piątek, 17 czerwca 2016
Od Shiro
Wiatr w czuprynie, delikatne ruchy skrzydłami i te świeże powietrze ponad miękkimi chmurami. Czego chcieć więcej w takie słoneczne dni jak te? Znaczy… dla mnie słoneczne, bo chyba pode mną kropi jakiś deszcz sądząc po ciemnawych chmurach. Kochałem takie widoki, czułem się wolny, choć długo w takim stanie nie daje rady. Temperatura strasznie spada, i choć moje futro jest grube to nie wyrabiam. Nie chciałem wracać na powierzchnie, choć przydałoby się. Od ponad roku szukam domu, a taka samotnia nie jest dla mnie. Brak mi moich dzieciaków… tak dawno ich nie widziałem. Zastanawiałem się nie raz, kto zajął moje miejsce, jako opiekuna, czy mają dobrze tam, na jakie wilki wyrosły. Takie piękne czasy mnie opuściły.
Zacząłem powoli wytracać wysokość muskając łapami powierzchnię chmur szukając miejsca, gdzie było naj mniej wilgoci. Mokre pióra to nic dobrego na tej wysokości. Jak zamarzną to kaput, a ja chce jeszcze pożyć na tym świecie.
Wszędzie było strasznie mokro. Więc zacząłem myśleć ile wytrzymam jeszcze w tym zimnie. Może z dziesięć minut…może mniej, a może więcej. Nigdy nic nie wiem. Wtem coś dość szybko przemknęło mi przed nosem. Mógłbym to nazwać kremową kometą, albo meteorytem. Powiodłem za tym wzrokiem, co skończyło się wpadnięciem w jakieś wybrzuszenie na chmurze. Szybko z tego wyleciałem i z ciekawości poleciałem za tajemniczym obiektem. W prawdzie nie jestem zbyt szybki na prostych odcinkach, ale chociaż nie zgubiłem cosia z oczu…no do czasu, gdy nie zanurkował. Zrobiłem to samo w tym samym miejscu, co chyba było złym pomysłem, gdyż nim się zanurzyłem w chmurze śledzony przeze mnie obiekt wyleciał i zderzył się ze mną czołowo. Straciłem na chwilę kontrole nad lotem, co skutkowało dziwnymi wywijasami i panicznym machaniem skrzydłami.
Do moich uszu doszedł czyjś cichy głos. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem waderę o futrze w kolorze beżu czy kremowego. Trzymała się łapami za czoło i mocno zaciskała oczy. Chyba trochę za mocno się zderzyliśmy. Będzie guz…i to w wielkości jabłka.
Podleciałem ostrożnie okrążając ją.
-Ja bardzo przepraszam…moja wina – uśmiechnąłem się delikatni, ale czule, gdyż to mi najlepiej wychodzi i w owej sytuacji chyba najlepiej się nadaje.
<Przepraszam, że tak kiepsko Amai, ale jest już późno, a mi się czas kończył ;-; i nie umiem zaczynać ….>
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz