niedziela, 15 lutego 2015

od Alcirii cd Anuritti

Leżałem znudzony na twardym posłaniu, wpatrując się w kamienny, obdrapany sufit. Byłem uziemiony w tej cuchnącej zgnilizną jaskini, przynajmniej na dwa dni. Nie mogłem znieść ciągłego leżenia bezruchu i za każdym razem jak chciałem udać się na krótki spacerek po szpitalu, albo na krótki wypad na powietrze, od razu jakieś wadery zaganiały mnie do łóżka. Wydaje mi się że takie leżenie w niczym nie pomaga, tylko plecy bolą. Anuritti była odgrodzona ode mnie słomianym parawanem i nie znosiła tego pobytu w szpitalu lepiej niż ja. W pewnym momencie wszystkie zielarki, medyczki czy co to tam jeszcze jest zebrały się w jednym pokoju. Miałem więc sporą szansę na wycieczkę po dworze, a nuż uda mi się złapać chociażby wiewiórkę? Miałem dość tego faszerowania ziółkami. Schodziłem właśnie z twardej, niewygodnej leżanki gdy przez parawan dzielący mnie od An, przeszła czarna wilczyca o złotych oczach. Na jej pysku malował się ciepły uśmiech, a w łapie trzymała coś na pierwowzór igły? Za nią stała Anuritti z spokojnym wyrazem twarzy.
-Co to jest? - przysiadłem na posłaniu, nie chcąc ponownie szarpać się z członkiem obsługi. Powiedziałem to dość...niegrzecznie, za co wadera posłała mi gorzkie spojrzenie, nadal jednak zachowując promienny wyraz pyska. To było trochę przerażające, więc automatycznie trochę się odsunąłem.
-Pewien specyfik, Anuritti zleciła to tobie podać, uśmierzy ci ból a i rany szybciej się zagoją. - Chciała chwycić moją łapę, lecz machinalnie zeskoczyłem z leża.
-Ale ja tego nie potrzebuję. - wysyczałem, próbując zachować spokój. Poczułem się zagrożony.
-Twoja kończyna jest w fatalnym stanie...-mruknęła An.
-To prawda, a to ci pomoże! -zachęciła pielęgniarka. Ale nie działały na mnie ani słodkie słowa wadery, ani zachęcające gesty towarzyszki. Rzuciłem niespokojne spojrzenie na wyjście z lecznicy. Nie potrzebnie.
Medyczka już wiedziała co chcę zrobić.
-Nawet nie próbuj...- szepnęła i zdecydowanym krokiem do mnie podeszła. Ja z tą samą chwilą zrobiłem krok w tył, żeby być bliżej wylotu z groty.
-Liczę do pięciu. - warknęła ciemna samica. Przekręciłem łeb i z uśmiechem odgryzłem się.
-A ja do dwóch. - mrugnąłem do niej i już leciałem w kierunku wyjścia. Minąłem zaskoczone lekarki, przeskoczyłem nad stosem koców i znalazłem się na zewnątrz. Wciągnąłem w płuca świeże, wiosenne powietrze i robiąc kolejny krok, zakręciło mi się nagle w głowie. Siedząc cały czas w dusznym pomieszczeniu, wdychając napary z ziółek, nagła dawka świeżego powietrza nie była korzystna. Wtenczas samica o hebanowym futrze zdołała mnie dogonić.
-Teraz pójdziesz ze mną. - zacząłem się szarpać, jednak byłem osłabiony, a i łapa zaczęła się odzywać piekącym bólem, więc lekarka nie miała żadnych trudności z zaciągnięciem mnie do mojego pokoju. Tam podała mi "tajemniczy specyfik o magicznych zdolnościach" z widoczną dawką czegoś na uspokojenie, bo poczułem dziwne znużenie. Zadowolona samica odeszła, a ja zniechęcony położyłem się na łóżku. Anuritti przysiadła obok mnie.
-Mam tego dość. Dłużej tego nie wytrzymam! Czuję się znakomicie, Tobie też nic nie ma. Nie możemy iść już? - zaskamlałem, błagalnie patrząc na waderę.
(Anuritti? przepraszam za czas czekania i za całe opowiadani D: Jest w sumie nudne, wystarczy przeczytać tylko końcówkę żeby wiedzieć o co chodzi, aloha.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz