Uważnie spojrzałam na rudego samca. Patrzył na mnie błękitnym, nieco uniżonym spojrzeniem. Miałam niemałe wrażenie, że był wyraźne zestresowany moją obecnością, więc chcąc oszczędzić jego nerwy, przeniosłam swój przedzierający na wylot wzrok na córkę.
- Mam wiadomości, które nie do końca ci się spodobają... - mruknęła spoufalonym głosem.
Jej słowa mnie nieco zaniepokoiły. Owszem, nie musiało to być coś tragicznego, ale zawsze podchodziłam to wszystkiego z obawą i najczarniejszymi scenariuszami. Tak więc nie chcąc martwić się na zapas, uniosłam tylko brwi wyczekująco. An spojrzała na mnie niepewnie.
- No, mów - ponagliłam gestem łapy.
- Ostatnio spotkaliśmy zmiechy. W środku dnia - wydusiła z siebie, przeciągając przerwy między wyrazami.
Na początku spojrzałam na nią nieco zdziwiona. Przecież to całkiem niemożliwe, by te stwory pałętały się po klanie w biały dzień. Strach, który malował się na twarzy mojej córki, przekonał mnie, że sobie tego nie wymyśliła.
- Widzieliście zmiechy? - zwróciłam się do rudego wilka, który przedstawił się jako Sasha. Siedział z nieco podkulonym ogonem i pustym wzrokiem rozglądał się po jaskini. Moje słowa zadziałały na niego jak wiadro zimnej wody wylanej na głowę i samiec drgnął z niepokojem w oczach.
- Tak, to najprawdziwsza prawda - potwierdził bez entuzjazmu i wrócił do podziwiania ścian jaskini.
Zmarszczyłam czoło.
- To niedobrze. - mruknęłam, czując w tym momencie bezradność. Tak, wtedy tylko na to było mnie stać. Nawet nie potrafiłam racjolanie obmyśleć, co w takiej sytuacji mogę zrobić. Ustawić straże, których nie mam? W tak nielicznym klanie, jakim był mój, nie miałam zbyt dużego pola manewru. Wtedy do głowy przuszła mi myśl o sojuszu. Nigdy jeszcze nie wybierałam się na wizyty poza granice, ale sytuacja była na tyle wymagająca, że musiałam w końcu skończyć zagrzewać tyłek w jaskini i wyjśc problemowi na przeciw.
Ale łatwiej pomyśleć, gorzej wprowadzić to w życie. Musiałam pozostać z moimi myślami na chwilę sama. Stwierdziłam, że zajmę się tym po pójściu córki i rudego wilka.
Plany pokrzyżował mi deszcz, który po kilku zdaniach wymienionych z Anuritti zaczął bębnić o ściany jaskini.
*Anuritti*
Mama zrobiła nam herbatę, podczas gdy krople deszczu wydawały coraz donośniejsze pluski. Teraz padały zamiast śniegu, który jeszcze niedawno zasypywał nam wejście do jaskini.
Rudy cały czas wydawał mi się nieobecny, wyciągnięty z całkiem innej rzeczywistości. Patrzył pustym wzrokiem ogień, przyglądając się tańczącym ognikom, które z błyskiem odbijały się w jego oczach. Co jakiś czas podnosił spojrzenie to na mnie, to na mamę i właściwie do tego ograniczał kontakt z nami. Nie wiem czy nie chciał, czy nie lubił rozmawiać. Musiałam jednak przyznać, że nie był skory do bycia wylewnym. Jakakolwiek wypowiedź nie przesączona sarkazmem i przrkraczająca normę jednego zdania była dla niego czymś niemalże nieosiągalnym. Haczyk był w jego charakterze. On sam był dla mnie jedną wielką zagadką, która wydawałaby się nie do rozwiązania.
- Nieźle się rozpadało - mruknęłam sugestywnie. Wilk jednak okazał się niezbyt podatny na wypuszczony przeze mnie pęd najuboższego chociażby dialogu, co mnie naturalnie nie zdziwiło. Uparcie wpatrywał się w tlący się ogień, stukając co chwila pazurami o posadzkę.
<Rudzielcu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz