Błękitne promienie księżyca w pełni przedzierały się przez korony drzew tutejszego lasu. Był to prawdopodobnie 29 dzień mojej wędrówki, a raczej od wyrzucenia mnie z rodzinnego stada. Nadal nie mogłem pojąć jednej ważnej rzeczy...dlaczego tak po prostu mnie nie zabili? Pozbyliby się problemu, a ja nie musiałbym żyć z hańbą ...chyba że to miała być moja kara za nie podołanie przeznaczeniu. Nie wiem co o tym myśleć... przecież dorównanie ojcowi...wielkiemu bohaterowi stada... nie jest takie trudne z jego genami. Choć tak szczerze robiło mi się nie dobrze na samą myśl o nim, a wokół mojego ciała zaczynały się unosić drobne krople wody, które przez światło wydobywające się z mojego futra zaczęły się mienić na odcienie jaskrawego niebieskiego i fioletowego. Jak ja tego nienawidziłem. Wszyscy zazwyczaj się zachwycali tym widokiem. Twierdzili, że jest piękny...niezwykły. Dla mnie był jedynie utrapieniem. Nie mogłem wychodzić na nocne polowania, gdyż widać mnie było nawet z odległości paru kilometrów... przecież takie światła rzadko występują naturalnie, więc ciężko było to zwalić na coś innego niż mnie. Powoli stawiałem każdy krok starając się zrobić jak najmniej hałasu. Drzewa i krzaki po części mnie kryły przed oczami innych stworzeń, lecz mimo to wolałem zachować ostrożność. Czułem tu obecność wilka...a nawet paru. Pewnie znajdowałem się na terenie jakiejś watahy, a to mogło oznaczań niezbyt miłe spotkania. Kierowałem się w stronę strumienia, które wypatrzyłem z górki niedaleko. Płynął on spokojnie w stronę jeziorka, gdzie zamierzałem się zatrzymać. Obecność wody sprawiała, że czułem się bezpieczniejszy. Wolałem mieć jakąś metody obrony, a w ostateczności ataku, choć w prawdzie wodę mogłem ze wszystkiego wyciągnąć.
Droga normalnym krokiem zajęła mi może z kilka minut. Nie wyczuwałem w pobliżu nic wrogiego, więc spokojnie położyłem się na brzegu pozwalając moim łapom zanurzyć się chłodnej cieczy. Kochałem to uczucie jak nic innego. Nie wiedząc, po jakim czasie i w jaki sposób wsunąłem cię cały w tafle wody...mogło to zapewne wyglądać jakby coś mnie do niej wciągało...choć może to czyste pragnienie? Wynurzyłem się na 6 metrów od brzegu. Woda wokół mnie zaczęła się mienić, a ja czułem się w końcu spełniony....do czasu, kiedy ktoś nie przerwał mi tego błogiego uczucia swoim warczeniem. Powoli odkręciłem się w stronę odgłosu wydawanego przez stojącego na brzegu wilka. Jedynie jego futro zwróciło moją szczególną uwagę przez wzór przypominający rozgwieżdżone nocne niebo...i dziwo te "gwiazdki" delikatnie świeciły, lecz nie tak bardzo, jak moje wzory. Czując na sobie jego wkurzone ja i ostrzegawcze spojrzenie powoli zacząłem płynąc do brzegu gdzie wyszedłem zachowując bezpieczną odległość. Nie potrzebowałem się wytrzepać, by pozbyć się z futra nadmiaru wody, ta sama ściekała w szybkim tempie, choć włosie nie pokrywał tłuszcz ani nic innego.
- Jestem tu osobą pozytywnie nastawioną....nie mam złych zamiarów — powiedziałem spokojnie, a mój głos wydawał się iść z wiatrem, który zaczął delikatnie wiać.
-Dlaczego wkroczyłeś na teren mojego klanu — poczułem ciarki na grzbiecie, gdy do mnie przemówił. Głos miał dostojny tak jak i wygląd. Sądząc też po jego wypowiedzi mogłem stwierdzić, że jest tu alfą. Sam nie wiedziałem, czy to dobrze, czy nie...musiałem dobrze to rozegrać, by nie dostać kłami po karku.
- Pochodzę o oddalonego na wschód watahy, jednak nie tam było moje miejsce. Wędruje szukając ukojenia — położyłem uszy i delikatnie się schyliłem by nie dać wrażenia, że traktuje go jako równego sobie. W mojej watasze mógłbym za to dostać chłostę, jak i nie lochy. - Jestem tu sam, nie musisz się obawiać ataku.
<Rhaegar ? Jak nie będziesz miał sił ze mną pisać, to możesz komuś to oddać >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz