poniedziałek, 3 lipca 2017

Od Lothiena

 - A więc te pogłoski to prawda? Kazu umarł? Biedny Lothien... teraz to on będzie musiał opuścić dom - dwie wadery szeptały między sobą mając nadzieję, że nikt nie usłyszy ich rozmowy.
Niestety ktoś ją usłyszał i tym szczęśliwcem byłem ja. Oczywiście wiedziałem już o tym wszystkim i byłem tego świadom. Było mi teraz ciężko, ponieważ od urodzenia czułem się bezpieczny jako ten trzeci... znaczy no, miałem jeszcze dwie starsze siostry ale to się nie liczyło, nie wliczały się nawet w tę chorą tradycję. Najlepiej z nas wszystkich miał Fido, on od zawsze wiedział, że zostanie Alfą... gorzej było ze mną i Kazu, chociaż Kazu miał najgorzej... jako ten drugi od zawsze wiedział, że któregoś dnia będzie musiał odejść. Może gdybym nie był trzeci a czwarty? Może wtedy miałbym jakąś szansę żeby tutaj zostać? Zewnętrzny świat przerażał każdego z nas, wilki bez mocy, bądź te z mocą nie odróżniające się zbyt wiele od najzwyczajniejszych kundli.
 Plotki na temat tego co znajdywało się poza obrębem naszej watahy pozostawały w wielu przypadkach nierozstrzygnięte. Wiadomo tylko tyle, że nie byliśmy akceptowani... dla nich byliśmy kimś w rodzaju odmieńców, dodatkowe łapy, ogony... Fido, mój starszy brat miał dwie pary skrzydeł, co wyglądało niesamowicie. Nie rozumiałem jak komuś mogłoby się to nie spodobać, albo co gorsza, spowodować obrzydzenie.
 Ze swojego ogromnego zamyślenia wytrąciły mnie odchodzące wadery, nie chciałem zostać zauważony. Szybko przemknąłem pomiędzy kamieniami po chwili wbiegając do lasu. To był mój ostatni dzień, a właściwie to noc w moich rodzinnych stronach. Nie wiem czemu, ale jakoś ta noc nie mogła zostać przeze mnie przespana. W prawdzie powinienem zbierać siły na nadchodzącą podróż, ale chyba nadal nie mogłem się z tym wszystkim pogodzić. Kiedy po chwili dotarłem na malutką polankę, poczułem ogromną pustkę, zawsze było tutaj pełno wilków. Poczułem właśnie przedsmak tego, jak od tej pory będzie wyglądało moje życie.
- Lothien? - usłyszałem delikatny głos za sobą.
Odwróciłem się powoli napotykając szafirowe spojrzenie swojej białej jak śnieg przyjaciółki. Diana widząc mnie cicho załkała po czym podbiegła wtulając się w moje futro.
 - Co Ty tutaj robisz? - zapytałem zdziwiony
 - Nie mogłam spać - powiedziała po chwili kiedy już troszkę się uspokoiła. - A ty?
 - Podobnie - uśmiechnąłem się po czym usiadłem na trawie.
 - Musisz to robić? - stanęła przede mną, nie wyglądała jakby przed chwilą płakała. Znowu przybrała ten swój zdeterminowany wyraz pyska oraz emanowała z niej dawna, zadziorna Diana. - Tak naprawdę nie Tobie było to pisane, nie jesteś przygotowany...
 - Taka jest tradycja Diana - przeturlałem się na plecy spoglądając w gwiazdy. To takie przykre, że właśnie oglądam je po raz ostatni z tego miejsca.
 - Wrócisz tu kiedyś? - zapytała kładąc się obok mnie.
 - Przecież wiesz, że to nie jest możliwe.
~
 Odbiłem się od ziemi kontynuując szalony pościg za skrzydlatym wilkiem. Nie był to lot, raczej szybowanie, ponieważ rozszalały wiatr na to nie pozwalał. Miałem jednak przewagę, z pomocą dodatkowej pary łap lepiej odbijałem się, a lotki znajdujące się na moich łapach sprawiały, że prześlizgiwałem się znacznie szybciej niż on. W przeciągu minuty skróciłem swoją odległość do basiora o połowę, a kiedy minęła kolejna minuta wylądowałem na jego grzbiecie, zwalając go z łap. Przeturlaliśmy się po ziemi, unosząc jeszcze bardziej pył w górę. Przez chwilę się tak siłowaliśmy, aż wreszcie basior czując swoją przegraną zostawił to co mi ukradł i zaczął uciekać. Prędko złapałem w pysk sarnią nogę i zacząłem ją pałaszować. Nie miałem nic w pysku od dwóch... może trzech dni, sam nie wiem. A kiedy w końcu udało mi się coś złapać, jakaś zgraja wilków napadła mnie i rozkradła całe jedzenie, więc najrozsądniej było pobiec za tym najsłabszym.
 Nie minęło pięć minut, kiedy noga sarny była teraz tylko i wyłącznie białą kostką. Spojrzałem w górę mrużąc oczy, przez ten piach nic nie widziałem.
 Już miałem zrobić kroczek do przodu kiedy nagle jakaś czarna kula futra skoczyła na mnie, wgryzając się w mój kark. Mimowolnie pisnąłem i przetoczyłem się w bok. Przez chwilę wszędzie wokół latały jego oraz moje pióra. Kiedy w końcu udało mi się jakoś oswobodzić spod jego ciężaru, uskoczyłem w bok a moje skrzydła zapłonęły. Nienawidziłem przemocy, jednak nie zamierzałem też zginąć, dlatego też na chwilę ustąpiłem z dalszym atakowaniem, obserwując co mój przeciwnik zamierza właśnie zrobić. Nie wyglądał na przyjaźnie nastawionego wilka.

(Darkness?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz