mnie z lekka dziwnie.
- Uh...Ja jestem od dzisiaj alfą klanu Everything ale mów mi Emily.
Spojrzałam na wilka i czekałam na jego wyjaśnienia lecz on tylko opuścił głowę i jeździł pazurem po ziemi.
- Jak chcesz to możesz mi powiedzieć co cię trapi. Jakbyś miał jakieś wątpliwości to mówię Ci, że i tak nie mam tutaj wielu przyjaciół, którym mogłabym coś powiedzieć- spojrzałam na wilka. Nie wiedziałam czy mi odpowie czy nie. W sumie sama nie wiem czy jakbym była nim to czy bym zaufała osobie, która pojawia się znikąd. Nie- wiem, że napewno bym jej nie zaufała. Nagle zdałam sobię sprawę, że jestem waderą która przełożyła zainteresowanie się problemami wilków nad uczenie się kartki. Nie liczyłam już na odpowiedź, a po chwili sama samoistnie zaczęłam jeździć pazurem po ziemo.
( Darkness? Przepraszam za to opowiadanie pisane na szybko na telefonie. )
Od Emily cd Ao
- Witaj Emily. Masz ochotę wstąpić i napić się herbaty ?
Zdziwiło mnie to trochę ale bez odpowiedzi weszłam. Ukłoniłam się wilczycy po czym kiedy wskazała mi miejsce usiadłam. Rozglądałam się wokoło po jej grocie. Widniały na niej zdjęcia wszystkich alf i rodziny alf Klanu Everything. W ścianie był jednak wbity dodatkowy gwóźdź znajdujący się po zdjęciu Valerii. Nie wiedziałam po co tam jest, aż usłyszałam słowa Valerii :
- Droga Emily. Nie wiem czy mnie zrozumiesz ale jestem młodą waderą, która ciągle szuka przygód. Siedzenie tutaj w jednym miejscu i pilnowanie klanu znudziło mnie. Uważam, że powinnam znaleźć zastępcę...- tutaj wadera urwała patrząc na mnie.
- Myślę, że ty się nadasz i dlatego tu ciebie zaprosiłam. Jutro rano jak zaplanowałam odbędzie się ceremonia koronacji. Dekorację są już wykonywane przez wilki. O nic się nie martw tylko odpowiednio się przygotuj-tu wadera podała mi kartkę na której miałam wypisany cały plan od A do Z.
- Dziękuję bardzo- powiedziałam oszołomiona.
- Nie dziękuj ponieważ od dawna wiedziałam, że będziesz dobrą kandydatką na moją następczynię.- Wadera odprowadziła mnie do drzwi i uścisnęła moją łapę. Wychodząc szybko robiłam serię wdechów i wydechów aby nie stracić przytomności. Aby lepiej wszystko zrozumieć postanowiłam pobiec na szczyt góry między klanami. Kiedy tam dotarłam zauważyłam, że jest tam inny wilk. Wbiegając rozpoznałam w wilku Ao i przywitałam się z nim. Kiedy zapytał co tam w klanie wydawało mi się, że wiedział o moim zostaniu alfą. Postanowiłam się go zapytać :
-Skąd wiesz, że zostałam alfą ?
Wilk uśmiechnął się.
-Pamiętasz jak zaprowadzałaś mnie do Valerii ?
Pokiwałam głową.
- Wtedy ona zaczęła mi opowiadać o losach klanu i o losach całej watahy. Miałem się potem z tobą spotkać aby Ci o wszystkim opowiedzieć. Wiesz przecież, że nie dzieje się tu najlepiej.
- W zasadzie to mało wiem o Wilczych Klanach po okresie wielkiego wybuchu. Jakbyś chciał to mógłbyś mi potem opowiedziedzieć. Jakbym wiedziała więcej byłabym na pewno lepszą alfą.-
Uśmiechnęłam się do niego po czym pobiegłam w dół.
-A no i miło by było jak byś przyszedł jutro na koronację. -
Nie wiedziałam czy wilk mnie usłyszał ale miałam taką nadzieje. Obecność znajomego wilka pomogłaby mi przy przemówieniu.
( Jak chcesz to możesz dokończyć Ao. c: )
poniedziałek, 16 lutego 2015
Od Alka cd An
Po co An miałaby zaraz pędzić do matki? Naprawdę jest tak mało samodzielna, żeby zakasać rękawy i wziąć sprawę w swoje ręce? Cóż, nie będę wnikać, ale co jej mama może zrobić w związku ze zmiechami? Poskarżyć się Alfie? A co ta może zrobić? Pewnie nic. Zawsze tak jest. Władze zajmują się swoimi własnymi sprawami, nie przejmując się dobrem wilków. Skąd to wiem? Byłem bywalcem wielu, naprawdę wielu wilczych społeczności, większych czy mniejszych i wiem jak to jest. Alfa obija dupsko, ciesząc się sławą i potęgą, a tak naprawdę nie robi zupełnie nic w związku z rozwijaniem Klanu, bądź Watahy. Nawet się cofają w rozwoju. Lud umiera, czy to z łap innych wilków, czy z powodu szarpnięcia potwora. A wilki usytuowane najwyżej w hierarchii nawet na to nie spojrzą. A Omegi? Omegi poza tym, iż w trakcie walki wystawiane są na front, mają się całkiem dobrze. Zawsze byłem Omegą, niby tak bardzo potępianym. A w rzeczywistości to ja byłem powodem strachu innych, nie odwrotnie. A czy tutaj tak jest? Mój żywot w tym Klanie nie jest przesadnie długi, i może nie zdążyłem poznać wszystkich wad i zalet tego ustroju demokratycznego, ale przynajmniej tak sądze. Bo jakby nie patrzeć, nie zauważyłem żadnego odzewu od Alf, Bet, czy Gamm odnoście ostatniego wtargnięcia zmiechów, czy jak im tam na tereny. Dlatego na słowa Anuritti, odpowiedziałem „Daruj sobie.” Bo prawda jest taka, że to nie miałoby sensu.
Nim się spostrzegłem, biała sylwetka wilczycy już znikałą za kolejnym drzewem, pokrytym drobnym mchem.
-Hej! Zaczekaj na mnie! - odbiłem się od jeszcze zaszronionej ziemi, aby jak najszybciej znaleźć się przy wilczycy. Mógłbym sobie to odpuścić, wrócić do jaskini, lub coś zjeść – bo nie ukrywam byłem naprawdę głodny, jednak coś mnie za nią ciągnęło. Sprawiało, że czułem się jakoś za nią dopowiedzialny. Albo to tylko dbanie o własne dobro, bo w pojedynkę i w tym stanie zmutowanego wilka raczej nie pokonam. A tak to, zmiech zawsze może ją poczuć na języku.
Tak, to raczej to drugie. Nigdy nie czułem wobec kogoś zobowiązania, i mam szczerą nadzieję że nigdy, niomu nie będę musiał się odpłacać. W pewnym sensie to by była dla mnie kara. Ale to teraz nie ważne.
Szliśmy w kompletnym milczeniu, każdy zatopił się w swoich myślach. Raz na jakichś czas beznamiętną cisze przerywał świergot jakiegoś ptaka, lub poinformowanie o oblodzonej kłodzie. Tak to nie staraliśmy się nawiązać dialogu. Może i dobrze? Chociaż, korciło mnie by zapytać czemu tak bardzo upiera się o to, by o całym zdarzeniu powiedzieć matce. Nie wiem ile szliśmy, wydawało mi się to ciągnącą się wiecznością. W końcu moja towarzyszka gwałtownie i bez ostrzeżenia się zatrzymała, a ja na nią wpadłem, tak że ta potknęła się o wystającą kłodę, a ja nie widząc tego poszedłem dalej i natrafiłem na wysuniętą łapę wilczycy, więc również poleciałem jak długi i wylądowałem w lepiej, błotnistej trawie. Natychmiast się podniosłem, nie chcąc dłużej taplać się w nieprzyjemnej mazi. Otrzepałem się i rozejrzałem po okolicy. Niedaleko dostrzegłem skutecznie ukrytą liśćmi i konarami jaskinie, którą z góry oplatał lianowy baldachim, chroniacy przed wiatrem czy słońcem. Zaciekawiła mnie ta konstrukcja i kiedy już stawiałem pierwszy krok w jej kierunku, usłyszałem za sobą ciche pomrukiwanie. Odwróciłem samą głowę i spojrzałem na leżącą na ziemi, zaplątaną w konary i gałęzie wilczycę. Uniosłem brew i przekrzywiłem łeb.
-I co? Mam Ci pomóc? -zadrwiłem, kręcąc łbem.
-Wiesz, wypadałoby... - odburknęła, zdmuchując grzywkę z pyska. Podeszłem do niej i wyciągnąłem łapę przed siebie. Ta oburzona podniosła na mnie wzrok i fuknęła. Przewróciłem oczami.
-No co?
-Nie, nic - wadera chwyciła moją łapę i podciągnęła się, uwalniając tym samym z roślinnej sieci i szła już poważnym krokiem w stronę groty.
-Czekaj - powiedziałem, odruchowo łapiąc waderę za łapę. Kiedy się zorientowałem co robię, natychmiast ją puściłem, próbując wywołać na pysku wyraz grymasu. Uniosła brwi w geście zapytania. - Co Ci da, że się poskarżysz mamusi? Zmiechy i tak będą tutaj latać - przewróciłem głową, ogarniając całą okolicę i próbując uświadomić waderze na jaką skalę jest problem. Na moją wypowiedź otworzyła lekko usta i zmarszczyła czoło.
-Cóż, nie wiem. Jest tutaj Alfą, na pewno coś wymyśli...-znów zdmuchnęła grzywkę z pyska i podreptała do jaskini. Moje oczy zrobiły się jak spodki. Z wrażenia aż usiadłem.
-Chyba sobie żartujesz. - wydukałem, wlepiając wzrok na jaskinię, raz po raz przenosząc go na Anuritti. Ta cicho zachichotała i również usiadła przede mną, tworząc szeroką lukę pomiedzy nami.
-Naprawdę nie wiedziałeś o tym? - zapytała, jakby to było oczywiste.
-No...-podrapałem się po łbie. - Nie. W takim razie jesteś...też Alfą? - traktowałem ją jak śmiecia, a tutaj okazuję się że sprawuje nade mną władze, jst najwyższa w hierarchi i etykieta każe mi ją wielbić i wychwalać. Wilczyca wyprostowała się i przytaknięciem porwierdziła moje przekonania. Ciężko westchnąłem, trudno będzie mi nagle zmienić stosunek do niej. I czy Alfie wypada zadwać się z Omegą? Chyba że ona też nie wie że jestem pomiotem społeczności. Weszłem powoli za nią do jaskini. Po minięciu progu wejścia, otoczyła mnie ciemność. Nie taka przerażająca, pusta, jednak w pewnym sensie ciepła. Nie było w niej smutku czy niepokoju. Czuło się, że w tym mieszkaniu żyje dobra dusza.
-Witaj mamo. - melodyjny głos Anuritti rozjaśnił mrok. Wtem ktoś zapalił świecę i całe pomieszczenie nabrało blasku. Stałem naprzeciw matki wilczycy.
-Witaj, Anuritti. A to kto to? - zapytała najcieplejszym głosem jaki kiedykolwiek słyszałem. Nagle sobie przypomniałem że to przecież Alfa. Nigdy nie spotykałem się tak oficjalnie z główną głową watahy, więdz nie wiedziałem zbytnio jak mam się zachować. Skłoniłem się lekko, cały czas nawiązując kontakt wzrokowy z ciemną wilczycą.
-Dzień dobry? Alc...Sasha jestem. - w ostatniej chwili przypomniałem sobie że przecież inaczej przedstawiałem się Anuritti i w nadziei że nic nie zauważyła, poprawiłem się. Spojrzałem ukradkiem na moją towarzyszkę, dziwnie się mi przyglądała. Przełknąłem ślinę i wróciłem wzrokiem na Alfę. Były bardzo podobne, może poza kolorem futra. Obie były...piękne. Tak, obie samice odznaczały się niezwykłą urodą.
Przejechałem pazurami po posadzce jaskini, czekając na jakąkolwiek rekację ze strony wader.
(Anuritti? Inka może?)
Od Kiyoteru C.D. Life
- Dobrze - powiedziała wzlatując w niebo. Poleciałem za nią i poprowadziłem do miejsca, gdzie były jaskinie. Pokazałem jej kilka, ale żadna jej się nie spodobała. Kilka jaskiń później już wybrała.
- Skoro masz już jaskinię... tereny może tobie pokażę
- Czemu nie, chętnie obejrzę - odpowiedziała z uśmiechem. Polecieliśmy razem obejrzeć wszystkie tereny klanu powietrza. Trwało to kilka godzin, więc już się ściemniało. Gdy wróciliśmy, dałem jej coś na kolację. Gdy zjadła, każdy z nas wrócił do swojej jaskini.
Life?
niedziela, 15 lutego 2015
od An cd Alcirii
- Skoro podali nam lekarstwo, to myślę, że droga dla nas wolna. - odpowiedziałam, odprowadzając wzrokiem pielęgniarkę znikającą za filarem.
- W takim razie, dlaczego do tej pory tu siedzimy? - spytał z irytacją, podnosząc się na przednich łapach.
- Może dlatego, że pilnują nas pielęgniarki? - rzekłam, jakby to miało być oczywiste - nie wpadłeś na to?
Basior przygryzł wargę.
- Skoro tak, to zmywajmy się stąd - powiedział niecierpliwie.
Wychyliłam się za słomkowej zasłonki i obrzuciłam wzrokiem najbliższy korytarz. Mieliśmy dwa wyjścia - albo uciekać teraz i skazać się na niechybną pogoń w roli zbiegów, albo poczekać grzecznie w łóżeczkach na pozwolenie od lekarek.
- Idziemy - spojrzałam porozumiewawczo za basiora i pociągnęłam stanowczo za łapę. Rudy poprzedzając mnie w działaniach ruszył szaleńczym biegiem, zręcznie przeskakując legowiska usłane mchem i skórą. Westchnęłam tylko i pobiegłam za nim, słysząc już przeraźliwe krzyki pielęgniarek w tyle. W końcu wydostaliśmy się na zewnątrz. Biegliśmy przez jeszcze dobre kilka minut. Nie wiem czy z powodu goniących nas wader, czy może po prostu dla upustu energii. Rudy zatrzymał się dopiero przy dużym dębie, który zresztą stał nieopodal mojej jaskini. Szybko dorównałam mu równego spacerku, wypełniając płuca świeżym powietrzem do ostatniego milimetra.
- Na czym skończyliśmy naszą wycieczkę krajoznawczą? - zwróciłam się do samca, patrząc na niego znacząco. Ten uniósł na mnie rudy łeb.
- Kładka? - rzucił beznamiętnym tonem i ponownie zawiesił wzrok w przestrzeń przed siebie. - zimna woda, krew na śniegu, powolny spacer w lesie, zmiechy, szpital. To wszystko, co pamiętam.
Uniosłam lekko brwi.
- No właśnie, zmiechy... - mruknęłam, przywołując swój mózg do porządku. Całkowicie o tym zapomniałam. Co dziwne, bo właśnie przez te obrzydzające stworzenia spędziliśmy kilka ostatnich dni w szpitalu. Spojrzałam na swoje łapy - Miałam powiedzieć o tym matce.
- Daruj sobie. - mruknął samiec, pierwszy raz wypowiadając jakieś słowa z własnej inicjatywy.
- Słucham? - uniosłam brwi w zdziwieniu, zatrzymując się w miejscu.
- Daruj sobie. - powtórzył wolniej i zarazem dobitnie, spoglądając na mnie nic nie wyrażającym spojrzeniem.
- To co powiedziałeś, nie miało najmniejszego sensu. - ruszyłam wolnym krokiem.
- Bo? - podniósł na mnie lekceważący wzrok.
- Bo nie mogę darować sobie, gdy chodzi o życie innych - odpowiedziałam, czując coraz większe napięcie w rozmowie.
- Życie? - kolejne słowo wypowiedziane tonem głupca padło w moją stronę. Wilk wypowiadał się tak krótko, a tak irytująco.
- Czy ty nie rozumiesz, że zmiechy nie mają sumienia? - ponownie stanęłam w miejscu i wysłałam lodowate spojrzenie Rudemu - chcesz przeżyć to jeszcze raz, by to do ciebie dotarło?
- Nie, dzięki.
Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Nie rozumiał, czy nie chciał zrozumieć? Irytowało mnie do samego szpiku jego zachowanie. Ignoranckie, egoistyczne i obojętne. Zachowywał się istota, której całkiem nic nie obchodzi. Nawet on sam. Wydawało się, że dla niego nic nie ma znaczenia.
Zapewne myślałam zbyt pochopnie. Znam go od tygodnia, może trochę więcej. Miałam wrażenie, że to chyba jednak za mało na ocenienie kogokolwiek. Nawet tego, którego usposobienie do świata można stwierdzić po kilku godzinach.
Jednak mimo tych wszystkich złych stron samca, coś mnie przy nim trzymało. Najbardziej zagadkowe były jego błękitne oczy. Obojętne spojrzenie, którym mnie teraz przeszywał, wprawiało mnie w irytację, a zarazem intrygowało.
- To ja pójdę. - rzuciłam krótko i obróciłam się na pięcie. Nie spojrzałam nawet na jego pysk, który w tym momencie wyrażał pewnie lekceważącą pustkę. Ruszyłam pośpiesznym krokiem przed siebie, a gdy znalazłam się za granicą drzew, puściłam się biegiem wgłąb lasu.
<Rudzielcu?>
od Alcirii cd Anuritti
-Co to jest? - przysiadłem na posłaniu, nie chcąc ponownie szarpać się z członkiem obsługi. Powiedziałem to dość...niegrzecznie, za co wadera posłała mi gorzkie spojrzenie, nadal jednak zachowując promienny wyraz pyska. To było trochę przerażające, więc automatycznie trochę się odsunąłem.
-Pewien specyfik, Anuritti zleciła to tobie podać, uśmierzy ci ból a i rany szybciej się zagoją. - Chciała chwycić moją łapę, lecz machinalnie zeskoczyłem z leża.
-Ale ja tego nie potrzebuję. - wysyczałem, próbując zachować spokój. Poczułem się zagrożony.
-Twoja kończyna jest w fatalnym stanie...-mruknęła An.
-To prawda, a to ci pomoże! -zachęciła pielęgniarka. Ale nie działały na mnie ani słodkie słowa wadery, ani zachęcające gesty towarzyszki. Rzuciłem niespokojne spojrzenie na wyjście z lecznicy. Nie potrzebnie.
Medyczka już wiedziała co chcę zrobić.
-Nawet nie próbuj...- szepnęła i zdecydowanym krokiem do mnie podeszła. Ja z tą samą chwilą zrobiłem krok w tył, żeby być bliżej wylotu z groty.
-Liczę do pięciu. - warknęła ciemna samica. Przekręciłem łeb i z uśmiechem odgryzłem się.
-A ja do dwóch. - mrugnąłem do niej i już leciałem w kierunku wyjścia. Minąłem zaskoczone lekarki, przeskoczyłem nad stosem koców i znalazłem się na zewnątrz. Wciągnąłem w płuca świeże, wiosenne powietrze i robiąc kolejny krok, zakręciło mi się nagle w głowie. Siedząc cały czas w dusznym pomieszczeniu, wdychając napary z ziółek, nagła dawka świeżego powietrza nie była korzystna. Wtenczas samica o hebanowym futrze zdołała mnie dogonić.
-Teraz pójdziesz ze mną. - zacząłem się szarpać, jednak byłem osłabiony, a i łapa zaczęła się odzywać piekącym bólem, więc lekarka nie miała żadnych trudności z zaciągnięciem mnie do mojego pokoju. Tam podała mi "tajemniczy specyfik o magicznych zdolnościach" z widoczną dawką czegoś na uspokojenie, bo poczułem dziwne znużenie. Zadowolona samica odeszła, a ja zniechęcony położyłem się na łóżku. Anuritti przysiadła obok mnie.
-Mam tego dość. Dłużej tego nie wytrzymam! Czuję się znakomicie, Tobie też nic nie ma. Nie możemy iść już? - zaskamlałem, błagalnie patrząc na waderę.
(Anuritti? przepraszam za czas czekania i za całe opowiadani D: Jest w sumie nudne, wystarczy przeczytać tylko końcówkę żeby wiedzieć o co chodzi, aloha.)
Od Ao CD Emily
~
Stałem na najwyższym szczycie w Klanie Wody, bez żadnego wzruszenia spoglądając w dół. Z tego co słyszałem, nową Alfą Klanu Everything została wadera, która poznałem będąc tam ostatnim razem. No nieźle, na pierwszy rzut oka, nie wydawała się taka ''ważna''. Jak widać nawet ja się czasem mylę. Szybko opuściłem góry i pomknąłem w stronę Klanu Everything. W imieniu Alfy mógłbym sobie pooglądać jak nasza sojuszniczka sprawuje władzę. Bez trudu odnalazłem jaskinię nowej Alfy i bez zaproszenia wszedłem do środka. Niestety wadery nie było w środku, nie będę siedział tutaj aż ona wróci, wolę ją poszukać. Wyszedłem na zewnątrz, dopiero teraz przypatrując się tutejszej roślinności. No całkiem ładnie tutaj było, tak troszkę inaczej.
-Co ty tutaj robisz? - usłyszałem znajomy mi głos
Odwróciłem się w stronę Emily i uśmiechnąłem się szeroko.
-Przyszedłem sobie popatrzeć, jak sprawujesz się jako Alfa. Wiesz takie sprawy dotyczące... sojuszu?
-Rozumiem - powiedziała cicho
-Jak tam w Klanie? - zapytałem
(Emily?)
Od Saion`a
Zostawiła mnie samego z całym klanem.
Nie wiem , czy teraz kogoś pokocham.
Moje uczucia są kruche a serce już drugi raz złamane.
Każdy boi się mojego wtglądu i przede wszystkim charakteru.
Tylko ona rozumiała moje problemy, uczucia.
Siedziałem na skale a w moich oczach narodził się żal i gniew.
Bez żadnego pożegnania odeszła, a ja nie miałem siły jej szukać.
Położyłem się i wpatrywałem w jezioro które kiedyś było moim i jej miejscem spotkań.
To tu wyznałem jej miłość.
A teraz jej nie ma.
Moje serce rozpruło się chyba nieuleczalnie.
Ktoś pomoże biednemu Saionowi? :(