- Howie, nie przesadzaj – powiedziała zirytowana wadera, kiedy znów zacząłem się wiercić podczas układania kosmyków sierści. Hikari znów zaczęła mnie targać za moje piękne futro, robiąc z niego jakąś maszkaradę na nie wiadomo jakie przedstawienie.
- Czy to wszystko konieczne? Przecież nic wielkiego się nie dzieje – powiedziałem do wadery, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Wciąż nie rozumiałem, dlaczego to robimy: od kiedy pamiętam wychowuję się w otoczeniu medyczki z Klanu Powietrza, na tym terenie. Znam wszystkie miejsca niemal jak swoją jaskinię, wciąż odkrywając nowe otoczenia. Nie wierzę, że członkowie watahy mnie nie znają, ani chociażby nie kojarzą z widzenia. Wyrwałem się z łap rodzicielki, psując właśnie ułożoną sierść – Moim zdaniem przesadzasz. Dlaczego właściwie tam idziemy?
Hikari uśmiechnęła się sama do siebie, spoglądając na mnie z wyższością. Coś, jakby myślała nad moim zachowaniem. Byłem wciąż niepewny, dlaczego tam idziemy. Ona nic mi nie wytłumaczyła, a przy tym wszystkim najwyraźniej uznała, że wiadomość „Idziemy do Alfy Klanu” mi wystarczy. O nie, czemu ona się tak bardzo myli? Z jakiego powodu nie chce mi nic więcej wytłumaczyć?
- Po prostu muszę cię zaprezentować w Klanie, jako mojego podopiecznego – odpowiedziała, cierpliwie na mnie spoglądając. Przekręciłem oczami, dając jej do zrozumienia, że taka odpowiedź nie daje mi jasnej oceny sytuacji, ani satysfakcji z otrzymanej informacji. Wyraźnie widziałem, że jest zdenerwowana, a na upór nie chce mi powiedzieć z jakiego powodu.
- Po co? Czy oni nie wiedzą, że urodziłem się w tym Klanie? – nalegałem. Tyle pytań bez odpowiedzi nadal krąży po mojej głowie, a ja nadal nie mogę ich ogarnąć. Nikt po prostu nie chce mi na nie odpowiedzieć, powodując tym samym kolejne pytania.
- Dowiesz się w swoim czasie – odpowiedziała, po czym po raz kolejny pogłaskała mnie po łbie i ruszyła na północ – Ruszaj się, Howie, bo się spóźnimy.
***
Niedługo później dotarliśmy do pałacu Sky’a, co oczywiście nie było dla mnie wielkim odkryciem. Już wiele razy przemykałem tymi korytarzami. Żądza zwiedzenia tego budynku była wprost nieosiągalna, więc miałem już okazję nacieszyć się pięknem tej świątyni, która rzeczywiście zasługuje na zachwyt.
- Zaprowadzę ciebie do pomieszczenia, gdzie na mnie poczekasz. Rozumiemy się? – powiedziała przyjaźnie, po czym na mnie spojrzała. Kiwnąłem głową, na znak, że rozumiem i dostosuję się do jej życzenia. Bo w sumie, czemu nie? Skoro zaciągnęła mnie do tej Świątyni, nie będę robił niepotrzebnych szopek.
Weszliśmy do budynku, gdzie zaprowadziła mnie do pewnej małej salki. Nie było w niej nic niezwykłego, żadnego śladu życia. Hikari mrugnęła do mnie, po czym dumnie wyszła z pomieszczenia zostawiając mnie samego.
Usiadłem na środku. Pozostaje mi czekać, aż moja podopieczna wróci. Sala była delikatna, bogato zdobiona freskami oraz płaskimi rzeźbami. Środek był trzymany przez wielkie dwa filary, zrobione z Górskich Kamieni. Całe pomieszczenie było wyrzeźbione w białym marmurze, które sprawiało wrażenie delikatnego i wietrznego zakątka.
Podszedłem do jednej ze ścian, obserwując płaskorzeźby. Na jednej ze ścian były przedstawione dwa szczeniaki, bawiące się z wiatrem przemijającym między ich łapami. Jeden z nich był oporny, ponieważ usiadł i zaparł się łapami. Wiatr roztrzepał jego bujną sierść, chcąc go popchnąć do przodu. Drugi z wilków posiadał skrzydła. Był w pozycji odbijania się od podłoża i lecącego z wiatrem. Jego tylne łapy odrywały się od ziemi, ciągnięte wraz z wiatrem. Skrzywiłem się na ten widok.
Dotychczas z wilków które spotkałem, jedyny nie miałem skrzydeł. Wszyscy z żywiołem powietrza są skrzydlastymi. Czy to ja jestem przedstawiony na tej rzeźbie? Sky, co zamierzasz mi przekazać?
Wzruszyłem ramionami, po czym odwróciłem się i ruszyłem w stronę korytarza. Nie miałem już ochoty przebywać w tym pokoju. Chwilę później usłyszałem jakiś dźwięk. Ruszyłem w jego stronę, a byłem na tyle blisko, że odróżniałem poszczególne słowa.
- Proszę, Pani, pozwól mu zostać ze mną! Mam pojęcie o szczeniakach, wiem, jak trzeba się z nim obchodzić i zajmować! Zrobię wszystko, co będę mogła! – zawołała zrozpaczona wadera, która z każdym kolejnym słowem traciła nadzieję. Można to prędzej nazwać szeptem, niż kompletnym głosem, jakby bali się, że ktoś może ją usłyszeć.
Zaraz po tym odpowiedział jej jakiś inny głos, który zabrzmiał pewniej, niż poprzedni. Przysunąłem się prędzej do ściany, chcąc zaobserwować rozmówców. Jak najciszej zbliżałem się do kąta, zza którego mógłbym spokojnie zaobserwować wilki.
Dlaczego to robiłem? Nie wiem. Po prostu kogoś mi ten głos przypominał, nie umiem tego powiedzieć. Nie znam na to uczucie jednoznacznej odpowiedzi. Po prostu musiałem to zrobić, musiałem zobaczyć, kto z kim rozmawia. To coś mną kierowało.
Tak! Udało się. Teraz wystarczy wyczuć moment, kiedy nie będą patrzeć. Powoli wysnąłem łeb zza ściany i serce we mnie zamarło.
Moim oczom ukazała się Hikari wraz z inną, kremową waderą. Obie skrzydlaste rozmawiały między sobą, a z daleka można było poczuć dystans między dwoma postaciami. Niepewnie wyszedłem naprzeciw dwóch wilczyc, stojąc w wejściu do sali.
-Hikari, on nie jest twoim synem. Doskonale wiesz, że nie masz żadnego prawa się nim opiekować, powinnaś od razu to skończyć i oddać go pod opiekę do mnie, a wtedy znaleźlibyśmy dla niego odpowiednią… - przerwała, gdyż Hikari spojrzała w moją stronę i zaraz po tym rzuciła się do mnie. Stanąłem na środku przejścia, wciąż uważnie obserwując rozwój wypadków.
Czyli… rozmawiali o mnie? Dlaczego? Kim była wadera, z którą rozmawiała?
Spojrzałem znów na kremową, uskrzydloną waderę, wpatrującą się teraz we mnie i Hikari, która tutaj podbiegła. Wciąż coś do mnie mówiła, ale ja skupiłem się na samicy będącej na tym samym miejscu co wcześniej. Teraz zacisnęła szczęki, po czym odwróciła wzrok, spoglądając w okno ukazujące krajobraz Gór Wiatru.
(Amai?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz