Słońce powoli wynurzało się z oceanu, barwiąc jego wody na wszystkie odcienie złota i czerwieni. Stałam na plaży, pozwalając aby łagodne fale obmywały moje łapy. Przymknęłam oczy, rozkoszując się obcym mi zapachem soli i bryzą zaczepnie targającą kryzę.
Obejrzałam się, żegnając z piaszczystymi wydmami, ostatnim przystankiem na znanym mi lądzie. Moja droga prowadziła wprzód, przez zatokę i mimo że byłam dobrą pływaczką, pomodliłam się cicho do Water z prośbą o pomoc w tej przeprawie.
Krok po kroku zanurzałam się w ciemną toń, po raz pierwszy wypływając na tak wielką wodę. Moje rodzinne tereny nie graniczyły z morzem, a jeziora przeważnie skuwał lód. Jedynie latem, gdy śnieg w końcu stopniał, a pływanie nie groziło hipotermią, mogłam ćwiczyć swoje umiejętności.
Żwawo przebierałam nogami, utrzymując łeb nad powierzchnią wody. Nie doskwierało mi zimno, ale po godzinie dopadło mnie zmęczenie. Widziałam już zarys czekającego na mnie brzegu, ale odległość była zbyt duża, abym mogła ją pokonać o własnych siłach.
Zatrzymałam się, pracując tylko nad utrzymaniem się na powierzchni i skupiłam się z całych sił. Powoli wyczuwałam chłód, a przede mną opornie tworzyła się kra. Nie wzięłam pod uwagę, że słona woda stawia większy opór niż słodka, ale mimo to udało mi się stworzyć małą lodową platformę, zdolna unieść mój ciężar.
Wdrapałam się na nią i odetchnęłam z ulgą, kładąc na prawym boku i pozwalając łapom odpocząć. Żałowałam, że nie potrafię zmusić kry do dryfowania w odpowiednim kierunku, ale ku mojemu szczęściu nie oddalała się, lecz nieco znosiła na północ. Nabierałam sił, z pokorą przyjmując obraną przez nią drogę.
Kiedy odpoczęłam, z powrotem zanurzyłam się w wodzie. Pozostał mi niewielki kawałek drogi, który udało mi się pokonać w miarowym tempie. Po wyjściu na brzeg otrzepałam się, zadowolona, że moje futro po raz kolejny zdało egzamin i nie przepuściło wody do skóry. Rozejrzałam się w prawo, i w lewo, podziwiając połacie jasnego piasku.
Wybrałam jednak, jak zawsze, drogę wiodącą na przód, prowadzącą przez rzadki las sosnowy.
Od kilku dni wałęsałam się po tym samym obszarze. Od kiedy opuściłam rodzinną watahę, nigdzie nie zagrzałam miejsca, lecz tu… tu mógłby być mój nowy dom. W czasie moich wędrówek nie uszedł mi uwadze jakże wyraźny zapach innych wilków. Rozważałam wszystkie możliwe scenariusze i gdy doszłam do wniosku, że więcej mogę zyskać, niż stracić, weszłam na często uczęszczane ścieżki w nadziei spotkania pokojowo nastawionego tubylca.
Początkowo niepozorna dróżka przerodziła się w dobrze ubity leśny traktat. Przemierzałam go na pozór swobodnym truchcie, lecz tak naprawdę niemal drżałam ze zniecierpliwienia.
-Stój!- krótki okrzyk wystarczył, abym zatrzymała się w miejscu.
Powoli obejrzałam się, a moim oczom ukazała się brunatna wadera, wyłaniająca wśród drzew. Mierzyła mnie czujnym spojrzeniem, w milczeniu podchodząc na odległość dwóch metrów.
-Nie często miewamy tu gości- zaczęła szorstko –Kim jesteś, i czego tu szukasz?
-Jestem Erica, a Ty?- zapytałam, ale gdy odpowiedziała mi milczeniem, kontynuowałam –Pochodzę z Północnego Zachodu, obecnie poszukuję nowej watahy.
-Dobrze trafiłaś- splunęła mi pod nogi –Bo my szukamy nowych członków, za mną.
Nie pozostało mi jednak nic innego, jak podążenie za tą gburowatą wilczycą. Kiwnięciem łba wskazała mi, abym szła tuż koło niej i szybkim krokiem prowadziła w tylko sobie znanym kierunku.
W ciągu całej drogi udało mi się wyciągnąć od wadery jedynie jej imię – Nikita – oraz cel naszej podróży, jakim była siedziba Klanu Everything. W międzyczasie krajobraz uległ sporej zmianie. Teren stał się górzysty, a nasza droga stroma.
-Oto Skything- powiedziała z dumą.
Urzeczona wpatrywałam się w jeden z cudów świata. Na górskim zboczu uczepiona była półka skalna, o starannie ociosanych brzegach, nieco nadkruszonych przez ząb czasu, co tylko nadawało jej uroku. Gdzieniegdzie przez skałę przebijały się potężne korzenie olbrzymiego drzewa rosnącego na Skything. Było tak ogromne, że w cieniu jego konarów rosły wysokie na co najmniej 30 metrów świerki.
-Piękny- szepnęłam.
Po raz pierwszy pysk mojej towarzyszki wykrzywił grymas na podobieństwo uśmiechu.
- Zaprowadzę cie do Sombre- powiedziała, po czym skierowała się w stronę Wielkiego Drzewa.
U jego stóp, na brukowanym dziedzińcu, zaczynały się schody prowadzące w dół. Pod ziemią panował miły chłód, a dzięki małym świetlikom nie było duszno ani mroczno. Skręciłyśmy w korytarz położony najbliżej powierzchni i skierowany w stronę gór. Wzdłuż niego ciągnęło się kilka jaskiń-pokoi, lecz ta na końcu okazała się najokazalsza.
Nikita kiwnęła krótko łbem na pożegnanie i oddaliła się, pozostawiając mnie samą przed siedzibą Alfy. Odetchnęłam głęboko, po czym z dumnie uniesioną głową weszłam do środka.
<Sombre?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz