Delikatny, chłodny, jesienny deszczyk skapywał mi na pysk z liści wysokich drzew. Szłam przez szary, zimny las. Kałuże i błoto były wszędzie. WSZĘDZIE. Trącałam delikatnie wodę łapami która po tym leciała na tylne łapy Jane. Odwróciła się, popatrzyła zdziwionym wzrokiem i szła dalej. Phi...
Szliśmy tak omijając wystające wielkie korzenie, albo zwyczajnie je podpalając. Dzisiaj słaby dzień na wyprawę. Innego sobie znaleźć nie mogła. Idziemy, ale gdzie? Szukając czego? Po co? Milion pytań na które odpowiedzi nie ma. Idziemy.
No i doszłśmy. Może to i dziwnie brzmi, bo w końcu same nie wiedziałyśmy gdzie zmierzałyśmy. Terra rozkazała nam iść na zachód.
Przed naszymi oczyma ukazała się wielka skała. Z niej spadał piękny, parujący wodospad. Teraz musimy tylko wejść na tą skałę, czyli jakieś 10-15 m w góre. Cudownie, mogłam zostać i mieć wywalone na tą całą sytuację.
Gdy już się wdrapałyśmy( omijając szczegóły- masakra), nic ciekawego nie zoabaczyłyśmy. Drzewa, krzewy, wysoka trawa- widocznie dzikich koni tu nie było, o tyle lepiej. Jane spojrzała się na mnie błagalnym wzrokiem, wydawała się prosić żebym coś powiedziała. Była spocona, brudna i przemoknięta. Parowała ze zmęczenia. Postanowiła się odezwać:
-Mmmm... Teraz możemy... poczekać.
-Ciekawe na co. Może na zbawienie poczekamy?
-No przecież wiesz że musimy coś z tym zrobić, innego wyjścia nie ma.- prawie krzyknęła Jane.
Nie odzywając się więcej, wskoczyłam na drzewo i położyłam się na nim obserwując małe strumyczki wychodzące ze szczeliny między skałami. Jane zrobiła to samo. Na ostatkach sił wdrapała się trochę niżej ode mnie, położyła się i zdawałoby się że zasypia.
Po 15 minutach skubania drzewa z kory, usłyszałam ciężkie kroki. Widziałam tylko jak Jane podnosi delikatnie głowę, patrzy się na mnie i obserwuje nadchodzącego osobnika.
<Jane?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz