Opowiadanie poprawione
Nie spieszyłem się, widząc ledwo stojącą waderę przede mną.
Po co w ogóle jej pomagałem? Bo moje serce było za dobre? A niech diabeł weźmie wszystkie wcześniejsze emocje, żałuję niewyobrażalnie. Suka mogła być pozostawiona łasce Darknessa, nie musiałem brać na siebie tego brzemienia odpowiedzialności. I w sumie się dorobiłem, mogę być teraz poważnie ścigany. Wodnista poważnie zraniła ognistego. Z pogardą popatrzyłem na stojące ciało samicy, która ledwo trzymała się na łapach z wycieczenia.
Nie wziąłem pod uwagę takiego scenariusza. Nie brałem pod uwagę również tego, że owa, stojąca przede mną i bezczelnie wpatrująca się we mnie wadera może być tak niesamowicie uparta i zawzięta jak ja. Te cechy są niekiedy zgubne, o czym teraz doskonale przekonała się moja towarzyszka, która teraz z trudem łapała oddech, a z szyi ciekła jej strużka krwi, plamiąca jej piękne, siwe futro.
Przeniosłem wzrok na poważnie krwawiącego wojownika, który leżał nieprzytomnie, nie dając najmniejszych oznak życia. Jego pysk wykrzywił grymas nienawiści oraz zaskoczenia. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Nie powiem, że nie jest mi go szkoda, lecz przyjemnie patrzy się na tego podstępnego basiora, który teraz jest całkowicie bezradny i zdany na moją łaskę. Moją i wadery, która z pewnością starała się o to, by całkowicie wyzionął ducha.
- Zaatakowałaś go – powiedziałem spokojnie, przenosząc wzrok na waderę. W moich oczach kryło się zdumienie, odraza oraz znikające ostatnie resztki szacunku do samicy. Ta przełknęła ślinę, odważnie znosząc mój przeszywający wzrok na sobie.
Będzie to bardzo poważne polityczne posunięcie, psujące na dobre relacje między Klanami. Wodnista wadera na terenie Klanu Ognia zaatakowała przywódcę wojowników, omal go nie zabijając. Być może zmieni to na zawsze nasze stosunki. Zakląłem w duchu. A ja, oczywiście, muszę mieć w tej sytuacji czynny udział.
- To on zaatakował mnie – powiedziała wadera, akcentując każde słowo, chcąc dać mi do zrozumienia, że ona lepiej wie o sytuacji. Jej słowa były przesycone oburzeniem i zdecydowanie nie podobało się jej, że mam czelność jej to wytykać – Ja się tylko broniłam. Nie miałam innej możliwości.
Westchnąłem.
Nie ma u mnie cechy, którą określam „nienawiścią” do jakiejś osoby. Po prostu tego nie odczuwam, jednych lubię bardziej drugich mniej. Na pewno wojna żadnemu z klanów nie pójdzie na rękę, ale nie trzeba zbyt długo się zastanawiać, że i tak do niej dojdzie. A ja, jako ognisty będę musiał wziąć w niej udział. To okropne uczucie, które mnie nagle zaskoczyło było najgorszym odczuciem jakie mnie nawiedziło podczas mojego krótkiego życia.
Zbliżała się godzina nocna, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że wciąż stoję bez odpowiedzi. Nie wiedziałem co na ten temat myśleć, nie spodziewałem się takiego obrotu sytuacji.
- Choć za mną. Poszukamy jakiegoś schronienia – powiedziałem – Zapowiada się na deszcz.
- A on? – wskazała łbem na wojownika. Wzruszyłem ramionami.
- Później po niego przyjdę i go opatrzę.
Postąpiłem nadzwyczaj spokojnie. Nie chciało mi się po prostu tego robić, a myśl, że w tym momencie mogłem jeszcze spać w swojej jamie i niczym się nie przejmować, nie dawała mi spokoju. Wciąż tkwię w tym koszmarze, który nie zamierza się skończyć tak szybko, jakbym chciał. Mimo tego chcąc nie chcąc, moja natura nie pozwoli mi pozostawić wilczycy w potrzebie, nawet jeśli zawiniła. Moje myśli do końca życia byłyby zaprzątane wyrzutami sumienia, jeżeli ona lub basior by zginęli. Po prostu nie mogłem tego zrobić. Musiałem pomóc obojgu: waderze ze względu na własne sumienie, a basiorowi z powodu w pewnym sensie pokrewności.
Wkrótce naszym oczom ukazał się zwalony pień drzewa, opierający się o stojącą roślinę, który porósł już mech i zaczynały rosnąć na nim nowe paprotki. Prędko zbadałem otoczenie pod względem bezpieczeństwa, po czym zębami wyryłem wejście do trójkąta. Miejsce nie było idealne, jednak wilgotność wskazywała na to, że w nocy będzie padać, a wtedy spanie pod gołym niebem nie byłoby przyjemnym doznaniem zwłaszcza dla krwawiącej wadery i nieprzytomnego basiora, dla których zapewne każdy ruch może teraz sprawiać okropny ból. Wkroczyłem do środka, gdzie od razu na wejście uderzyłem się w łeb. Syknąłem. No cóż, niski sufit nie jest zły. Lepszy niski, niż żaden. Dla wadery wejście i wyjście nie będzie żadnym problemem. To jest chyba plus bycia niskim.
- Tutaj masz zamiar spać? – zapytała, a jej głos brzmiał neutralnie. Nie odpowiedziałem na to pytanie. Po prostu nie wiedziałem już jak z nią rozmawiać, a ona uporczywie chciała właśnie tego.
- Idę po Headlessa. Byłbym wdzięczny, gdybyś jednak została w tym miejscu i nie robiła żadnych odpałów – powiedziałem i ruszyłem przed siebie w stronę ciała wojownika. Po drodze nazrywałem jakiś chwastów, które rzekomo mają pomóc w gojeniu się ran oraz zatrzymaniu krwotoku.
Nigdy nie myślałem, że przyda mi się ta umiejętność. Nie nadawałem się na medyka, dlatego moim zajęciem jest tylko atakujący. Przynajmniej nadaję się na polowania, bo bez atakującego nikt by się nie nażarł ile trzeba. Po prostu nie kręciło mnie to całe pomaganie innym. Jestem dość wrażliwy na krzywdę, jednak nie chciałem poświęcać całego życia dla potrzebujących. Pomagam wtedy, kiedy mogę, ale dzisiejsza sytuacja dała mi wyraźnie do zrozumienia, że mimo szczerych chęci pomoc niesiona innym nie zawsze jest oczekiwana oraz doceniana. Życie nie jest sprawiedliwe, ale żałuję, że muszę się w tym utwierdzać na prawie każdym kroku.
Wróciłem do wadery, która czekała na mnie i na wilczura, którego niosłem na swoich plecach. Tym razem uważałem na łeb i schyliłem się, nie chcąc znów przywalić w drzewo. Zdumiałem się widząc, jak prędko wadera po moim przyjściu ułożyła się na suchej trawie pod drzewem i zasnęła. Musiała być naprawdę wycieńczona. Noc zapowiadała się zimna. Bardzo zimna, biorąc pod uwagę obecną, zmienną porę roku. Raz jest upalnie i słonecznie, innym razem czuć docinki zimy. Dzisiaj zbliżało się to drugie.
Biorąc pod uwagę swoje ciało, otoczyłem nim waderę zachowując całe ciepło między naszymi ciałami. Headlessa położyłem obok nas, aby również czerpał korzyści z obecnej sytuacji. Chcąc czy nie, teraz już muszę zadbać o to, aby oboje przeżyli, zwłaszcza po poważnych ranach, jakie oboje sobie zadali. Rana wadery była głęboka i przecinała tętnicę szyjną, przez co życie samicy leżało dosłownie na włosku. Skoro już postanawiam jej pomóc, to nie będzie to zrobione na odwal. Headless natomiast miał krwotok z brzucha, który po nałożonym opatrunku przestał przeciekać. Niewątpliwie jednak nadal musi to cholerne boleć. Skrzywiłem się na ten widok, wyobrażając sobie siebie w takiej sytuacji.
Noc była chłodna, tak jak przewidywałem. Nie spałem, czuwając nad wodnistą i basiorem, któremu uspokoił się oddech i już gładko można było obserwować równie unoszące się i opadające żebra. Jeżeli samica teraz mi ucieknie to nie tylko ona, ale i ja mogę mieć kłopoty, które mam już z pewnością. Od początku je miałem. Koło północy zaczął padać deszcz, lecz trwał krótko. Drobna mżawka, która zresztą kilka godzin później ustała. Do rana nie pozostało wiele godzin, a noc była nadzwyczaj spokojna. Nie zaskoczył nawet żaden zwierz, który przechodziłby przez okolicę w poszukiwaniu pożywienia. Po prostu nic.
Nagle, kilka godzin później, na moich łapach poruszył się delikatnie łeb wadery. Wydała z siebie krótki jęk, po czym znów ułożyła łeb w poprzedniej pozycji. Headless nadal spał.
(Breeze?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz