Bardzo się martwiłem o moją drogą Demanii. Na szczęście pokonaliśmy Fenrira, lecz Desoto i Demanii mieli głębokie i bardzo krwawiące rany. Razem z Nicklaes’em i Taravią mieliśmy tylko lekkie rany i kilka mało groźnych głębszych. Kiedy wróciłem do mojej jaskini od razu zrobiłem dużo maści na ten morderczy jad. Miałem głębokie rany na skrzydłach i na lewym boku, które od razu zatamowałem z krwawienia i zabandażowałem porządnie. Kiedy już mogłem spokojnie wyjść z jaskini udało mi się znaleźć bardzo silne zioło, które zabrałem do jaskini zmieniłem w coś w stylu syropu, lecz o bardzo mocnym i szybkim działaniu. Po jego podaniu wilk prawie od razu pozbywał się całego jadu z organizmu, niestety pozbywał się go tylko i wyłącznie poprzez wymioty, a jego rany goiły się z dnia na dzień coraz szybciej. Zapewne niektóre wilki użyłyby go na sobie, lecz ja wolałem go podarować Desoto i Demanii. Udało mi się zrobić bardzo dużo tego syropu, więc na spokojnie starczyło dla nich obydwu. Postanowiłem go od razu zanieś do szpitala. Jak zwykle nie byłem tam zbyt mile widziany. Nie dziwie się im znała mnie tylko trochę bliżej Reneesmee i Demanii. Kiedy tylko tam wszedłem od razu przywitały mnie wrogie spojrzenia wilków. Po jakimś czasie znalazłem Reneesmee i wręczyłem jej fiolkę z lekarstwem dla Desoto i poinformowałem ją jak jego organizm powinien zareagować na ten lek; natomiast co do lekarstwa Demanii to we własnej osobie chciałem jej go podać i przy okazji móc ją jeszcze raz zobaczyć. Kiedy już wszedłem do jej jaskini zauważyłem, że uroczo spała i na moje przyjście się zbudziła.
- Obudziłem Cię? - zapytałem cicho i zbliżyłem się do niej
- Trochę, ale to nic. Cieszę się że przyszedłeś - odpowiedziała cichym zachrypianym głosem
- Cii… nie mów nic musisz się oszczędzać po tej walce - powiedziałem i uciszyłem ją delikatnie, po czym dodałem - przyniosłem lek, który powinien Ci pomóc, ale ostrzegam Cię, że będziesz po nim wymiotować
- A na pewno mi pomoże? - zapytała bardzo cichym szeptem
- Czy byłbym wstanie przynieść Ci coś co Ci nie pomoże? - zapytałem z ciepłym uśmiechem, a ona odwzajemniła uśmiech
Spróbowała się delikatnie podnieść z łóżka, aby wziąć lekarstwo, a ja jej w tym pomogłem. Była bardzo słaba; bardzo się o nią martwiłem i miałem nadzieję, że szybko wyzdrowieje. Kiedy już wypiła całe lekarstwo od razu przewróciła się na drugi bok i zwymiotowała do jakieś miski, która stała nie daleko. Po chwili z powrotem odwróciła się w moją stronę i spojrzała na mnie wyraźnie zmęczona.
- Teraz się prześpij, lek ten usunie cały jad z twojego organizmu zanim się obudzisz - powiedziałem cicho i uśmiechnąłem się ciepło
- A będziesz tutaj, kiedy się obudzę? - zapytała szeptem i przysunęła pyszczek bliżej mnie
- Tak, będę obiecuję - odparłem równie cicho i delikatnie ją przytuliłem
Po raz ostatni lekko się do mnie uśmiechnęła, po czym uroczo ziewnęła i zasnęła. Posprzątałem ten okropny jad, po czym wróciłem na chwilę do mojego klanu. Chciałem coś dla niej przygotować, aby się trochę lepiej poczuła. Wtedy przypomniało mi się, że nie zdążyła odebrać swojego prezentu z pod choinki podczas Wilczych Mikołajek. Postanowiłem go zabrać dla niej. Ciężko było go znaleźć w mojej oziębłej jaskini. Po długim czasie wreszcie go znalazłem. Był nawet w dobrym stanie tylko musiałem go wypolerować na nowo. Kiedy już to zrobiłem udałem się z prezentem dla mojej drogiej Demanii do Klanu Wody. Znowu nie udało mi się wejść tam bez tego nie miłego spojrzenia innych wilków. Okazało się, że się nie spóźniłem, ponieważ Demanii jeszcze spała. Usiadłem przy niej i czekałem, aż się obudzi. Muszę przyznać, że się zdrzemnąłem z pyskiem na jej łóżku. Obudził mnie jej cichy śmiech. Otworzyłam oczy, a ku mojemu spojrzeniu ukazała się rozbawiona Demanii.
- Przepraszam, że się zdrzemnąłem to tak niechcący - przeprosiłem dochodząc do siebie
- Nic się nie stało, po prostu wyglądasz… hmm… ciekawie kiedy śpisz - zaśmiała się i trąciła mnie pyszczkiem
- Widzę, że już się lepiej czujesz - także się zaśmiałem i oparłem się łapami o jej łóżko
- A lepiej, nawet dużo lepiej - zaśmiała i rozciągła się na łóżku, po czym spojrzała na mnie i dopowiedziała - Zefir, a kiedy będę mogła stąd wyjść? - zapytała uroczo
- Zapewne za jakieś kilka dni… - powiedziałem w zamyśleniu
- Ehh… - warknęła cicho, po czym schowała się pod koc i coś powiedziała pod nosem
- Co takiego Demanii? - zapytałem odsłaniając ją delikatnie spod koca
- A będziesz mnie odwiedzał? - zapytała
- Najchętniej to bym tutaj cały czas z tobą siedział, ale niestety nie jestem tutaj mile widziany i w dodatku muszę być na warcie też trochę czasu - przyznałem i położyłem łeb obok niej, a ona uśmiechnęła się
- Nudno tutaj - powiedziała i znowu schowała się pod koc
- Ale tak szczerze to coś czuje, że jeżeli tak będziesz rozrabiać to wyjdziesz stąd dużo prędzej - zaśmiałem się
Wadera usiadła na łóżku, a ja oparłem się łapami o nie i patrzyłem na nią. Zauważyłem, że dojrzała moje rany i bandaże.
- Zefir, a ty czemu nie leżysz w szpitalu? Przecież widzę jakie masz rany - powiedziała i przejechała łapą po moich bandaż na lewym boku.
- To nic takiego, ty masz dużo poważniejsze rany - powiedziałem
Nic nie odpowiedziała tylko uśmiechnęła się do mnie ciepło i wylizała moją ranę na pysku. Odwzajemniłem uśmiech i delikatnie ją przytuliłem. Dużo czasu potem rozmawialiśmy i śmialiśmy się, aż mnie nie wyrzucili ze szpitala. Mogłem przyjść do niej z samego rana następnego dnia. Resztę dnia spędziłem na warcie i na myśleniu o waderze. Miałem nadzieję, że już niedługo będzie mogła wyjść ze szpitala i przejść się gdzieś ze mną. Kiedy już wróciłem do mojej jaskini położyłem się i zasnąłem po paru godzinach. Znowu śniłem o mojej kochanej Demanii. Nie spałem długo, bo tylko coś koło dwóch godzin. Kiedy już wstałem wyjrzałem przed jaskinię; wszędzie było biało i zimno. Zastanawiałem się gdzie byśmy mogli pójść, gdy wadera wyjdzie już na świeże powietrze. Do mojej jaskini nie ma szans żebyśmy przyszli bo było w niej zimniej niż na dworze. Usiadłem w wejściu i patrzyłem w zgrabnie tańczące na wietrze płatki śniegu. Postanowiłem się trochę przejść, bo do wschodu słońca było jeszcze mnóstwo czasu. Cały niegdyś spalony promieniami gorącego słońca Klan Ognia teraz był biały i zmrożony lodem. Jedynym miejscem gdzie nie było śniegu, a natomiast była spalona ziemia i gorące kamienie były tereny nieopodal wulkanu, z którego jak zawsze wydobywały się małe, pojedyncze smugi dymu. U jego podnóża znajdowało się kilka jaskini, a raczej grot. Postanowiłem do jednej z nich wejść. Groty te nie były zbyt duże przeważnie wyglądały na szerokie pęknięcia w ziemi przez które wchodziło się do środka. Dalej był wąski, lecz krótki korytarz. A na samym końcu, jak się okazało, znajdowało się coś w stylu małego jeziorka. Woda była w nim ciepła i pływały w niej różnokolorowe i różnorakie ryby i stworzenia morskie. Ściany i całe dno tego jeziorka okrywały piękne i rozłożyste rafy koralowe. Można było tam spokojnie pływać i nurkować wśród pływając ryb. Właśnie tam chciałem zaprowadzić Demanii, kiedy już wyjdzie ze szpitala. Niestety nie wiedziałem dokładnie kiedy moja droga przyjaciółka tam ze mną przyjdzie, więc postanowiłem już wtedy przygotować grotę na jej przyjście. Ściany były tam już pokryte bluszczem i mchem, więc tylko gdzieniegdzie wpinałem w liście i łodygi ulubione kwiaty wadery czyli mocno czerwone róże; kwiaty te były już uschnięte przez co wydawały z siebie piękny kwiecisty aromat. Wrzuciłem do wody trochę kamieni, które znalazłem, kiedyś nieopodal wulkanu. Kamienie te świeciły lekką złocista łuną tak samo jak robią to pierwsze promienie słońca o wschodzie. Spadły one w szczeliny między skałami i koralami tworząc coś czego nie da się wręcz opisać słowami. Spróbujcie to sobie wyobrazić. Na takie niezwykłe i piękne zjawiska dosłownie brakuje słów. Poszedłem jeszcze zapolować na jakąś porządną kolacje. Wróciłem w tamto miejsce z nawet niezłą kolacją dla nas obojgu. Cały czas chudłem; nie zjadłem nic odkąd Demanii znikła z tych terenów. Wróciłem jeszcze raz do mojej jaskini i zabrałem ze sobą naszyjnik, który miałem jej podarować na mikołajki, lecz jednak nie zdążyła go zabrać. Kiedy wszystko było już gotowe okazało się, że niedługo będzie słońce będzie wstawać. Od razu ruszyłem w stronę Klanu Wody. Na szczęście mogłem już zdjąć bandaże ze skrzydeł i lewego boku, gdyż rany już nie krwawiły, lecz nadal były głębokie i jasno czerwone. Moje żebra były już bardzo widoczne, jednak mi to nie przeszkadzało. Jak zwykle w szpitalu nikt mnie nie chciał widzieć. No cóż tak już chyba musi być. Od razu udałem się do wadery. Reneesmee u niej była i rozmawiały. Stanąłem w wejściu i już chciałem się zawrócić, gdy zauważyła mnie Demanii.
- Zefir wejdź - powiedziała i uśmiechnęła się, a w tym samym momencie ku mnie zwróciła swój wzrok Reneesmee
- Nie będę przeszkadzać? - zapytałem podchodzą trochę bliżej nich
- Nie właśnie wychodzę - odpowiedziała Reneesmee i wyszła, a ja zbliżyłem się do wadery
- I jak tam z tobą? - uśmiechnąłem się do niej
- Dobrze, dzisiaj wychodzę - uśmiechnęła się szeroko i usiadła na łóżku
- To świetnie, a wiesz może o której dokładnie? - zapytałem
- Za chwilę, kiedy Reneesmee uporządkuje już wszystkie papiery co do mnie - odpowiedziała i jeszcze raz się uśmiechnęła, po czym przesunęła się i łapą wskazała na miejsce obok niej i dodała - Siadaj - uśmiechnęła się przyjacielsko
-Hmm… to co będziemy robić, kiedy już wyjdziesz? - dopytywałem się i posłusznie usiadłem na wskazanym przez nią miejscu
- Chciałabym najpierw iść do mojej jaskini, a potem to się zobaczy - powiedziała zamyślona
- Szczerze… to mam nawet pomysł co do tego „potem” - powiedziałem z uśmiechem, gdy nagle do jaskini weszła Reneesmee
- Już wszystko załatwione - powiedziała i wyszła
- To jak idziemy? - zapytałem schodząc z łóżka
- Ja idę nie wiem jak ty - powiedziała patrząc na moje poranione skrzydła
- Uwierz mi to nic takiego - uśmiechnąłem się do niej i razem wyszliśmy ze szpitala
Szczerze… muszę przyznać, że to dziwne uczucie, kiedy tak szedłem z Demanii u boku przy tych wszystkich wilkach. Wszyscy patrzyli na mnie jakbym był człowiekiem lub nawet czymś gorszym, a wadera była przez wszystkich mile witana. Na szczęście już po chwili oddaliśmy się od nich i mogłem na spokojnie porozmawiać z waderą. Udaliśmy się do jej jaskini. Przez ten czas kiedy Demanii była porwana przez Fenrira zalęgło się tam mnóstwo małych owadów i ptaków. Pomogłem jej wszystkie zwierzęta powyganiać i posprzątać. Kiedy po kilku godzinach cała jaskini była jak nowa razem udaliśmy się na spacer po terenach Klanu Wody. Stanąłem obok niej i właśnie wtedy zauważyła moje żebra.
- Zefir co Ci się stało? - zapytała patrząc na mnie zdziwiona
- Nic takiego, po prostu schudłem trochę odkąd zniknęłaś - powiedziałem i ja delikatnie przytuliłem
- Jadłeś coś odkąd mnie porwano? - zapytała nadal niedowierzając
- Nie. Nie mogłem nic zjeść w spokoju bo cały czas myślałem czy nic Ci nie jest - powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej ciepło, po czym dodałem - Nie martw się, dojdę niedługo do siebie
- Mam nadzieje - powiedziała już spokojniej i odwzajemniła uśmiech
Poszliśmy na łąkę. Wszędzie było pełno śniegu. Wadera spokojnie szła przez śnieg, a ja próbowałem pod własnym ciężarem nie utopić się w tym białym puchu. W pewnym momencie pośliznąłem się na lodzie, który znajdował się po śniegiem. Demanii zaczęła się głośno śmiać. Podniosłem się szybko i od razu skoczyłem na waderę. Znajdowaliśmy się wtedy na jakieś niewielkiej górce, więc kiedy na nią skoczyłem to razem sturlaliśmy się na sam dół. Wadera wylądowała pode mną. Położyłem się na niej spokojnie i patrzyłem na nią. Lekko się zarumieniła i zasłoniła pyszczek łapami.
- Chwila… Czy ty się rumieni… - nie dokończyłem bo dostałem śnieżką w oczy
Od razu się podniosłem, ale kiedy już widziałem cokolwiek znowu dostałem śnieżką, a raczej ostrzałem śnieżek. Po chwili wykopałem się na powierzchnie i otrzepałem się ze śniegu. Wadera rzuciła śnieżką (niestety potem poczułem, że była z kamieniem) w mój zraniony bok. Od razu się przewróciłem, lecz starałem się nie pokazywać bólu. Wadera myślała, że jestem cały i skoczyła na mnie.
- Co teraz zrobisz? - zapytała śmiejąc się
Nie odpowiedziałem to przyłożyłem skrzydło do mojego boku, aby nie zobaczyła krwi.
- Hmm? Co zrobisz? - dalej śmiała się wadera
- To! - zaśmiałem się i wstałem równocześnie zrzucając ją ze mnie
Chciałem na nią skoczyć, ale moja rana nie dość że prawie zamrożona od zimna śniegu teraz od ciosu zaczęła także krwawić. Normalnie pewnie bym tego prawie nie czuł, lecz jako to że jestem wilkiem ognia moje ciało nie za bardzo przepada za takim mocnym mrozem. Ból był bardzo silny, lecz nie chciałem tego ukazać waderze, więc cały czas się uśmiechałem. Po chwili wadera się podniosła i rzuciła we mnie po raz kolejny śnieżką w oczy. Nie mogłem się ruszyć; moje łapy tonęły w śniegu, rana krwawiła coraz mocnej, a moje oczy były całe obolałe od śniegu. Wadera odbiegła kawałek za mnie. Szła prawie, że po moich śladach. Wtedy zobaczyła śnieg gdzie leżałem, kiedy we mnie trafiła. Było tam trochę krwi i leżał tam także kamień był cały czas w niektórych miejscach okryty śniegiem, lecz był cały do krwi. Demanii szybko do mnie wróciła. Przetarła mi oczy od śniegu, po czym delikatnie odsunęła moje skrzydło od rany, a ja zawarczałem cicho z bólu.
- Zefir… - wydukała szeptem patrząc na moją ranę - przepraszam ja… ja nie wiedziałam - wyszeptała, a jej oczy się zaszkliły od łez
- Nie płacz, to nie twoja wina. Przecież nie zrobiłaś tego specjalnie - powiedziałem i przykryłem moją ranę z powrotem, po czym delikatnie ją przytuliłem
Rozpłakała się i wtuliła w moje futro. Ból powoli przeszywał całe moje ciało, a ja nie miałem siły już dłużej ustać. Padłem na śnieg, lecz cały czas trzymałem łeb na ramieniu wadery.
- Bardzo Cię przepraszam - wyszeptała przez łzy, po czym położyła się obok mnie i wtuliła się we mnie nadal płacząc
- Cii… już spokojnie. Wszystko będzie dobrze - wyszeptałem i pocieszyłem ją
Po dłuższej chwili uspokoiła się i wstała. Ja jednak z bólu nie byłem w stanie tego zrobić. Delikatnie pomogła mi się podnieść, po czym przeteleportowała nas do mojej jaskini. Szybko złapałem za kilka maści i bandaży, po czym od razu położyłem się na zdrowym boku i spróbowałem zatamować krew. Nie mogłem dać sobie rady. Cały czas czułem na sobie smutne spojrzenie Demanii. Nie chciałem się przed nią znowu zbłaźnić, więc jakimś cudem zebrałem w sobie siły i podniosłem się. Udało mi się samemu zatamować krew i zabandażować ranę. Położyłem się na legowisku i wziąłem głęboki oddech aby się uspokoić.
- Zefir przepraszam - powiedziała wadera i położyła się blisko mnie
- Już Ci mówiłem to nie twoja wina. Zaraz poczuję się lepiej i dalej będziemy się śmiać na dworze - odparłem z uśmiechem
Wadera na nowo się rozpłakała i wtuliła w moje futro. Delikatnie wytarłem jej łzy, a ona uśmiechnęła się ciepło i odetchnęła z ulgą. Od razu lepiej się poczułem, kiedy tylko na jej pyszczku znowu zawitał uśmiech. Wadera delikatnie gładziła łapą moje wychudzone żebra, a ja otuliłem ją moimi skrzydłami.
- Już mi lepiej - powiedziałem uśmiechając się
- Naprawdę? - upewniła się wadera
- Naprawdę - odparłem i wstałem
Rozpaliłem ognisko i usiedliśmy obok niego. Wysiedzieliśmy tak rozmawiając chyba tylko godzinę, bo potem wadera zaczęła się trząść z zimna. Powoli zbliżał się wieczór.
- Może przejdziemy się gdzieś zamiast tu tak zamarzać? - zaproponowałem
- Z chęcią - odparła dygocząc
Dzięki niej moja rana przestała tak krwawić i mogłem już zdjąć bandaż. Wyszliśmy z jaskini. W moim klanie było trochę cieplej niż tam i tutaj nie było aż tyle śniegu, więc się nie topiłem. Po drodze znowu skoczyłem na waderę. Kiedy już leżała pode mną uśmiechnąłem się do niej trochę łobuzersko i zacząłem ją łaskotać. Nasze śmiechy było słychać w całym klanie. Cieszyłem się, że Demanii jest już blisko mnie. Po dłuższej chwili przestałem ją łaskotać, a ona odegrała się i skoczyła na mnie po czym zaczęła mnie łaskotać. Byłem od niej silniejszy, więc po chwili byłem już na nogach i ją goniłem. Uciekała dosyć szybko, więc schowałem się za jakąś małą górką ze śniegu. Kiedy zauważyła, że zniknąłem zaczęła się wracać, aż powoli podchodziła w moją stronę.
- Zefir! Gdzie jesteś? To nie jest śmieszne - wołała i rozglądała się
W tym momencie wyskoczyłem zza górki prosto na nią.
- Och ty! - wkurzyła się lekko i wysmarowała mi łeb śniegiem
Otrzepałem się ze śniegu cały czas nad nią stojąc i zaśmiałem się.
- Nie tym razem Demanii - uśmiechnąłem się do niej patrząc sprytnie
- Zefir… - powiedziała lekko poirytowana i próbowała się wydostać spode mnie
- Muszę przyznać, że wyglądasz całkiem ładnie kiedy jesteś zła - droczyłem się z nią i delikatnie usiadłem na jej brzuchu żeby mi się nie wywinęła
- Czyli tak jak ty kiedy śpisz? - zaśmiała się
- Oj… pożałujesz tego - także zaśmiałem się i rzuciłem w nią śnieżką
Po chwili rozpoczęła się walka na śnieżki i oczywiście skończyła się tak jak zwykle, czyli musiałem wykopywać się spod góry śnieżek wadery. Kiedy już otrzepaliśmy się ze śniegu ruszyliśmy na dalszy spacer. Kiedy słońce zaczynało już powoli zachodzić zaprowadziłem waderę pod wulkan.
- Co my tutaj robimy? - zapytała rozglądając się
- Przygotowałem coś dla ciebie - odpowiedziałem z uśmiechem
Powoli weszliśmy do tamtej groty, lecz widziałem, że wadera niechętnie za mną podąża. Po chwili byliśmy w grocie. Teraz wyglądało tam jeszcze piękniej. Przez małe wejście do środka wpadały promienie zachodzącego słońca. Lekko chuchnąłem ogniem na jedzenie, aby było ciepłe.
- Kolacje podano - powiedziałem z uśmiechem i ukłoniłem się jej nisko
Od razu usiedliśmy do jedzenia. Cały czas podczas kolacji rozmawialiśmy i uśmiechaliśmy się do siebie. Kiedy skończyliśmy jeść położyliśmy się i odpoczywaliśmy.
- Jak tutaj jest ciepło - powiedziała wadera wpatrując się w zielone ściany
- Racja, a zobacz to - powiedziałem wstając i podchodząc do jeziorka
Wadera cicho wstała i zbliżyła się do mnie. Kiedy spojrzała w krystalicznie czystą wodę jej oczy delikatnie się zaświeciły od blasku tafli wody. Usiadła blisko wody i przypatrywała się rybą. W tej chwili wziąłem naszyjnik i delikatnie przytuliłem ją od tyłu tak, że nie widziała co robię. Powoli założyłem jej na szyję wisiorek.
- Może być? - zapytałem siadając obok niej
Nie odpowiadała tylko patrzyła na ten prezent. Uśmiechnąłem się i wepchałem ją do wody. Dopiero wtedy wróciła na ziemię. Od razu wypłynęła na powierzchnie, aby zaczerpnąć oddech.
- Zefir! - zaśmiała się
- I jak podoba się prezent? - zapytałem ponownie
- Jest piękny - odpowiedziała z uśmiechem
- Ale nie tak piękny jak ty - wymsknęło mi się, a wadera się zarumieniła
- Chodź do wody - zaśmiała się i złapała mnie za łapę
Pływaliśmy w wodzie i nurkowaliśmy, aby podziwiać koralowce. Po długim czasie wyszedłem z wody i usiadłem kawałek od niej. Po jakiejś chwili wadera także wyszła z wody. Nie mogłem zmarnować takiej okazji, więc skoczyłem na nią tak, że wylądowaliśmy w wodzie. Nasze pyski prawie się dotknęły, a my patrzyliśmy sobie w oczy.
( Demanii? )