Martwiłam się. Nikogo nie widziałam od dłuższego czasu, mimo iż codziennie wychodziłam z jaskini na długie spacery po klanie. Przemierzałam go od granicy do granicy, od gór po doliny. I nic. Zupełna samotność bardzo mnie smuciła i bałam się, że jeszcze długo nikogo nie spotkam. Był wczesny ranek. Usiadłam w wejściu jaskini i spojrzałam na drzewa. Pączki kwiatów powoli się rozwijały ukazując piękne kwiaty, a liście stawały się coraz większe. Jednak to wszystko traciło swoje piękno w kompletnej pustce owianej samotnością. Zaczynałam już powoli tracić nadzieje, że moje życie wróci kiedyś do normalności. Zgnębiona i z opuszczoną głową ruszyłam w kierunku jednej z granic klanu. Gdy przechodziłam przez las i łąkę ptaki wesoło śpiewały przeskakując z gałęzi na gałąź, a motyle wirowały wokół siadając na moim futrze. Wszystko było takie piękne, ale nie sprawiało mi to radości. Dalej ze smutkiem szłam w tym samym kierunku. Z każdym krokiem coraz wolniej wlokłam łapami po ziemi, ale po długim czasie wreszcie udało mi się stanąć na kamieniu, który znajdował się dokładnie na granicy trzech klanów. Lubiłam to miejsce, a nawet bardzo. Tutaj nigdy nie dokuczała mi samotność, bo zawsze było coś słychać z innych klanów. Spojrzałam w stronę Klanu Everything. Żyło tam tyle wilków i stworzeń. Prawie nigdy nie przekroczyłam granicy. W sumie i tak nikt teraz nie patrolował obrzeży klanu. Już miałam zrobić krok w stronę tego miejsca, ale zawahałam się. Bałam się, że ktoś mnie tam zobaczy. Usiadłam zrezygnowana i podniosłam łepek w niebo. Chyba powoli zbierało się na deszcz. Kilka kropel wody spadło na mój pyszczek. Zamknęłam oczy i przez chwilę nasłuchiwałam pobliskiej okolicy. Chciałam zobaczyć i poznać coś nowego. Zawyłam cicho z nadzieją w głosie, po czym spuściłam głowę i wbiłam wzrok w mokrą skałę. Kiedy już miałam wracać do jaskini usłyszałam wycie. Bardzo ciche i niewyraźne, ale jednak, wydawało mi się, że roznosiło się z Klanu Wody. Tym razem bez zastanowienia zeskoczyłam z kamienia i przekroczyłam granicę klanu. Nie czułam już jakoś strachu i nie przejmowałam się innymi wilkami. Chciałam po prostu dowiedzieć się kto to był. Bez najmniejszych problemów udało mi się przemykać z kąta w kąt tak, żeby nikt mnie zauważył. Gdy byłam już przy plaży rozłożyłam skrzydła i cichym lotem udałam się do celu. Już z daleka można było dostrzec strażników na warcie. Zatrzymałam się na chwilę, żeby obmyślić strategie. Kilka minut później latałam już niedaleko granicy pokazując różne akrobacje w powietrzu. W końcu musiałam ich jakoś zmylić. Przyglądali mi się z zaciekawieniem, gdy wtem „przypadkiem” straciłam równowagę i spadłam na ziemię. Mimo iż wszystko było zaplanowane trochę się poobijałam. Kilka z nich od razu pobiegło w moją stronę, ale ja szybko wskoczyłam do pobliskich wysokich krzaków. Niestety dopiero kiedy w nie wskoczyłam zauważyłam, że była to jakaś trująca roślina z ostrymi kolcami. Musiałam wysiedzieć tam z 10 min, skoro oni przeszukiwali pobliskie miejsca. Później dali już sobie z tym spokój i wrócili na wartę, a ja uszczęśliwiona, lecz obolała wyszłam z gąszczu igieł. Szybko doprowadziłam się do w miarę normalnego stanu i ruszyłam szukać tego kogoś, a raczej kogokolwiek z kim mogłabym porozmawiać nie narażając się na niebezpieczeństwo. Błądziłam dosyć długo po lesie i szczerze mówiąc, nie spotkałam tam ani jednego wilka, ale za to widziałam całe gromady na łąkach i przy wodzie. Zastanawiałam się czy na pewno to wycie wydobywało się z tego klanu. Nikt nie wyglądał na dobrze nastawionego wobec obcego wilka. Zrezygnowana usiadłam na chwilę przyglądając się innym, po czym powolnym tempem ruszyłam do lasu. Może się myliłam? Chciałam kogoś poznać.. Cóż może ta dzisiejsza odwaga wcale nie… Nagle usłyszałam jakieś dyszenie i bieg. Kroki stawały się coraz to głośniejsze, a mojej pewności ubywało z każdą chwilą. Nie widząc co zrobić zaczęłam uciekać. Nie wiedziałam gdzie biegnę, ale strasznie się bałam. Chciałam jak najszybciej się stąd wydostać, ale zbytnio się pokaleczyłam i nie miałam sił. Po drodze wpadłam w kilka kałuż które przemyły moje rany i dopiero wtedy zaczęły ona naprawdę boleć. Traciłam prędkość, a wilk przyspieszał. Moje serce waliło jak młot, a w głowie miałam natłok myśli. Po długiej ucieczce basior wreszcie mnie dopadł. Wgryzł mi się w kręgosłup jakbym była zwykłą zwierzyną. Pisnęłam i upadłam na ziemię. Chyba dopiero wtedy zauważył, że także jestem wilkiem. Stanął zakłopotany z jakiś metr dalej, po czym podszedł do mnie i przyjrzał mi się. Nie wiedziałam czy zrobił to celowo, czy po prostu zbyt się zamyślił i pomylił… Położyłam się na ziemi i próbowałam nieznacznie oblizać zakrwawioną ranę, ale sprawiało mi to tylko większy ból. Bałam się, ale mimo strachu spojrzałam mu w oczy. Widać w nich było, że nie zrobił tego specjalnie i chyba też był ciut nieśmiały. Spróbowałam wstać, ale znowu pisnęłam z bólu. Niby rana nie była groźna ani głęboka, ale w takim miejscu, że nawet najlżejszy ruch sprawiał mi ból.
- Jesteś z tego klanu? - zapytał cicho, a raczej wyszeptał podchodząc do mnie
Przełknęłam ślinę i pokiwałam przecząco głową. Myślałam, że teraz zrobi mi coś gorszego, ale zamiast tego podszedł bliżej i obejrzał ranę.
- Jestem Kilan… - wyszeptałam i spojrzałam na niego, miałam małą nadzieje, że choć trochę mi pomoże
(Ao? Nie odpisuj jak nie chcesz.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz