niedziela, 3 sierpnia 2014

Od Night Phantom CD historii Riaan'a

- Riaan ... - szepnęłam i spojrzałam mu się w oczy - Kocham Cię - powiedziałam i złapałam go za łapę, tak jakbym nie chciała, zeby odszedł i mnie zostawił
- Też Cię kocham - powiedział i przyciagnął mnie bliżej siebie
Te słowa jednak mnie nie uspokoiły. Tak samo jak rodzice mi mówili, że mnie kochają i jestem dla nich najważniejszym malcem, jednak gdy ślepota dawała się we znaki porzucili mnie. Słowa dla mnie się nie liczyły. Jednak Riaanowi ufałam, gdyż wyleczył mnie i mogłam widzieć wreszcie otaczający mnie świat. Byłam mu za to wszytsko wdzięczna. Wtuliłam się do niego mocniej.

Riaan?

od Nirrith'a cd Seber

"Jutro..." piękne słowo, nie? Niby wszystko może się stać "jutro".
Ale mi by pasowało "dzisiaj". Seber jest Betą...Beta, dziwnie to brzmi. W życiu spotkałem tylko raz betę. Promieniowanie beta. Zresztą, nie ważne.
Co z tego ze jest Betą. Co z tego, że ona "chce" mnie wyciągnąć. Będzie jedna na całą Radę. Jedna, nic nie znacząca Betą, która zostanie zapewne wyśmiana po złożeniu swojego sprzeciwu do egzekucji.
-Seber...-podniosłem się na jednej łapie. Nie słyszała mnie. - Seber! - krzyknąłem, ale zamiast zamierzanego słowa wydobył się chrapliwy, przeciągły jęk. - SEBER! - wpadłem na kraty, robiąc niesamowity harmider. Podłogę pokryły kolejne warstwy kropel krwi. Odwróciła się. Czułem jej wzrok. Wiedziałem że to ona. -Nie będzie już jutra. - wbiłem wzrok w posadzkę, z rozpalonym czołem opartym na kracie. - Nie będzie, słyszysz! - już całkowicie straciłem panowanie nad sobą. Piekącymi oczyma spoglądałem jak krew miesza się z łzami.
-Wyciągnę cię stąd, zobaczy-gwałtownie jej przerwałem.
-Cztery godziny! Cztery, cholerne godziny. Co ty chcesz zrobić w tym czasie? CO?! - stałem już na równych łapach,  z dziką nienawiścią wpatrując się w jej obliczę. Zamknęła oczy, potrząsnęła głową i zniknęła za zakrętem.  - I co!? I NIC NIE ZROBIŁAŚ!  Po co mi robisz nadzieję?! Po co pytam się do cholery!? - walnąłem w z całą siłą w ostrą kratę, robiąc kolejne nacięcie na łapie.
-Stul pysk...-rozkazał strażnik i w tej chwili coś przy jego łapie błysnęło i dostałem paraliżującym snopem światła. Tyle.
-I już. Szczurek zszedł. - z zadowoleniem stwierdził strażnik. Po chwili odezwał się drugi.
-Chodź durna pało, jeszcze sobie z kimś pogadamy.
Nie wiedziałem jak długo byłem w tym odrętwieniu, pozbawionym myśli i wspomnień. Sen? Z rzadka pozwalają się dostań do obrazów i słuchów.
-Ej! Bracie! - potrząsnął mnie za ramię sąsiad z celi - Nie śpij, już długo śpisz! Już prawie trzy godziny! - z trudem, jakby miał do łap przywiązany odważnik próbowałem powrócić do stanu rzeczywistego, odrywając się od powierzchni snu i myśli.
-Ile? - zrobiłem wielkie oczy, przecierając je w zdumieniu.
-Trzy godziny bez dziesięciu minut - powtórzył wilk. Trzy bez dziesięciu...i pewnie za jakieś czterdzieści minut po niego przyjdą. A za godzinę i dziesięć minut...Godzinę i dziesięć minut. Godzinę i dziewięć minut. Godzinę i osiem. I siedem.
-Jak ci na imię? - spytał sąsiad, a ja otrząsnąłem się z letargu.
-Nirrith Martwa Wrona. - starzec zaczął się z rozbawieniem śmiać i po chwili dorzucił.
-No to bydzie już martwa. Ja jestem Greg. Mojemu bratu było Herd. Jego od razu zdjęli, ze mą nie wiedzą co zrobić. - starzec był rad ze w końcu udało mu się nawiązać dialog.
-A skąd jesteś? - spojrzałem mu w oczy. W ogóle mnie to nie interesowało, ale chciałem zapełnić ta pustkę innymi myślami. Nie chciałem już przejmować się Klanami. Nie chciałem się już przejmować Seber. Nie wolno było o niej myśleć. Nie wolno!
-Chłopie, przeca ja już ci godałem, Klan Ognia. - odparł starzec, podnosząc w zdziwieniu brwi.
-Ah. No tak. - Pić! Nie szklankę, a chociaż łyczek. Niech będzie ciepła, wezmę i ciepło. Niech będzie skażona, jakakolwiek. Łyczek, łyżeczkę. Wezmę każdą! I potem zasnąć, aż nie przyjdą konwojenci. I żeby znów były pustki, żeby nie było się czego bać. Żeby nie dźwięczała w uszach myśl. że popełniłem błąd. Że nie miałem prawa. Że powinien był stamtąd odejść. Odwrócić się od Arii, uśmiechnąć i odejść. Żeby ja mógł też żyć. Po co ja to robiłem, po co!
Pić. Łapy całkowicie zdrętwiały, przygniotła mnie dziwna niemoc. Nieświadomość swojego ciała. Z głębi holu dało się słyszeć kroki. Po mnie? To już? Czterdzieści pięć minut tak szybko minęło...Albo ten cholerny współwięzień mnie oszukał! Chciał dać nadzieję...
Zazgrzytał zamek a krata podniosła się, ukazując sylwetki trzech pokaźnych basiorów. Ledwo co się powstrzymałem by nie wybiec zza krat i nie popędzić ku wolności...
-Podnieście go. - ryknął głos. Jak się okazało to był ten szczyl w czerwonej chuście, "pan Alfa". - No, szczurku. Doigrałeś się. - poklepał mnie po głowie i dał znak. Dwóch strażników chwyciło mnie za łapy i pociągnęło w stronę wyjścia. Nie! Ja chcę sam iść, jak umierać to z resztkami godności. Jednak to było na tyle trudne, że łapy uginały mi się po własnym ciężarem, teraz niezdarnie szurały po posadzce, hamując ich pochód, tak że Mako aż zmarszczył brwi posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.
"Karawana" szła wzdłuż klatek, ciągnących się jeszcze jakieś trzy metry. większość była pusta, a więzień jednej wystawił łapę i szepnął "Powodzenia". Zignorowałem. Na końcu korytarza, było pusto. Doszliśmy do niego, a moim oczom nie ukazała się żadna szubienica. W pewnej chwil mignęła mi szalona nadzieja, że jednak go nie powieszą, że chcieli tylko nastraszyć i zaraz go wypuszczą, tak coby inni nie widzieli. Skręciliśmy w lewo i moja nadzieja wzrosła jeszcze bardziej...
Na środku korytarza stała drewniana konstrukcja, z hakiem u sklepienia z którego zwisała gruba lina. Coś zakuło w sercu, które stało się małą, nerwową czerwoną kuleczką.
-Wszystko gotowe? - zapytał wibrujący głos. Z drewnianej kładki zeskoczył odziany na czarno kat. Skinął głową i poprawił jeszcze linę.
-Nie podoba mi się ta konstrukcją. - ocenił w zamyśleniu Mako, obchodząc ją naokoło. - Nie mogliśmy użyć tradycyjnego stołka? - zapytał, wskazując łapą na zydelek niedaleko nich.
-To jest lepsze. Nie ma z nimi potem tak dużej roboty. - wzruszył ramionami. Strażnicy opuścili mnie i odeszli w swoją stronę. Nie mieli już nic innego do roboty, więc mogli udać się do innych zajęć. Przełknąłem głośno ślinę.
-No, chodź tu szczurku. Będzie dobrze. - byłem posłuszny. Nie chciałem jeszcze raz na dowiedzenia dostać ciosu w żebra. Stanąłem na chrzęsczącej platformie, kat wskoczył na nią i zaczął zakładać pętlę na szyję.
"Zdrowaś Mario, łaski pełna..."
Zerwał mi z szyi łańcuch z kłami i uśmiechnął się współczująco, a potem zaczął obwiązywać mi go wokół łapy.
-Talizman? Może się jeszcze przyda. - nie mówił tego złośliwie, wręcz przyjacielsko.
"Pan z Tobą..."
-Wody...-przerwałem dyskusji kata z Alfą.
-Wody? - ze smutkiem rozłożył łapy kat. - A skad ja ci teraz wezmę wodę? Nie da się gołąbeczku, mu tu z tobą i tak mamy opóźnienie w harmonogramie, tak że wytrzymaj jeszcze chwilkę...-uśmiechnął się błagalnie, a ja jak głupi kiwnąłem głową. Koleś w czerwonej chuście uśmiechnął się samymi wargami. Kat zeskoczył na posadzkę i złapał za dźwignię. Zamknąłem oczy. Sznur wżerał się w szyję.
-Jako nieprzyjacielskiego szpiega, który nikczemnie zdradził swój Klan, pozbawiając życia Emerytowanej Alfy... - wszystkie wspomnienia mignęły przed oczyma "Umrzesz Ty, umrą wszyscy bliscy Twoi..." zaświdrowały mi w uszach słowa starca, które wypowiadał w czasie swojego snu. Migocące oczy Seber spojrzały na mnie i zgasły...strażnicy...oni przecież nie mogą...Czekajcie! I nad tym wszystkim, głusząc wspomnienia górowało pragnienie. Pić...
-wyrodka plugawiącego swój naród...-wciąż dudnił głos Alfy, wygłaszający z zadowoleniem mowę. Nagle z korytarza rozległy się krzyki, a łuna blasku oświetliła ciemny pokój egzekucyjny. Zabrzmiało dzikie wycie, jęknięcia i bluzgi. Z korytarza wypadły trzy wilki, wyglądające na więźniów...?
***
-Do egzekucji. Wykonać! - ryknął głos i machnął łapą.
Kat chrząknął i pociągnął z trudem za dźwignie. Platforma zaczęła cofać się w tył, pozbawiając moim łapą jakiegokolwiek oparcia. W oddali widziałem coraz większy tłum wilków, wyglądających na co najmniej nieboskie stworzenia. Próbowałem utrzymywać się na platformie, desperacko przebierając łapami, ale sznur ciągnął do przodu, wżynając się boleśnie w szyję, ciągnąc coraz bliżej śmierci. A ja nie chciałem, tak bardzo nie chciałem!
A potem ziemia zsunęła się spod łap. Całym swoim ciężarem zacisnąłem pętle na szyi. Ścisnęła drogi oddechowe, z gardła wyrwał się ochrypły jęk, wzrok natychmiast stracił ostrość. Ale wydawało się, że gdzieś tam majaczy się sylwetka uśmiechniętego starca, jego współwięźnia...Każda komórka błagała o łyk powietrza, ale zaczerpnąć go nijak się nie dało i ciało zaczęło wić się bezmyślnie, konwulsyjnie. Korytarz wypełniły blaski, ogień zapłonął i w tej chwili straciłem świadomość.
**
-Haaj, wisylec! Dewaj no tu, ni mo co udawać! -zabrzmiał znajomy już głos i dziwny akcent zasłyszany w celi. - Puls mosz wyczuwalny, więc mi tu nje udować! - porządne chlaśnięcie w policzek przywróciło mi przytomność.
-Nie będe drugi raz zużywać energii na uzdrawianie go! - powiedział drugi, oburzony głos. Tym razem byłem absolutnie pewny że jestem w przedśmiertnej podróży. Śmierć była tak blisko, a jej żelazny uścisk czułem na szyi.
-Daruj to sobie, jeszcza mosz na to czos! - zabrzmiał pierwszy głos.-Tym rozem ściągnęliśmy cię z szubienicy, porozkoszowałbyś się życiam, a nie mordo w dół leżasz! - otworzyłem jedno oko. Ujrzałem nad sobą starczą sylwetkę, tak że od razu je zamknąłem, mocno zaciskając powieki.
-Nie, tak się nie będziemy bawić. - stanowczym głosem oznajmił ten drugi i w pysk chlusnęła mi woda. Połknąłem ją konwulsyjnie, a potem wsadziłem pysk do wiadra obok i łapczywie, wielkimi haustami ją połykałem. Piiić!
-No! - ktoś klasnął w łapy. Rozejrzałem się znad wiadra. Stwierdziłem że jedziemy. Jedziemy na drewnianej kładce, a z przodu zaprzęgnięte były dwie kozy. Zabawne. To na pewno majaczenie przed śmiercią. Na pokładzie transportu był wspominany starzec, młody, czarny wilk i jeszcze dwóch kolesi, jeden wyglądający na cherlaka ledwo co trzymającego się na łapach, a drugi był prawdziwą górą. Wszystkich widziałem w więzieniu. Po ugaszonym pragnieniu, poderwałem mokry pysk w górę i przeciągle zawyłem, rozkoszując się nie suchością w gardle. Nastały rozbawione śmiechy i naraz rozległo się kolejne wycie, całkiem blisko. Po chwili już cała karawana radośnie szczekała i skakała po kładce, nie wiedzieć z jakiego powodu.
-Ty mnie już znosz, ten tutej czorny to Deymnark, te cherlisko to Elig, może na tokiego nje wygląda ale potrafi powalić dwa bowoły! -przerwał,dając ustęp śmiechom swoim towarzyszom. - Te tutaj to Harker. Porzędny z niego somiec! -klepnął go w ramię. - Ponowie, ten tutej wilk, mej towerzysz z celi, to Nirrith "Martwa Wrona"! - znów rozbawione śmiechy poniosły się po okolicy. Również się blado uśmiechnąłem. Próbowałem spamiętać wszystkie te imiona, ale coś mi nie wychodziło...
-Jesteśmy stowarzyszeniem Wielkiego i Potężnego Orła Wędrowcy! - odezwał się Deymnark, wskazując łbem na potarganą flagę z wizerunkiem orła walczącego z lwem na czerwonym tle. Ciekawa koncepcja.
-Co się..co się właściwie stało? - rzuciłem pytanie w eter, na wspomnienie o odsieczy więźniów.
-Harker wyważył kraty, te strażnicy-pizdy się wystraszyły i uciekły a potem cię zdjęliśmy. - wzruszył ramionami Elig. Nie zdołałem się na żadne podziękowanie. Byłem zbyt pochłonięty myślami.
**
Tak minął cały dzień. Opowiadaliśmy o sobie, śmialiśmy się jeżdżąc na kładce zaprzęganej przez kozy. Byłem im wdzięczny za całą tą akcję i narażenie własnego życia. Kij mnie obchodziło co się stało a Alfą i innymi. Cieszyłem się, że żyję.
Słońce powoli zachodziło, a my coraz szybciej zbliżaliśmy się do granicy Klanu Everything. Konwój się zatrzymał, starzec zeskoczył z kładki i uśmiechnął się do mnie.
-Nu, Nirrith. Czos siy rozstać. Opowiadałyś mi o swojyj...dziywczynie.
-Seber nie jest moją dziewczyną! - oburzyłem się zeskakując z kładki. Ponownie śmiechy zawitały do moich uszu.
-Niech ci bydzie. Opowiadałeś mi o Syber, to mniy tak coś wziyło na syrce. Nje chca ci zowracać gowy, ale gdybyś kciał, to możysz do nas dołaczeć, do Stowyrzaszenie Wiylkiego i Potyżnego Orła Wyndrowcy. Ale wym, że ty mosz swoja życia. I że kcesz je prowydzić som. No to, do wiydznia Nirrith. Miło było pozneć. - uścisnął mi mocno łapę i wskoczył na kładkę. Spojrzał jeszcze raz współczującym wzrokiem i zawołał do kóz, które naraz ruszyły. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w swoją stronę. Bo co miałem niby zrobić?
(Seber? XD)

sobota, 2 sierpnia 2014

od Seber cd Nirrith'a

Po długich dyskusjach z alfą, w końcu dostałam pozwolenie na odwiedzenie Nirritha.
Strażnicy wprowadzili mnie do ciemnego korytarza. Nie obeszło się oczywiście bez szyderstw.
Rozejrzałam się wokół, choć i tak ledwo co widziałam, panował tam półmrok. Byliśmy w lochach. Wilgoć wdzierała mi się do nozdrzy razem z zapachem stęchlizny. Z każdym krokiem czułam się coraz słabiej, czułam, że nie dam rady.
Po prawej i po lewej stronie wyłaniały się zardzewiałe kraty. Cele wyłożone kamieniami, popękane ściany.
Przeszłam kilka kroków wgłąb, a korytarz wyraźnie opadł w dół.
Dopiero teraz przeszył mnie dreszcz, jak uświadomiłam sobie, że wszyscy tutaj czekają na rychłą śmierć. Wszyscy tutaj nie mają już żadnej nadziei i muszą pogodzić się ze swym losem.
Ruszałam nerwowo głową raz w tą, raz w tą.
Po lewej stronie, za kratami, zauważyłam sylwetkę wilka. Zatrzymałam się, koncentrując wzrok na celi.
Cofnęłam się krok w tył.
- Tutaj. - mruknął jeden ze strażników - byle szybko.
 -Te! Szczurek! - ozwał się drugi  -Jakaś gąska do ciebie!
Przełknęłam głośno ślinę i niepewnym krokiem podeszłam do krat. Zarys sylwetki poruszył się. Wstał ociężale i podszedł bliżej.
Samiec znalazł się centralnie w snopie światła wpadającego z małego okienka naprzeciwko.
Spuchnięta warga, podbite ślepia, rany i krew.
Zamrugałam, powstrzymując słone łezki od opuszczenia moich oczu, spuszczając wzrok.
Oparłam czoło o kratę.
- To ja. - szepnęłam, przymykając powieki.
W odpowiedzi usłyszałam tylko ciche stęknięcie.
- Nirrith? - podniosłam na niego wzrok. Nie chciałam tego robić, ale nie mogłam pozostać ze spojrzeniem wbitym w ziemię, całkiem jak tchórz.
- Dlaczego tu przyszłaś? - ledwo wychrypiał, podnosząc głowę.
- Nie mogłam nie przyjść. Nie mogłam cię zostawić. - odpowiedziałam całkiem cicho, jakbym mówiła sama do siebie.
Nastała chwila głuchego milczenia. Przerywały ją dźwięki wydawane przez innych, równie cierpiących jeńców.
- A teraz... - chrząknęłam - powiedz mi, dlaczego tu jesteś?
- To już teraz nie ma znaczenia. - odparł słabo.
- Ma. Dla mnie wielkie. - powiedziałam, z nutką zdeterminowania w głosie.
- Zabiłem. - westchnął.
- Kogo? - wyszeptałam, cofając się leko od krat.
- Arię.
Znów nastało milczenie, a w głowie miałam istną burzę myśli. Teraz nie o zamordowaną alfę toczyła się gra. Było, minęło, nikt jej nie wskrzesi. Moje rozmyślania skoncentrowały się głównie na jeszcze żywych.
Nirrith nie może zostać zabity. Po prostu nie może.
Ponownie oparłam głowę o kraty, wzdychając głęboko.
- Zrób dla mnie to co wczoraj. Ostatni raz. Na pożegnanie. - basior spojrzał mi prosto w ślepia.
Dotarły do mnie jego słowa po chwili. Porządnie przemyślałam wszystko. Wiedziałam już, co zrobię.
- Będę miała do tego jeszcze wiele okazji. Nie będzie żadnego ostatniego razu, nie będzie pożegnania. Rozumiesz? - podniosłam głos, czując przypływ energii.
Zmarszczył poranione, a jeszcze wczoraj w najlepszym stanie czoło.
Spojrzałam tylko na niego szybko.
- Nie zostawię tak tego. Jestem Betą i też mam coś do powiedzenia. - warknęłam. - trzymaj się tutaj. Jutro stąd wyjdziesz. Obiecuję. Obiecuję. - ostatnie słowo powtórzyłam szeptem i chcąc nie chcąc, musnęłam wystający pyszczek samca wargami. Rzuciłam mu ostatnie spojrzenie, wstałam i ruszyłam szybkim krokiem w stronę wyjścia.

<Nirrith? Ja cię uratuję, zobaczysz. xD>



od Nirrith'a cd Seber

-Przez powieszenie – zakończył Alfa, ozwając się potężnym basem. Bezlitośne rżące uszy i rozsadzające czaszkę, zagrzmiały śmiechy pogardy i oklaski.
Otwierało mi się tylko jedno oko, drugie przecinała gruba krwawa kreska. Słyszałem nie najlepiej, głos dochodził do mnie jak przez grubą warstwę waty. Rozejrzałem się tyle ile mogłem, masywne żyrandole pod sufitem jakiejś białej jaskini, smoliły jałowym blaskiem łojowych świec. Rozejrzałem się na tyle ile mogłem. Stwierdziłem że ledwo stoję na łapach, cały dygocąc. Gdyby nie dwóch silnych strażników w ogóle bym się przewrócił. Z tyłu, na łapach miałem mocne sznury skutecznie krępujące wszystkie moje ruchy.
-Egzekucja odbędzie się jutro o godzinie piątej rano, na klifie przy Fortecy Skything. - Powieszą mnie? Zabiją? I już więcej mnie nie będzie...
Na moją głowę i pysk został założony czarny worek, a łeb już całkowicie nie mógł utrzymać się na szyi i opadł na pierś, gdzie jeszcze niedawno Seber opierała swoje łapki... Tępa nieczułość pojawiała się u mnie stopniowo. Teraz myślałem już tylko abstrakcyjnie, jakbym słuchał jakiejś wymyślonej opowieści. Że główny bohater to nie ja. A gdy zginie, wysłucham kolejnej, takiej która kończy się dobrze.
A początek mojej „historii” na łapach Alf, był taki, że dokładnie i cierpliwie bili mnie silne basiory, zaś inni mądrzy i rozsądni zadawali mi pytania. Pokój, jaskinia w której się znajdowałem była wyłożona białym marmurem, w odcieni podejrzliwej żółci. Zapewne łatwo było z nich zmywać krew, ale zapachu już pozbyć się nie dało.
Na początek nauczyli mnie nazywać brązowo-białego basiora w czerwonej chuście Alfą, zamiast szczylem. Potem – nie zadawać żadnych pytań. Potem – odpowiadać zwięźle i na temat. Tego zwięźle i na temat uczyli mnie osobno i nie miałem pojęcia jakim cudem wszystkie kły są jeszcze na miejscu. Chociaż ciągle czułem w ustach metaliczny posmak krwi. Na początku próbowałem się jakoś tłumaczyć, że nie wiedziałem że Aria jest Alfą, ale powiedzieli mi że nie warto. I w tym momencie dostałem kolejny raz po żebrach. Następnie próbowałem milczeć, uparcie wpatrując się w posadzkę, ale to też okazało się nieskuteczne i szybko się o tym przekonałem. Bardzo bolało.
To w ogóle bardzo dziwne uczucie, kiedy bije cię silny, zdrowy dorosły basior. Nie jest to ból, tylko huragan rozsadzający czaszkę, który wymiata wszystkie myśli a uczucia obraca tylko w dawne wspomnienia. Potem dopiero nadchodzą męki.
Wiedzieliście, że jak ktoś panicznie chce odzyskać jakieś informację, może przesłuchowanemu wlać do gardła gorący olej? Ja też nie wiedziałem.
Po jakimś czasie dotarło do mnie co trzeba robić. Nie można się tłumaczyć – po pierwsze. Po drugie – dla nich jesteś tylko wyrzutkiem. Po trzecie – zawsze się zgadzać. Jeśli pan Alfa spytał, czy nie przybyłem z wrogich terenów watahy, trzeba było kiwnąć tylko łbem, a wtedy oszczędzano mi drugie oko. Kiedy się zapytał, czy przybyłem sprowadzić informację o Klanach i donieść je wrogu – trzeba było kiwnąć łbem. Na to traciło się mniej sił, a pan Alfa zacierał tylko w zadowoleniu łapy. Trzeba było tylko kiwać łbem w odpowiednim czasie, bo jak się zrobiło to za wcześnie strażnicy próbowali mi złamać żebra.
Po półtorej godziny nieśpiesznej pogawędki, nie czułem kompletnie swojego ciała. Kilka razy próbowałem stracić przytomność, ale budzono mnie lodowatą wodą i amoniakiem, po którym do tej pory mam mdłości. Najwyraźniej byłem bardzo ciekawym rozmówcą. W efekcie cała Rada Alf mieli o mnie całkowicie fałszywe wyobrażenie: widzieli we mnie nieprzyjacielskiego szpiega i dywersanta, który zjawił się by zadać Wilczym Klanom zdradziecki cios w plecy, przez zgładzenie Alf zasiać chaos i przygotować w ten sposób inwazję wroga. Oczywistym zamiarem było zebranie informacji całego reżizmu Wilczych Klanów. Kiedy wszystkie szczegóły spisku zostały odkryte, dopiero wtedy pozwolili mi zemdleć.
Kiedy się obudziłem, właśnie odczytywali mój wyrok. Powieszenie. Ciekawe, jak to będzie wyglądać...Aria się nie sprzeciwiała. Wiedziała że umrze, zgodziła się na to dobrowolnie. Nie bała się śmierci. To może ja też się nie powinien jej bać?
Trafiłem do celi. Ciemnej, zamkniętej celi. Leżałem w kącie, czułem jak z każdą minutą ubywa ze mnie krwi. Czułem że ktoś jeszcze tutaj jest.
-Która godzina? - zapytałem łamliwym głosem, ledwo co wydobywającym się z gardła. Po chwili, z przeciwległej strony wyrwał się głos.
-W pół do dziesiątej. - Cały dzień do egzekucji. Okropne. Próbowałem wstać i z radością stwierdziłem że nie mam skrępowanych łap.Tylko zakrwawione, łyse miejsce tam gdzie znajdowały się sznury. Znakomicie. Usiadłem na ziemi i pątrząsnąłem łbem, ale zaraz tego głęboko pożałowałem, bo lekki z początku ból głowy przerodził się w istną ekspolozję. Potem odezwał się znów głos – Wieczorem. - Serce podeszło mi do gardła. Pół do dziesiątej. Dwie i pół godziny do dwunastej i jeszcze pięć do...do wykonania. Siedem i pół godziny. Nie, po tym liczeniu i myśleniu czasu pozostawało coraz mniej. Kiedyś próbowałem sobie wyobrazić, co czują wilki których skazuję na śmierć, albo jedną noc przed egzekucją. Strach? Ból? Nienawiść do oprawców? Żal? We mnie była tylko pustka. Serce ciężko waliło w pierś, w skroniach huczało a w ustach powoli zbierała się krew.
Powieszą mnie. Zabiją.
Więcej mnie nie będzie.
Uświadomić to sobie, wyobrazić – rzecz niemożliwa.
Wszyscy, i każdy z osobna zrozumie że śmierć jest nieunikniona. Ale jak żyć z jej świadomością? Nie mieć tej świadomości. Co jeśli będzie, jak chory wilk usłyszy od medyka ile mu zostało? Będzie wyliczał ten dzień. A co jeśli chory nie usłyszy tej daty? Będzie spokojnie żył, ale z świadomosśią że to nastąpi. Równie dobrze jutro, ale on o tym nie wie. Lepiej nie wiedzieć.
Na łonie natury śmierć była codziennością. Ale zawsze Tobie się wydaję, że unikniesz ciosu pazurów, nie zaznasz głodu i nie osunie Ci się łapa z klifu.
Siedem godzin.
-Kim jesteś? - zapytałem wilka naprzeciw mnie. Był schowany w cieniu, ale od razu było słychać ze ma swoje lata.
-Starcem. Zamknęli mnie tutaj, jeszcze za dawnych czasów, kiedy to ukradłem jelenia ze spiżarni. Jestem z Klanu Ognia, dzieci tam miałem, żonę. A teraz tkwię tutaj. A Ty co przeskrobałeś? - starzec był strasznie wylewny.
-Ja...Ja z Klanu Everything. Zabiłem im...zabiłem im Alfę. - nie wiedziałem dokładnie gdzie się znajduję, więc nie mogłem powiedzieć że jestem „stąd”. Wilk wysunął się z cienia. Jego pysk był pokryty bliznami, a pod oczyma tworzyły się wory. Z pyska zwisała długa broda. Spojrzał na mnie ze współczuciem i zapytał.
-Będą wieszać? - kiwnąłem w milczeniu głową. Będą. I to za niedługo. Przysunąłem się bliżej krat klatki. Było to obszerne pomieszczenie, w którym znajdowały się jeszcze pięć takich więzień, każde puste. Wzdłuż ich linii wędrowało dwóch basiorów, jednego rozpoznałem z przesłuchania.
Za siedem godzin.
Jak to zrobią? Nie miałem pojęcia. Założą jakiś sznur i albo podciągną do sufitu...albo każą wejść na stołek. NIE! Nie wolno o tym myśleć. Oparłem łeb na zimnej kracie. Ta pozycja był nie wygodna, ale przynosiła ukojenie rozgrzanem czołu.
Chciało mi się pić.
Myślami powróciłem do zabitej przeze mnie Arii. Przed oczami znów pojawił mi się widok, jak ucieka z niej coraz to więcej krwi. Nie odczuwałem najmniejszego żalu z tego powodu i to mnie zdziwiło. Może jednak powinienen? Kiedyś uważałem że każdy zabity będzie jak ciężkie brzemię na sumieniu zabijącego, że będzie objawiać się w jego snach, niepokoić go na starość. Nie. Okazało się że to zupełnie nie tak. Żadnego żalu, żadnej skruchy. Tylko mroczna satysfakcja. Teraz zrozumiałem, że jeśli Aria objawi mi się w snach, po prostu odwróci się ode mnie. A starosć? Starości już nie będzię.
Zostało coraz mniej czasu. Pięć godzin. Jeśli mi się poszczęści, przeprowadzą przez mnie przez szereg klatek, to trochę więcej czasu....Cholera, tak bardzo mi się chciało pić!
Opadłem na ziemię, ciężko dysząc. Oblizałem spierzchnięte wargi i przypomniałem sobie o Seber...o jej pocałunku. Czemu ona to zrobiła? Czym zasłużyłem? Zacisnąłem powieki, pod którymi czułem rażące mą dumę słone łzy. Wtem usłyszałem jakiś śmiech. Nawet nie otwierałem oczu. Tylko zacisnąłem się w ciaśniejszy kłębek, zapominając o krwawiącym ciele i połamanych żebrach. Pić!
-Te! Szczurek! - ozwał się jeden strażnik szyderczym tonem -Jakaś gąska do ciebie! - i po chwili oboje strażników zanieśli się rżąym w uszy szyderczym śmiechem. Aurum Pave? Niemożliwe.
Usłyszałem jak ktoś siada przy kracie, czułem na sobie czyjś baczny wzrok. Przecież równie dobrze mógł być to mój towarzysz niedoli, patrzący na mnie ze współczuciem.

(Seber?

Od Sakury c.d historii Kid'a

Miałam ochotę go udusić, udusić ze szczęścia. Po chwile jednak nabrałam wątpliwości. Ja? Ja na spotkaniu Alf? Czy zwykła wilczyca taka jak ja nie będzie wyglądała idiotycznie na takim ważnym spotkaniu? Radość znikła tak samo jak się pojawiła.
-Coś się stało?- Spytał się basior spoglądając na mnie
-Właściwie to...-Zawahałam się przez chwilę.-Nie wiem czy to dobry pomysł.
-Niby czemu?
-Jestem zwykłą wilczycą. Nie wiem czy jestem tego warta by pójść na aż TAK ważne spotkanie. -Specjalnie wyolbrzymiłam słowa.
Miałam ku temu powody. Mimo że trenowałam z Alfą z poprzedniej watahy, nie uczyła mnie jak się zachowywać lub mówić jak prawdziwy przywódca. Mogłam przez przypadek odezwać się nieproszona, a szczególnie w obecności Alfy tego klanu ognia.
-Nie masz się czego obawiać- Rzekł uspokajającym głosem basior podchodząc do mnie.- Nikt nie powie o tobie złego słowa....na pewno nie przy mnie.
Uśmiechnęłam się łagodnie mimo że nadal miałam obawy. Zgodziłam się.
<Kid?>

Od Hanabi - Quest nr 3

„Migocący obraz scenerii. Pogoda przywraca stare wspomnienia. Świetne przygody, twarze i zagęszczanie. Wychodzę na zewnątrz i wszystko zrozumiem” *Kursywa*
Obudziłam się rano, naprawdę wcześnie. Lato, słonecznie, powinno być około 30 stopni, ale pogodna mnie zaskoczyła i nie było tak. Upał z kilku dni zebrał się z powodował naprawdę mdłą pogodę. Chmury były szarawe, czasem białe, lecz nie zrobiły dobrego wrażania. Po mimo tego, że niebo wyglądało nieprzyjemnie, to nie było zimno. Temperaturę mogłam określić na około dwadzieścia stopni Celsjusza. Wyszłam z jaskini i od razu zobaczyłam kilka znajomych mi twarzy. Przywitałam się grzecznie. Nawet nie zauważyłam, że rozmowa z wilkami pochłonie mnie tak bardzo. Po tym jak kolejna osoba doszła do naszego „kółka różańcowego” zdałam sobie sprawę, że minęła już druga godzina naszych rozmów. Niby to nic ważnego, jednak nic nie wiadomo co się może stać.
Szłam po dróżce, aż usłyszałam mój głośny dźwięk dochodzący z mojego brzucha. Pomyślałam, że naprawdę się cieszę, że nie było ze mną nikogo innego. Nie byłoby miło gdyby ktoś to usłyszał. Uśmiechnęłam się do siebie i dosłownie poleciałam po jakieś jedzenie. Łowy udały mi się i niedługo potem leżałam sobie do góry brzuchem na miękkiej trafie. Odpoczywałam po posiłku. Leżałam całkiem długo. Popołudnie minęło mi Na obijaniu się, rozmowach i kilku dosyć ciekawych rzeczach. Wczesnym wieczorkiem zaczęła się moja zmiana jako strażniczki.
Sądziłam, że nie będzie to nic trudnego, Jednak sprawy przybrały dziwny obrót i naprawdę wpakowałam się w coś z czego można było się trudno wyplątać.
_ _ _
Połowa mojej zmiany minęła naprawdę bez problemów. Niestety koło godziny dziewiętnastej coś zaczęło być nie tak. Wyczułam jakiś ciekawy, choć tajemniczy zapach. Przypominał mi moje dzieciństwo. Słodki, delikatny, a za razem mocno przyciągający. Powodował, że sama, jak zombie, ruszyłam w jego stronę.
Po krótkiej wędrówce dotarłam do dużej, wręcz monstrualnej jaskini, która została zbudowana z niebieskich, granatowych i błękitnych kamieni. Przyciągała swoim kolorem wzrok i zastanawiała, a przynajmniej mnie. Jestem bardzo ciekawskim wilkiem, więc nie minęła nawet minuta, a już byłam w środku. Od Wewnątrz grota była czerwona. Uśmiechnęłam się, gdy ujrzałam drobne malowidła na ścianie, jakby jakieś dziecko je narysowało. Niedaleko miłego widoku znajdowała się biała ściana, a na niej wielokrotnie powtórzone linie pionowe. Zauważyłam, że jeśli trzy znajdywały się obok siebie, to zostawały przekreślone jedną, dłuższą poziomą krechą. Po kilku minutach, które spędziłam na oglądaniu środka jaskini, znów poczułam zapach, który mnie tu przyprowadził.
Zza jedną z skał znajdowało się źródełko z fioletową wodą. Zbliżyłam się więc do niego, by zobaczyć coś więcej, jednak z cieczy wyszedł chudy, mizernie wyglądający wilk. Zakryty był czarną płachtą. Podszedł do mnie bliżej i…
Wtedy zaczęły się moje kłopoty.
_ _ _
„Spacerowałam, ty się ukrywałeś, I wyglądasz jak na wpół martwy przez połowę czasu” *kursywa*.
_ _ _
Zamaskowany wilk dał mi małą fiolkę o szmaragdowym Kolorze i uśmiechnął się. Dosyć dziwnie się poczułam. Chciałam uciec, lecz ciało zrobiło coś innego i wzięło fiolkę. Po chwili napiłam się płynu i poczułam się dziwnie słaba. Podniosłam wzrok na wilka w płachcie, ale już tam go nie było. Był za to za mną i wyskoczył do mnie z pazurami. Szybkim ruchem, a przynajmniej tak mi się wydawało, odskoczyłam na bok i ostre szpony wilka drasnęły mnie po grzbiecie. Odeszłam, a raczej odbiegłam na bezpieczną odległość i i spojrzałam się na basiora, który zrzucił z siebie węglisty płaszcz.
Widok, który ujrzałam odrzucił mnie. Chudy, kościsty wilk, wystające żebra. To wszystko zadało wrażenie, że kości przebiją skórę i sprawią, że basior sam się wykończy. Ponownie wybił się z całej siły, usłyszałam jak coś mu strzeliło w kościach, więc przez moje ciało przeszedł dreszcz. Moja uwaga się rozbiła i po chwili leżałam już na ziemi, pod wilkiem. Basior zamachnął się ponownie, a gdy z całą siłą pociągnął łapę w dół szybko kopnęłam go tylnią łapą i wyślizgnęłam się z dziwnej pozy. Zaczęłam biec do wyjścia, jednak na darmo, bo ciemny wilk był zaskakująco szybki.
-Ha, ha… Może… - Znów szykował się do skoku, a wiedząc, że długo tak nie pociągnę chciałam coś zrobić. – Jesteś kulturalnym wilkiem, prawda? - Basior spojrzał na mnie dziwnie i zatrzymał się w miejscu. – Porozmawiajmy.. Nie chcę nic Ci zrobić… - Zaśmiałam się sztucznie.
- Khe. – Wymruczał basior. Przygotował się do skoku.
- Czyli nie? – Również poczyniłam to samo. Jaskinia była całkiem wysoka, więc zaczęłam machać skrzydłami w górę i w dół głównie po to by zdekoncentrować wilka. Miałam nadzieję, że pomyśli, że chcę się wybić i polecieć. Wtedy musiałby skoczyć naprawdę wysoko, a ja w tym czasie przybliżyłabym się do wyjścia. I wilk rzeczywiście tak zrobił. Udało mi się wyminąć go z gracją i zbilżyć do drzwi. Po chwili gwałtownie odwróciłam się do basiora i wytworzyłam mocny wiatr, który odepchnął go na ścianę jaskini. Uderzył on z dużą siłą, bo zostawił nawet ślad. Ponownie zaczął się zbliżać, lecz nie zaatakował mnie, nie wyskoczył więcej. Uśmiechnął się smutno. Zauważyłam, że krwawi. Kość żebra naprawdę przebiła jego skórę, a to wszystko przez to, że odepchnęłam go wiatrem. Jednak to on chciał mnie zabić. To tylko obrona.
- Idź.. Nie wracaj. To ko.. – zaczął kaszleć, a ja nie czekając na to, aż dokończy zdanie wybiegłam z jaskini. Odwróciłam się z powrotem, gdy usłyszałam dźwięki kruszenia się. Grota zmieniła się w szkło, a szkło roztrzaskało się na miliony kawałków. Na sam koniec, niebieskie odłamki kamieni poleciały w stronę szarego nieba powodując przyjemy widok. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy rana zaczęła mi doskwierać.
Zaczęłam iść w stronę watahy, gdy ktoś po mnie wybiegł. Była to Primose. Pomogła mi, a ja opowiedziałam jej co się stało. Gdy ponownie tam się wybrałyśmy, już nic nie było. Zwykły las.

DOSTAJESZ ŻYWIOŁ ODWAGII ZA TO, ŻE NIE UCIEKŁAŚ I PRÓBOWAŁAŚ WALCZYĆ