poniedziałek, 6 czerwca 2016

Od Lysandra

Deszczowy dzień. Krople wody kapały z krańców liści wiszących na drzewie. Było chłodno i mokro. Wystawiłem nos na deszcz. Kilka kropel zdążyło na niego spaść, zanim go schowałem z powrotem pod ''skrzydła'' drzew. Zaśmiałem się i wyskoczyłem pewnie na deszcz. Zacząłem biec i bawić się równocześnie z kroplami deszczu. Znienacka przede mną przebiegła mdła postać. Oczywiście, że był to pies, skromniej samica. Zastanawiałem się, czy tak samo jak ja wykorzystuje chwilę słabości pogody i daje się ponieść wyobraźni. Zrobiłem ostry zakręt w jej stronę i prędko pognałem za ową postacią. Samica przystała, co dodawało mi szans szybszego dobiegnięcia do niej. Deszcz zaczął padać nieregularnie, z czego rozpętała się mocna ulewa z porywistym wiatrem. Nawet nie zdążyłem zagadać, w dodatku nie wiem czy mnie zauważyła. Zaobserwowałem że zaczęła uciekać w stronę zamku, również nie chciałem zostać do końca zlany więc podążyłem jej tropem. Łapki odbijały się w błocie, także nawet gdybym nie patrzył na przód z łatwością trafiłbym do domu. [...] Wykrakałem. Samica nie zdała się na siebie, ani ja na nią. Zabłądziliśmy z jej winy. Nie miałem zamiaru podejść do niej i wytykać jej to prosto w twarz, bo gdybym się nie mieszał w jej trop, byłbym dawno w komnacie. Zaszedłem ją od tyłu, klepiąc po lewym ramieniu. Wystraszona odwróciła się gwałtownie, biorąc głębokie oddechy co sekundę.

Jakaś wadera?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz