Słońce wychyliło się już zza chmur, a las przepełniał się typowym podeszczowym zapachem i promykami przebijającymi się przez liście drzew. Szłam koło Marona już od dłuższego czasu i próbowałam rozpocząć jakąś konwersację. Niestety po pewnym czasie skończyły mi się tematy do rozmów. Właściwie można by to nazwać moim monologiem, a nie rozmową, gdyż Maron tylko od czasu do czasu wtrącał jakieś małe słówko, a to i tak pewnie tylko przez grzeczność. W końcu zdecydowałam, że zostawię go w spokoju. Mój sposób na zabicie czasu -wcale tego czasu nie zabił. A kiedy już byłam gotowa by powiedzieć krótkie "Pa", kiedy już chciałam postawić ostatni krok, zauważyłam coś na szyi Marona. Od razu zmieniłam zdanie i postanowiłam dowiedzieć się co to jest. Był to jakiś dziwny czarno-turkusowy wisior.
- Ładny naszyjnik. - powiedziałam z lekkim sarkazmem.
- Tak. - odpowiedział i spojrzał się na mnie wzrokiem, który mówił "Błagam! Tylko znowu nie próbuj mnie znowu zagadywać".
Zignorowałam jego spojrzenie i znowu podjęłam próbę
- Skąd wytrzasnąłeś takie turkusowe coś? - spytałam i tym razem spotkałam się z jego zainteresowaniem.
- Turkusowe? - wydawał się zaskoczony.
- No tak. Patrz. - wskazałam i mnie zatkało. Klejnot był czarno-czerwony. Mogłabym przyrzec, że przed chwilą był czarno-turkusowy. - Ale... Ale... - nie wiedziałam co powiedzieć.
- Jesteś pewna, że był turkusowy?
- Tak, w stu procentach pewna.
- Hmmm... - zamyślił się Maron. - Ogólnie ten klejnot jest dosyć dziwny i nie dziwiłbym się gdyby naprawdę zmieniał kolor.
- Ale on zmienił! Jestem tego pewna! - odpowiedziałam z entuzjazmem.
- Może... - Maron chyba nie chciał dać się przekonać. - Mam go już od dłuższego czasu i jakoś nic nie zauważyłem.
- Ale... - chciałam się usprawiedliwić, ale zauważyłam, że Maron znów zamknął się w sobie.
Dalej szliśmy w ciszy, a ja przyglądałam się tajemniczemu kamieniowi. Nie zmienił koloru i dalej przypominał jakby czarny, gładki, lekko żarzący się węgielek. Po turkusie nie pozostało żadnego śladu. Właśnie wkroczyliśmy na tereny Klanu Ziemi. Maron skierował się w stronę jaskiń. Przechodziliśmy koło leśnego strumyka,a ja byłam spragniona, więc postanowiłam szybko skoczyć się napić. Znałam w miarę te tereny więc bym go dogoniła. Nie wiedziałam czy powiedzieć Maronowi, że zaraz wrócę czy po prostu sobie pójść, bo on i tak nie zwróciłby na to uwagi. Wybrałam jednak to pierwsze.
- Idę na chwilkę do strumyka zaraz cię dogonię. Nie chce ci się też pić?
- Nie. Nie musisz mnie doganiać. Poczekam. - odpowiedział i zauważyłam, że wykazał choć minimalne zainteresowanie moją osobą.
Szybkim krokiem podeszłam do brzegu strumyka i zanurzyłam pysk w lodowatej wodzie. Wypiłam parę dużych łyków, uniosłam głowę i zapatrzyłam się w moje odbicie w wodzie. P chwili usłyszałam cichy szelest gdzieś zza krzaków.
- Halo?! - zawołałam.
Nikt nie odpowiedział. Podeszłam trochę bliżej i zaczęłam nasłuchiwać. To coś dalej tam było i szeleściło liśćmi.
- Kim jesteś? - spytałam, a to coś dalej mi nie odpowiedziało.
Co to może być? Raczej nie żadna zwierzyna, bo ta dawno by już uciekła. A więc co? Wilk? Jakiś gryzoń? Nie, na gryzonia to było za głośne.
- Hej?! - znów powtórzyłam, a nikt nie odpowiedział
Stałam jeszcze przez chwilę w miejscu,a potem zrezygnowana obróciłam się, by odejść. Postawiłam parę kroków i usłyszałam za sobą głośny pomruk, a po chwili coś zaatakowało mnie od tyłu. Nie mogłam zobaczyć co to było, ale poczułam jak coś mocno przygniata mnie do ziemi.
- Maron! - krzyknęłam przerażona. - Po...! - nie zdążyłam dokończyć, bo musiałam się obronić.
Udało mi się lekko podnieść (z tym czymś co mnie atakowało na plecach) i skuliłam się wbijając się zarazem zębami w nogę tego stworzenia. Ono jednak niewzruszone stało w miejscu i zacisnęło swoje zęby na moim karku. Złapał mnie bezdech, nie mogłam złapać powietrza i zaczęłam się dusić. W ostatniej chwili zanim straciłam przytomność z całej siły zrzuciłam z siebie przeciwnika i uderzyłam głową wbijając mu przy tym moje kolce w żebra. Chyba podziałało, bo usłyszałam ryk, a tuż po tym straciła przytomność. Obudziłam się chwilę później. Zobaczyłam jak Maron tarza się po ziemi z tym stworzeniem. Byłam zbyt zamroczona by rozpoznać to coś co mnie zaatakowało. Najwyraźniej jeszcze do koca się nie zregenerowałam, bo dalej czułam ból z tyłu głowy. Kiedy w końcu byłam w pełni sił podniosłam się i rzuciłam się na pomoc Maronowi. W tej właśnie chwili kamień na jego szyi rozbłysł oślepiającym, szkarłatnym blaskiem. Światło zamroczyło mnie na chwilę, a kiedy efekt minął zobaczyłam leżącego na ziemi Marona,a kawałek dalej (odrzucone przez siłę klejnotu) zwierzę.
- Maron?! - krzyknęłam niepewnie i podbiegłam do niego przerażona.
Nachyliłam się nad nim. Oddychał. Jego stan był stabilny. Na grzbiecie miał parę dużych ran. Na szczęście nie były bardzo głębokie. Kiedy upewniłam się, że Maronowi nic nie jest, podeszłam ostrożnie do napastnika. Teraz poznałam co to było za zwierze. Już kiedyś je widziałam. To była pantera. Ale skąd się ona tu wzięła? Odpędziłam szybko te myśli. Później się tym zajmę. Zbliżyłam się jeszcze bardziej do pantery Ona także jeszcze żyła. W pierwszym momencie chciałam ją dobić. Ale... Ale nie umiałam. Czarne zwierze patrzyło się na mnie swoimi ślepiami i jakby bezgłośnie błagało mnie o litość. Stałam przez chwilę zapatrzona w nią. Nie mogła się ruszyć i miała parę większych ran. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę Marona. Kiedy doszłam do niego sprawdziłam mu (tak dla całkowitej pewności) jeszcze raz stan. Oddychał, ale jeszcze się nie obudził. Nagle zaczął padać pierwszy jesienny deszcz. Choć byliśmy w lesie to i tak dosyć dużo kropel przedostawało się przez korony drzew. Spojrzałam jeszcze raz w stronę pantery. Nie mogłam jej tak po prostu zostawić. Ale Marona też nie. W końcu poszłam na kompromis.
- Przepraszam, Maron. Muszę cię na chwilę zostawić. - powiedziałam do niego łagodnym głosem, choć i tak wiedziałam, że mnie nie usłyszy.
Szybko ruszyłam w stronę pantery i zaczęłam realizować mój plan. Na szczęście nie zajął mi on dużo czasu, a już po paru minutach moje dzieło było gotowe. Spojrzałam z dumą na szałas, którym otoczyłam ranne zwierze. W środku nie było zbyt dużo miejsca, ale przynajmniej sucho. Przyniosłam jej jeszcze trochę wody do picia i podeszłam do zwierzęcia.
- Wrócę po ciebie. Przyrzekam. - szepnęłam do niej, a ona spojrzała się na mnie jakby wszystko zrozumiała.
Szybko pobiegłam do Marona. Przez chwilę zastanawiałam się jak go przenieść. W końcu przerzuciłam go sobie przez grzbiet i wzbiłam się w powietrze. Deszcz się nasilił, a lecąc ponad koronami drzew bardziej dało się go odczuć. Po pewnym czasie ujrzałam w dole światełka i zniżyłam lot. Wylądowałam przemoczona na środku placyku.
- Pomocy! Gdzie jest lekarka?! - krzyknęłam i rozejrzałam się w poszukiwaniu domniemanej osoby.
Wokół mnie zebrały się już zaciekawione wilki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz