Tego dnia zwlokłem się z mojego legowiska wyjątkowo obolały. Lato. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, po prostu cudooownie. To będzie ostatni dzień na tym świecie. Nie będę już dłużej czekał. Trzymałem się dość dobrze, ale teraz czuję, że starość odbiera mi władzę w mięśniach. Nie chcę doprowadzić się do takiego stanu, kiedy ledwo będę mógł się ruszyć z miejsca, a te młokosy będą sobie ze mnie drwić. Nie. Mam już całe dziewięć lat na karku, to naprawdę dużo. Dużo widziałem, dużo przeżyłem. Czas wrócić do mojej córki, do mojej żony. Chyba trochę przesadzałem, mówiąc, że są okropne. Przecież mnie kochały, ba, dalej kochają! To jedyny dzień od wielu lat, kiedy naprawdę chce się żyć. Ale swoją decyzję już podjąłem. Dziś opuszczam ten świat. Sam zadecyduję o swojej śmierci. Nie będę na nią czekał z założonymi rękami. Wyszedłem z mojej oddalonej od reszty świata jaskini do pobliskiego lasu. Po co? Po wilczą jagodę, czy coś w tym stylu. W końcu znalazłem ją. Wziąłem dwa głębokie wdechy i zerwałem kilka. Chociaż w sumie tyle raczej nie wystarczy. Co tam, połknę jeszcze więcej, to i tak wszystko jedno. W końcu na mojej łapie widniało 13 jagód. Pechowa liczba. Czy ja naprawdę chce to zrobić?
Tak, chcę. Podjąłem już decyzję.
Zamknąłem oczy, wrzuciłem je do pyska, przeżułem, połknąłem.
Nic.
Tylko trochę sucho mi w ustach.
No cóż, przejdę się nad rzeczkę. Przez ten czas trucizna powinna zadziałać. Ruszyłem więc powoli, by się nie przemęczać, było mi poza tym trochę słabo. Po chwili wzrok zaczął mi się rozmazywać, ale zacisnąłem zęby i poszedłem dalej. W końcu dotarłem na miejsce, na wielki nasłoneczniony głaz. Czułem się zmęczony, coraz ciężej było mi oddychać. Ostatkiem sił położyłem się wygodnie, chwilę później mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa, moje łapy były jak z lodu – ciężkie i zimne. Widziałem moją rodzinę, Anan stała tu wraz z matką. Wszyscy moi znajomi byli tu przy mnie. Przymknąłem oczy, gotowy na wielką i ostateczną podróż.
Witaj w domu, Inafie.