-No sam nie wiem Kilan – zająknąłem się, a kiedy zauważyłem zawiedzioną minę wadery pospiesznie dodałem – Nie to nie tak! Bardzo chciałbym tam z Tobą wyruszyć, nawet nie wiesz jak… A zresztą, co mi tam… ale jak tam w ogóle dojść? – spojrzałem na starego wilka
Wilk skinął łbem do Kilan, która powtórzyła ten tajemniczy gest. Stary wilk natychmiast zniknął, no nie powiem zrobiło to dosyć mocne wrażenie. Kilan podeszła do mnie, oznajmiając mi że wie jak tam trafić. Ziemia wiecznie skuta lodem… no może być ciekawie, jednak w dalszym ciągu miałem obawy związane z opuszczeniem tego Klanu. Wiem o tym, że to nie na zawsze i że za tydzień lub dwa znowu będę tutaj… No nic.
-Kilan spotkajmy się tutaj wieczorem dobrze? Obiecuję, że przyjdę.
-Jasne, ale każda minuta się liczy – wadera nie była do końca przekonana
-Wiem o tym, mam pewien pomysł – uśmiechnąłem się po czym odbiegłem
Wpierw muszę udać się do jaskini swojego ojca, poprosić go o zajęcie się Klanem. Miałem co do tego wątpliwości, ostatnio nie dogadywałem się z nim najlepiej. Myślę, że tak naprawdę on nigdy nie chciał być Alfą tego Klanu. Kiedy tylko byłem już dorosły, tego samego dnia przekazał mi panowanie. Chyba ma to związek z odejściem mojej matki, no ale nieważne.
~
Tak jak myślałem, mój wspaniałomyślny ojciec, nie zgodził się. Tak więc na czas mojej nieobecności Hitachi będzie sprawował rządy. Troszkę się boję co on może nabroić, no ale wina nie powinna spaść na mnie, nieprawdaż? Dobrze przynajmniej jedna sprawa załatwiona, teraz pozostawała ta najważniejsza. Tereny na których wychowała się Kilan są daleko i panuje na nich wojna. Przyda nam się transport i zarazem silny sojusznik. A gdzie najlepiej znaleźć kogoś takiego, jak nie w pierwotnych terenach Klanu? Smoki z tego co mi wiadomo, słuchają się tylko i wyłącznie Alf i ich rodziny więc nie powinienem mieć z tym wszystkim chyba problemu. Gorzej będzie ze znalezieniem jakiejś smoczej pieczary. No ale czego nie zrobię dla dobra przyjaciół. Stąpałem po tych ziemiach jak najciszej, żeby nie przyciągnąć na siebie uwag niepotrzebnych par oczu. Nawet jeśli nikt by mi nic nie zrobił, lepiej mieć jak najmniej świadków. Szukanie jaskini trwało znacznie dłużej niż myślałem, a przede mną i tak prawdopodobnie jeszcze długa rozmowa z tą gadziną. We wnętrzu jaskini było dosyć duszno, na sto procent był tutaj smok.
-Halo? Smoku, mógłbyś się poka…
Nie dokończyłem ponieważ przed moim pyskiem pojawiła się para złotych oczu. Gad buchnął we mnie parą z nozdrzy i odsunął się, trącając mnie ogonem. Zachwiałem się ale nie zrobiłem przy tym żadnej złośliwej miny, zdradzanie smokowi swoich uczuć przy pierwszym spotkaniu jest zdecydowanie błędem. Te niemalże niespotykane już stworzenia, traktują nas jak zabawki. A postacie z osobowością której nie są w stanie od razu rozszyfrować, tylko je interesuje. I być może tylko to zainteresowanie jeszcze trzyma mnie przy życiu.
-Kim jesteś, że śmiesz mnie budzić z mojego wiecznego snu – jego złote łuski zalśniły w małym pasku promieniu słonecznego który wpadał przez otwór w jaskini
Żeby rozmawiać ze smokiem trzeba mieć solidne argumenty, a ja niestety nie byłem zbyt dobrym mówcą. Ale cóż, spróbować mi nie zaszkodzi. Odchrząknąłem cicho, żeby nabrać pewności siebie i ponownie spojrzałem w oczy smoka. Podobno ciężko jest wytrzymać ich spojrzenie, ale mi to jakoś przychodziło z łatwością.
-Jako Alfa tych terenów a za razem TWÓJ Pan jestem godzien prosić Cię o przysługę smoku
-Przysługę? – smok zmrużył oczy
-Tak – przytaknąłem – A kto inny nadawałby się do niebezpiecznej misji bardziej niż ty… prawda?
Wyjaśniłem w skrócie smokowi sytuację. Jak widać poszczęściło mi się, ponieważ trafiłem na smoka poszukiwacza przygód. Przesiedział już ponad 500 lat w tej jaskini i wręcz marzy o rozprostowaniu skrzydeł. Smok przystał na moją propozycję, po chwili oboje opuściliśmy te ziemie. Kiedy tylko znaleźliśmy się na teraźniejszych ziemiach Klanu Ziemi smok imieniem Naefrys ponuro stwierdził, że ta ziemia umiera. Troszkę się z nim zgadzam, zresztą nie mógłbym podważyć zdania tego stworzenia, przypieczętowałoby to tylko moją głupotę. Do umówionego spotkania z Kilan nie pozostało wiele czasu więc natychmiast ruszyłem ze swoim nowym przyjacielem na miejsce. Wadera już czekała, a kiedy zauważyła złotego smoka o jeszcze intensywniejszych oczach w tej samej barwie, zaniemówiła ze zdziwienia.
-Pomyślałem sobie, że przydałby się nam. Naefrys to Kilan. Kilan to Naefrys – przedstawiłem ich sobie, wpierw musiałem przedstawić waderę smokowi ponieważ smok mógłby się obrazić.. nie rozumiałem tych niektórych smoczych zwyczajów
Smok przytaknął, lekko rozkładając skrzydła. Kiedy tylko to zrobił, w jego oczach dało się dostrzec błysk, odwieczne pragnienie lotu. Szybko załadowaliśmy się na jego grzbiet wcześniej kolejny raz upewniając się, że mamy na to pozwolenie. Już po kilku minutach lecieliśmy nad oceanem wysoko w górze. Świat w tej perspektywie wyglądał naprawdę pięknie, pierwszy raz doświadczyłem czegoś takiego…
-W sumie to sama mogłabym polecieć – wadera wskazała na swoje skrzydła – Nie chcę mu robić problemu
-Siedź – smok przerwał swoim donośnym głosem – wy istoty ziemskie, ważycie strasznie mało, co chwilę muszę się upewniać czy nadal jesteście ze mną…
-Przyjacielu, nie opuścilibyśmy Cię teraz. Zawarliśmy umowę – uśmiechnąłem się
Smok nie odpowiedział tylko dalej leciał, skrzydłami przecinając chmury. Nie miałem pojęcia ile lot w jedną stronę może trwać ani w którym to kierunku, musieliśmy się zdać na zmysły tego stworzenia i ewentualnie na Kilan która w razie potrzeby miała poinstruować smoka.
-Chyba będzie najlepiej, jeśli się teraz prześpimy – stwierdziłem – musimy mieć dużo siły
-Myślę, że masz rację – Kilan uśmiechnęła się
~
Wylądowaliśmy na ziemi skutej lodem w środku nocy. Podobno nikt nas jeszcze nie namierzył. To dobrze, chociaż nie wiem czy przychodzenie tak bez całkowitego uprzedzenia również będzie dobrą rzeczą. Zeskoczyliśmy z grzbietu smoka, miałem strasznie zdrętwiałe łapy, dobrze będzie je rozprostować.
-Wiesz jak dojść do pałacu?
-Nie wiem dokładnie… ale mam przeczucie, że to będzie tędy! – powiedziała po czym ruszyła przed siebie
Nie mieliśmy do wyboru nic innego, jak tylko ruszyć za nią mając nadzieję, że uda nam się odnaleźć jej sojuszników. Po kilkunastu minutach brodzenia w wysokim śniegu powoli opadałem z sił, Kilan tak samo. Jedynie Naefrys dalej kroczył żwawo. Po chwili powiedział jednak, że zacznie patrolować teren z wysoka, prędzej coś zobaczy. Oboje się zgodziliśmy i już po chwili ja i Kilan zostaliśmy sami.
-On nas nie zostawi co nie? – zapytała cicho
-Smoki są wierne, gdyby złamał nasz układ, byłoby to dla niego ogromną hańbą.
-Układ?
-Nieważne – zaśmiałem się cicho
Wadera pokręciła łbem, wiem też się czasem załamuję nad swoim zachowaniem. Chwilę szliśmy w milczeniu i już miałem rzucił w waderę śnieżką, kiedy to jakieś trzy wilki powaliły mnie na śnieg. Prędko odrzuciłem do siebie jednego tak, że wylądował trzy metry dalej a dwóm pozostałym wyrwałem się i odskoczyłem w bok przysłaniając Kilan. Nie miałem pewności czy to wilki z watahy Kilan ale miałem nadzieję, że tak. Porozumiewawczo spojrzałem na waderą a ta przytaknęła z lekkim uśmiechem. Od razu mi ulżyło, przestałem powarkiwać i ze spokojem przypatrywałem się teraz wilką, które niestety chyba nadal mnie nie lubiły.
-Ym... cześć? - zacząłem
(Kilan? Przepraszam, że tak długo i wgl XD)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz