Po tym wspaniałym pocałunku uciekła. Rozpaczliwie ruszyłem za nią w pogoń. Biegłem cały czas przed siebie, gorączkowo układając wszystko jeszcze raz.
Usłyszałem łkanie.
I zobaczyłem płaczącą Shanti stojącą przy pniu drzewa
- Czemu uciekłaś? - spytałem jak jakiś obłąkaniec, tonem zirytowanym, a zarazem rozpaczliwym i żałosnym.
- Bo..bo..Bo ja Cię kocham! - krzyknęła - i wiem że ty mnie nie! Pewnie mnie teraz nienawidzisz lub myślisz że jestem głupia i nic nie wartą waderą.
Schowała twarz w dłoniach, cicho łkając.
- Shanti... - szepnąłem i przyciągnąłem ją do siebie. Sam nie wiedziałem co o tym myśleć, czy to jawa, czy sen.
Podniosła głowę i utkwiła we mnie spojrzenie swych pięknych, zaszklonych od łez oczu.
Objąłem ją, cały czas patrząc jej głęboko w oczy.
- No... nie płacz już - powiedziałem cicho, ocierając srebrne łzy z jej policzków.
Pocałowałem ją w czoło.
A potem w usta.
<Shanti?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz