Nie jestem już tylko przyjacielem? To kim niby jestem? Nie rozumiem już z tego nic. A może rozumiem… ale to przecież niemożliwe! Przecież kazała mi przed chwilą o sobie zapomnieć, sama przyznała się do tego że byłaby w stanie mi coś zrobić, to po co nagle takie wyznania? Ja już sam nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć, to wszystko jest takie skomplikowane. Czemu nagle teraz wszystko jest takie trudno? Czemu życie nie może być kolorowe, pełne szczęścia… zero problemów. Tak by naprawdę było lepiej, tak więc czemu? Wszedłem do swojej jaskini i zrezygnowany rzuciłem się na posłanie, czyli jutro z samego rana mam sobie stąd iść, żeby ona mogła wziąć swoje rzeczy? Skoro nie chciała mnie widzieć to mogę tak zrobić, zresztą sam potrzebuję chwili, żeby przemyśleć sobie to wszystko. Nie było nawet mowy o tym, żebym dzisiaj zasnął więc mogę się już nawet powoli zbierać bo nie wiem o której Descartes jutro zamierza przyjść. Chociaż wadera była dosłownie za tą ścianą, zdawało mi się jakby była wiele kilometrów stąd. Zacisnąłem szczękę po czym wybiegłem z jaskini, mknąc przez zarośla. Nierozsądnym było wychodzenie z jaskini o takiej godzinie, zważywszy że sam nie byłem w szczytowej formie ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Biegłem coraz bardziej zapuszczając się na nieprzyjazne mi tereny. Zdecydowanie wolałem to miejsce za dnia aniżeli o takiej godzinie, no ale kto by pomyślał że tak potoczą się sprawy… Kiedy zrobiło się już całkowicie ciemno, widziałem tylko to co znajdywało się 10 metrów przede mną, nic więcej. Czułem także, że w pobliżu znajdują się te przerażające istoty ale miałem to gdzieś. Jestem od nich zdecydowanie szybszy, nawet jeśli w dalszym ciągu mam wiele ran. Uniosłem lekko pysk do góry, żeby zbadać teren. Tak jak podejrzewałem, na całe szczęście te stwory nawet nie zaczęły mnie gonić. Mogłem więc troszkę zwolnić, właściwie to sam nie wiem gdzie tak naprawdę zmierzałem. Może po prostu przejść się, a może przeżyć jakąś przygodę? I na ile idę. Podejrzewam, że wieczorem albo nawet wcześniej wrócę, ale co by się stało gdybym wrócił za tydzień? W jakim stanie zastałbym Klan? Pewnie ktoś by się wreszcie zainteresował moim odejściem, albo wręcz przeciwnie. Cieszyłby się z tego, że może przejąć panowanie nad tym Klanem. Chociaż wątpię żeby tutaj był ktoś o takich zamiarach, nawet mój ojciec chociaż czasem jest dziwny, nie postąpiłby tak. Przecież sam mi oddał ten Klan kiedy tylko dorosłem… Mój łeb zaprzątały tak głupie myśli, że sam już nie kontrolowałem gdzie biegnę. Mało tego, sam zapomniałem o tym, że biegnę. Muszę się chyba zacząć kontrolować, przyspieszyłem troszkę wpadając na niesamowity pomysł. A może bym się tak przeszedł do Klanu Everything pozdrowić nową Alfę? To by mi pozwoliło na chwilę zapomnieć o tych wszystkich dziwnych rzeczach. Tuż przy samej granicy przystanąłem, upewniając się że nigdzie nie ma strażników. Kiedy już miałem przekroczyć granicę, w oddali dostrzegłem dziwnego jelenia. Jego futro było białe jak śnieg a poroże długie i złote. Niemożliwe, to one jeszcze istnieją? Chęć odwiedzenia Emily zniknęła tak szybko jak się pojawiła i już po chwili gnałem za tym dziwnym zwierzęciem. Nie chciałem go zabić, po prostu jego zachowanie wyglądało tak jakby chciał mnie gdzieś zaprowadzić. I taką miałem również nadzieję. Od tego ciągłego biegu łapy już naprawdę zaczynały mnie boleć, jeśli zwierze prowadzi mnie do jakiegoś odległego miejsca to chyba nie dobiegnę. Jak na razie muszę walczyć sam ze sobą, zmusić się do dalszego biegu. Po może dwóch minutach jeleń zwolnił, to już tutaj? O jak dobrze. Również się zatrzymałem a zwierze spojrzało mi w oczu. Machnęło dziko porożem i w tym momencie grunt na którym stałem zamigotał, iluzja? Zanim zdążyłem wykonać jakikolwiek ruch, zacząłem spadać w dół. Czemu on to zrobił? A może to tak naprawdę nie był jeleń tylko jakieś mroczne stworzenie? Albo ktoś po prostu stroi sobie ze mnie żarty… Kiedy uderzyłem o twardą posadzkę myślałem, że to już mój koniec. Wszystkie cztery łapy mnie zabolały i jeszcze wliczając w to plecy. Cicho pojękując wstałem, próbując przyzwyczaić się do tego mroku. W porównaniu do tego miejsca, na zewnątrz był chyba dzień. No za cholerę nic nie jestem w stanie zobaczyć! Przede mną pojawił się brązowy kij, co to? Jakaś próba? Nie mam pojęcia co z tym ustrojstwem zrobić, więc przynajmniej zrobię sobie latarkę. Przywołałem świecący bluszcz który oplótł kijek. Takie prowizoryczne źródło światła podniosłem, trzymając końcówkę kija w pysku. No teraz przynajmniej widzę to miejsce dokładnie! Nie masz szans żebym stąd wyszedł, nie wiem czemu ale nie mogę przyzwać większych roślin, które ułatwiłyby mi wydostanie się stąd. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko poszukać jakiegoś pobocznego wyjścia. No nie powiem, chyba rzeczywiście trafiła mi się jakaś szansa na ogromną przygodę. Po cholerę ja w ogóle wychodziłem z tej jaskini, czemu się słuchałem Descartes. Co mnie to obchodzi, że ona nie chce się ze mną widzieć? Ale może ja chcę!? Moja głupota nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać, a przynajmniej nie w tym życiu. Idąc dalej tym ciemnym korytarzem ze złości przytupywałem jak słoń, aż malutkie kamyki podskakiwały. Po chwili przystanąłem rozglądając się troszkę zaniepokojony, ile ja już tak szedłem? Z dwadzieścia minut? Jaskinia pozostawała niemal cały czas taka sama, trochę zaczynało mnie to denerwować. Przeszedłem jeszcze tak z pięć minut ale więcej już nie wytrzymałem, zamachnąłem się laską i rzuciłem nią najdalej jak potrafiłem. Walnęła w jakiś kamień a jej blask sprawił, że odruchowo przysłoniłem łapą oczy. Natychmiast cała jaskinia zaczęła się trząść, upadłem na ziemię. Wstanie z niej było trudne ale jakoś mi się udało. Kiedy trzęsienie ustało, zauważyłem przed sobą wyjście stąd. No wreszcie! Nie czekając ani chwili dłużej wybiegłem na zewnątrz, powoli już świtało. Tak w sumie… to myślałem, że tam będzie ciekawiej. A tak to zmarnowałem z godzinę swojego życia na jakimś pieprzonym jeleniu i tej durnowatej jaskini. No nic, wracam do siebie, może jeszcze Descartes nie wstała. Miałem nadzieję że nie, bo chciałem zobaczyć jej minę kiedy przyjdzie po swoje rzeczy a ja będę w jaskini. Zaraz… a właściwie to co ja jej powiem? Oblałem się rumieńcem, czy ja coś do niej czuję? Przez ten czas w ogóle się nad tym nie zastanawiałem a to było dosyć istotne w tej sytuacji. Czemu ja się w ogóle zastanawiam co jej powiem? To powinno być powiedziane spontanicznie, a ja to obmyślam jak jakąś strategię wojskową. Potrząsnąłem łbem zakłopotany i zacząłem biec w kierunku swojej łapy. Cholercia, łapy nadal mnie bolały. No cóż, życie nie zawsze jest takie piękne. Kiedy już byłem w swojej jaskini zamarłem Descartes już tutaj była, to może przynajmniej zastanę ją u niej? Z uśmiechem na pyszczku wszedłem do jej jaskini ale… tam również jej nie było. Teraz to naprawdę zaczynam się niepokoić.
-Descartes!? – krzyknąłem a mój głos rozniósł się dosyć daleko – Descartes!? Gdzie jesteś!?
Ponieważ odpowiedział mi tylko wiejący wiatr, zacząłem biec w poszukiwaniu wadery. Cały czas wołałem ją po imieniu, z każdą sekundą moje przerażenie wzrastało. Miałem nadzieję, że wadera nie zrobiła nic głupiego i że znajdę ją w takim stanie jakim widziałem ostatnio. Martwię się o nią, gdyby coś jej się stało nie byłbym już sobą, nie byłbym w stanie. Potrzebuję ją, ona jest dla mnie kimś ważnym. Może sama o tym nie wiedziała.. ja sam o tym jeszcze do niedawna nie wiedziałem. Ale bez niej nie byłbym już tym Roninem… Kiedy ujrzałem samotną sylwetkę Descartes w oddali, wykrzyknąłem jeszcze raz jej imię. Wadera odwróciła się w moim kierunku troszkę zdziwiona. Przyspieszyłem i rzuciłem się na waderę przygniatając ją do ziemi.
-A ty gdzie idziesz? Czemu mnie zostawiasz? – musiałem powstrzymywać się od tego, żeby głos mi się nie załamał
-Powiedziałam, że odejdę…
-Ale ja nie chcę, żebyś odchodziła – uśmiechnąłem się – Potrzebuję Cię Des… potrzebuję – pomogłem jej wstać po czym pocałowałem ją w czoło, przytulając do siebie
-Co ty robisz…
-A jak Ci się wydaje?
Wadera napięła swoje mięśnie po czym jakoś dziwnie się wzdrygnęła. Czemu płacze? Czy zrobiłem coś nie tak? Starłem jej łzy po czym delikatnie cmoknąłem w pyszczek, zaraz odsuwając się lekko od niej. Spojrzałem w jej złote oczy z ciepłym uśmiechem na pysku. Czy ona zawsze była taka słodka?
(Descartes?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz