"Jutro..." piękne słowo, nie? Niby wszystko może się stać "jutro".
Ale mi by pasowało "dzisiaj". Seber jest Betą...Beta, dziwnie to brzmi. W życiu spotkałem tylko raz betę. Promieniowanie beta. Zresztą, nie ważne.
Co z tego ze jest Betą. Co z tego, że ona "chce" mnie wyciągnąć. Będzie jedna na całą Radę. Jedna, nic nie znacząca Betą, która zostanie zapewne wyśmiana po złożeniu swojego sprzeciwu do egzekucji.
-Seber...-podniosłem się na jednej łapie. Nie słyszała mnie. - Seber! - krzyknąłem, ale zamiast zamierzanego słowa wydobył się chrapliwy, przeciągły jęk. - SEBER! - wpadłem na kraty, robiąc niesamowity harmider. Podłogę pokryły kolejne warstwy kropel krwi. Odwróciła się. Czułem jej wzrok. Wiedziałem że to ona. -Nie będzie już jutra. - wbiłem wzrok w posadzkę, z rozpalonym czołem opartym na kracie. - Nie będzie, słyszysz! - już całkowicie straciłem panowanie nad sobą. Piekącymi oczyma spoglądałem jak krew miesza się z łzami.
-Wyciągnę cię stąd, zobaczy-gwałtownie jej przerwałem.
-Cztery godziny! Cztery, cholerne godziny. Co ty chcesz zrobić w tym czasie? CO?! - stałem już na równych łapach, z dziką nienawiścią wpatrując się w jej obliczę. Zamknęła oczy, potrząsnęła głową i zniknęła za zakrętem. - I co!? I NIC NIE ZROBIŁAŚ! Po co mi robisz nadzieję?! Po co pytam się do cholery!? - walnąłem w z całą siłą w ostrą kratę, robiąc kolejne nacięcie na łapie.
-Stul pysk...-rozkazał strażnik i w tej chwili coś przy jego łapie błysnęło i dostałem paraliżującym snopem światła. Tyle.
-I już. Szczurek zszedł. - z zadowoleniem stwierdził strażnik. Po chwili odezwał się drugi.
-Chodź durna pało, jeszcze sobie z kimś pogadamy.
Nie wiedziałem jak długo byłem w tym odrętwieniu, pozbawionym myśli i wspomnień. Sen? Z rzadka pozwalają się dostań do obrazów i słuchów.
-Ej! Bracie! - potrząsnął mnie za ramię sąsiad z celi - Nie śpij, już długo śpisz! Już prawie trzy godziny! - z trudem, jakby miał do łap przywiązany odważnik próbowałem powrócić do stanu rzeczywistego, odrywając się od powierzchni snu i myśli.
-Ile? - zrobiłem wielkie oczy, przecierając je w zdumieniu.
-Trzy godziny bez dziesięciu minut - powtórzył wilk. Trzy bez dziesięciu...i pewnie za jakieś czterdzieści minut po niego przyjdą. A za godzinę i dziesięć minut...Godzinę i dziesięć minut. Godzinę i dziewięć minut. Godzinę i osiem. I siedem.
-Jak ci na imię? - spytał sąsiad, a ja otrząsnąłem się z letargu.
-Nirrith Martwa Wrona. - starzec zaczął się z rozbawieniem śmiać i po chwili dorzucił.
-No to bydzie już martwa. Ja jestem Greg. Mojemu bratu było Herd. Jego od razu zdjęli, ze mą nie wiedzą co zrobić. - starzec był rad ze w końcu udało mu się nawiązać dialog.
-A skąd jesteś? - spojrzałem mu w oczy. W ogóle mnie to nie interesowało, ale chciałem zapełnić ta pustkę innymi myślami. Nie chciałem już przejmować się Klanami. Nie chciałem się już przejmować Seber. Nie wolno było o niej myśleć. Nie wolno!
-Chłopie, przeca ja już ci godałem, Klan Ognia. - odparł starzec, podnosząc w zdziwieniu brwi.
-Ah. No tak. - Pić! Nie szklankę, a chociaż łyczek. Niech będzie ciepła, wezmę i ciepło. Niech będzie skażona, jakakolwiek. Łyczek, łyżeczkę. Wezmę każdą! I potem zasnąć, aż nie przyjdą konwojenci. I żeby znów były pustki, żeby nie było się czego bać. Żeby nie dźwięczała w uszach myśl. że popełniłem błąd. Że nie miałem prawa. Że powinien był stamtąd odejść. Odwrócić się od Arii, uśmiechnąć i odejść. Żeby ja mógł też żyć. Po co ja to robiłem, po co!
Pić. Łapy całkowicie zdrętwiały, przygniotła mnie dziwna niemoc. Nieświadomość swojego ciała. Z głębi holu dało się słyszeć kroki. Po mnie? To już? Czterdzieści pięć minut tak szybko minęło...Albo ten cholerny współwięzień mnie oszukał! Chciał dać nadzieję...
Zazgrzytał zamek a krata podniosła się, ukazując sylwetki trzech pokaźnych basiorów. Ledwo co się powstrzymałem by nie wybiec zza krat i nie popędzić ku wolności...
-Podnieście go. - ryknął głos. Jak się okazało to był ten szczyl w czerwonej chuście, "pan Alfa". - No, szczurku. Doigrałeś się. - poklepał mnie po głowie i dał znak. Dwóch strażników chwyciło mnie za łapy i pociągnęło w stronę wyjścia. Nie! Ja chcę sam iść, jak umierać to z resztkami godności. Jednak to było na tyle trudne, że łapy uginały mi się po własnym ciężarem, teraz niezdarnie szurały po posadzce, hamując ich pochód, tak że Mako aż zmarszczył brwi posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.
"Karawana" szła wzdłuż klatek, ciągnących się jeszcze jakieś trzy metry. większość była pusta, a więzień jednej wystawił łapę i szepnął "Powodzenia". Zignorowałem. Na końcu korytarza, było pusto. Doszliśmy do niego, a moim oczom nie ukazała się żadna szubienica. W pewnej chwil mignęła mi szalona nadzieja, że jednak go nie powieszą, że chcieli tylko nastraszyć i zaraz go wypuszczą, tak coby inni nie widzieli. Skręciliśmy w lewo i moja nadzieja wzrosła jeszcze bardziej...
Na środku korytarza stała drewniana konstrukcja, z hakiem u sklepienia z którego zwisała gruba lina. Coś zakuło w sercu, które stało się małą, nerwową czerwoną kuleczką.
-Wszystko gotowe? - zapytał wibrujący głos. Z drewnianej kładki zeskoczył odziany na czarno kat. Skinął głową i poprawił jeszcze linę.
-Nie podoba mi się ta konstrukcją. - ocenił w zamyśleniu Mako, obchodząc ją naokoło. - Nie mogliśmy użyć tradycyjnego stołka? - zapytał, wskazując łapą na zydelek niedaleko nich.
-To jest lepsze. Nie ma z nimi potem tak dużej roboty. - wzruszył ramionami. Strażnicy opuścili mnie i odeszli w swoją stronę. Nie mieli już nic innego do roboty, więc mogli udać się do innych zajęć. Przełknąłem głośno ślinę.
-No, chodź tu szczurku. Będzie dobrze. - byłem posłuszny. Nie chciałem jeszcze raz na dowiedzenia dostać ciosu w żebra. Stanąłem na chrzęsczącej platformie, kat wskoczył na nią i zaczął zakładać pętlę na szyję.
"Zdrowaś Mario, łaski pełna..."
Zerwał mi z szyi łańcuch z kłami i uśmiechnął się współczująco, a potem zaczął obwiązywać mi go wokół łapy.
-Talizman? Może się jeszcze przyda. - nie mówił tego złośliwie, wręcz przyjacielsko.
"Pan z Tobą..."
-Wody...-przerwałem dyskusji kata z Alfą.
-Wody? - ze smutkiem rozłożył łapy kat. - A skad ja ci teraz wezmę wodę? Nie da się gołąbeczku, mu tu z tobą i tak mamy opóźnienie w harmonogramie, tak że wytrzymaj jeszcze chwilkę...-uśmiechnął się błagalnie, a ja jak głupi kiwnąłem głową. Koleś w czerwonej chuście uśmiechnął się samymi wargami. Kat zeskoczył na posadzkę i złapał za dźwignię. Zamknąłem oczy. Sznur wżerał się w szyję.
-Jako nieprzyjacielskiego szpiega, który nikczemnie zdradził swój Klan, pozbawiając życia Emerytowanej Alfy... - wszystkie wspomnienia mignęły przed oczyma "Umrzesz Ty, umrą wszyscy bliscy Twoi..." zaświdrowały mi w uszach słowa starca, które wypowiadał w czasie swojego snu. Migocące oczy Seber spojrzały na mnie i zgasły...strażnicy...oni przecież nie mogą...Czekajcie! I nad tym wszystkim, głusząc wspomnienia górowało pragnienie. Pić...
-wyrodka plugawiącego swój naród...-wciąż dudnił głos Alfy, wygłaszający z zadowoleniem mowę. Nagle z korytarza rozległy się krzyki, a łuna blasku oświetliła ciemny pokój egzekucyjny. Zabrzmiało dzikie wycie, jęknięcia i bluzgi. Z korytarza wypadły trzy wilki, wyglądające na więźniów...?
***
-Do egzekucji. Wykonać! - ryknął głos i machnął łapą.
Kat chrząknął i pociągnął z trudem za dźwignie. Platforma zaczęła cofać się w tył, pozbawiając moim łapą jakiegokolwiek oparcia. W oddali widziałem coraz większy tłum wilków, wyglądających na co najmniej nieboskie stworzenia. Próbowałem utrzymywać się na platformie, desperacko przebierając łapami, ale sznur ciągnął do przodu, wżynając się boleśnie w szyję, ciągnąc coraz bliżej śmierci. A ja nie chciałem, tak bardzo nie chciałem!
A potem ziemia zsunęła się spod łap. Całym swoim ciężarem zacisnąłem pętle na szyi. Ścisnęła drogi oddechowe, z gardła wyrwał się ochrypły jęk, wzrok natychmiast stracił ostrość. Ale wydawało się, że gdzieś tam majaczy się sylwetka uśmiechniętego starca, jego współwięźnia...Każda komórka błagała o łyk powietrza, ale zaczerpnąć go nijak się nie dało i ciało zaczęło wić się bezmyślnie, konwulsyjnie. Korytarz wypełniły blaski, ogień zapłonął i w tej chwili straciłem świadomość.
**
-Haaj, wisylec! Dewaj no tu, ni mo co udawać! -zabrzmiał znajomy już głos i dziwny akcent zasłyszany w celi. - Puls mosz wyczuwalny, więc mi tu nje udować! - porządne chlaśnięcie w policzek przywróciło mi przytomność.
-Nie będe drugi raz zużywać energii na uzdrawianie go! - powiedział drugi, oburzony głos. Tym razem byłem absolutnie pewny że jestem w przedśmiertnej podróży. Śmierć była tak blisko, a jej żelazny uścisk czułem na szyi.
-Daruj to sobie, jeszcza mosz na to czos! - zabrzmiał pierwszy głos.-Tym rozem ściągnęliśmy cię z szubienicy, porozkoszowałbyś się życiam, a nie mordo w dół leżasz! - otworzyłem jedno oko. Ujrzałem nad sobą starczą sylwetkę, tak że od razu je zamknąłem, mocno zaciskając powieki.
-Nie, tak się nie będziemy bawić. - stanowczym głosem oznajmił ten drugi i w pysk chlusnęła mi woda. Połknąłem ją konwulsyjnie, a potem wsadziłem pysk do wiadra obok i łapczywie, wielkimi haustami ją połykałem. Piiić!
-No! - ktoś klasnął w łapy. Rozejrzałem się znad wiadra. Stwierdziłem że jedziemy. Jedziemy na drewnianej kładce, a z przodu zaprzęgnięte były dwie kozy. Zabawne. To na pewno majaczenie przed śmiercią. Na pokładzie transportu był wspominany starzec, młody, czarny wilk i jeszcze dwóch kolesi, jeden wyglądający na cherlaka ledwo co trzymającego się na łapach, a drugi był prawdziwą górą. Wszystkich widziałem w więzieniu. Po ugaszonym pragnieniu, poderwałem mokry pysk w górę i przeciągle zawyłem, rozkoszując się nie suchością w gardle. Nastały rozbawione śmiechy i naraz rozległo się kolejne wycie, całkiem blisko. Po chwili już cała karawana radośnie szczekała i skakała po kładce, nie wiedzieć z jakiego powodu.
-Ty mnie już znosz, ten tutej czorny to Deymnark, te cherlisko to Elig, może na tokiego nje wygląda ale potrafi powalić dwa bowoły! -przerwał,dając ustęp śmiechom swoim towarzyszom. - Te tutaj to Harker. Porzędny z niego somiec! -klepnął go w ramię. - Ponowie, ten tutej wilk, mej towerzysz z celi, to Nirrith "Martwa Wrona"! - znów rozbawione śmiechy poniosły się po okolicy. Również się blado uśmiechnąłem. Próbowałem spamiętać wszystkie te imiona, ale coś mi nie wychodziło...
-Jesteśmy stowarzyszeniem Wielkiego i Potężnego Orła Wędrowcy! - odezwał się Deymnark, wskazując łbem na potarganą flagę z wizerunkiem orła walczącego z lwem na czerwonym tle. Ciekawa koncepcja.
-Co się..co się właściwie stało? - rzuciłem pytanie w eter, na wspomnienie o odsieczy więźniów.
-Harker wyważył kraty, te strażnicy-pizdy się wystraszyły i uciekły a potem cię zdjęliśmy. - wzruszył ramionami Elig. Nie zdołałem się na żadne podziękowanie. Byłem zbyt pochłonięty myślami.
**
Tak minął cały dzień. Opowiadaliśmy o sobie, śmialiśmy się jeżdżąc na kładce zaprzęganej przez kozy. Byłem im wdzięczny za całą tą akcję i narażenie własnego życia. Kij mnie obchodziło co się stało a Alfą i innymi. Cieszyłem się, że żyję.
Słońce powoli zachodziło, a my coraz szybciej zbliżaliśmy się do granicy Klanu Everything. Konwój się zatrzymał, starzec zeskoczył z kładki i uśmiechnął się do mnie.
-Nu, Nirrith. Czos siy rozstać. Opowiadałyś mi o swojyj...dziywczynie.
-Seber nie jest moją dziewczyną! - oburzyłem się zeskakując z kładki. Ponownie śmiechy zawitały do moich uszu.
-Niech ci bydzie. Opowiadałeś mi o Syber, to mniy tak coś wziyło na syrce. Nje chca ci zowracać gowy, ale gdybyś kciał, to możysz do nas dołaczeć, do Stowyrzaszenie Wiylkiego i Potyżnego Orła Wyndrowcy. Ale wym, że ty mosz swoja życia. I że kcesz je prowydzić som. No to, do wiydznia Nirrith. Miło było pozneć. - uścisnął mi mocno łapę i wskoczył na kładkę. Spojrzał jeszcze raz współczującym wzrokiem i zawołał do kóz, które naraz ruszyły. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w swoją stronę. Bo co miałem niby zrobić?
(Seber? XD)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz