Ciemność. Chłodna, przyjemna woda kołysała moje rozproszone we wszystkie strony, jasne futro. Przez półprzymknięte powieki widziałam jedynie drogę przed sobą, wyłożoną niesionymi przez fale, różnego rozmiaru muszelkami, kamieniami i morską roślinnością. Czasami coś musnęło mnie w łapy, zaczepiało się w ogon, jednak jak w głębokim transie nie zwracałam na to żadnej uwagi. Przecież byłam bezpieczna... prawda? Łapczywie zaczerpnęłam w płuca świeżego powietrza, gdy tylko powolnie wynurzyłam się na powierzchnię, a moje łapy zatopiły w suchym, ciepłym piasku. Od razu gorące promienie jasnego słońca sięgnęły mojego grzbietu, a miłe, leśne powietrze ponownie pobudziło do życia. Leniwie uchyliłam powieki, unosząc wzrok na teren przede mną. Plaża nie była duża, już kilka metrów od wody porastała trawa, a jeszcze kawałek dalej zaczynały się drzewa, rosnące coraz gęściej, aż w końcu tworzące bujny las. Drgnęłam niespokojnie, uświadamiając sobie, że zupełnie nie miałam pojęcia gdzie jestem i jak się tutaj znalazłam. Byłam wymęczona, a moje mięśnie wręcz błagały o odpoczynek. Na szczęście raczej nikogo nie było w pobliżu, więc może warto byłoby się rozejrzeć? Miałam ochotę trochę poleżeć na ciepłej plaży i dopiero udać się w teren, jednak głód zmusił mnie do natychmiastowych poszukiwań. Wkroczyłam w pas chłodnego cienia rzucanego przez drzewa, utrzymując czujność. Ziemia i całe otoczenie były bujnie porośnięte zieloną roślinnością, osłaniającą przed gorącym słońcem. Z podłoża bił przyjemny dla łap chłód. Do mych nozdrzy dotarł miły zapach mięsa, dobiegający z niedaleka. To mogła być oznaka czyjegoś bytu i rzeczywiście roznosiła się tutaj woń innych wilków, jednak byłam tak głodna, że musiałam sprawdzić, czy na pewno to czyjaś zdobycz. Przecież równie dobrze mogła być niedawno porzucona...
Niepewnie stanęłam u wejścia jakiejś jaskini, gdzie doprowadziła mnie upragniona woń. Próbowałam dopatrzyć się czyjegoś ruchu, jednak niczego nie dostrzegłam. Czym prędzej doskoczyłam do upolowanej łani i już miałam zatopić w jej ciele głodne zęby, jednak momentalnie drgnęłam, zatrzymując swe poczynania na dźwięk czyjegoś głosu za sobą.
- Co tu robisz? - aż podskoczyłam odwracając się szybko w stronę ciemnego wilka z neonowymi znaczeniami. Był ode mnie troszkę wyższy, stał u wejścia i mierzył mnie spojrzeniem zdziwionych oczu. Nigdy przedtem go nie widziałam, on zapewne mnie też.
- N-ii-c... - mruknęłam niepewnie. Na samą myśl, że to zapewne jego jaskinia, a ja tak po prostu sobie do niej weszłam, zaczęłam powoli osuwać się do tyłu. Nie byłam pewna jego dalszej reakcji, dlatego wolałam być gotowa na wszystko.
Neon?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ~Klan Wody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ~Klan Wody. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 sierpnia 2017
sobota, 9 lipca 2016
niedziela, 26 czerwca 2016
od Breeze cd Artiego
Kiedy mój wzrok napotkał niebieskie spojrzenie ciemnego wilka ukrytego w zaroślach, musiałam kilka razy zamrugać, by uwierzyć własnemu zmysłowi wzroku. Wilczyca siedząca obok mnie wyraźnie zauważyła moje wzmożone zainteresowanie krzakami.
- Bee, co jest? - Filia spojrzała na mnie ciekawie, a ja szybko powróciłam swoim zaskoczonym wzrokiem na jej pysk. Biała wadera odwróciła się w stronę mojego wcześniejszego spojrzenia.
- Nic, miałam tylko wrażenie... - urwałam, kiedy ponownie obróciła się w moją stronę. Po niecałej sekundzie wertowania jej myśli doszłam do tego, że nic specjalnego tam nie zobaczyła. - Już nic.
Wilczyca uśmiechnęła się powierzchownie i wróciła do wcześniej rozpoczętej myśli o metodzie wychowywania szczeniąt na skrupulatnych wojowników, a mi nie pozostało nic innego, jak jej słuchać. Nie było to jednak to samo słuchanie, które było przed momentem, gdy ciemny wilk pojawił się pomiędzy zaroślami. Byłam naprawdę ciekawa, co robił na terenach wody. Nie znałam nawet jego imienia, a jego obecność w tym momencie mocno mnie intrygowała. Chciałam, wręcz pragnęłam spojrzeć w miejsce, gdzie stał. Mimo, że tego nie zrobiłam, wciąż miałam wrażenie, że tam tkwił i bacznie obserwował wszystko, co działo się w dolinie. I właśnie to mnie zaniepokoiło. Zdecydowałam, że nie będę zwlekać z podjęciem działania. Musiałam to jak najszybciej wyjaśnić.
- Filia, muszę lecieć. - Przerwałam jej w pół zdania - Przypomniało mi się, że miałam po południu wpaść do Animy.
Nie było w tym zdaniu ani grama prawdy. Jednak nie znaczyło to wcale, że wymyśliłam pierwszą lepszą bajkę - faktycznie bywałam czasem u starej wilczycy, wyręczając ją najzwyklejszych sprawach - przynoszeniu jedzenia, ziół, sprzątaniu, czy czytaniu grubych ksiąg na głos. Teraz zdecydowałam się odebrać z tego trochę korzyści. Na dodatek w słusznej sprawie, więc miałam tylko nadzieję, że Bogowie nie będą mieli mi tego kłamstwa za złe.
- Jasne, pozdrów ją ode mnie.
No proszę, poszło szybciej, niż sądziłam. Uśmiechnęłam się do niej na pożegnanie i ruszyłam w górę doliny, prosto w stronę zarośli, gdzie przed chwilą stał czarny samiec. Właśnie, przed chwilą, bo chyba zdecydował się zmyć.
Szybko przecisnęłam się przez krzaki i wyszłam prosto na leśną ścieżkę wydeptaną wśród wysokich iglaków. Rozglądnęłam się badawczym wzrokiem, dostrzegając gdzieś na końcu szlaku ciemną sylwetkę. Czym prędzej ruszyłam przed siebie pośpiesznym krokiem, by ani na chwilę nie stracić czarnego wilka z oczu.
Trwało to dobre dwa kwadranse, nim czarny wilk czmychnął w polanę i znikł mi całkowicie z oczu. Zdawałam sobie sprawę, że mógł mi już całkiem uciec wgłąb lasu, mimo tego dalej szłam przed siebie. Kiedy przekroczyłam granicę wysokich drzew, a moje łapy dotknęły miękkiej trawy zamiast ściółki usłanej zielonymi igłami, spotkała mnie miła niespodzianka. Czarny wilk spokojnie sączył wodę z małego źródełka, a gdy tylko wkroczyłam na polanę, obrócił czujnie głowę w moją stronę.
Nastąpiła chwila zupełnej ciszy, podczas której znać dawała o sobie tylko szumiąca woda, lekko powiewający wiatr i świergocące ptaki, usadowione gdzieś na czubkach iglastych drzew.
Wilk wcale nie wydawał się być spłoszony moją obecnością. Z każdą sekundą, podczas której mierzyliśmy się ostrożnymi spojrzeniami, przekonywałam się do myśli, że dobrze wiedział o tym, że za nim idę. Próbowałam wejść chociaż do powierzchownej warstwy jego umysłu i odczytać cokolwiek, jednak czułam, że samiec skutecznie odpiera moją przedzierającą wolę.
- Teraz przyszła twoja kolej na szpiegowanie, tak? - spytałam z nutką niezadowolenia, świdrując go spojrzeniem, z którego nic sobie nie robił.
<Artie? Nie bij ok>
- Bee, co jest? - Filia spojrzała na mnie ciekawie, a ja szybko powróciłam swoim zaskoczonym wzrokiem na jej pysk. Biała wadera odwróciła się w stronę mojego wcześniejszego spojrzenia.
- Nic, miałam tylko wrażenie... - urwałam, kiedy ponownie obróciła się w moją stronę. Po niecałej sekundzie wertowania jej myśli doszłam do tego, że nic specjalnego tam nie zobaczyła. - Już nic.
Wilczyca uśmiechnęła się powierzchownie i wróciła do wcześniej rozpoczętej myśli o metodzie wychowywania szczeniąt na skrupulatnych wojowników, a mi nie pozostało nic innego, jak jej słuchać. Nie było to jednak to samo słuchanie, które było przed momentem, gdy ciemny wilk pojawił się pomiędzy zaroślami. Byłam naprawdę ciekawa, co robił na terenach wody. Nie znałam nawet jego imienia, a jego obecność w tym momencie mocno mnie intrygowała. Chciałam, wręcz pragnęłam spojrzeć w miejsce, gdzie stał. Mimo, że tego nie zrobiłam, wciąż miałam wrażenie, że tam tkwił i bacznie obserwował wszystko, co działo się w dolinie. I właśnie to mnie zaniepokoiło. Zdecydowałam, że nie będę zwlekać z podjęciem działania. Musiałam to jak najszybciej wyjaśnić.
- Filia, muszę lecieć. - Przerwałam jej w pół zdania - Przypomniało mi się, że miałam po południu wpaść do Animy.
Nie było w tym zdaniu ani grama prawdy. Jednak nie znaczyło to wcale, że wymyśliłam pierwszą lepszą bajkę - faktycznie bywałam czasem u starej wilczycy, wyręczając ją najzwyklejszych sprawach - przynoszeniu jedzenia, ziół, sprzątaniu, czy czytaniu grubych ksiąg na głos. Teraz zdecydowałam się odebrać z tego trochę korzyści. Na dodatek w słusznej sprawie, więc miałam tylko nadzieję, że Bogowie nie będą mieli mi tego kłamstwa za złe.
- Jasne, pozdrów ją ode mnie.
No proszę, poszło szybciej, niż sądziłam. Uśmiechnęłam się do niej na pożegnanie i ruszyłam w górę doliny, prosto w stronę zarośli, gdzie przed chwilą stał czarny samiec. Właśnie, przed chwilą, bo chyba zdecydował się zmyć.
Szybko przecisnęłam się przez krzaki i wyszłam prosto na leśną ścieżkę wydeptaną wśród wysokich iglaków. Rozglądnęłam się badawczym wzrokiem, dostrzegając gdzieś na końcu szlaku ciemną sylwetkę. Czym prędzej ruszyłam przed siebie pośpiesznym krokiem, by ani na chwilę nie stracić czarnego wilka z oczu.
Trwało to dobre dwa kwadranse, nim czarny wilk czmychnął w polanę i znikł mi całkowicie z oczu. Zdawałam sobie sprawę, że mógł mi już całkiem uciec wgłąb lasu, mimo tego dalej szłam przed siebie. Kiedy przekroczyłam granicę wysokich drzew, a moje łapy dotknęły miękkiej trawy zamiast ściółki usłanej zielonymi igłami, spotkała mnie miła niespodzianka. Czarny wilk spokojnie sączył wodę z małego źródełka, a gdy tylko wkroczyłam na polanę, obrócił czujnie głowę w moją stronę.
Nastąpiła chwila zupełnej ciszy, podczas której znać dawała o sobie tylko szumiąca woda, lekko powiewający wiatr i świergocące ptaki, usadowione gdzieś na czubkach iglastych drzew.
Wilk wcale nie wydawał się być spłoszony moją obecnością. Z każdą sekundą, podczas której mierzyliśmy się ostrożnymi spojrzeniami, przekonywałam się do myśli, że dobrze wiedział o tym, że za nim idę. Próbowałam wejść chociaż do powierzchownej warstwy jego umysłu i odczytać cokolwiek, jednak czułam, że samiec skutecznie odpiera moją przedzierającą wolę.
- Teraz przyszła twoja kolej na szpiegowanie, tak? - spytałam z nutką niezadowolenia, świdrując go spojrzeniem, z którego nic sobie nie robił.
<Artie? Nie bij ok>
sobota, 18 czerwca 2016
Od Caleb`a c.d Rhaegara
Jak przez mgłę słyszałem czyjeś głosy. Dwa wilki? Chyba basiory… ja to mam szczęście do kłopotów. Przecież tyle razy mi powtarzano, że podczas burzy należy wiać gdziekolwiek, byle nie pod drzewa i wysokie miejsca. Jestem idiotą….Moją ostrożność tym razem mnie zawiodła przez potrzebę schronienia się.
Powoli zaczynałem czuć moje ciało w tym potworny ból pleców. Nie ma bata…ze wstaniem –nie wspominając o chodzeniu- będzie problem. Obym niczego nie połamał, choć… nie takie rzeczy się przeżyło i wyszło z tego żywo. Los jeszcze pewnie będzie chciał się ze mną pobawić nie raz patrząc i śmiejąc się z mojego cierpienia czy bólu….Inni nazwą to szczęściem, ja zwę to „to nie jeszcze czas na śmierć”. Dziwne prawda?
Do moich uszu dotarł odgłos oddalających się kroków. Zostałem sam? Nie… jeden jeszcze został, bo chyba zbliżył się do miejsca, gdzie leżałem. Zmusiłem moje biedne, obolałe i ospałe mięśnie, które chyba mnie nie lubiły do współpracy. Z cichym jękiem otworzyłem oczy, do których od razu dobiło wkurzające światło. Może nie było mocne, ale i tak bolało, jakbym zanurzył je w słonej wodzie. Nic przyjemnego. Zmrużyłem je czekając, aż obraz łaskawie mi się scali z roztrojonych czy rozdwojonych sylwetek jednego wilka. Wpatrywał się we mnie uważnie, ze spokojem, ale i nutką surowości. Miałem wrażenie, że jego oczy przeszywają moją dusze na wylot, co nie było miłym doznaniem. Czułem się skrępowany, jakbym był przyparty do ściany przez niedźwiedzia, czy inne duże zwierzę, które chce mnie zjeść na przystawkę. Nawet nie zwróciłem uwagi, że się wyłączyłem wpatrzony w jego ślepia.
Z zamyślenia wyrwał mnie jego ruch. Obszedł moje moje posłanie, a ja nie miałem zbytnio jak powędrować po nim wzrokiem. Mój biedny kark.
- Kim jesteś i czemu wkroczyłeś na tereny klanu – Jego głos był przesiąknięty jadem…a przynajmniej tak mi się wydawało. Miałem ochotę się po prosu zwinąć w kulkę.
-J…ja – mój cichy głos mimowolnie się łamał, mimo iż starałem się brzmieć spokojnie. – Ja tylko się zgubiłem podczas burzy. N…nie wiedziałem gdzie biegnę – przeszedłem do szeptu. Naprawdę zacząłem się bać, że coś źle powiem i oberwę. Nie chciałem oberwać…to boli… i jeszcze te obrażenia z ….Właśnie…. Z czego? Jedyne, co pamiętam to, to, że zobaczyłem małą norę pod drzewem, podszedłem tam i koniec. Huk i ciemność. Trafił we mnie piorun? To dość mało prawdopodobne, bo bym pewnie nie żył. Pewnie mnie ogłuszyło przez silne uderzenie pioruna w pobliżu i przywaliłem w coś grzbietem. Tak…to maiłoby sens.
Wilk wrócił na miejsce, w którym mogłem go widzieć nie wykręcając zbytnio karku. Nie spuszczał ze mnie wzroku, za to ja spojrzałem gdzieś w bok na ścianę. Trudno było mi znieść te spojrzenie.
-Bardzo przepraszam za kłopot…-wydusiłem jeszcze z siebie przerywając tą niezręczną cisze.
<Rhaegar?>
Powoli zaczynałem czuć moje ciało w tym potworny ból pleców. Nie ma bata…ze wstaniem –nie wspominając o chodzeniu- będzie problem. Obym niczego nie połamał, choć… nie takie rzeczy się przeżyło i wyszło z tego żywo. Los jeszcze pewnie będzie chciał się ze mną pobawić nie raz patrząc i śmiejąc się z mojego cierpienia czy bólu….Inni nazwą to szczęściem, ja zwę to „to nie jeszcze czas na śmierć”. Dziwne prawda?
Do moich uszu dotarł odgłos oddalających się kroków. Zostałem sam? Nie… jeden jeszcze został, bo chyba zbliżył się do miejsca, gdzie leżałem. Zmusiłem moje biedne, obolałe i ospałe mięśnie, które chyba mnie nie lubiły do współpracy. Z cichym jękiem otworzyłem oczy, do których od razu dobiło wkurzające światło. Może nie było mocne, ale i tak bolało, jakbym zanurzył je w słonej wodzie. Nic przyjemnego. Zmrużyłem je czekając, aż obraz łaskawie mi się scali z roztrojonych czy rozdwojonych sylwetek jednego wilka. Wpatrywał się we mnie uważnie, ze spokojem, ale i nutką surowości. Miałem wrażenie, że jego oczy przeszywają moją dusze na wylot, co nie było miłym doznaniem. Czułem się skrępowany, jakbym był przyparty do ściany przez niedźwiedzia, czy inne duże zwierzę, które chce mnie zjeść na przystawkę. Nawet nie zwróciłem uwagi, że się wyłączyłem wpatrzony w jego ślepia.
Z zamyślenia wyrwał mnie jego ruch. Obszedł moje moje posłanie, a ja nie miałem zbytnio jak powędrować po nim wzrokiem. Mój biedny kark.
- Kim jesteś i czemu wkroczyłeś na tereny klanu – Jego głos był przesiąknięty jadem…a przynajmniej tak mi się wydawało. Miałem ochotę się po prosu zwinąć w kulkę.
-J…ja – mój cichy głos mimowolnie się łamał, mimo iż starałem się brzmieć spokojnie. – Ja tylko się zgubiłem podczas burzy. N…nie wiedziałem gdzie biegnę – przeszedłem do szeptu. Naprawdę zacząłem się bać, że coś źle powiem i oberwę. Nie chciałem oberwać…to boli… i jeszcze te obrażenia z ….Właśnie…. Z czego? Jedyne, co pamiętam to, to, że zobaczyłem małą norę pod drzewem, podszedłem tam i koniec. Huk i ciemność. Trafił we mnie piorun? To dość mało prawdopodobne, bo bym pewnie nie żył. Pewnie mnie ogłuszyło przez silne uderzenie pioruna w pobliżu i przywaliłem w coś grzbietem. Tak…to maiłoby sens.
Wilk wrócił na miejsce, w którym mogłem go widzieć nie wykręcając zbytnio karku. Nie spuszczał ze mnie wzroku, za to ja spojrzałem gdzieś w bok na ścianę. Trudno było mi znieść te spojrzenie.
-Bardzo przepraszam za kłopot…-wydusiłem jeszcze z siebie przerywając tą niezręczną cisze.
<Rhaegar?>
sobota, 11 czerwca 2016
Od Rhaegara c.d Caleb`a
Pogoda dzisiaj była naprawdę paskudna. Nie pamiętam kiedy ostatnio oberwanie chmury na tych terenach było tak ogromne. Normalnie, powstrzymałbym tak natarczywą ulewę, jednak ta była zbyt wielka i zużyłaby zbyt wiele mojej mocy, która równie dobrze może mi się dzisiaj przydać w czymś innym. Wszystko legło jednak w gruzach, kiedy niebo przeszyła pierwsza błyskawica, niecałą sekundę później usłyszałem ogromny grzmot. Super, jesteśmy w samym centrum zamieszania.
- Rhaegarze... - do jaskini wszedł Bastion, wysoki, skrzydlaty basior o fioletowych oczach - Zdawało mi się, że kogoś widziałem, jednak zniknął mi z oczu, proszę o wybaczenie.
- Kogoś? - spojrzałem na basiora zaciekawionym spojrzeniem - To nie był nikt z tego Klanu?
- Ani z tego, ani z jakiegokolwiek innego, nie wyglądał na tutejszego.
Wilk który nie był stąd... odłożyłem stary zwój na półkę i wziąłem klucze w pysk. Wyminąłem Strażnika bez słowa i pobiegłem przed siebie. W taką pogodę, wilk nie prędko opuści Klan, więc nie powinienem mieć zbytniego problemu, ze znalezieniem tego wilka. Właściwie to głupio postąpiłem, bo nawet nie zapytałem się Bastionu gdzie go widział... no trudno, jakoś to będzie, tylko jeden wilk panicznie ucieka przed burzą.
Byłem już przemarznięty i zmachany, kiedy natrafiłem na pierwsze ślady obecności wilka. Basior... najpewniej trzy... nie, dwuletni. Odcisk jednak świadczył o tym, że wilk był niespotykanie lekki, jak szczeniaczek. Zaciekawiony jeszcze bardziej, przyspieszyłem przeskakując przez powalony pień drzewa, cały czas wpadając w ogromne kałuże. Czułem, że jestem już blisko... dokładnie w tym momencie piorun trzasnął w drzewo parę metrów dalej, na chwilę pozbawiając mnie słuchu. Kiedy w głowie przestało mi już szumieć, podniosłem się z zabłoconego podłoża, jednak zbyt szybko bo zakręciło mi się we łbie. Spojrzałem ukradkiem na połamane drzewo i w tym samym momencie dostrzegłem owego wilka przywalonego przez ogromną gałąź. Chyba już nie żył, albo był w krytycznym stanie. Szybko podszedłem do niego, zatrzymując się jednak dwa metry przed ciałem, przyglądając się mu... żył.
- Bramo Smoka, otwórz się! Ryu! - klucz błysnął i po chwili ukazał się przede mną ogromny, różowawy smok.
Smok który już zdążył się zrobić mokry, otrzepał się a z jego ciała zleciało mnóstwo płatków wiśni.
- Tak Panie? - zakręcił swoją kulą w łapach.
- Trochę nietypowa prośba, jednak tylko ty możesz mi w tym pomóc... przeniósłbyś tego wilka do lecznicy, tylko błagam... nie połam go.
- Twoja wypowiedź mnie rani... - smok zmrużył oczy jednak wykonał polecenie.
Delikatnie odgarnął ogonem gałąź i podniósł wilka tak, że jego ułożenie zbytnio się nie zmieniło. Po chwili duch zniknął z basiorem, aha... ale mnie to już nie łaska była zabrać? No nic, ruszyłem w drogę powrotną, prosto do lecznicy. Invocto ostatnio miał wystarczająco dużo do roboty, a teraz jeszcze przysłaliśmy mu nieznanego wilka, no biedny... Ignorując jego przemęczone spojrzenie, podszedłem do niego.
- I jak? Wyliże się z tego? - zapytałem
- Pewnie tak... nie wygląda, ale jest naprawdę silny - basior przyznał z lekkim uznaniem.
Przytaknąłem, spoglądając na nieprzytomnego basiora o ciemnym futrze i całkiem sporych skrzydłach jak na jego malutki wzrost.
(Caleb? żyj lel)
- Rhaegarze... - do jaskini wszedł Bastion, wysoki, skrzydlaty basior o fioletowych oczach - Zdawało mi się, że kogoś widziałem, jednak zniknął mi z oczu, proszę o wybaczenie.
- Kogoś? - spojrzałem na basiora zaciekawionym spojrzeniem - To nie był nikt z tego Klanu?
- Ani z tego, ani z jakiegokolwiek innego, nie wyglądał na tutejszego.
Wilk który nie był stąd... odłożyłem stary zwój na półkę i wziąłem klucze w pysk. Wyminąłem Strażnika bez słowa i pobiegłem przed siebie. W taką pogodę, wilk nie prędko opuści Klan, więc nie powinienem mieć zbytniego problemu, ze znalezieniem tego wilka. Właściwie to głupio postąpiłem, bo nawet nie zapytałem się Bastionu gdzie go widział... no trudno, jakoś to będzie, tylko jeden wilk panicznie ucieka przed burzą.
Byłem już przemarznięty i zmachany, kiedy natrafiłem na pierwsze ślady obecności wilka. Basior... najpewniej trzy... nie, dwuletni. Odcisk jednak świadczył o tym, że wilk był niespotykanie lekki, jak szczeniaczek. Zaciekawiony jeszcze bardziej, przyspieszyłem przeskakując przez powalony pień drzewa, cały czas wpadając w ogromne kałuże. Czułem, że jestem już blisko... dokładnie w tym momencie piorun trzasnął w drzewo parę metrów dalej, na chwilę pozbawiając mnie słuchu. Kiedy w głowie przestało mi już szumieć, podniosłem się z zabłoconego podłoża, jednak zbyt szybko bo zakręciło mi się we łbie. Spojrzałem ukradkiem na połamane drzewo i w tym samym momencie dostrzegłem owego wilka przywalonego przez ogromną gałąź. Chyba już nie żył, albo był w krytycznym stanie. Szybko podszedłem do niego, zatrzymując się jednak dwa metry przed ciałem, przyglądając się mu... żył.
- Bramo Smoka, otwórz się! Ryu! - klucz błysnął i po chwili ukazał się przede mną ogromny, różowawy smok.
Smok który już zdążył się zrobić mokry, otrzepał się a z jego ciała zleciało mnóstwo płatków wiśni.
- Tak Panie? - zakręcił swoją kulą w łapach.
- Trochę nietypowa prośba, jednak tylko ty możesz mi w tym pomóc... przeniósłbyś tego wilka do lecznicy, tylko błagam... nie połam go.
- Twoja wypowiedź mnie rani... - smok zmrużył oczy jednak wykonał polecenie.
Delikatnie odgarnął ogonem gałąź i podniósł wilka tak, że jego ułożenie zbytnio się nie zmieniło. Po chwili duch zniknął z basiorem, aha... ale mnie to już nie łaska była zabrać? No nic, ruszyłem w drogę powrotną, prosto do lecznicy. Invocto ostatnio miał wystarczająco dużo do roboty, a teraz jeszcze przysłaliśmy mu nieznanego wilka, no biedny... Ignorując jego przemęczone spojrzenie, podszedłem do niego.
- I jak? Wyliże się z tego? - zapytałem
- Pewnie tak... nie wygląda, ale jest naprawdę silny - basior przyznał z lekkim uznaniem.
Przytaknąłem, spoglądając na nieprzytomnego basiora o ciemnym futrze i całkiem sporych skrzydłach jak na jego malutki wzrost.
(Caleb? żyj lel)
piątek, 10 czerwca 2016
Od Rhaegara c.d Darkness`a
Zastanowiłem się chwilę, czy znam jeszcze jakieś Alfy… w
sumie to dzisiaj poznałem Darkness`a, Alfę Klanu Ognia, a tak poza tym znałem
jeszcze moją kuzynkę Elayne, z Klanu Ziemi. Nie znałem ani Alfy Klanu
Everything a tym bardziej Powietrza.
- Jedynie Ciebie oraz Alfę Klanu Ziemi –
nie dodałem tego, że jestem z nią spokrewniony – A ty? W sumie interesuje mnie
to, jakimi wilkami jest Alfa Klanu Everything i Klanu Ziemi.
- Niestety muszę Cię zasmucić, jednak
nie dane mi było poznać Alfy Klanu Powietrza, Ziemi… również nie znam, ale znam
jednak Alfę Klanu Everything. Sombre… Jaki jest Sombre – basior się zamyślił,
marszcząc swoje czoło – Ciężko jest określić tego basiora w jednym zdaniu.
Raczej cichy, woli Cię słuchać niż mówić, więc ciężko z nim nawiązać dobry
kontakt.
- Czyli coś podobnego do Ciebie? –
zapytałem ze spokojem.
Basior tak jakoś dziwnie się uśmiechnął, w zrozumiały najpewniej tylko dla
niego samego sposób. W tym wilku było coś dziwnego, coś innego… nie muszę być
jakoś super wybitnie spostrzegawczy, żeby się zorientować, że basior nieco
ukrywa swoją prawdziwą naturę i mnie oszukuje. Nie mam mu jednak tego za złe,
jest Alfą, tak samo jak ja, w tej kwestii rozumiem go jak nikt inny.
- No nic, pozwolisz teraz, że zostawię Cię samego? Muszę zająć się pewną sprawą, wrócę pewniej za jakieś dwie godziny, jeśli chcesz... możesz w tym czasie pospacerować się po mych wodnistych ziemiach. Nie sądzę jednak, żeby przypadły Ci one do gustu... więc możesz sobie tutaj posiedzieć. - uśmiechnąłem się delikatnie pospiesznie wychodząc ze swojej jaskini, zostawiając w niej wilka.
Deszcz padał z taką siłą, że już po chwili byłem cały przemoczony, deszcz jednak nie przeszkadzał mi w zupełności. Wręcz przeciwnie, dodawał mi sił do tego, żeby podążać dalej. A owym dalszym miejscem, była świątynia. Dzisiaj odbywało się mini spotkanie, na którym obecnych były jedynie pięć wilków.. Ja, Rozsena czyli Strażniczka Świątyni, drugi Strażnik Caleb który równocześnie był Samcem Gamma, Samica Beta Breeze no i na samym końcu Anima czyli najstarsza wadera w całym naszym Klanie. Przyszedłem jak zwykle ostatni, spotykając się z pogardliwymi, błękitnymi oczyma Rozseny.
- Wybaczcie za spóźnienie - rzuciłem szybko siadając naprzeciwko ślepej wadery.
- Zanim zaczniemy nasze obrady... - zaczęła nieco skrzekliwym, zachrypłym głosem - Może nasz Cesarz Samotnej Wyspy... wytłumaczy nam obecność Płomienistego Księcia?
- To nic istotnego dla Ciebie Znachorko - burknąłem - Wilk korzysta jedynie z naszej Klanowej gościny, obecna pogoda utrudnia mu podróż.
- Jednak jego obecność... kłóci się z naszą historią - zaczęła Rozsena, jak zwykle spokojnym głosem.
- Rozumiem, jednak twój ton wnioskuje, że masz jakąś propozycję. Mów,
- Czy nie można by po raz pierwszy w historii Klanów... mieć sojusz z Klanem Ognia? - zapytał Caleb.
Ich pomysł, nieco mnie obruszył. Sojusz z Klanem Ognia? Nie przepadaliśmy za sobą, a to, że byliśmy w stosunku do siebie neutralni, było przymusem. Gdyby przyszło co do czego, najchętniej wymordowalibyśmy się w mojej jaskini. Zanim jednak wydarłem się na zgromadzonych, dokładnie to sobie przemyślałem. W sumie przyniosłoby to pewne korzyści... czemu nie, jednak jak zaproponować to basiorowi? Nie wyglądała na jakiegoś specjalnie chętnego do takich spraw. Ale możliwe, że źle o nim pomyślałem.
Bez słów wstałem od towarzystwa, kierując się w stronę wyjścia. Chyba jednak przyjdę nieco wcześniej niż wspomniałem basiorowi, myślę że się nie obrazi. A nawet jeśli, propozycja którą mu przedstawię, powinna go zatkać. Będąc już w pobliżu swojej jaskini, chyba po raz pierwszy w swoim życiu zacząłem się czuć tak niepewnie. Właśnie jak na złość, w takich chwilach musiał wyskoczyć jeden z duchów i na złość musiała to być ta dożarta Panna. Niska wadera, zaczęła krążyć wokół mnie głośno się śmiejąc. Kiedy przystanęła, jej grzywka opadła nieco na jedno z oczu. Teraz patrzyła się na mnie swoim niebieskim oczkiem, z szerokim uśmieszkiem.
- Czyżbyś miał jakiś problem? - zapytała
- Po co głupio się pytasz... przecież wiesz - odwróciłem łeb starając się nie zarazić jej głupotą.
- Nie martw się - podskoczyła - Ja Ci pomogę!
Po tych słowach puściła się biegiem w kierunku mojej jaskini, zostawiając za sobą mnóstwo rozrzuconego błota. Pokręciłem łbem zrezygnowany i delikatnym kłusem ruszyłem do siebie. Kiedy znalazłem się już w środku, zobaczyłem Darkness`a wręcz przygniecionego do ściany przez niziutką waderę która zaczęła mu już opowiadać jakąś historię.
- Wracaj - warknąłem po czym wadera z głośnym piskiem rozpłynęła się w powietrzu. - Wybacz mi za nią...
(Darkness? Nie wiedziałam jak to zakończyć... teraz ty się męcz xdd <3)
- Czyżbyś miał jakiś problem? - zapytała
- Po co głupio się pytasz... przecież wiesz - odwróciłem łeb starając się nie zarazić jej głupotą.
- Nie martw się - podskoczyła - Ja Ci pomogę!
Po tych słowach puściła się biegiem w kierunku mojej jaskini, zostawiając za sobą mnóstwo rozrzuconego błota. Pokręciłem łbem zrezygnowany i delikatnym kłusem ruszyłem do siebie. Kiedy znalazłem się już w środku, zobaczyłem Darkness`a wręcz przygniecionego do ściany przez niziutką waderę która zaczęła mu już opowiadać jakąś historię.
- Wracaj - warknąłem po czym wadera z głośnym piskiem rozpłynęła się w powietrzu. - Wybacz mi za nią...
(Darkness? Nie wiedziałam jak to zakończyć... teraz ty się męcz xdd <3)
czwartek, 9 czerwca 2016
Od Rhaegara c.d Yǒnggǎn
Zamyśliłem się, ''obowiązki Alfy'' coś tam niby było, ale od czego mam swoich zastępców? Jak raz nie poukładam ksiąg w swojej jaskini i nie opierdzielę jakiegoś ze swoich Duchów, to chyba nic się nie stanie, prawda? Przewróciłem się na bok, po chwili wstając.
- Obowiązki mogą zaczekać moja droga, idziesz? - zapytałem przekręcając łeb
- Obowiązki mogą zaczekać moja droga, idziesz? - zapytałem przekręcając łeb
- Nie musisz nawet pytać, chodźmy! - powiedziała biegnąć przed siebie, po chwili jednak się zatrzymała - dokąd zmierzamy?
- Zobaczysz - uśmiechnąłem się.
Słońce co prawda prawie już zaszło i mogliśmy się spóźnić, musiałem jednak tam pójść, z czystej ciekawości. Poza tym wędrówka tam była niebezpieczna z wielu powodów. Po pierwsze, był to teren Klanu Ognia, a chyba lepiej, żebym się tam nie pokazywał... a po drugie, zwierzyny było tam tak dużo, że mogła nas stratować. No ale jak to się mówi, bez ryzyka nie ma zabawy. Szybko przeszliśmy z Klanu Ziemi do Klanu Ognia, co chyba średnio przypadło do gustu Yǒnggǎn ale nic nie powiedziała. Droga do wąwozu nie była w całe taka trudna, wręcz przeciwnie, nietypowe, delikatne wzniesienia jak na te tereny, były bardzo proste do przebycia. A widok który rozciągał się tam w dole był przepiękny. Pomarańczowa, sucha od słońca trawa delikatnie drapała w łapy, ale specjalnie nie przeszkadzało mi to, nawet jeśli żyłem w zupełnie przeciwnym środowisku. W wąwozie o dziwo nie było ani śladu zwierzyny, oraz unoszącego się w powietrzu pyłu, co mogło świadczyć tylko o tym, że jakimś cudem zwierzęta się spóźniają. Wolę nie wiedzieć, co było przyczyną zatrzymania tak ogromnego stada. Zbliżyłem się do krawędzi wąwozu, spoglądając w dół.
- Rhaegar, nawet mi nie mów, że zamierzasz tam wskoczyć. To samobójstwo, wiesz o tym...
- Wiem, ale przecież ze mną nic Ci się nie stanie - puściłem jej oczko następnie wskakując do wnętrza wąwozu.
Wylądowałem z lekkim stęknięciem, jednak mogłem zejść nieco niżej, wysoko tam było. Nie musiałem długo czekać na waderę, która wylądowała obok mnie odrzucając swoje falowane włosy do tyłu.
- A co jeśli dzisiaj się nie zjawią? Będziesz czekał całą noc?
Słońce co prawda prawie już zaszło i mogliśmy się spóźnić, musiałem jednak tam pójść, z czystej ciekawości. Poza tym wędrówka tam była niebezpieczna z wielu powodów. Po pierwsze, był to teren Klanu Ognia, a chyba lepiej, żebym się tam nie pokazywał... a po drugie, zwierzyny było tam tak dużo, że mogła nas stratować. No ale jak to się mówi, bez ryzyka nie ma zabawy. Szybko przeszliśmy z Klanu Ziemi do Klanu Ognia, co chyba średnio przypadło do gustu Yǒnggǎn ale nic nie powiedziała. Droga do wąwozu nie była w całe taka trudna, wręcz przeciwnie, nietypowe, delikatne wzniesienia jak na te tereny, były bardzo proste do przebycia. A widok który rozciągał się tam w dole był przepiękny. Pomarańczowa, sucha od słońca trawa delikatnie drapała w łapy, ale specjalnie nie przeszkadzało mi to, nawet jeśli żyłem w zupełnie przeciwnym środowisku. W wąwozie o dziwo nie było ani śladu zwierzyny, oraz unoszącego się w powietrzu pyłu, co mogło świadczyć tylko o tym, że jakimś cudem zwierzęta się spóźniają. Wolę nie wiedzieć, co było przyczyną zatrzymania tak ogromnego stada. Zbliżyłem się do krawędzi wąwozu, spoglądając w dół.
- Rhaegar, nawet mi nie mów, że zamierzasz tam wskoczyć. To samobójstwo, wiesz o tym...
- Wiem, ale przecież ze mną nic Ci się nie stanie - puściłem jej oczko następnie wskakując do wnętrza wąwozu.
Wylądowałem z lekkim stęknięciem, jednak mogłem zejść nieco niżej, wysoko tam było. Nie musiałem długo czekać na waderę, która wylądowała obok mnie odrzucając swoje falowane włosy do tyłu.
- A co jeśli dzisiaj się nie zjawią? Będziesz czekał całą noc?
- Muszą przyjść, to jest wyryte w ich naturze - uśmiechnąłem się siadając, jak mam czekać to nie będę przynajmniej stał.
Wadera usiadła obok mnie i tak przez jakieś dziesięć minut czekaliśmy w kompletnej ciszy. Faktycznie już zaczynałem powątpiewać w to, że którykolwiek ze zwierząt tędy przebiegnie, i to właśnie w tej chwili, ziemia zaczęła drżeć. Szybko zerwaliśmy się na równe łapy, kiedy pierwsze jelenie i sarny wyłoniły się zza rogu, zaczęliśmy powoli biec. Wskoczyliśmy na małą półkę skalną, przepuszczając pierwszą zwierzynę wolno, wyczekując tej osłabionej. Skoczenie teraz, skończyłoby się dla nas śmiercią, dlatego czekaliśmy bacznie obserwując. Po pięciu minutach, kiedy skupisko zaczęło się rozrzedzać, zauważyliśmy nieco wolniej biegnące sarny.
- Teraz! - powiedziałem i skoczyłem w dół lądując parę centymetrów od kopyt biegnącego zwierzęcia.
Wycofałem się w bok, dalej biegnąć. Kątem oka zobaczyłem, że wadera również zeskoczyła, jednak nie widziałem jej w tym całym kłębowisku. Ugryzłem jakiegoś jelenia w zad, jednak zaraz zsunąłem się z niego, unikając poroży jednego ze zwierząt. Cholera gdzie jest Yǒnggǎn... Zacząłem teraz biec pod prąd, co chwile uskakując w bok uciekającej zwierzynie. W tym tłoku ciężko było jednak biec, więc po chwili wpadłem na jakaś drobną sarnę, zwalając ją z nóg. Oboje przeturlaliśmy się w bok, ja jednak pozbierałem się szybciej i skorzystałem z tej okazji, wbijając w kły w odsłoniętą szyję mojej ofiary. Sarna wierzgnęła parę razy smukłymi kończynami, po czym umarła. Zostawiłem ciało, które nie zniknie przecież od tak i wyruszyłem w dalsze poszukiwania wadery.
- Yǒnggǎn! - starałem się przekrzyczeć panujący wokół mnie harmider, jednak mój własny głos ginął w tym tłumie. - Yǒnggǎn! Yǒnggǎn!?
Nie mogłem jej znaleźć, po prostu nie mogłem. Wdrapałem się na skałę, próbując ją zauważyć właśnie stąd. Zobaczyłem tylko tyle, że stado zaczynało się kończyć, jeszcze tylko parę sekund i znikną. Jednak nawet w momencie kiedy w wąwozie zrobiło się już prawie pusto, nie zauważyłem wadery.
- Yǒnggǎn? - teraz już nawet nie krzyczałem, mówiłem cicho zaskoczony tym, że nie zdołałem jej upilnować. - Yǒnggǎn?
Nie wiem kiedy, ale jeśli minęłaby jeszcze minuta, najpewniej zszedłbym na zawał. Wadera mi tylko pomogła przyśpieszyć ten proces, kiedy skoczyła mi na plecy, omal nie krzyknąłem, nie zrobiłem tego tylko dlatego, że byłem tak bardzo zaskoczony. Wilczyca wręcz nie mogła opanować swojego śmiechu, ostatecznie sama się wywróciła z tego śmiechu.
- Głupia... myślałem, że Cię stratowały...
- Mnie? Prędzej powiedziałabym to o Tobie - zaśmiała się - Swoją drogą i ty i ja powaliliśmy zwierza, to jak, jemy?
Podniosłem łeb, faktycznie Yǒnggǎn również udało się coś złapać. Uśmiechnąłem się dopiero teraz odczuwając jak bardzo jestem po tej przygodzie głodny.
(Yǒnggǎn? Tak sorka, że nic nie pisałam tak długo XD)
Wadera usiadła obok mnie i tak przez jakieś dziesięć minut czekaliśmy w kompletnej ciszy. Faktycznie już zaczynałem powątpiewać w to, że którykolwiek ze zwierząt tędy przebiegnie, i to właśnie w tej chwili, ziemia zaczęła drżeć. Szybko zerwaliśmy się na równe łapy, kiedy pierwsze jelenie i sarny wyłoniły się zza rogu, zaczęliśmy powoli biec. Wskoczyliśmy na małą półkę skalną, przepuszczając pierwszą zwierzynę wolno, wyczekując tej osłabionej. Skoczenie teraz, skończyłoby się dla nas śmiercią, dlatego czekaliśmy bacznie obserwując. Po pięciu minutach, kiedy skupisko zaczęło się rozrzedzać, zauważyliśmy nieco wolniej biegnące sarny.
- Teraz! - powiedziałem i skoczyłem w dół lądując parę centymetrów od kopyt biegnącego zwierzęcia.
Wycofałem się w bok, dalej biegnąć. Kątem oka zobaczyłem, że wadera również zeskoczyła, jednak nie widziałem jej w tym całym kłębowisku. Ugryzłem jakiegoś jelenia w zad, jednak zaraz zsunąłem się z niego, unikając poroży jednego ze zwierząt. Cholera gdzie jest Yǒnggǎn... Zacząłem teraz biec pod prąd, co chwile uskakując w bok uciekającej zwierzynie. W tym tłoku ciężko było jednak biec, więc po chwili wpadłem na jakaś drobną sarnę, zwalając ją z nóg. Oboje przeturlaliśmy się w bok, ja jednak pozbierałem się szybciej i skorzystałem z tej okazji, wbijając w kły w odsłoniętą szyję mojej ofiary. Sarna wierzgnęła parę razy smukłymi kończynami, po czym umarła. Zostawiłem ciało, które nie zniknie przecież od tak i wyruszyłem w dalsze poszukiwania wadery.
- Yǒnggǎn! - starałem się przekrzyczeć panujący wokół mnie harmider, jednak mój własny głos ginął w tym tłumie. - Yǒnggǎn! Yǒnggǎn!?
Nie mogłem jej znaleźć, po prostu nie mogłem. Wdrapałem się na skałę, próbując ją zauważyć właśnie stąd. Zobaczyłem tylko tyle, że stado zaczynało się kończyć, jeszcze tylko parę sekund i znikną. Jednak nawet w momencie kiedy w wąwozie zrobiło się już prawie pusto, nie zauważyłem wadery.
- Yǒnggǎn? - teraz już nawet nie krzyczałem, mówiłem cicho zaskoczony tym, że nie zdołałem jej upilnować. - Yǒnggǎn?
Nie wiem kiedy, ale jeśli minęłaby jeszcze minuta, najpewniej zszedłbym na zawał. Wadera mi tylko pomogła przyśpieszyć ten proces, kiedy skoczyła mi na plecy, omal nie krzyknąłem, nie zrobiłem tego tylko dlatego, że byłem tak bardzo zaskoczony. Wilczyca wręcz nie mogła opanować swojego śmiechu, ostatecznie sama się wywróciła z tego śmiechu.
- Głupia... myślałem, że Cię stratowały...
- Mnie? Prędzej powiedziałabym to o Tobie - zaśmiała się - Swoją drogą i ty i ja powaliliśmy zwierza, to jak, jemy?
Podniosłem łeb, faktycznie Yǒnggǎn również udało się coś złapać. Uśmiechnąłem się dopiero teraz odczuwając jak bardzo jestem po tej przygodzie głodny.
(Yǒnggǎn? Tak sorka, że nic nie pisałam tak długo XD)
Od Caleb`a
Deszcz przez mój szybki bieg boleśnie wpadać mi do oczu sprawiając, ze co chwile musiałem odwracać głowę w bok by chodź trochę uśmierzyć cierpieniu. Długo jednak to nie trwało, gdyż mogłem w każdej chwili stracić drogę z widoku i zgubić się.
Bałem się.
Było mi zimno.
Czułem jak tracę siły, ale mim to łapy nadal niosły mnie dalej i dalej, ale gdzie? Nawet ja sam tego nie wiem. Może los da mi do schronienia jakąś prostą jaskinie, dziurawy pień lub prostą norę, byle bym mógł ukryć się przed tym urwaniem chmury oraz piorunami trafiającymi co chwila w drzewa niedaleko mnie. Czy natura chciała mnie zabić? A może to karma za to, że zabiłem tego biednego pająka? Wystraszył mnie i tyle....to było nie chcący.
Kolejny grzmot sprawił, że jeszcze bardziej przyspieszyłem o ile to możliwe, jednak wytraciłem prędkość zaczepiając łapą o wystający korzeń. Przeleciałem trochę co i tak skończyło się przywaleniem pyskiem w mokrą ziemie zmieszaną z igliwiem i liśćmi. Byłem niezdarny i dobrze to wiedziałem. Wszyscy mi to wypominali. "Życiowa pokraka", "ciężar stada", "ktoś kto jest życiowym zerem". Zawsze to samo i jeszcze wiele innych. To była moja codzienność za dawnych lat. Ach... no może jakieś parę miesięcy temu, przecież stary nie jestem a mowie jak takie dziadki opowiadające czasy swoich szczenięcych lat.
Podnosząc się z cichym syknięciem podniosłem się. Wyplułem to co mi wpadło do pyska i rozejrzałem się spod oklapłej grzywki. Na nic mi to skoro i tak nie wiem gdzie jestem, a wokół rosną jedynie drzewa i nic więcej.
A jednak....
Było tam jedno drzewo z dziurą od korzeniami. Może To głupi pomysł bv tam się schować podczas takiej ulewy, ale jakoś dam rade. Podszedłem tam żwawym krokiem lecz, gdy miałem się wcisnąć do nowej kryjówki usłyszałem w silny grom nad moją głową, błysk a później jedynie odgłos łamiącej się gałęzi i ból przez który ciemność spowiła moje pole widzenia.
<Ktoś, coś? Haru powraca do gry =3= >
Bałem się.
Było mi zimno.
Czułem jak tracę siły, ale mim to łapy nadal niosły mnie dalej i dalej, ale gdzie? Nawet ja sam tego nie wiem. Może los da mi do schronienia jakąś prostą jaskinie, dziurawy pień lub prostą norę, byle bym mógł ukryć się przed tym urwaniem chmury oraz piorunami trafiającymi co chwila w drzewa niedaleko mnie. Czy natura chciała mnie zabić? A może to karma za to, że zabiłem tego biednego pająka? Wystraszył mnie i tyle....to było nie chcący.
Kolejny grzmot sprawił, że jeszcze bardziej przyspieszyłem o ile to możliwe, jednak wytraciłem prędkość zaczepiając łapą o wystający korzeń. Przeleciałem trochę co i tak skończyło się przywaleniem pyskiem w mokrą ziemie zmieszaną z igliwiem i liśćmi. Byłem niezdarny i dobrze to wiedziałem. Wszyscy mi to wypominali. "Życiowa pokraka", "ciężar stada", "ktoś kto jest życiowym zerem". Zawsze to samo i jeszcze wiele innych. To była moja codzienność za dawnych lat. Ach... no może jakieś parę miesięcy temu, przecież stary nie jestem a mowie jak takie dziadki opowiadające czasy swoich szczenięcych lat.
Podnosząc się z cichym syknięciem podniosłem się. Wyplułem to co mi wpadło do pyska i rozejrzałem się spod oklapłej grzywki. Na nic mi to skoro i tak nie wiem gdzie jestem, a wokół rosną jedynie drzewa i nic więcej.
A jednak....
Było tam jedno drzewo z dziurą od korzeniami. Może To głupi pomysł bv tam się schować podczas takiej ulewy, ale jakoś dam rade. Podszedłem tam żwawym krokiem lecz, gdy miałem się wcisnąć do nowej kryjówki usłyszałem w silny grom nad moją głową, błysk a później jedynie odgłos łamiącej się gałęzi i ból przez który ciemność spowiła moje pole widzenia.
<Ktoś, coś? Haru powraca do gry =3= >
czwartek, 2 czerwca 2016
Od Daenerys c.d Rhaegara
Ostatni z Gwiezdnych Duchów wyglądał bardziej na, w przeciwieństwie do pozostałych, które za pewnie potrafiły walczyć. Gdy Rhaegar zakończył podpisywanie kontraktu, zachwiał się po czym wylądował na posadzce. W tym samym czasie, nagle z dziur sufitu zaczęła wylewać się woda. Nie rozumiałam co się dzieję, przecież nic takiego nie zrobiliśmy. Spanikowana podbiegłam do niego szturchając go łapą, jednak ten całkowicie odleciał. Chwyciłam go ostrożnie za kark zębami ciągnąc w stronę schodów. Z trudem udało mi się wyciągnąć nieprzytomnego Alfe na zewnątrz, nawet nie wiedziałam co się stało z nim, że tak naglę upadł. Chociaż może z przemęczenia? Przyzwał jednego po drugim z Gwiezdnych Duchów i podpisał z nimi kontrakty, jak na dzień to naprawdę za dużo. Z trudem dociągnęła wilka do szpitalika, gdy nagle zauważyłam że czegoś mu brakuje, a tym czymś były klucze. Zostawiłam Rhaegara pod opieką Invocto, a sama wróciłam w stronę świątyni. Zeszłam na dół po schodach i teraz pozostało odnaleźć zgubę. Oczywiście mimo dużej przejrzystej sali trudno było znaleźć pęk kluczy, które do niedawna wokół siebie otoczone były złotym blaskiem, a teraz nic świecącego nie mogłam zauważyć. Szukałam kluczy biegając wkoło, szukając dosłownie wszędzie. Nawet idąc tutaj rozglądałam się po drodze, czy aby przypadkiem tu nie zostały zgubione jednak nic nie znalazłam. Miałam zrezygnować z poszukiwań, gdy nagle dostrzegłam rudawą kitę wystającą zza posągu Bogini Water, a po chwili para czarnych oczu wpatrywała się we mnie. Otworzyłam buzię ze zdziwienia widząc wiewiórkę, która w pyszczku trzymała pęk kluczy.
- Przecież zostawiłam cię w jaskini... - powiedziałam podchodząc do wiewiórki, ta widząc że się do niej zbliżam odbiegła w stronę pobocznej wnęki
Zaczął się pościg za moją towarzyszką, gdy wreszcie zdobyłam kluczę, a wiewiórka posłusznie wlazła mi na głowę. Trzymając pęk kluczy w pysku udałam się je oddać właścicielowi. Rozpędzona wpadłam do lecznicy, omal nie zderzyłam się z jakąś waderą która wychodziła. Kiwnęłam przepraszająco po czym zwalniając ruszyłam w stronę pomieszczenia, w którym znajdował się Rhaegar. Omal drugi raz na kogoś nie wpadłam, a raczej ten wilk na mnie nie wpadł.
- Klucze! Gdzie one są... - wilk przerwał wpatrzony w to co trzymam w pyszczku, na co ja odłożyłam kluczę na podłogę
- Zwracam zgubę - odpowiedziałam podsuwając nosem kluczę pod łapy wilka
[Rhaegar? Apfy]
- Przecież zostawiłam cię w jaskini... - powiedziałam podchodząc do wiewiórki, ta widząc że się do niej zbliżam odbiegła w stronę pobocznej wnęki
Zaczął się pościg za moją towarzyszką, gdy wreszcie zdobyłam kluczę, a wiewiórka posłusznie wlazła mi na głowę. Trzymając pęk kluczy w pysku udałam się je oddać właścicielowi. Rozpędzona wpadłam do lecznicy, omal nie zderzyłam się z jakąś waderą która wychodziła. Kiwnęłam przepraszająco po czym zwalniając ruszyłam w stronę pomieszczenia, w którym znajdował się Rhaegar. Omal drugi raz na kogoś nie wpadłam, a raczej ten wilk na mnie nie wpadł.
- Klucze! Gdzie one są... - wilk przerwał wpatrzony w to co trzymam w pyszczku, na co ja odłożyłam kluczę na podłogę
- Zwracam zgubę - odpowiedziałam podsuwając nosem kluczę pod łapy wilka
[Rhaegar? Apfy]
środa, 1 czerwca 2016
od Breeze cd Artiego
Poczułam, jak powoli zaczynam wybudzać się ze snu. Wokół mnie panowała przyjemna cisza, zakłócana tylko kropelkami deszczu uderzającymi o nasz drewniany dach i dwoma oddechami - jedynym wolnym i głębokim, drugim płytszym i nieco mniej wyciszonym.
Było mi aż zanadto wygodnie, jak na drewniane schronienie w środku lasu. Z każdą minutą, z którą coraz bardziej wracałam do rzeczywistości po wypoczynku, rosła we mnie ciekawość, czym było to miękkie i przyjemne coś, które otulało mnie swoim ciepłem zarówno wokół ciała, jak i stanowiło całkiem wygodną poduszkę pod moją głową. Wciąż jednak leżałam z zamkniętymi powiekami, bo miałam okrutną świadomość tego, że gdy tylko wykonam najmniejszy ruch, czar mojego komfortu pryśnie i zostanie zastąpiony tylko tępym bólem.
Poduszka poruszyła się nieznacznie, a ja dopiero wtedy zorientowałam się, że to łapy mojego towarzysza, który jeszcze wczoraj chciał mi udaremnić ucieczkę, a potem ocalił mnie od wykrwawienia się. Jednak i tak, cokolwiek by nie zrobił - średnio podobało mi się to, że leżałam opatulona jego ciałem, a jego łapy służyły mi za podpórkę pod głowę. Jednak nie mogłam odmówić samcowi tego, że był naprawdę wygodny.
Chcąc nie chcąc, w końcu otworzyłam oczy i ziewnęłam przeciągle, odnajdując się w przyciemnionej norze. Samiec od razu zareagował na moją pobudkę, odsuwając się nieco od mojego skulonego ciała.
- Dzień dobry - powiedział bezbarwnie, kiedy złapałam jego spojrzenie w półmroku.
- Na pewno nie dla mnie.
Moja próba przeciągnięcia się skończyła się tylko bolesnym impulsem, który wzdrygnął całym moim ciałem, a pysk wykrzywił w grymas. Spojrzałam na nieprzytomnego samca leżącego obok, na którego widok mój żołądek zrobił przysłowiowego fikołka. Jego sklejona krwią sierść od razu przywołała nieprzyjemne wspomnienie jego zębów zaciskających się wokół mojej szyi. Tym bardziej widok jego bezbronności i całkowitego zdania na łaskę innych wywołała we mnie złą satysfakcję.
- Co zamierzasz z nim zrobić? - wypowiedziałam to pytanie bardziej w stronę nieprzytomnego wilka, niż samca leżącego kilka łap ode mnie.
- Zaprowadzić go do Darknessa.
Po tej suchej odpowiedzi ponownie zapadła cisza. Ostrożnie oparłam głowę na swoich łapach i przymknęłam oczy, by móc w pełnym komforcie wsłuchiwać się w przyjemny szum deszczu.
-Najlepiej będzie, jak wyruszysz do swojego klanu nim Headless się obudzi.
To nie była sugestia, to był rozkaz. Jedynym powodem, dla którego od razu się nie postawiłam było to, że samiec miał całkowitą rację. Pierwszy raz od naszego spotkania miał to samo zdanie, co ja.
- Też tak sądzę.
Bez żadnych oporów podniosłam się ze swojego położenia, oczywiście zostając przeszyta kolejnymi impulsami bólu, jakże by inaczej. Ruszyłam w stronę szpary, z której biło poranne światło i szum deszczu, omijając jak najbardziej nieprzytomne cielsko Headlessa. Zatrzymałam się przy samym wyjściu. Czułam, że jestem jednak coś winna czarnemu basiorowi. Za chęć pomocy, za cierpliwość do mojego uporu i opatrunek z liścia, który oplatał teraz moją szyję.
- Dzięki.
Wyszłam na świeże powietrze, a deszcz od razu zaczął przyjemnie moczyć w moje futro. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć na południe. Przynajmniej na ten czas musiałam odłożyć ból na drugi plan.
- Co zamierzasz z nim zrobić? - wypowiedziałam to pytanie bardziej w stronę nieprzytomnego wilka, niż samca leżącego kilka łap ode mnie.
- Zaprowadzić go do Darknessa.
Po tej suchej odpowiedzi ponownie zapadła cisza. Ostrożnie oparłam głowę na swoich łapach i przymknęłam oczy, by móc w pełnym komforcie wsłuchiwać się w przyjemny szum deszczu.
-Najlepiej będzie, jak wyruszysz do swojego klanu nim Headless się obudzi.
To nie była sugestia, to był rozkaz. Jedynym powodem, dla którego od razu się nie postawiłam było to, że samiec miał całkowitą rację. Pierwszy raz od naszego spotkania miał to samo zdanie, co ja.
- Też tak sądzę.
Bez żadnych oporów podniosłam się ze swojego położenia, oczywiście zostając przeszyta kolejnymi impulsami bólu, jakże by inaczej. Ruszyłam w stronę szpary, z której biło poranne światło i szum deszczu, omijając jak najbardziej nieprzytomne cielsko Headlessa. Zatrzymałam się przy samym wyjściu. Czułam, że jestem jednak coś winna czarnemu basiorowi. Za chęć pomocy, za cierpliwość do mojego uporu i opatrunek z liścia, który oplatał teraz moją szyję.
- Dzięki.
Wyszłam na świeże powietrze, a deszcz od razu zaczął przyjemnie moczyć w moje futro. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć na południe. Przynajmniej na ten czas musiałam odłożyć ból na drugi plan.
<Artie?>
Od Rhaegar`a c.d Daenerys
Gwiezdny duch? A czym to cudo niby miało być? Spojrzałem na zielonkawego wilka, który wzrostem przewyższał nas dwukrotnie, w dodatku jego długi ogon którym co chwilę machał. Wilk, a raczej wilczyca unosił się w powietrzu co chwilę marszcząc swoje morskie brwi w niezadowoleniu. Przyzwać? Przecież ja nic takiego nie zrobiłem, to te klucze same z siebie zaczęły się dziwnie zachowywać. Ponieważ nic nie odpowiadałem, wilk podpłynął do mnie machając łapami.
- Teraz musimy dopełnić kontrakt...
- Kontrakt? - spojrzałem błagalnym wzrokiem na Daenerys
- Masz pęk kluczy gwiezdnych duchów i nie wiesz nawet czym są? - wadera pokręciła zrezygnowana łbem - Gwiezdne duchy to istoty z innego wymiaru, które przywoływane są przez te klucze, jednak nie każdy może tego dokonać. Zawierając kontrakt, nadajesz swojemu duchowi imię i w razie potrzeby przyzywasz go tutaj do tego świata...
Czyli, że mogłem je wykorzystywać do walki? W sumie pasowało mi to, jednak nie byłem co do nich w stu procentach przekonany. Wyglądały dziwnie... właśnie, posiadam jeszcze trzy, ciekawe jak one się prezentują.
- Jestem Wodnikiem Panie, władam wodą - duch zbliżył się jeszcze bardziej - To chyba żywioł zgodny z Twoim, nieprawdaż? - uśmiechnęła się. - Wyciągnij klucz i mów.
Odruchowo wyciągnąłem klucz i zacząłem mówić, ducha nazwałem Aquarius. Po skończonym ''podpisywaniem'' kontraktu duch wrócił do siebie czekając aż ponownie go przyzwę. To wszystko było dziwne, jednak z ciekawości wyjąłem kolejny klucz. Tym razem również była to wadera, jednak nieco niższa od nas i w dodatku wyglądała całkiem przeciętnie. Brązowe futerko i zadziorny uśmieszek.
- Witaj Panie, jestem Panną - wilczyca lekko się skłoniła
Nie wiem dlaczego dopiero teraz mi się to rzuciło w oczy, ale duch miał prawe oko niebieskie, natomiast lewe brązowe. Dobra, ale dosyć zamyślania się. Wadera świetnie radziła sobie z żywiołem ziemi, a przynajmniej tak powiedziała. Nazwałem ją Virgo. Kolejnym duchem był smok, długi, włochaty i przede wszystkim różowy. Jego długie poroże zdobiły kwiaty, tak samo ogon. W swoich łapach trzymał ogromną, różową kulę którą walczył. Był to całkiem interesujący duch, którego nazwałem Ryu. Ostatnim duchem, był mały stworek, który raczej nie nadawał się do walki, co najwyżej do towarzystwa. Nazwałem go Totoro. Po skończonej czynności podpisywania kontraktów, czyli po zniknięciu ostatniego ducha, nagle zrobiło mi się słabo. Zachwiałem się upadając na ziemię, z nieba nagle zaczęły spadać pokaźne strumienie deszczu.
(Daenerys? Już mi się nie chciało opisywać xd Idę dopisywać duchy do mocy Rodżera)
- Teraz musimy dopełnić kontrakt...
- Kontrakt? - spojrzałem błagalnym wzrokiem na Daenerys
- Masz pęk kluczy gwiezdnych duchów i nie wiesz nawet czym są? - wadera pokręciła zrezygnowana łbem - Gwiezdne duchy to istoty z innego wymiaru, które przywoływane są przez te klucze, jednak nie każdy może tego dokonać. Zawierając kontrakt, nadajesz swojemu duchowi imię i w razie potrzeby przyzywasz go tutaj do tego świata...
Czyli, że mogłem je wykorzystywać do walki? W sumie pasowało mi to, jednak nie byłem co do nich w stu procentach przekonany. Wyglądały dziwnie... właśnie, posiadam jeszcze trzy, ciekawe jak one się prezentują.
- Jestem Wodnikiem Panie, władam wodą - duch zbliżył się jeszcze bardziej - To chyba żywioł zgodny z Twoim, nieprawdaż? - uśmiechnęła się. - Wyciągnij klucz i mów.
Odruchowo wyciągnąłem klucz i zacząłem mówić, ducha nazwałem Aquarius. Po skończonym ''podpisywaniem'' kontraktu duch wrócił do siebie czekając aż ponownie go przyzwę. To wszystko było dziwne, jednak z ciekawości wyjąłem kolejny klucz. Tym razem również była to wadera, jednak nieco niższa od nas i w dodatku wyglądała całkiem przeciętnie. Brązowe futerko i zadziorny uśmieszek.
- Witaj Panie, jestem Panną - wilczyca lekko się skłoniła
(Daenerys? Już mi się nie chciało opisywać xd Idę dopisywać duchy do mocy Rodżera)
wtorek, 31 maja 2016
Odchodzi z Klanu Wody!
Nathan
Obrońca, zwykły członek
~Postscriptum
Mendy, ludzi ni mom w Klanie ;ccc
poniedziałek, 30 maja 2016
Od Rhaegara c.d Abitriany
Spadałem w dół, przez jakiś czas słysząc dosyć wyraźnie krzyk wadery, po chwili zaczął on się jednak oddalać, aż w końcu zamilkł. Chyba wpadliśmy do zupełnie różnych miejsc co nie do końca mi się podobało. Zaczynałem nawoływać waderę, jednak nic to nie dawało. Miałem nadzieję, że nic jej się nie stało. Powinienem był jej upilnować i nie dochodzić do taki dalekich miejsc. Przecież właśnie te odcinki przed zalaną częścią były najniebezpieczniejsze z dostępnych... to wszystko było moją winą. Muszę ją znaleźć, albo nie mam prawa nazywać się Alfą Klanu Wody. Ruszyłem przed siebie, widząc może tylko to, co jest do dziesięciu metrów przede mną. Widziałem tylko dzięki kamieniom, których i tak było tutaj mało. Po drodze cały czas wołałem waderę licząc na to, że w końcu mi odpowie. Jak tak o tym pomyślę, w Kronikach nie było ani słowa na temat podziemnej... groty? Nie wiem jak to ładnie określić, to miejsce było jakieś dziwne. Nie zdążyłem się nad tym nawet spokojnie zastanowić, kiedy usłyszałem jakieś charczenie tuż za sobą. Kryształ zawieszony na moich kluczach jasno błysnął rozświetlając praktycznie całą salę. To co ujrzałem, nawet mi zmroziło krew w żyłach. Pięć wilków, martwych wilków a jednak żywych, które powarkując kroczyły w moją stronę. Wszystkie były już w stadium zaawansowanego rozkładu, u praktycznie każdego było widać żebra, u jednego ułamana szczęka bezwładnie zwisała, inny nie miał już oczu. A pozostała czwórka była ślepa, żywe trupy posługiwały się jedynie swoim i tak słabym węchem. Cofnąłem się mimowolnie do tyłu, powarkując i jeżąc się. Trupy nawet nie czekały na stosowny moment, po prostu zaatakowały. Zanim do mnie doskoczyły, potraktowałem je wodnistym biczem. Ciężko używało się tutaj magię, jednak była o wiele silniejsza niż normalnie. Uporać się z wilkami nie było specjalnie ciężko, chociaż ostatecznie po starciu przez pół godziny lekko utykałem. Potem nawet przyzwyczaiłem się do tego bólu. Chociaż nie wierzyłem w żaden cud, zawołałem jeszcze raz waderę po imieniu, w dalszym ciągu odpowiadało mi moje echo a następnie głęboka cisza. Nagle usłyszałem okrutny pisk, a za nim jakiś straszliwy ryk. Abitriana! Rzuciłem się do przodu, biegnąc ile sił miałem w łapach, nie wiedziałem co spowodowało ów krzyk wadery, jednak nie mogło być to nic dobrego. Tak jak myślałem, znalazłem waderę. Stała przed wielkim, glutowatym czymś co miało niejasny kształt. Dziwny stwór ryknął, obryzgując całą posadzkę zielonkawą mazią.
- Rhaegar!? - wadera krzyknęła zdziwiona - Co ty tutaj robisz?
- Stoję, nie widać? - przekręciłem łeb.
(Abitriana? Sorcia wena wyschła mi xd)
- Rhaegar!? - wadera krzyknęła zdziwiona - Co ty tutaj robisz?
- Stoję, nie widać? - przekręciłem łeb.
(Abitriana? Sorcia wena wyschła mi xd)
niedziela, 29 maja 2016
sobota, 28 maja 2016
od Breeze cd Artiego
Z jakiej perspektywy by nie spojrzeć, moja sytuacja była totalnie beznadziejna. Kiedy basior czmychnął bezczelnie w krzaki, zostawiając mnie samą pośród kołyszących się pod wpływem lekkiego wiatru drzew, nie zajęło mi długo podjęcie decyzji o udaniu się jego śladem. W tamtym momencie wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem, jakie miałam pod ręką.
Miarowym krokiem podążałam za basiorem, starając się zachować bezpieczny, jednak na tyle bliski dystans, by nie stracić go z tropu. Z każdą minutą marsz budził we mnie coraz większe wątpliwości – samiec zmierzał ku południu, czułam to. Czułam też to, że nie idzie tam bez powodu – ostatnie spojrzenie które rzucił mi, nim odwrócił się w swoją stronę cudem pozwoliło mi dostać się do jego umysłu – zdążyłam odczytać, jakże by inaczej, naprawdę niewiele. Jedyne, co zdołałam uchwycić to krótkie mignięcie rodzącej się gdzieś w głębi jego umysłu przebiegłości. Kiedy samiec odwrócił swój niezainteresowany wzrok i czmychnął w krzaki, wyszłam w jego umysłu tak szybko, jak się tam znalazłam. Nie zostało mi więc nic innego jak samo domyślanie się, co mógł knuć.
Szłam za nim już od dobrej godziny. Gęstwiny lasu z każdym krokiem przerzedzały się coraz bardziej, ściółka pomału zmieniała się w trawę, a do moich oczu docierało coraz więcej światła, nieograniczanego już rozłożystymi koronami drzew. Naprawdę powoli, jednak wyczuwalnie, zmieniała się wilgotność. Do morza było jeszcze kilka dobrych godzin marszu, ale już teraz czułam, jak bliska jest woda.
I w tym momencie elementy tej całej chorej układanki złożyły się w piękną całość, a przez moją głowę przebiegła żałosna myśl – „On prowadzi cię do morza. Południe, idiotko, południe.”
Pierwszy raz w życiu doświadczyłam tak silnie negatywnych emocji w kierunku jakiegoś wilka. Samiec przewidział to, że udam się za nim i w perfidny sposób wykorzystał to, by zaprowadzić mnie do morza. Był przebiegły i uparty jak osioł, całkiem jak ja. Tak właśnie się dzieje, gdy spotykają się ze sobą wilki o tym samym usposobieniu. Od jego pierwszego spojrzenia, jakie tylko udało mi się złapać czułam to. Cholera, dlaczego musiałam trafić akurat na takiego wybawcę?
- Idiotka, cholerna idiotka – zaklęłam pod nosem, patrząc z gniewem w stronę ciemnej sylwetki majaczącej gdzieś pomiędzy rzadko rozrzuconymi drzewami. Czy naprawdę tak dużo czasu zajęło mi dojście do tak oczywistej rzeczy? Dlaczego tak wolno myślałam? Może to brak wody sprawił, że mój mózg nie pracował wystarczająco dobrze?
Chwilę po moim żałosnym odkryciu miałam ochotę dokonać samokrytyki i ganienia się w myślach, jednak szybko się zreflektowałam. Stwierdziłam, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a zamiast myśleć o zaistniałej sytuacji trzeba podjąć stanowcze kroki naprawcze, które jak najbardziej zniwelują straty związane z moją bezmyślnością. Czym prędzej odwróciłam się na pięcie i dwa razy szybszym krokiem ruszyłam w całkiem przeciwną stronę. Chciałam nadrobić jak najwięcej straconego czasu, jednak z minuty na minutę czułam, jak moje nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Ile szłam za tym cholernym samcem? Godzinę? Dwie? Ile będę musiała iść, by dojść do miejsca, w którym będę mogła znaleźć jakiegoś wilka?
Wciąż nieprzerwanie maszerowałam. Czas zaczął dłużyć mi się jeszcze bardziej, gdy pragnienie i suchość w pysku powoli wkradały się w moją świadomość. Pierwszy raz od dobrych kilku miesięcy poczułam, że faktycznie mi, jako Wodnej, trudno przeżyć choć kilkadziesiąt godzin bez tej życiodajnej, kryształowej cieczy. Depcząc po wyschniętej trawie spojrzałam na moją wyprawę z perspektywy czasu – sama sobie się teraz dziwiłam, że wytrzymałam tak długo, bo niemal dwa tygodnie, na tej suchej, wulkanicznej wyspie. I tylko po to, by zdobyć kolejne, nic nie znaczące dla rozwoju sprawy między naszymi klanami informacje.
Dojście do pierwszych śladów obecności wilków zajęło mi blisko półtorej godziny. Było to porzucone truchło sarny, na wpół obgryzione do ostatniego ścięgna, potem już wyraźny zapach stada. Na tę woń postawiłam lekko uszy, a mój krok stał się odrobinę cichszy.
Łamana gałąź rozbrzmiała w zaroślach naprzeciwko mnie, na co w ułamku sekundy przybrałam defensywną pozycję. Nie wiem, czy wynikało to z mojego przyzwyczajenia do wiecznego ukrywania się i drżenia o własne życie, czy ze zwykłej adrenaliny, która w momencie niespodziewanego dźwięku uderzyła w moje ciało.
Nie spodziewałam się nikogo, kto mógłby wyjść zza krzaków, więc tym większe zaskoczenie wywołało nagłe wyłonienie się masywnego wilka. Przysięgam, Headless był ostatnią istotą, jaką miałam ochotę w tym momencie spotkać. Sam był chyba lekko zdziwiony tym, że przed nim stałam, jednak szybciej niż ja odrzucił to zdziwienie na drugi plan. Zawiesił na mnie swoje paskudne spojrzenie i uśmiechnął się z cynizmem.
- Wodna, gdzie zgubiłaś swojego przewodnika? – wypowiedział z pobłażliwością, spoglądając we mnie swoimi zawistnymi, żółtymi ślepiami.
- Kolejny raz pytasz o rzecz, która nie powinna cię obchodzić – odpowiedziałam wrogim do granic możliwości tonem.
Skrzywił pysk w gniewie, jednak tym razem mnie nie ugodził. I całe szczęście dla niego, bo teraz już nie hamowałabym się przed tym, by mu porządnie oddać.
- Kolejny raz zapominasz, z kim rozmawiasz – warknął, stając zbyt blisko mnie.
- Za to ty nie masz najmniejszego pojęcia, z kim rozmawiasz. – Wciąż spoglądałam mu w oczy zimnym jak lód spojrzeniem. Tym, na skutek którego wszyscy moi przeciwnicy długo nie znosili i prędzej czy później urywali kontakt wzrokowy. Headless był odporniejszy, co było dla mnie pierwszym ostrzeżenie. Czułam, że nie będzie mi się z nim łatwo rozprawić.
- Proszę, pochwal się kim ważnym jesteś! - Jego szyderczy śmiech rozbrzmiał pomiędzy drzewami. Wilk zaczął wolno krążyć wokół mnie. - Zwykłą, wodną suką, liżącą dupy alfom? – Jeszcze nigdy nie słyszałam tyle nienawiści w jednym zdaniu.
- Jak myślisz, za kim będą bardziej płakać? Za śmieciem, który panoszy się na stanowisku przywódcy walk, czy nad betą? – uniosłam prowokacyjnie brwi, nie przerywając walki naszych spojrzeń - Jeśli tylko mnie tkniesz, reszta wodnych dopilnuje, żebyś zdechł w katuszach.
- Chyba jednak zaryzykuję – warknął na odchodnym, skacząc w moją stronę.
Nie mogłam poradzić nic na to, że przygniótł mnie swoim ciałem do ziemi. Byłam mniejsza i słabsza, jakiego innego biegu zdarzeń można się było spodziewać? Zanim zdążyłam złapać oddech, wilk przyparł łapami do mojego gardła, boleśnie przyciskając je do ziemi. No tak, nie cackał się, tylko od razu przechodził do rzeczy. Próbowałam się szarpać i wyrwać z jego uścisku, ale był po prostu za ciężki. Czułam, jak z sekundy na sekundę moje ciało wiotczeje. Łapy przestały się szamotać, głowa opadła do tyłu, pierś się nie unosiła. Z ostatnim uderzeniem adrenaliny i wolą życia zarzuciłam głową i wgryzłam się w jego lewą łapę. Sama nie uwierzyłam, że mój żałosny atak okazał się skuteczny. Headless w jednej chwili zwolnił swój ucisk, a ja z przeraźliwym bólem wciągnęłam powietrze do płuc, unosząc się na łapach. Niewiele myśląc, rzuciłam się biegiem w las. To było jedyne dobre rozwiązanie, zważając na to, że ze swoją wątłą siłą drugi raz nie dałabym mu rady. Nie zdziwiłam się, gdy samiec ruszył za mną, rzucając głośnymi oszczerstwami i groźbami w moją stronę. Gnałam przez ściółkę, starając się rzucić w niego zaklęciem. Na próżno. Dopóki nie przypomniałam sobie o ogromnej suchości w ustach, nie miałam pojęcia, co jest ze mną nie tak. Miałam w sobie zbyt mało wody, by używać moich mocy. Bieg nie pozwalał mi na wytworzenie źródła wody, więc musiałam czym prędzej znaleźć rzekę, jezioro, lub chociaż kałużę, by mieć jakiekolwiek szansę wygrania pojedynku z potężnym basiorem.
Musiałam mieć jakieś niesamowite szczęście, bo, jak na zawołanie, wśród drzew wyłoniła się srebrzysta tafla wody. Zdążyłam wymamrotać tylko podziękowania w stronę Water i skoczyłam do jeziora, zanurzając się w nim po sam czubek głowy. Odczekałam kilka sekund, nim ponownie wyłoniłam się na powierzchnię. Rozwścieczony Headless gnał już w moją stronę, więc czym prędzej puściłam się brzegu jeziora.
- Teraz mi już nie uciekniesz, wodna szmato! – zawołał z gniewem, chlupocząc łapami po wodzie.
- Mylisz się – rzuciłam donośnie, puszczając w jego stronę pierwszą serię lodowych ostrzy. Rzuciłam okiem do tyłu spostrzegając, jak samiec skutecznie rozpuszcza moją broń skrzydłem ognia.
- Kurwa – zaklęłam, po chwili wypuszczając kolejną porcję ostrego lodu. Z każdą sekundą czułam, jak słabnę. Moja prędkość znacznie się zmniejszyła, kiedy wypuściłam trzecią serię ostrzy, również udaremnioną przez ogień.
Poczułam mocne szarpnięcie w tył i wbijające się pazury w moje biodra.
- Już jesteś moja – usłyszałam chrapliwy głos, gdy mocno uderzałam plecami o mokry piasek, przygnieciona przez masywne ciało Headless’a. Spoglądając w jego żółte, zaćmione gniewem oczy, nie widziałam nic więcej oprócz chęci zemsty i żądzy krwi. Mocno oparłam łapy o jego ociekające śliną szczęki, kiedy starał się wgryźć w moją szyję.
- Nie będzie tak łatwo, pieprzony skurwielu – syknęłam, ledwo powstrzymując się od wrzasku, który miał ochotę wydobyć się ze mnie z powodu okrutnego bólu. Z całej siły kopnęłam go w brzuch. Wilk zgiął się nie znacznie, jednak jego szczęki nadal napierały na moje wycieńczone łapy, które co rusz odpychały ostre zęby od szyi.
Marzyłam tylko o wydaniu z siebie ostatniego ataku. Jak umierać, to z klasą. Żegnaj życie, było pięknie. Szkoda, że pięknie się też nie skończy.
W jednej chwili zabrałam łapy spod jego szczęki, udaremniając mu jednocześnie dostęp do miejsca, w którym chciał złożyć swój śmiertelny kęs. Wycelowałam ostrym jak brzytwa soplem w jego brzuch, a jego zęby z impetem zatopiły się w mojej szyi.
Krzyknęłam, wykręcając ciało w przeraźliwym bólu. Przysięgam, był to najgorszy ból, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam w moim krótkim życiu. Przymknęłam drżące powieki, z pokorą godząc się z przejściem na drugi świat. Mijały jednak sekundy, a ja wciąż czułam mokry, zimny piasek pod sierścią na plecach. Coś było nie tak.
Samiec przygniatający mnie do podłoża oddychał płytko i nierównomiernie. Był nieprzytomny, jednak wciąż zakleszczony na mojej szyi. Z kolejnym przeraźliwym, przepełnionym bólem wrzaskiem oderwałam się od jego szczęk i ostatkami sił zepchnęłam z siebie bezwładne cielsko.
Oddychałam płytko, wciąż na wpół świadoma swojego położenia i czynu, którego przed chwilą dokonałam. Chciałam za wszelką cenę dźwignąć się na łapy i chociaż sprawiło mi to ogromne cierpienie i było ponad moje siły, dałam radę unieść się na chwiejnych nogach. Z odrazą spojrzałam na samca, który leżał pyskiem w stronę piachu, a lodowe ostrze wystawało z jego na wylot przebitego boku. Chciałam jak najszybciej uciec z tego miejsca, ale kilka niepewnych kroków utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie dam rady daleko zajść. I w tym momencie zauważyłam ciemną sylwetkę wyłaniającą z lasu. Była to kolejna istota, którą jako ostatnią miałam ochotę wtedy spotkać. Wilk ruszył w moją stronę.
<Artie?>
Miarowym krokiem podążałam za basiorem, starając się zachować bezpieczny, jednak na tyle bliski dystans, by nie stracić go z tropu. Z każdą minutą marsz budził we mnie coraz większe wątpliwości – samiec zmierzał ku południu, czułam to. Czułam też to, że nie idzie tam bez powodu – ostatnie spojrzenie które rzucił mi, nim odwrócił się w swoją stronę cudem pozwoliło mi dostać się do jego umysłu – zdążyłam odczytać, jakże by inaczej, naprawdę niewiele. Jedyne, co zdołałam uchwycić to krótkie mignięcie rodzącej się gdzieś w głębi jego umysłu przebiegłości. Kiedy samiec odwrócił swój niezainteresowany wzrok i czmychnął w krzaki, wyszłam w jego umysłu tak szybko, jak się tam znalazłam. Nie zostało mi więc nic innego jak samo domyślanie się, co mógł knuć.
Szłam za nim już od dobrej godziny. Gęstwiny lasu z każdym krokiem przerzedzały się coraz bardziej, ściółka pomału zmieniała się w trawę, a do moich oczu docierało coraz więcej światła, nieograniczanego już rozłożystymi koronami drzew. Naprawdę powoli, jednak wyczuwalnie, zmieniała się wilgotność. Do morza było jeszcze kilka dobrych godzin marszu, ale już teraz czułam, jak bliska jest woda.
I w tym momencie elementy tej całej chorej układanki złożyły się w piękną całość, a przez moją głowę przebiegła żałosna myśl – „On prowadzi cię do morza. Południe, idiotko, południe.”
Pierwszy raz w życiu doświadczyłam tak silnie negatywnych emocji w kierunku jakiegoś wilka. Samiec przewidział to, że udam się za nim i w perfidny sposób wykorzystał to, by zaprowadzić mnie do morza. Był przebiegły i uparty jak osioł, całkiem jak ja. Tak właśnie się dzieje, gdy spotykają się ze sobą wilki o tym samym usposobieniu. Od jego pierwszego spojrzenia, jakie tylko udało mi się złapać czułam to. Cholera, dlaczego musiałam trafić akurat na takiego wybawcę?
- Idiotka, cholerna idiotka – zaklęłam pod nosem, patrząc z gniewem w stronę ciemnej sylwetki majaczącej gdzieś pomiędzy rzadko rozrzuconymi drzewami. Czy naprawdę tak dużo czasu zajęło mi dojście do tak oczywistej rzeczy? Dlaczego tak wolno myślałam? Może to brak wody sprawił, że mój mózg nie pracował wystarczająco dobrze?
Chwilę po moim żałosnym odkryciu miałam ochotę dokonać samokrytyki i ganienia się w myślach, jednak szybko się zreflektowałam. Stwierdziłam, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a zamiast myśleć o zaistniałej sytuacji trzeba podjąć stanowcze kroki naprawcze, które jak najbardziej zniwelują straty związane z moją bezmyślnością. Czym prędzej odwróciłam się na pięcie i dwa razy szybszym krokiem ruszyłam w całkiem przeciwną stronę. Chciałam nadrobić jak najwięcej straconego czasu, jednak z minuty na minutę czułam, jak moje nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Ile szłam za tym cholernym samcem? Godzinę? Dwie? Ile będę musiała iść, by dojść do miejsca, w którym będę mogła znaleźć jakiegoś wilka?
Wciąż nieprzerwanie maszerowałam. Czas zaczął dłużyć mi się jeszcze bardziej, gdy pragnienie i suchość w pysku powoli wkradały się w moją świadomość. Pierwszy raz od dobrych kilku miesięcy poczułam, że faktycznie mi, jako Wodnej, trudno przeżyć choć kilkadziesiąt godzin bez tej życiodajnej, kryształowej cieczy. Depcząc po wyschniętej trawie spojrzałam na moją wyprawę z perspektywy czasu – sama sobie się teraz dziwiłam, że wytrzymałam tak długo, bo niemal dwa tygodnie, na tej suchej, wulkanicznej wyspie. I tylko po to, by zdobyć kolejne, nic nie znaczące dla rozwoju sprawy między naszymi klanami informacje.
Dojście do pierwszych śladów obecności wilków zajęło mi blisko półtorej godziny. Było to porzucone truchło sarny, na wpół obgryzione do ostatniego ścięgna, potem już wyraźny zapach stada. Na tę woń postawiłam lekko uszy, a mój krok stał się odrobinę cichszy.
Łamana gałąź rozbrzmiała w zaroślach naprzeciwko mnie, na co w ułamku sekundy przybrałam defensywną pozycję. Nie wiem, czy wynikało to z mojego przyzwyczajenia do wiecznego ukrywania się i drżenia o własne życie, czy ze zwykłej adrenaliny, która w momencie niespodziewanego dźwięku uderzyła w moje ciało.
Nie spodziewałam się nikogo, kto mógłby wyjść zza krzaków, więc tym większe zaskoczenie wywołało nagłe wyłonienie się masywnego wilka. Przysięgam, Headless był ostatnią istotą, jaką miałam ochotę w tym momencie spotkać. Sam był chyba lekko zdziwiony tym, że przed nim stałam, jednak szybciej niż ja odrzucił to zdziwienie na drugi plan. Zawiesił na mnie swoje paskudne spojrzenie i uśmiechnął się z cynizmem.
- Wodna, gdzie zgubiłaś swojego przewodnika? – wypowiedział z pobłażliwością, spoglądając we mnie swoimi zawistnymi, żółtymi ślepiami.
- Kolejny raz pytasz o rzecz, która nie powinna cię obchodzić – odpowiedziałam wrogim do granic możliwości tonem.
Skrzywił pysk w gniewie, jednak tym razem mnie nie ugodził. I całe szczęście dla niego, bo teraz już nie hamowałabym się przed tym, by mu porządnie oddać.
- Kolejny raz zapominasz, z kim rozmawiasz – warknął, stając zbyt blisko mnie.
- Za to ty nie masz najmniejszego pojęcia, z kim rozmawiasz. – Wciąż spoglądałam mu w oczy zimnym jak lód spojrzeniem. Tym, na skutek którego wszyscy moi przeciwnicy długo nie znosili i prędzej czy później urywali kontakt wzrokowy. Headless był odporniejszy, co było dla mnie pierwszym ostrzeżenie. Czułam, że nie będzie mi się z nim łatwo rozprawić.
- Proszę, pochwal się kim ważnym jesteś! - Jego szyderczy śmiech rozbrzmiał pomiędzy drzewami. Wilk zaczął wolno krążyć wokół mnie. - Zwykłą, wodną suką, liżącą dupy alfom? – Jeszcze nigdy nie słyszałam tyle nienawiści w jednym zdaniu.
- Jak myślisz, za kim będą bardziej płakać? Za śmieciem, który panoszy się na stanowisku przywódcy walk, czy nad betą? – uniosłam prowokacyjnie brwi, nie przerywając walki naszych spojrzeń - Jeśli tylko mnie tkniesz, reszta wodnych dopilnuje, żebyś zdechł w katuszach.
- Chyba jednak zaryzykuję – warknął na odchodnym, skacząc w moją stronę.
Nie mogłam poradzić nic na to, że przygniótł mnie swoim ciałem do ziemi. Byłam mniejsza i słabsza, jakiego innego biegu zdarzeń można się było spodziewać? Zanim zdążyłam złapać oddech, wilk przyparł łapami do mojego gardła, boleśnie przyciskając je do ziemi. No tak, nie cackał się, tylko od razu przechodził do rzeczy. Próbowałam się szarpać i wyrwać z jego uścisku, ale był po prostu za ciężki. Czułam, jak z sekundy na sekundę moje ciało wiotczeje. Łapy przestały się szamotać, głowa opadła do tyłu, pierś się nie unosiła. Z ostatnim uderzeniem adrenaliny i wolą życia zarzuciłam głową i wgryzłam się w jego lewą łapę. Sama nie uwierzyłam, że mój żałosny atak okazał się skuteczny. Headless w jednej chwili zwolnił swój ucisk, a ja z przeraźliwym bólem wciągnęłam powietrze do płuc, unosząc się na łapach. Niewiele myśląc, rzuciłam się biegiem w las. To było jedyne dobre rozwiązanie, zważając na to, że ze swoją wątłą siłą drugi raz nie dałabym mu rady. Nie zdziwiłam się, gdy samiec ruszył za mną, rzucając głośnymi oszczerstwami i groźbami w moją stronę. Gnałam przez ściółkę, starając się rzucić w niego zaklęciem. Na próżno. Dopóki nie przypomniałam sobie o ogromnej suchości w ustach, nie miałam pojęcia, co jest ze mną nie tak. Miałam w sobie zbyt mało wody, by używać moich mocy. Bieg nie pozwalał mi na wytworzenie źródła wody, więc musiałam czym prędzej znaleźć rzekę, jezioro, lub chociaż kałużę, by mieć jakiekolwiek szansę wygrania pojedynku z potężnym basiorem.
Musiałam mieć jakieś niesamowite szczęście, bo, jak na zawołanie, wśród drzew wyłoniła się srebrzysta tafla wody. Zdążyłam wymamrotać tylko podziękowania w stronę Water i skoczyłam do jeziora, zanurzając się w nim po sam czubek głowy. Odczekałam kilka sekund, nim ponownie wyłoniłam się na powierzchnię. Rozwścieczony Headless gnał już w moją stronę, więc czym prędzej puściłam się brzegu jeziora.
- Teraz mi już nie uciekniesz, wodna szmato! – zawołał z gniewem, chlupocząc łapami po wodzie.
- Mylisz się – rzuciłam donośnie, puszczając w jego stronę pierwszą serię lodowych ostrzy. Rzuciłam okiem do tyłu spostrzegając, jak samiec skutecznie rozpuszcza moją broń skrzydłem ognia.
- Kurwa – zaklęłam, po chwili wypuszczając kolejną porcję ostrego lodu. Z każdą sekundą czułam, jak słabnę. Moja prędkość znacznie się zmniejszyła, kiedy wypuściłam trzecią serię ostrzy, również udaremnioną przez ogień.
Poczułam mocne szarpnięcie w tył i wbijające się pazury w moje biodra.
- Już jesteś moja – usłyszałam chrapliwy głos, gdy mocno uderzałam plecami o mokry piasek, przygnieciona przez masywne ciało Headless’a. Spoglądając w jego żółte, zaćmione gniewem oczy, nie widziałam nic więcej oprócz chęci zemsty i żądzy krwi. Mocno oparłam łapy o jego ociekające śliną szczęki, kiedy starał się wgryźć w moją szyję.
- Nie będzie tak łatwo, pieprzony skurwielu – syknęłam, ledwo powstrzymując się od wrzasku, który miał ochotę wydobyć się ze mnie z powodu okrutnego bólu. Z całej siły kopnęłam go w brzuch. Wilk zgiął się nie znacznie, jednak jego szczęki nadal napierały na moje wycieńczone łapy, które co rusz odpychały ostre zęby od szyi.
Marzyłam tylko o wydaniu z siebie ostatniego ataku. Jak umierać, to z klasą. Żegnaj życie, było pięknie. Szkoda, że pięknie się też nie skończy.
W jednej chwili zabrałam łapy spod jego szczęki, udaremniając mu jednocześnie dostęp do miejsca, w którym chciał złożyć swój śmiertelny kęs. Wycelowałam ostrym jak brzytwa soplem w jego brzuch, a jego zęby z impetem zatopiły się w mojej szyi.
Krzyknęłam, wykręcając ciało w przeraźliwym bólu. Przysięgam, był to najgorszy ból, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam w moim krótkim życiu. Przymknęłam drżące powieki, z pokorą godząc się z przejściem na drugi świat. Mijały jednak sekundy, a ja wciąż czułam mokry, zimny piasek pod sierścią na plecach. Coś było nie tak.
Samiec przygniatający mnie do podłoża oddychał płytko i nierównomiernie. Był nieprzytomny, jednak wciąż zakleszczony na mojej szyi. Z kolejnym przeraźliwym, przepełnionym bólem wrzaskiem oderwałam się od jego szczęk i ostatkami sił zepchnęłam z siebie bezwładne cielsko.
Oddychałam płytko, wciąż na wpół świadoma swojego położenia i czynu, którego przed chwilą dokonałam. Chciałam za wszelką cenę dźwignąć się na łapy i chociaż sprawiło mi to ogromne cierpienie i było ponad moje siły, dałam radę unieść się na chwiejnych nogach. Z odrazą spojrzałam na samca, który leżał pyskiem w stronę piachu, a lodowe ostrze wystawało z jego na wylot przebitego boku. Chciałam jak najszybciej uciec z tego miejsca, ale kilka niepewnych kroków utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie dam rady daleko zajść. I w tym momencie zauważyłam ciemną sylwetkę wyłaniającą z lasu. Była to kolejna istota, którą jako ostatnią miałam ochotę wtedy spotkać. Wilk ruszył w moją stronę.
<Artie?>
Od Daenerys c.d Rhaegara
Powoli wracałam w stronę jaskiń, gdy właśnie z tamtego kierunku zza rogu wybiegł Rhaegar. Biegł zbyt szybko bym ja mogła uskoczyć w bok, a on zahamować...chociaż to też nie było możliwe, bo wcale nie wpatrywał się przed siebie tylko miał odwróconą głowę do tyłu. Wilk uderzył o mnie sprawiając, że oboje po chwili prześlizgnęliśmy się po trawie. Uderzyłam bokiem w drzewo, na co Alfa tylko wylądował na brzuchu kawałek przede mną, wyglądał jak zdeptana żaba. Podnosząc się musiałam przymrużyć oczy przez oślepiające światło. Rhaegar podniósł się, a w tym samym czasie coś co właśnie mnie oślepiło zsunęło mu się z ogona. Nie czekając długo podbiegłam do przedmiotu, na co wilk obrócił się gwałtownie i szybko wziął klucze do pyska.
- Co to takiego? - spytałam wpatrując się w pęk świecących kluchy, po chwili podniosłam wzrok na wilka - To są jakieś magiczne klucze?
- Szam ne wiem - odpowiedział troche niewyraźnie przez trzymanie kluczy w pysku, ale dało się zrozumieć - Pszed chwila zaceły spwiecic i wiprowac - ponownie zarzucił klucze na ogon, po czym wbiegł do świątyni
Chwile stałam wpatrując się jak jego postać coraz to się oddala, aż zniknęła w budynku aż wreszcie sama się ruszyłam i pobiegłam do świątyni. Szłam korytarzem powoli, tak by nie było słychać chlapania wody, która była rozlana na posadzce. Znalazłam się w wielkiej komnacie, od razu moim oczom ukazał się wielki obraz Bogini Water, jak i po prawej stronie jej posąg. Na środku stał postument, a koło niego znajdował się Rhaegar. Stałam schowana za rogiem przyglądając się co zaraz się stanie. Alfa najpierw pomodlił się, a po chwili prosząc pomoc Boginię Water położył klucze na postumencie. Czekałam wraz z nim ciekawa tego co zaraz się wydarzy, jednak nawet po pięciu minutach nic się nie stało.
- Klucze najwidoczniej nie są powiązane z Water ani z żywiołem wody - powiedziałam podchodząc do wilka, który spojrzał na mnie z miną "Skąd ty tu..." - Może powinieneś udać się do Klanu Everything i tam spróbować? - w tym samym czasie nagle jeden z kluczy uniósł się do góry, a wokół niego pojawił się złotawy pył. Zaraz tuż obok niego na posadzce zmaterializowało się coś, co na pierwszy rzut oka przypominało wilka, ale ogon zakończony płetwą wskazywał że jest to połączenie wilka jak i ryby. Prawdziwy wodny wilk. Wystraszona tym nagłym pojawieniem się wilka z klucza schowałam się za Rhaegarem, który również sam widać był zaskoczony. Jednak po chwili przypomniało, mi się o pewnej książce, w której były opisane istoty, które mogły być przyzywane z kluczy.
- Gwiezdny duch? - spytałam chyba raczej siebie niż stojącą przed nami postać
- Wreszcie raczyłeś mnie przywołać - burknął wilk zbliżając się do Rhaegara
< Rhaegar?>
- Co to takiego? - spytałam wpatrując się w pęk świecących kluchy, po chwili podniosłam wzrok na wilka - To są jakieś magiczne klucze?
- Szam ne wiem - odpowiedział troche niewyraźnie przez trzymanie kluczy w pysku, ale dało się zrozumieć - Pszed chwila zaceły spwiecic i wiprowac - ponownie zarzucił klucze na ogon, po czym wbiegł do świątyni
Chwile stałam wpatrując się jak jego postać coraz to się oddala, aż zniknęła w budynku aż wreszcie sama się ruszyłam i pobiegłam do świątyni. Szłam korytarzem powoli, tak by nie było słychać chlapania wody, która była rozlana na posadzce. Znalazłam się w wielkiej komnacie, od razu moim oczom ukazał się wielki obraz Bogini Water, jak i po prawej stronie jej posąg. Na środku stał postument, a koło niego znajdował się Rhaegar. Stałam schowana za rogiem przyglądając się co zaraz się stanie. Alfa najpierw pomodlił się, a po chwili prosząc pomoc Boginię Water położył klucze na postumencie. Czekałam wraz z nim ciekawa tego co zaraz się wydarzy, jednak nawet po pięciu minutach nic się nie stało.
- Gwiezdny duch? - spytałam chyba raczej siebie niż stojącą przed nami postać
- Wreszcie raczyłeś mnie przywołać - burknął wilk zbliżając się do Rhaegara
< Rhaegar?>
piątek, 27 maja 2016
Od Breeze cd Artiego
- Z której strony będziesz mogła uciec niezauważona?
To pytanie wprawiło mnie w niemałe zdziwienie. Przekrzywiłam lekko głowę, spoglądając z zaskoczeniem w nic nie mówiące mi oczy basiora. Jak na ironię, akurat w tym momencie, nie byłam w najmniejszym stanie wejść w jego umysł i sprawdzić, czy tylko sobie żartuje, czy usypia moją czujność, czy mówi całkiem serio. Nie ufałam mu. Nie ufałam żadnemu z wilków ognia.
- W co grasz? – spytałam szorstko, wciąż szukając jakiejś podpowiedzi w jego wyprutym z emocji spojrzeniu.
- W ułatwienie ucieczki. - Nuta szczerości w tej odpowiedzi sprawiła, że uniosłam lekko brwi. Z sekundy na sekundę byłam coraz bardziej przychylna uwierzyć, że wilk faktycznie trzyma moją stronę i ma czysto pokojowe intencje.
- Słyszałeś, co twój przywódca mówił o konsekwencjach? – spytałam, dopiero po fakcie stwierdzając, że brzmiało to zdecydowanie za ostro.
- To nie jest przywódca. Nie mój – odpowiedział z lekkim grymasem na twarzy. W końcu mogłam dostrzec na jego pysku przejawy jakichkolwiek emocji.
- Wszystko jedno. – Machnęłam łapą, a rana na ramieniu przypomniała mi o sobie przeszywającym bólem. Skrzywiłam się lekko, wypowiadając kolejne zdanie – Kimkolwiek był dla ciebie ten gnój, jasno powiedział co stanie się, gdy jutro nie zjawię się u waszej alfy.
Nie odpowiedział.
- Nie chcę zrzucać na kogokolwiek odpowiedzialności za moją głupotę – odpowiedziałam ze zdecydowaniem i dodałam po chwili oczekiwania na jego odpowiedź – Nie masz prawa odpowiadać za to, że nie zachowałam należytej ostrożności na obcym mi klanie. Mogłam po prostu siedzieć cicho.
- Mogłaś.
Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, a między nami zapadła chwila milczenia.
- Po prostu zaprowadź mnie teraz do swojej alfy, przedstaw krótko sytuację i się zmyj, a ja odpowiem za swój durny występek – powiedziałam i po raz kolejny nie otrzymałam odpowiedzi. Cholera, czy on miał problemy z mową? – Jeśli nie chcesz, powiedz mi tylko, gdzie on mieszka. Sama pójdę – rzuciłam szorstko, po raz kolejny wzdrygając się od bólu wywołanego wzruszeniem ramionami.
- Powiedz mi tylko, z której strony możesz uciec niezauważona.
- Powiedz mi tylko, gdzie mieszka ten cholerny alfa.
- Która strona?
Wilk wbił we mnie uporczywe, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. Zmrużyłam oczy, za wszelką cenę starając się je odeprzeć. Nie wytrzymałam jednak długo i chcąc nie chcąc, dałam za wygraną.
- Południe.
- No to idziemy.
Basior jakby nigdy nic ruszył przed siebie, a ja stanęłam w miejscu, ze zdezorientowania nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Stanowczo nie rozumiałam jego zachowania. Dopiero po kilku sekundach ruszyłam za samcem, dorównując mu kroku.
- Chcesz być pomocny, rozumiem to i doceniam, ale proszę cię, na miłość boską…
- Bądź cicho – rzucił w moją stronę ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Co proszę? – warknęłam z oburzeniem, próbując uchwycić jego spojrzenie.
- Zamknij się.
- Powiedz mi, gdzie mieszka ten pieprzony alfa, to już nigdy, wedle życzenia, nie usłyszysz mojego głosu – odpowiedziałam zgryźliwie, pomału tracąc nad sobą panowanie. Dlaczego ten cholerny samiec był tak uparty?
Wilk zatrzymał się gwałtownie, obracając się w moją stronę. Ledwo zdążyłam zahamować swój szybki krok przed jego ciemną posturą. Złość w jego oczach kazała mi się cofnąć, ale zostałam w tym miejscu, w którym stałam. Jedynie kilka centymetrów przed jego unoszącą się w podburzonym oddechu klatką piersiową.
- Jeżeli chcesz ujść z życiem, zbieraj dupę w troki do swojego klanu. Alfa nawet cię nie tknie, Headless jest zbyt zawistny, żeby oddać cię w jego ręce. Myślę, że woli sam załatwić sprawę, odżynając ci łeb. To w najlepszym przypadku – urwał, a jego spojrzenie przybrało mniej gniewny wyraz. Całkiem tak, jakby zreflektował się, że zabrzmiało to zbyt ofensywnie, bo wcale niczemu nie byłam winna. Ja wciąż patrzyłam na niego niewzruszenie twardym wzrokiem. – Zastanów się. Ciebie może to kosztować życie, ja zawsze się jakoś wymigam. – Z ostatnim słowem jego głos brzmiał nieporównywalnie bardziej łagodnie, niż przed kilkunastoma sekundami.
Dostrzegałam to jak bardzo starał mi się to wytłumaczyć i pomóc. Dostrzegałam jego dobrą wolę i intencje. I mimo tego, że chciałam, nie mogłam przystać na tę propozycję – już pal sześć ucieczkę od konsekwencji mojej bezmyślności – nie mogłam wkopywać niemal obcego mi basiora, który na dodatek wykazał się tak dużą chęcią pomocy wobec mnie. To byłoby po prostu nie fair.
- Nie mogę uciec. – Pokręciłam stanowczo głową, osuwając się nieco od jego już spokojnie unoszącej się piersi.
<Artie?>
To pytanie wprawiło mnie w niemałe zdziwienie. Przekrzywiłam lekko głowę, spoglądając z zaskoczeniem w nic nie mówiące mi oczy basiora. Jak na ironię, akurat w tym momencie, nie byłam w najmniejszym stanie wejść w jego umysł i sprawdzić, czy tylko sobie żartuje, czy usypia moją czujność, czy mówi całkiem serio. Nie ufałam mu. Nie ufałam żadnemu z wilków ognia.
- W co grasz? – spytałam szorstko, wciąż szukając jakiejś podpowiedzi w jego wyprutym z emocji spojrzeniu.
- W ułatwienie ucieczki. - Nuta szczerości w tej odpowiedzi sprawiła, że uniosłam lekko brwi. Z sekundy na sekundę byłam coraz bardziej przychylna uwierzyć, że wilk faktycznie trzyma moją stronę i ma czysto pokojowe intencje.
- Słyszałeś, co twój przywódca mówił o konsekwencjach? – spytałam, dopiero po fakcie stwierdzając, że brzmiało to zdecydowanie za ostro.
- To nie jest przywódca. Nie mój – odpowiedział z lekkim grymasem na twarzy. W końcu mogłam dostrzec na jego pysku przejawy jakichkolwiek emocji.
- Wszystko jedno. – Machnęłam łapą, a rana na ramieniu przypomniała mi o sobie przeszywającym bólem. Skrzywiłam się lekko, wypowiadając kolejne zdanie – Kimkolwiek był dla ciebie ten gnój, jasno powiedział co stanie się, gdy jutro nie zjawię się u waszej alfy.
Nie odpowiedział.
- Nie chcę zrzucać na kogokolwiek odpowiedzialności za moją głupotę – odpowiedziałam ze zdecydowaniem i dodałam po chwili oczekiwania na jego odpowiedź – Nie masz prawa odpowiadać za to, że nie zachowałam należytej ostrożności na obcym mi klanie. Mogłam po prostu siedzieć cicho.
- Mogłaś.
Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, a między nami zapadła chwila milczenia.
- Po prostu zaprowadź mnie teraz do swojej alfy, przedstaw krótko sytuację i się zmyj, a ja odpowiem za swój durny występek – powiedziałam i po raz kolejny nie otrzymałam odpowiedzi. Cholera, czy on miał problemy z mową? – Jeśli nie chcesz, powiedz mi tylko, gdzie on mieszka. Sama pójdę – rzuciłam szorstko, po raz kolejny wzdrygając się od bólu wywołanego wzruszeniem ramionami.
- Powiedz mi tylko, z której strony możesz uciec niezauważona.
- Powiedz mi tylko, gdzie mieszka ten cholerny alfa.
- Która strona?
Wilk wbił we mnie uporczywe, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. Zmrużyłam oczy, za wszelką cenę starając się je odeprzeć. Nie wytrzymałam jednak długo i chcąc nie chcąc, dałam za wygraną.
- Południe.
- No to idziemy.
Basior jakby nigdy nic ruszył przed siebie, a ja stanęłam w miejscu, ze zdezorientowania nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Stanowczo nie rozumiałam jego zachowania. Dopiero po kilku sekundach ruszyłam za samcem, dorównując mu kroku.
- Chcesz być pomocny, rozumiem to i doceniam, ale proszę cię, na miłość boską…
- Bądź cicho – rzucił w moją stronę ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Co proszę? – warknęłam z oburzeniem, próbując uchwycić jego spojrzenie.
- Zamknij się.
- Powiedz mi, gdzie mieszka ten pieprzony alfa, to już nigdy, wedle życzenia, nie usłyszysz mojego głosu – odpowiedziałam zgryźliwie, pomału tracąc nad sobą panowanie. Dlaczego ten cholerny samiec był tak uparty?
Wilk zatrzymał się gwałtownie, obracając się w moją stronę. Ledwo zdążyłam zahamować swój szybki krok przed jego ciemną posturą. Złość w jego oczach kazała mi się cofnąć, ale zostałam w tym miejscu, w którym stałam. Jedynie kilka centymetrów przed jego unoszącą się w podburzonym oddechu klatką piersiową.
- Jeżeli chcesz ujść z życiem, zbieraj dupę w troki do swojego klanu. Alfa nawet cię nie tknie, Headless jest zbyt zawistny, żeby oddać cię w jego ręce. Myślę, że woli sam załatwić sprawę, odżynając ci łeb. To w najlepszym przypadku – urwał, a jego spojrzenie przybrało mniej gniewny wyraz. Całkiem tak, jakby zreflektował się, że zabrzmiało to zbyt ofensywnie, bo wcale niczemu nie byłam winna. Ja wciąż patrzyłam na niego niewzruszenie twardym wzrokiem. – Zastanów się. Ciebie może to kosztować życie, ja zawsze się jakoś wymigam. – Z ostatnim słowem jego głos brzmiał nieporównywalnie bardziej łagodnie, niż przed kilkunastoma sekundami.
Dostrzegałam to jak bardzo starał mi się to wytłumaczyć i pomóc. Dostrzegałam jego dobrą wolę i intencje. I mimo tego, że chciałam, nie mogłam przystać na tę propozycję – już pal sześć ucieczkę od konsekwencji mojej bezmyślności – nie mogłam wkopywać niemal obcego mi basiora, który na dodatek wykazał się tak dużą chęcią pomocy wobec mnie. To byłoby po prostu nie fair.
- Nie mogę uciec. – Pokręciłam stanowczo głową, osuwając się nieco od jego już spokojnie unoszącej się piersi.
<Artie?>
Od Rhaegara c.d Daenerys
Spojrzałem na waderę lekko zdziwiony, nowa siedziba na lato? W górach... czy to aby na pewno bezpieczne? Miałem co do tego pewne wątpliwości, jednak dalej są to te same tereny Klanu Wody, więc dlaczego nie? Właściwie to ciekawe skąd taki pomysł. A no faktycznie, wadera powiedziała kiedyś, że pochodzi raczej z zimnych terenów.
- Jasne, nie ma problemu, jednak Daenerys... zapamiętaj jedno, góry potrafią być naprawdę zdradliwe i pełne niebezpieczeństw, bardziej niż by Ci się mogło wydawać. Naprawdę, pamiętaj o tym - dotknąłem łapą ramienia wadery, już po chwili się oddalając.
Może nie teraz, jednak w kronikach Klanu było naprawdę wiele przypadków tajemniczych śmierci oraz zaginięć wilków. Wydawać się powinno, że z biegiem czasu góry powinny być lepiej poznane, przecież wilki mieszkają tutaj od wielu pokoleń. A jednak potężne [Chociaż nie równające się z tymi w Klanie Powietrza] góry, wydawały się być coraz bardziej niebezpieczne i nieujarzmione z roku na rok. Tak jakby chciały nam zrobić na złość. Kto wie, jakie dziwne stworzenia miały tam swoje domy, wolę nawet teraz nie rozmyślać na ten temat. Obejrzałem się za siebie - czego zwykle nie robiłem. Jednak wadera już zniknęła. No cóż, każdy tutaj starał się żyć własnym życiem, każdy był zabiegany. Zastanawiam się, kiedy Klan Wody się tak zmienił, a może był taki zawsze? Co ja miałem jeszcze dzisiaj zrobić... Właściwie to chyba nic, dzisiaj był taki jakby leniwy dzień, każdy odpoczywał i zbierał siły za cały przepracowany tydzień. Jednak ja nie mogłem sobie od razu pozwolić na takie wyluzowanie się. Dla świętego spokoju, wolałem raz czy dwa obejść całe tereny żeby mieć tą pewność, że nic dziwnego się nie dzieje.
Zajęło mi to może z godzinę. Godzinę monotonnego, cichego marszu. Nie było ani żywej duszy, jedynie jakieś sarny i jelenie oraz zające i lisy. No może jeszcze raz napotkałem się na rodzinkę dzików, ale nie było to nic specjalnego. Tak więc kompletnie już znudzony dzisiejszym dniem, udałem się do jaskini. Dzisiaj wyjątkowo nie zabrałem ze sobą kluczy, które były bezpiecznie schowane w małej dziurze w ścianie. Więc kiedy tylko już wszedłem do swojego domu, pierwsze co zrobiłem to je wyciągnąłem. Były idealnie w takim stanie, w jakim je zostawiłem. Nałożyłem je sobie na ogon i usiadłem nad książkami, bo co innego pozostało mi do roboty. Czytałem i czytałem, miałem wrażenie, że upłynęła już wieczność, kiedy zaczęło się robić coś dziwnego. Coś z tyłu zaczęło się mocno świecić, w dodatku klucze na moim ogonie lekko wibrowały. Odwróciłem łeb zaciekawiony, ale kiedy zobaczyłem świecące się klucze prawie krzyknąłem ze zdumienia. Co miałem zrobić? Nie pozostało mi nic innego, jak iść do świątyni, może sama Water mi w czymś pomoże. Nie znałem dokładnego zastosowania tych kluczy, ale dotąd myślałem, że może otwierają jakieś drzwi w podziemiach świątyni, nie wiem. Że na pewno nie będą uwalniały magię. Wybiegłem z jaskini, pędząc jak najszybciej w stronę świątyni. Niestety byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem, jak na kogoś wpadłem. Tym kimś była Daenerys. Oboje prześlizgnęliśmy się parę metrów po wilgotnej trawie, z cichym piskiem. Spojrzałem na nią przepraszającym spojrzeniem, co wadera zignorowała wpatrując się w dalszym ciągu, świecące klucze.
(Szonko? Może by tak wprowadzić gfiezdne duchy? 8))
Może nie teraz, jednak w kronikach Klanu było naprawdę wiele przypadków tajemniczych śmierci oraz zaginięć wilków. Wydawać się powinno, że z biegiem czasu góry powinny być lepiej poznane, przecież wilki mieszkają tutaj od wielu pokoleń. A jednak potężne [Chociaż nie równające się z tymi w Klanie Powietrza] góry, wydawały się być coraz bardziej niebezpieczne i nieujarzmione z roku na rok. Tak jakby chciały nam zrobić na złość. Kto wie, jakie dziwne stworzenia miały tam swoje domy, wolę nawet teraz nie rozmyślać na ten temat. Obejrzałem się za siebie - czego zwykle nie robiłem. Jednak wadera już zniknęła. No cóż, każdy tutaj starał się żyć własnym życiem, każdy był zabiegany. Zastanawiam się, kiedy Klan Wody się tak zmienił, a może był taki zawsze? Co ja miałem jeszcze dzisiaj zrobić... Właściwie to chyba nic, dzisiaj był taki jakby leniwy dzień, każdy odpoczywał i zbierał siły za cały przepracowany tydzień. Jednak ja nie mogłem sobie od razu pozwolić na takie wyluzowanie się. Dla świętego spokoju, wolałem raz czy dwa obejść całe tereny żeby mieć tą pewność, że nic dziwnego się nie dzieje.
Zajęło mi to może z godzinę. Godzinę monotonnego, cichego marszu. Nie było ani żywej duszy, jedynie jakieś sarny i jelenie oraz zające i lisy. No może jeszcze raz napotkałem się na rodzinkę dzików, ale nie było to nic specjalnego. Tak więc kompletnie już znudzony dzisiejszym dniem, udałem się do jaskini. Dzisiaj wyjątkowo nie zabrałem ze sobą kluczy, które były bezpiecznie schowane w małej dziurze w ścianie. Więc kiedy tylko już wszedłem do swojego domu, pierwsze co zrobiłem to je wyciągnąłem. Były idealnie w takim stanie, w jakim je zostawiłem. Nałożyłem je sobie na ogon i usiadłem nad książkami, bo co innego pozostało mi do roboty. Czytałem i czytałem, miałem wrażenie, że upłynęła już wieczność, kiedy zaczęło się robić coś dziwnego. Coś z tyłu zaczęło się mocno świecić, w dodatku klucze na moim ogonie lekko wibrowały. Odwróciłem łeb zaciekawiony, ale kiedy zobaczyłem świecące się klucze prawie krzyknąłem ze zdumienia. Co miałem zrobić? Nie pozostało mi nic innego, jak iść do świątyni, może sama Water mi w czymś pomoże. Nie znałem dokładnego zastosowania tych kluczy, ale dotąd myślałem, że może otwierają jakieś drzwi w podziemiach świątyni, nie wiem. Że na pewno nie będą uwalniały magię. Wybiegłem z jaskini, pędząc jak najszybciej w stronę świątyni. Niestety byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem, jak na kogoś wpadłem. Tym kimś była Daenerys. Oboje prześlizgnęliśmy się parę metrów po wilgotnej trawie, z cichym piskiem. Spojrzałem na nią przepraszającym spojrzeniem, co wadera zignorowała wpatrując się w dalszym ciągu, świecące klucze.
(Szonko? Może by tak wprowadzić gfiezdne duchy? 8))
Subskrybuj:
Posty (Atom)