środa, 25 maja 2016

Od Serenity Do Darkness'a

Jak daleko mogę zajść? Pomyślałam, gdy ostry ból ponownie przeszył moje biodro. Nawet się nie obejrzałam. Nie miałam ochoty oglądać podłużnej rany, ciągnącej się od kręgosłupa aż do uda. Zacisnęłam szczęki i dalej kuśtykałam przed siebie. Wiedziałam, że przedstawiam sobą żałosny widok, ale niewiele mogłam na to poradzić. Nie z tak marnym wykształceniem medycznym jakie miałam, albo raczej nie miałam. Moja krew barwiła trawę gdy stawiałam na niej bolesne kroki, a ciemne drzewa rosły dookoła, niczym milczący strażnicy, którzy czekają aż padnę gdzieś na uboczu i już nie wstanę. Nie miałam zamiaru spełniać ich marzenia. Ja się nie poddam, nie tak łatwo. Jednak zmęczenie zaczęło dawać mi porządnie w kość. Coraz ciężej szłam, przy każdym kroku czując większy ból promieniujący z rany. Jeśli dalej będę iść, to w końcu rzeczywiście padnę. Westchnęłam i rozejrzałam się dookoła. Do tej pory nie zwracałam uwagi na otoczenie, zbyt pochłonięta zmuszaniem się do ruchu. Teraz jednak mogłam pozwolić sobie na chwilę odpoczynku, a więc musiałam znaleźć odpowiednie miejsce, do którego nie będę zmuszona zbyt długo iść. Szybko ogarnęłam wzrokiem scenerię przede mną. Drzewa o ciemnych liściach, chropowatej korze i potężnych pniach rosły coraz gęściej. Nie na to jednak zwracałam uwagę. Szukałam schronienia, nie ładnego widoku. Moje spojrzenie przykuł nieregularny, kształt, najbardziej przypominający trójkąt. Przyjrzałam mu się uważniej, choć z tej odległość nie było widać za dużo. Mogłam jednak dostrzec, iż jest to "coś" oparte o gruby pień drzewa i dające względną kryjówkę. Wzruszyłam ramionami. Nic lepszego nie miałam, a jeśli kryjówka okaże się jednym wielkim niewypałem, to i tak nic nie stracę. Zaczęłam kuśtykać w jej stronę, mając potworną świadomość, że jestem doskonale widoczna, a przez ranę nie mogłam dobrze się kamuflować czy choćby cicho poruszać. Wiele wilków nie wyobraża sobie jak czuje się ktoś taki jak ja, gdy pozbawi się go tych umiejętności. Masz wrażenie, że jesteś bezbronny i odsłonięty. Wyobraźnia podsuwa ci przed oczy różne cienie, które ruszają się gdy spojrzysz na nie kątem oka, a skóra cierpnie ci na karku i grzbiecie, gdy czujesz na niej nieznośne mrowienie, jakby ktoś cię obserwował. Z niemałą ulgą dotarłam przed kryjówkę. Teraz mogłam jej się dokładniej przyjrzeć i ocenić czy nadaje się do spania. To "coś" okazało się niewielkim, powalonym drzewem, które spadło prosto na inne drzewo i razem utworzyły coś na wzór trójkąta. Musiało to stać się dawno, bo wyrosły na tym różne rośliny z martwego pnia drzewa, zasłaniając go z obu stron. Na pierwszy rzut oka, wszystko wyglądało solidnie, jednak nigdy nie można być tego pewnym. Z całej siły szturchnęłam łapą drzewo. Te nie poruszyło się. Nawet leciutko nie drgnęło. Czyli jednak pierwsze wrażenie okazało się właściwe. Jednak to nie był koniec. Łapą odsunęłam zgraję chwastów, które wyrastały z pnia i zasłaniały wejście. Po chwili osunęły się i ukazały niewielkie wnętrze, pachnące lekką zgnielizną. Weszłam do środka, a rośliny wróciły na swoje miejsce, zostawiając mnie w mroku tej dziwnej kryjówki. Na de mną drewniany sufit mógł przyprawiać o klaustrofobię. Na szczęście zdążyłam przywyknąć do ciasnych miejsc, niewygody i różnorakich warunków, które można określić jako "spartańskie". Pod moimi łapami lekko zaszeleściły liście, które już w połowie zdążyły się rozłożyć. Było tam też trochę suchej trawy w czym nie było nic dziwnego, skoro rośliny potrzebują słońca by rosnąć, a w kryjówce pod pniem, panował mrok. Moje dwie ściany stanowiły pnącza, różnych roślin, których gatunków nie znałam. Trzecią ścianą był pień żywego drzewa o ciemnej, pobrużdżonej korze i zapachu żywicy.
Po za tym kryjówka nie miała nic więcej do zaoferowania. Położyłam się na liściach, plecami do pnia. Wolę mieć coś za plecami, by nikt nie mógł zajść mnie od tyłu. Bezpieczeństwo najważniejsze. Z łap zrobiłam sobie poduszkę i gdy tylko zamknęłam oczy, odpłynęłam do krainy snów. Nic mi się nie przyśniło co zresztą nie było niczym dziwnym. Rzadko śniłam. Obudziłam się po jakimś czasie, wcale nie czując się lepiej. Mimo kilku godzin snu, na które musiałam sobie pozwalać częściej niżbym chciała, mój stan nie poprawiał się. Nie byłam zdziwiona. Jako ranna nie mogłam polować, a więc nie miałam co jeść. Bez jedzenia, mój organizm nie otrzymywał żadnych składników odżywczych. Musiał więc czerpać z zapasów. Przez to robiłam się coraz chudsza i bardziej zmęczona. Do tego dochodziła rana, która nie chciała się goić. Cały czas byłam świadoma, że może się w nią wdać zakażenie, którego nawet zdrowy wilk nie zawsze zdoła pokonać, a co dopiero wychudzona wadera, tułająca się z miejsca na miejsce. Przełknęłam ślinę i oblizałam się po nosie. Mój brzuch głośno dał o sobie znać, jednak nie mogłam nic z tym zrobić. Przez chwilę zastanawiałam się nad zostaniem tu jeszcze jakiś czas ... zaczęło ogarniać mnie senne zmęczenie, a powieki lekko opadły ... Gwałtownie potrząsnęłam głową. Nie! Nie mogłam odpłynąć. Bo już więcej nie dam rady wstać, a w tedy przegram ... życie. Moje życie. Kiedy o tym pomyślałam, przed oczami stanęła mi sylwetka mojego ojca Ethana. Jego czarne futro i surowe oczy, patrzące się na mnie ze złością. Jak w tedy kiedy, zamiast iść na lekcję polowania, ukryłam się w jakiejś noże i zasnęłam. Gdy mnie znalazł był bardzo zły, a choć zazwyczaj łagodny i lubiący się wygłupiać, pewne sprawy traktował bardzo poważnie. Wtedy nie rozumiałam tego. Nie wiedziałam dlaczego tak zależy mu na mojej nauce polowania, gdy to właśnie łowcy zapewniają nam pożywienie, a ja nie zamierzałam być jedną z nich. Teraz jednak rozumiem. Dzięki temu teraz żyję. Zamrugałam i wstałam z cichym jęknięciem. Nie mogłam go zawieść. Ufał mi, a ja nie mogłam się poddać, gdy on we mnie uwierzył. Nie. Prócz matki był jedną z niewielu osób, które szanowałam i których nie chciałam zawieść ... nigdy. Przeszłam przez zasłonę z pnączy. Na zewnątrz panowała noc, a blady, zimny księżyc, tak zwany "rogalik" widniał pomiędzy koronami drzew, razem ze stadem gwiazd. Szybko rozglądnęłam się w poszukiwaniu zagrożenia jednak nie dostrzegłam nic niepokojącego. Nie chciałam tego robić jednak musiałam. Nie miałam wyboru, chyba, że chciałam umrzeć. Westchnęłam i pomyślałam o nim. Niebieski, delikatne lecz wytrzymałe skrzydełka, czarne, owłosione ciałko i posmak chityny jaki zostawia na języku, wraz z niebieskim pyłkiem. Moje ucho prawie od razu wychwyciło delikatny trzepot skrzydełek. Motyl pojawił się prze de mną. Zrobił trzy kółka nad moją głową i poleciał, szukać jakiejś padliny i zbiornika wodnego oraz znaleźć najłatwiejszą i najszybszą drogę prowadzącą do nich.

~ Półtorej godziny później ~

Czasami naprawdę żałuję, że nie mam żadnej mocy samoleczenia, albo że nie uważałam na lekcjach zielarstwa. Naprawdę. Łapa rwała mnie jak nie wiem, trzymałam ją sztywno wyprostowaną, sama leżąc na ziemi i czekając aż ból zelżeje. Czekając na motyla, zjadłam trochę trawy, jednak to niewiele w porównaniu z tym co mogła bym zrobić gdyby nie rana. Bałam się ją obłożyć chłodną, trochę mokrą trawą, bo mógła mieć bakterie, które przedostaną się do krwi. Nie, nie mogłam ryzykować.
Już myślałam, że coś pożarło motyla i wykituję na tym pustkowiu, gdy między drzewami zamajaczyła niebieska plamka. Podleciała do mnie, prowokująco latając przy pysku, a jednocześnie poza jego zasięgiem. Myśleliście, że mój szpieg sam wleci mi do pyska? Wolne żarty! To cholerstwo trzeba złapać, nawet gdy ledwo się chodzi. Ze złością szarpnęłam ciałem w górę i zacisnęłam szczęki na małym stworzonku, które rozprysnęło się na wszystkie strony. Niesamowite ile krwi mieszczą te moje motyle. Ze wstrętem przełknęłam informatora i w jednej chwili w mojej głowie pojawiła się dokładna wiedza. Tak po prostu wiedziałam. Wszystko co widział mój szpieg od czasu dostania misji było w mojej głowie, plus wiedza, którędy powinnam iść. Niesamowite. Szkoda tylko, że motyle są zbyt cenne by wykorzystywać je częściej. Z trudem wstałam i rozpoczęłam wędrówkę. Motyl znalazł nietknięte truchło wrony i małą kałużę. Mi pozostało tylko dotrzeć na miejsce.

~ Jakiś czas później ~
Dziś
, 19:41
Zgłoś nadużycie
Nieprzeczytane od tego miejsca
Yes! Udało się. Nie sądziłam iż dotrę, miejscami myślałam, że już nie dam rady, ale jednak. Widać miałam w sobie tego ducha walki o którym w kółko mówiła mi alfa byłej watahy. Z radością wgryzłam się w truchło wrony i pożarłam je w kilku kęsach, łapczywie, jak przystało na wychudzonego wilka. Nie bez powodu wśród dwunogów krąży powiedzenie "Głodny jak wilk". Teraz rozumiałam co te bezwłose istoty mają na myśli. Kiedy skończyłam na ziemi leżało tylko kilka piór. Musiałam przez jakiś czas żyć tylko na tym marnym posiłku, więc wykorzystałam go do granic możliwości. Nic się nie uchowało, kości, skóra, pazury, dziób i większość piór znalazła się w moim żołądku. Teraz mogłam się napić. Na szczęście kałuża znajdowała się jakiś metr ode mnie, więc podejście tam nie było takie trudne. Z łapczywością wypiłam połowę wody, która smakowała ziemią, ale nie zwróciłam na to uwagi. Ważne, że nareszcie mogłam się porządnie napić! Westchnęłam z ulgą i klapnęłam sobie na ziemi. Mogłam odpocząć jakiś czas nim znów ruszę przed siebie. Zapadłam na krótką drzemkę. Ze snu wyrwał mnie trzask pękającej gałązki. Mogło mi się wydawać, albo to tylko jakieś nie groźne zwierzątko ... moje przeczucie mówiło jednak co innego. Wciągnęłam powietrze, smakując je. Wilk. Obcy. Dorosły. Silny i zdrowy, chyba basior. Momentalnie zerwałam się na łapy, zaciskając zęby, gdy rana na biodrze dała o sobie znać. Nie mogłam tu zostać! Musiałam uciekać! Zaczęłam kuśtykać jak najszybciej się dało, byle dalej od zapachu. Powoli zaczęłam mieć nadzieję, że uda mi się uciec od obcego. Moja nadzieja zgasła, gdy łapa poślizgnęła mi się na jakiejś podstępnej, mokrej kałuży. Bez odpowiedniego rozłożenia ciężaru ciała, nie mogłam utrzymać równowagi. Ciężko upadłam na ziemię, wywołując lekki hałas. Przeklnęłam siebie w myślach. Moje łapy odmówiły posłuszeństwa gdy spróbowałam podnieść się by podjąć próbę ucieczki. Do tego rana znów zaczęła potwornie boleć. Za mną rozległy się kroki. Ktoś biegł. Szybko. W moim kierunku. Znów spróbowałam wstać, jednak zdołałam unieść się ledwie o centymetr, gdy kroki z tyłu urwały się. Sekundę później przygniotło mnie ciężkie cielsko. Byłam bezbronna.
- Puszczaj mnie! – wydarłam się i spróbowałam się wyrwać. Adrenalina złagodziła ból i dodała mi sił. Działałam zupełnie instynktownie i na wyczucie, nie było czasu na obmyślanie jakiegokolwiek planu. Gwałtownie podrzuciłam głową do góry, trafiając w szczękę napastnika. Gdy ten cofnął łeb (chyba go zaskoczyłam), zdołałam wyswobodzić prawą, przednią łapę. Nie czekając na reakcję, dźgnęłam go łokciem w żebro (tak, wilki mają łokcie). To też musiało go nieco zdezorientować, choć nie w takim stopniu jak pierwszy cios. W każdym razie nie dało to upragnionego efektu. Basior przygniótł mnie jeszcze mocniej do ziemi i unieruchomił, korzystając z przewagi jaką dawała mu pozycja i masa ciała. Po kilku nieudanych próbach poruszenia się, poddałam się. A więc tak skończę? Pomyślałam. Zabita przez jakiegoś obcego wilka? Cóż za bezsensowna śmierć.
- Kim jesteś? – usłyszałam warknięcie tuż przy uchu, które nerwowo drgnęło. Owiał mnie ciepły oddech basiora. Był o wiele za blisko, jak na mój gust.
- Wilkiem. – prychnęłam niewyraźnie (przez unieruchomioną głowę). – Mógł byś łaskawie ze mnie zleźć? – dodałam buntowniczym tonem. Basior prychnął.
- Pytam; kim jesteś? Lepiej mów szpiegu czego tu szukasz! – warknął. Nazwał mnie szpiegiem? Na dźwięk tych słów zaczęłam się śmiać.
- Szpiegiem? Ranna, wychudzona wadera? – wykrztusiłam nadal się śmiejąc. Basior lekko rozluźnił się, kiedy przetrawił moje słowa. Miałam rację. Gdybym była w pełni sił, moglibyśmy stanąć do równej walki i na pewno nie pokonał by mnie z taką rażącą łatwością. Teraz jednak byłam przygnieciona do ziemi, przez niego i niezdolna do ucieczki. Miałabym stanowić zagrożenie? Chyba mają jakiś niewydarzonych wrogów, skoro spodziewali się szpiega mojego pokroju. Obcy puścił mnie i stanął po mojej lewej. Muszę przyznać, że ulżyło mi kiedy ze mnie zszedł. Nigdy nie wiadomo co basiorom chodzi po głowie. Pamiętając moje nieudolne próby podniesienia się na łapy, dałam sobie z tym spokój. Lepiej grać kogoś pewniejszego i silniejszego przed obcymi. Jak będziesz wydawać się trudnym przeciwnikiem, zastanowią się zanim cię zaatakują.
- A więc kim jesteś, jeśli nie szpiegiem? – warknął. Obróciłam głowę ku niemu i obrzuciłam go uważnym spojrzeniem. Czarny z czerwonymi detalami i krwistymi oczami.
- Powtarzasz się staruszku. – powiedziałam. Ten skrzywił się. Przewróciłam dwukolorowymi oczami. – Wadera, dwa lata, wilk ognia, imię Serenity. Zadowolony? – zwróciłam się do niego, jakby lekko znudzonym tonem. Od tak dla poćwiczenia aktorstwa.
( Darkness? )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz