niedziela, 29 maja 2016

Od Artiego c.d Breeze

Wadera z hukiem upadła na ziemię. Nie spieszyłem się.
Po co w ogóle jej pomagałem? Bo moje serce było za dobre? A niech diabeł weźmie wszystkie wcześniejsze emocje, żałuję niewyobrażalnie. Suka mogła być pozostawiona łasce Darknessa, nie musiałem brać na siebie tego brzemienia odpowiedzialności. I w sumie się dorobiłem, mogę być teraz poważnie ścigany. Wodnista zabiła ognistego. Z pogardą popatrzyłem na leżące ciało samicy.
Nie wziąłem pod uwagę takiego scenariusza. Nie brałem pod uwagę również tego, że owa, leżąca teraz i krwawiąca wadera może być tak niesamowicie uparta i zawzięta jak ja. Te cechy są niekiedy zgubne, o czym teraz doskonale przekonała się moja towarzyszka, która teraz oddychała płytko, a z szyi ciekła jej strużka krwi, plamiąca jej piękne, siwe futro. Nie zasługiwała na taki koniec, ale też nie zasługiwała na moją pomoc. Na co zatem zasługuje?
Przeniosłem wzrok na poważnie krwawiącego wojownika, który leżał nieprzytomnie, nie dając najmniejszych oznak życia. Nie musiałem się mu długo przyglądać, kiedy uznałem zgon. Jego pysk wykrzywił grymas nienawiści oraz zaskoczenia. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Nie powiem, że jest mi go szkoda, lecz strata członka zawsze jest okropna. Niedawno z nim rozmawiałem, był wspaniałym wojownikiem, którego zwykłe podstępy nie zwalały z łap. On na pewno na taki koniec nie zasługiwał. Czasu jednak nie zmienię, mimo wielkiej chęci i woli. Nie do mnie należą te moce.
Będzie to bardzo poważne polityczne posunięcie, psujące na dobre relacje między Klanami. Wodnista wadera na terenie Klanu Ognia zaatakowała przywódcę wojowników, zabijając go. Być może zmieni to na zawsze nasze stosunki. Zakląłem w duchu.
Nie ma u mnie cechy, którą określam „nienawiścią” do jakiejś osoby. Po prostu tego nie odczuwam, jednych lubię bardziej drugich mniej. Na pewno wojna żadnemu z klanów nie pójdzie na rękę, ale nie trzeba zbyt długo się zastanawiać, że i tak do niej dojdzie. A ja, jako ognisty będę musiał wziąć w niej udział. To okropne uczucie, które mnie nagle zaskoczyło było najgorszym odczuciem jakie mnie nawiedziło podczas mojego krótkiego życia.
Zbliżała się godzina nocna, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że wciąż stoję nad dwoma ciałami. W tym jedno oddychało z coraz większym trudem, wciąż walcząc o życie. Drugie wyzionęło ducha.
Postąpiłem nadzwyczaj spokojnie. Nie chciało mi się po prostu tego robić, a myśl, że w tym momencie mogłem jeszcze spać w swojej jamie i niczym się nie przejmować, nie dawała mi spokoju. Wciąż tkwię w tym koszmarze, który nie zamierza się skończyć tak szybko, jakbym chciał.
Przeciągnąłem bezwładne ciało wadery na swój grzbiet, po czym wstałem i zacząłem się rozglądać po okolicy, szukając odpowiedniego miejsca na nocleg. Chcąc nie chcąc, moja natura nie pozwoli mi pozostawić wilczycy w potrzebie, nawet jeśli zawiniła. Moje myśli do końca życia byłyby zaprzątane wyrzutami sumienia, jeżeli ta by zginęła. Po prostu nie mogłem tego zrobić. Wadera najwyżej później mnie zagryzie.
Wkrótce moim oczom ukazał się zwalony pień drzewa, opierający się o stojącą roślinę, który porósł już mech i zaczynały rosnąć na nim nowe paprotki. Prędko zbadałem otoczenie pod względem bezpieczeństwa, po czym zębami wyryłem wejście do trójkąta. Miejsce nie było idealne, jednak wilgotność wskazywała na to, że w nocy będzie padać, a wtedy spanie pod gołym niebem nie byłoby przyjemnym doznaniem zwłaszcza dla krwawiącej wadery, dla której zapewne każdy ruch może teraz sprawiać okropny ból. Wkroczyłem do środka, gdzie od razu na wejście uderzyłem się w łeb. Syknąłem. No cóż, niski sufit nie jest zły. Lepszy niski, niż żaden. Dla wadery wejście i wyjście nie będzie żadnym problemem. To jest chyba plus bycia niskim.
Położyłem ciało samicy na miękkiej trawie, po czym poleciałem po liście rośliny, aby zatamować krwotok samicy.
Nigdy nie myślałem, że przyda mi się ta umiejętność. Nie nadawałem się na medyka, dlatego moim zajęciem jest tylko atakujący. Przynajmniej nadaję się na polowania, bo bez atakującego nikt by się nie nażarł ile trzeba. Po prostu nie kręciło mnie to całe pomaganie innym. Jestem dość wrażliwy na krzywdę, jednak nie chciałem poświęcać całego życia dla potrzebujących. Pomagam wtedy, kiedy mogę, ale dzisiejsza sytuacja dała mi wyraźnie do zrozumienia, że mimo szczerych chęci pomoc niesiona innym nie jest oczekiwana oraz doceniana. Życie nie jest sprawiedliwe, ale żałuję, że muszę się w tym utwierdzać na prawie każdym kroku.
Kiedy było już po wszystkim, wróciłem do Headlessa, zostawiając waderę w nowej „jamie”, o ile to miejsce można tak nazwać. Samica nadal mocno spała, więc nie zamierzałem nic innego prócz opatrunku przy niej robić.
Headless nie zmienił ani swojego położenia, ani tego swojego zdumionego wyrazu. Dla szacunku jednak, dla tego dobrego wojownika, postanowiłem go pochować. Sam nawet jako zepsuty wilk do końca, nie chciałbym pozostać zapomniany i pozostawiony sam sobie. Wykopałem dół, zaciągnąłem tam martwe ciało wojownika i ponownie zakopałem. Mimo wszystko życzę mu spotkania Fire przy wejściu do piekła. Zasługuje na to tak samo jak i na pochówek.
Wróciłem do wadery, która uspokoiła swój oddech. Tym razem uważałem na łeb i schyliłem się, nie chcąc znów przywalić w drzewo. Noc zapowiadała się zimna. Bardzo zimna, biorąc pod uwagę obecną, zmienną porę roku. Raz jest upalnie i słonecznie, innym razem czuć docinki zimy. Dzisiaj zbliżało się to drugie.
Biorąc pod uwagę swoje ciało, otoczyłem nim waderę zachowując całe ciepło między naszymi ciałami. Chcąc czy nie, teraz już muszę zadbać o to, aby przeżyła, zwłaszcza po poważnych ranach, jakie zadał jej Headless. Rana była głęboka i przecinała tętnicę szyjną, przez co życie samicy leżało dosłownie na włosku. Skoro już postanawiam jej pomóc, to nie będzie to zrobione na odwal.
Noc była chłodna, tak jak przewidywałem. Nie spałem, czuwając nad wodnistą. Jeżeli teraz mi ucieknie to nie tylko ona, ale i ja mogę mieć kłopoty, które mam już z pewnością. Od początku je miałem. Koło północy zaczął padać deszcz, lecz trwał krótko. Drobna mżawka, która zresztą kilka godzin później ustała. Do rana nie pozostało wiele godzin, a noc była nadzwyczaj spokojna. Nie zaskoczył nawet żaden zwierz, który przechodziłby przez okolicę w poszukiwaniu pożywienia. Po prostu nic.
Nagle, kilka godzin później, na moich łapach poruszył się delikatnie łeb wadery. Wydała z siebie krótki jęk, po czym znów ułożyła łeb w poprzedniej pozycji.

(Breeze?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz