Budzę się prawie z krzykiem, oblana zimnym potem. Rozglądam się po otoczeniu i wiem, że to przecież mój nowy pokój. Ozdobiłam go przytulniej, rozkładając duży dywan z futra niedźwiedzia, którego upolowałam dla klanu na popołudniowym wypadzie. Ściany są ozdobione są czarnymi wzorami zrobionymi oczywiście ogniem i specjalną rośliną. Praktyki u zielarki się przydały. Oddycham głęboko, próbując się uspokoić. Z tego co czuje, powinno już dawno świtać. Podchodzę do okna, uważając na Shebę, która rozłożyła się na grubym puchatym dywanie i wyglądam na zewnątrz. Słońce jest już wysoko, ale pod takim kątem że, promienie nie wpadają do pokoju. Przymykam oczy zadowolona. Czuję ruch za plecami.
- Dzień dobry. - mruczy kotka, przeciągając się.
- Hej. - mówię, nie odwracając się do niej.
- Jakie plany mamy dzisiaj w planach? - pyta.
Wzruszam ramionami. Nie myślałam nad tym. Z rana nie włącza mi się umysł.
- A ja mam pomysł!
Zadźwięczała radośnie i poczułam nagle, że tracę równowagę. Wypchała mnie z okna?! Po chwili coś złapało mnie i wrzuciło na miękki grzbiet. Zamieniła się w smoka? Uczepiłam się pazurami białych łusek.
- CHOLERA JAŚNISTA! Następnym razem proszę mnie uprzedzić z łaski swojej! - warknęłam.
Usłyszałam jej śmiech.
- Trzymaj się!
- A co ja niby robię?! -krzyknęłam.
Wznosiliśmy się coraz wyżej. Zebrałam się na odwagę, by wspięć cię wyżej, bliżej karku. To była nieznacznie powiększona wersja stworka, w jakiego się zamienia podczas walki. Takie nie wiadomo co. Bestia bardzo podobna do kota. Dokładnie pumy. Z pierzastymi skrzydłami i uszami oraz te płytki na plecach.No cóż... Sheba lubi mieszać gatunki. Wyglądała dumnie a zarazem groźnie. Wyjrzałam jej przez ramię. Pod nami rozciągała się łąka. Rdzawo-czerwona trawa była jak płomienie. Przypominała mi czarnego basiora, który dał mi szansę. Kurde! Miałam z nim porozmawiać!
- Zawracamy! Miałam porozmawiać z Darkness'em! Podrzuć mnie tam!
- Niema sprawy!
Zrobiła tak ostry zwrot, że pisnęłam. Zaczęłam się ześlizgiwać, a nie przeżyłabym upadku z takiej wysokości. Zachichotała. Poczekała, aż zajmę na nowo swoje miejsce. Pomknęła jak strzała, bijąc skrzydłami o powietrze. Zrobiła poziomy obrót wokół własnej osi. Skoczyłam i zdążyłam jeszcze zjechać po skrzydle. Uśmiechnęłam się lekko i weszłam na schody. Szybko przybrałam obojętną minę i spokojnie wchodzę do środka. Plątaniną korytarzy doszłam do jego groty. Już miałam pukać do jego drzwi, ale usłyszałam głosy i zawahałam się. Rozmawiał z kimś. Przeszkadzać czy nie? Nim podjęła decyzję zamarłam. Znam ten głos. Tęskniłam zanim. Zanim zdążyłam się opanować, już stałam w środku. To co zobaczyłam... wmurowało mnie w podłogę. Nie mogłam do niego podejść, nic powiedzieć. Czułam się tak, jak wtedy gdy zatrzymywałam czas. Tylko, że zazwyczaj robiłam to świadomie. Czy teraz przypadkiem zawiązałam supeł na strunie czasu? Spojrzałam prosto w dobrze znane błękitne oczy. Teraz rozjarzone nieopisaną radością. Czy moje wyglądały tak samo?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Shane ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Sammi powiedziała mi, że Rach odeszła zabijając Chronosa z wściekłości, ale mam nikomu nic nie mówić. Wersja jest taka, że nadział się na miecz, podczas wybuchu Katedry. Gruzy niemal ich przygniotły. Rox kilka tygodni jak nie miesięcy spędzi w lecznicy. Miał roztrzaskane przednie łapy i kilka siniaków. Matka nie potrafiła wyjaśnić jednak dlaczego tak się stało. Ciągle milczała. Jak z resztą cała rodzina. Jak próbowałem porozmawiać o tym z Lidią to nie tylko na mnie warczała, ale i jakby miała do tego prawo, najchętniej wyrzuciłaby mnie z domu. Coś przede mną ukrywali, a oprócz nich wiedziała tylko ona. Nie lubiłem żyć w niewiedzy. Miałem dużo pytań. A za ciekawość w swojej sforze mogłem ponieść surowe konsekwencje. Zastanawiałem się czy oni się czasem nas nie bali. Takie było ich zachowanie. Jakby bali się tego co się stało i tego jak zareagują inne wilki. Po śmierci Chronosa, zajął jego miejsce syn Ander. Był irytujący. Zbyt zmienny, żeby nie powiedzieć psychiczny. Ciągle mu coś stało na drodze. Wszystkie wilki musiały pomóc w odbudowie sali, a naprawdę było co sprzątać. Czeka ich dużo pracy. Ja zbywałem ich, ze mam mnóstwo innych obowiązków, że trzeba przecież przeprowadzać podwójne patrole. Postanowiłem, ze poszukam jej, bez ich wiedzy. Wymknąłem się w nocy i uciekłem. Ostatnio widziałem ją na grani po wybuchu. Poszedłem w tamtym kierunku. Za stokiem był las. Jak na razie nie musiałem jej tropić, każdy wilk wiedziałby że, tamtędy szła. Najprawdopodobniej dlatego, że tam gdzie postawiła łapy, trawa była spalona. Szedłem ścieżką pozostawioną po jej wściekłości. Po kilkunastu kilometrach ścieżka się urywa i idź gdzie chcesz. Z nosem przy ziemi biegłem swobodnym truchtem, za zapachem swojej siostry. Po kilku dniach drogi, chyba zabłąkałem się na czyjś teren bo wyczułem też kilka innych zapachów. Całkowicie nierozpoznawalnych. Zauważyłem też, że Rachel dość często się tędy przemieszcza, więc przyszło mi do głowy, że dołączyła, albo poprosiła o schronienie. Jeśli jest to drugi wariant to mam nadzieję, że się nie spóźniłem. Obniżyłem temperaturę ciała siłą woli. Głód dawał się już tak we znaki, że nie mogłem dłużej zwlekać. Upolowałem niewielką łanię, która nieszczęśliwie znalazła się w zasięgu mojego wzroku. Żołądek mi zaburczał, sprowokowany bliskością świeżego mięsa. Oblizałem się i wgryzłem w tuszę zwierzęcia. Byłem na tyle głodny, ze po chwili zostały prawie same kości. Wytarłem pysk o trawę i pobiegłem do kwatery, która wyglądała jak główna. Miałem nadzieję, że uda mi się rozmówić z Alfą w sprawie mojej siostrzyczki. Zapytałem się pierwszego lepszego wilka z brzegu gdzie mogę znaleźć ich przywódcę. Dowiedziałem się, ze ma na na imię Darkness, a to jest Klan Ognia. Bardzo ciekawie. Oboje mieliśmy ten żywioł i dysponowaliśmy tą ogromną mocą. Mijałem kolejne wejścia. Jedno z nich przykuło moją uwagę. Po prawej stronie wejścia wyryte były słowa. Posuwistym pismem - dość ładnym trzeba przyznać - było wypisane zdanie. Przyjrzał my się dokładniej. Rozpoznałem tą tradycję. Położyłem łapę na literach i zajrzałem do środka. Jaskinia była pusta. Rozejrzałem się po korytarzu. Brak oznak obecności kogokolwiek. Wśliznąłem się niezauważony do środka. Nie zamierzałem niczego kraść, nie jestem złodziejem, ale chciałem się rozejrzeć. Przyglądałem się ozdobionym ścianom, podchodziłem do półek. Przystanąłem przed wyrzeźbioną drewnianą figurką różyczki z cierniami. Hm... zrobiłem kilka kroków dalej. Moim oczom ukazał się notatnik narysowaną na okładce złamaną strzałą. Poczułem nadzieję. Zajrzałem na pierwszą stronę. Moim oczom ukazał się... ja sam. Uśmiechałem się szeroko pokazując białe zęby, leżałem na gałęzi rozłożystej lipy. Narysowała mnie. Następne strony ukazywały waderę na kamieniach patrzącą na płonąca budowlę. To o n a . Zyskałem całkowitą pewność. Były też rysunki, jakiegoś futrzaka, krajobrazy i inne nieznane mi wilki. Były też podpisy: Dark, Maron, Al, Sol, Blue, Zuko, Sh, Blue... Nie wiedziałem kim oni są. Najprawdopodobniej członkowie klanu. Dobra, czas szukać. Wyszedłem i szybkim krokiem popędziłem do przodu. Znalazł go wreszcie. Przywitałem się z nim. Właśnie kroczył w moją stronę. Był dość... nie wiedziałem jak go opisać.
- Jesteś Alfą, prawda? - chciałem się upewnić, widziałem szkice. Potwierdził. - Musimy koniecznie porozmawiać.
Przyjrzał mi się z ciekawością i zaprosił do pomieszczenia. Zastanawiam się czy wadera zmieniła imię. Jest zdolna do czegoś takiego.
- Czy niedawno dołączyła tu taka wilczyca?
Pokazuję zdjęcie, które miałem sprytnie schowane.
- Tak.
Czuję ogromną ulgę.
- Chodzi o to, że to moja siostra i ja jej szukam. To żeby ją znaleźć jest bardzo ważne. Jeśli ona tu jest chciałbym z nią chociaż porozmawiać. Nie wiem co się z nią dzieje. Czy mógłbym poprosić o... - Nie zdążam dokończyć, bo nagle zawiasy jęknęły do środka wpadł nie kto inny jak ona. Na początku widzę jej dezorientacje, ale po chwili uśmiechnęła się.
- Nie spodziewałaś się mnie aż tu, co?
Przytulam ją.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Rachel~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czuję, że gdzieś tam jestem choć trochę szczęśliwa. Cieszę się, że go widzę. Wygląda tak jak zawsze choć, trochę jego futro było w kurzu. To w pewnym sensie dobrze, przekonuję oporny rozum, że jest rzeczywisty. Odzyskałam go. Nie jestem sama. Przy nim nie muszę ukrywać.
- Shane. Braciszku, wytropiłeś mnie?
Pytam, gdy uwalniam się z uścisku. Przytakuje. Wygląda na zadowolonego z siebie. Nie zapominam o obecności Darknessa, więc spoglądam na niego.
- Wybacz, że zawracał ci głowę...
Zaczynam, ale Shay mnie wyprzedza.
- Kiedy mogę dołączyć?
Jęknęłam w duchu.
- To załatwcie formalności, a ja... idę do pokoju. Jak coś to ten z napisem. - drugie zdanie kierowałam do odzyskanego brata.
- Wiem o tym. - odparł gdy wychodziłam.
Skąd u diabła mógł o tym wiedzieć? Wpadam na pomysł. Z niecierpliwością dotykam czarnego kamienia oplecionego drucikiem. Skupiam się i wyobrażam płynący czas. Sięgam do niedalekiej przeszłości. W tym miejscu purpurowa-srebrna aura miesza się z niebiesko-złotą. Skupiam się na tej drugiej, na jej pozostałościach. Gdy otwieram oczy widzę, że wisior świeci granatowym blaskiem. Widzę też niebieskie ogniki, tam gdzie stawiał wcześniej kroki kroki. Idę za nimi i zauważam, że był w moim pokoju. Skubany! Nawet dotykał moich rzeczy! Przestałam korzystać z aur i usiadłam na pryczy, zwieszając przednie łapy z krawędzi. Czekałam. Powstrzymałam się od człapania w tę i z powrotem. W końcu przyszedł.
-Nie mogę uwierzyć, że mnie szukałeś...
Zaśmiał się radośnie.
- To uwierz! Trochę kilometrów zrobiłem!
- Ponad trzysta.
Przyznaję, z lekkim uśmiechem. W jego oczach widzę wiele niebezpiecznych pytań. O n chce żebym mu wszystko wyjaśniła. Czyli nie... Kłamcy! Odgarnia mnie nagła złość. Marszczy brwi.
- Nie wyrzucisz mnie przez okno?
Błagalny ton. Robię się ponura. Rozumiemy się bez słów.
- Od czego zaczniemy?
Z zaciśniętymi zębami, wstaję i prowadzę go bez słowa na zewnątrz. Nie chcę, żeby ktokolwiek o tym słyszał. To moja tajemnica. N a s z a - poprawiam się. Oddalmy się,idziemy przez łąkę, aby mieć pewność, że jesteśmy sami. Nie chcę usuwać niczyich wspomnień. To nienormalne. Zaczynam opowiadać. W s z y s t k o. Podaję odpowiedzi na każde dręczące go pytanie. Gdy skończyłam, opuszczam głowę i patrzę w ziemię.
- Boże, Rach...
- Was nie zabili, bo byliście potrzebni mi.
Mówię cicho. Zdaję sobie sprawę, że na pewno słyszy. Przytula mnie. Nie dziwię, że się martwi. Sama się o siebie czasem martwię. To trudne. Czuję obrzydzenie do samej siebie. Zrobiłam wiele złego. O wiele za dużo. Czuję się jakby to była moja wina. Że dostałam to na co zasłużyłam.
Ukrywam się. przybieram maskę.
- Przejdziemy się?
Skinęłam głową.
- Oprowadzę cię, a potem wybierzesz sobie grotę.
Zamieniam się w Opiekuna, jak nazwano by mnie w tej chwili. Pokazuję i opisuję wszystkie miejsca i ogólnie klan. Pochłonięci rozmową uskakujemy, gdy coś wyskakuje z nory pod kamieniem. Jest duże i silne. większe od nas dwojga razem wziętych. Wiedziona instynktem, używam mocy, twór oplata się wokoło ciała stworzenia.Zaciska się i początek zaczepia się na końcówce. Zaczyna się rzucać i syczeć, wygląda jak padalec. Jest całkowicie skrępowany. Odskakuję na dobre dwa metry. Brat patrzy z zaskoczeniem i pyta się mnie.
- A to co to jest? Trzeba przed tym uciekać czy jak?
Patrzę jak zahipnotyzowana, kręcę głową. Nie podaję odpowiedzi bo sama nie wiem. Nie widziałam nigdy czegoś takiego. Przypadam do ziemi i bardzo powoli czołgam się do stworzenia, które przestało się ruszać, tylko oddycha miarowo. Sunę brzuchem po podłożu. Odbija się, by ustawić cię do mnie bokiem. Mógłby uderzyć mnie ogonem,ale ja się nie boję. Słyszę, że Shane mnie woła. Nie cofam się.
- Czym jesteś? - szepczę.
Prychnęło i przymknęło ślepia koloru błota. Przez głowę przeleciało mi przez głowę, że może mnie rozumie. Zrobiłam dwa krok do tyłu gdy bestia się uwolniła.
- Czymkolwiek jestem.
Głos ma głęboki i chropowaty. Przekrzywiam głowę z ciekawością. Spojrzał mi w oczy.
- Jestem Shattered. - spojrzał na Shay'a - Blood Dream.
Wyprostował się, ja też. Uniosłam dumnie głowę. Kącik pyska uniósł się, ruszał nerwowo ogonem. Przyjrzałam mu się dobrze. Był silnie umięśniony, giętki i dość szczupły, Nigdy nie słyszała o Blood Dream. Nie znałam tej rasy. Nigdy się z nią nie spotkałam w czasie, swojego krótkiego życia.
- Jestem ostatni z gatunku. - wyjaśnił, nie pytany - I mam propozycję... - ruszył z wolna w naszą stronę. - nachylam się, pokazuję kły w ostrzegawczym grymasie. - Przestań. - Warkną pokazując dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów. Uszy przyległy mi płasko do czaszki. - Mam propozycję. Możesz poręczyć za mnie u swojego Przywódcy, a ja za schronienie broniłbym was przed waszymi wrogami. Ty nie on, bo czuję, że jesteś tu dłużej i do ciebie ma pewnie większe zaufanie. Nieprawdaż?
Chytrze się uśmiecha. Nie podoba mi się to. Zmrużyłam podejrzliwie oczy. Walił prosto z mostu nie bawiąc się w żadne delikatności. Bez ogródek. Jak to mówi Sheba " Nie ma lipy, same dęby". Nie przypada mi to do gustu.
- Możliwe, ale ja nie ufam TOBIE.- ze szczególną starannością naciskam na ostatni wyraz.
Prycha.
- -Nie wątpię w to. Jednak mogę być bardzo dobrym sojusznikiem lub równie niebezpiecznym wrogiem. Nie radzę, mnie lekceważyć. Mogę pomóc albo zaszkodzić. Decyzja należy wyłącznie do ciebie.
Zerkam na brata. Powoli staję tak jak przedtem z dumnie uniesioną głową.
- Ogromny wybór mi proponujesz... - mówię z pozoru niedbale.
- To żaden wybór. - przyznaje.
Sama siebie zaskakuję.
- Dobrze.
Basior za mną się zakrztusił.
- Oszalałaś?! TO może nas w każdej chwili zabić.
Przytakuję. To oczywisty fakt. Nie kwestionuję tego. Jedno uderzenie i byłabym na tamtym świecie. Dusza byłaby rozszarpana przez Czarne Kruki. Chyba, że stworzyłabym złudzenie ciała od kamienia. Nie śpieszyło mi się tak daleko. Jeszcze.
- Czas na nas.
Patrzyłam twardo na Shettered'a. Nie miałam czasu zastanawiać się, czy dobrze robię. Miałam nadzieję, że to dobra decyzja. Oby. Pewnym krokiem, szłam obok wąwozu do Sythe. Red rozglądał się z zainteresowaniem. Irytował mnie, bo zachowywał się jakby dobił targu.
<Ktoś? Darkness?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz