Gdy tylko znalazłem chwilę wolnego czasu od razu wzbiłem się
w powietrze i niczym strzała poleciałem w kierunku lasu za terenem klanów,
gdzie widziałem ową, przypominającą Kilan, waderę. Myślałem, że jeszcze ich tam
spotkam. Mimo iż minęło kilka godzin nie chciałem tracić nadziei na ponowne
zobaczenie się ze starą przyjaciółką. Niestety przez kompletne zamyślenie
przeleciałem obok siedliska kanibali, nie zauważając go. Dopiero po paru
chwilach zrozumiałem gdzie jestem. Zniżyłem lot i możliwie najciszej jak
potrafiłem wylądowałem w lesie. Zgarbiłem się nieco i uniosłem skrzydła do
góry. Uważnie nasłuchiwałem jakichkolwiek odgłosów walki lub rozmowy, ale
niestety nic nie było słychać. Czułem tylko narastającą, przytępiającą zmysły
ciszę. Wychodząc z lasu nawet nie podnosiłem głowy. Po okolicy rozchodził się
zapach zastygającej krwi. Nagle jedno z ciał dawnych kanibali poruszyło się.
Potężny basior z rozprutym brzuchem słabo oddychał, a z jego rany wylatywała
jasna krew. Bingo. Okrążyłem go, a on bardziej ożył i z przerażeniem zamrugał szybciej
starając się śledzić mnie wzrokiem.
- Czy to już czas na mnie? - wyszeptał niemalże bezgłośnie,
a gdy uchylił pysk po kąciku jego ust spłynęła cienka strużka szkarłatnej krwi
- Czyżbyś czekał na śmierć? Mojego starego kumpla? -
zaśmiałem się szyderczo unosząc głowę dumnie do góry - Niestety będę musiał Cię
rozczarować, ale chyba mu się po ciebie nie spieszy…
Okrążyłem go po raz kolejny spoglądając na jego wychodzące z
brzucha wnętrzności. Jego przestraszone serduszko wyglądało jakby chciało
mocniej i szybciej zabić, ale miało już na to sił. Pora zakończyć ten cyrk,
jeszcze go ktoś uratuje i „przechytrzy śmierć”.
- Mógłbym zakończyć twój marny żywot szybko i w miarę
bezboleśnie, ale nie mam na to dziś humoru. - stwierdziłem chwytając go mocno
za szyję i unosząc tak by spojrzał mi prosto w oczy
Powoli zawężałem ucisk, a moje ostre pazury rozdzierały jego
cienką skórę. Basior zaczynał powoli przymykać oczy, ale zrobiłem znudzoną minę
i od razu go puściłem.
- Przecież powiedziałem, że nie pozwolę Ci za szybko odejść
z tego świata. Lepiej nie lekceważyć moich słów. - powiedziałem, po czym
zniżyłem się i jednym szybkim ruchem szczęki złamałem mu łapę w najbardziej
bolesnym miejscu
Uśmiechnąłem się po części widząc, że wilk starał się jak
najszerzej otworzyć oczy.
- A teraz gadaj, w którą stronę udała się uskrzydlona
wadera? - zapytałem aż za miłym głosem
Nie odpowiadał tylko wpatrywał się we mnie upartym wzorkiem.
Czemu Ci najbliżej spotkania z kosiarzem są aż tak irytujący. Współczuje mu tej
roboty, ja już bym miał nerwy zszarpane. Z powrotem uniosłem wilka robiąc mu rany
tym razem bliżej klatki piersiowej.
- No słucham - powtórzyłem ostro
- Na zachód - wycharczał przez zalane krwią gardło nie
poruszając nawet wargami
- Grzeczny wilczek - zadowolony lekko odłożyłem go na ziemię
Nie myślałem, że pójdzie aż tak łatwo. Spojrzałem na niego
po raz ostatni. A co tam, trochę mi humor poprawił przynajmniej przed swoim
końcem.
- No dobrze, pomogę Ci - powiedziałem spoglądając mu w oczy
Wiedziałem, że wszystko mu obojętne, ale na pewno ulży mu,
jeśli to zrobię. Bez najmniejszego zawahania wetknąłem moje dwa pazury pomiędzy
jego połamane żebra. Sprawnym ruchem wbiłem je w jego serce i przekręciłem.
Nawet się nie poruszył, po prostu odszedł. Wytarłem o zasuszoną trawę moje
mokre od krwi pazury i ruszyłem na zachód. Jednak dosyć późno wyruszyłem z
klanów, więc zaczynało się już robić dosyć chłodno, a słońce chowało się za
nieboskłonem by zrobić miejsce księżycowi. Wyglądało na to, że ta mała grupka
nie chce na siebie zwracać uwagi na terenie kanibali, bo w obrębie paru
kilometrów nie było widać ani jednej strużki dymu na ciemnym niebie.
Zrezygnowany zacząłem wracać, gdy przestawałem czuć łapy. Nie pomyślałbym, że
noce nadal mogą być aż tak zimne. Miałem jednak dosyć daleko do klanu.
Najbliższy był Klan Wody. W sumie nigdy tam nie byłem odkąd panuje tam nowa
alfa. Z tego co pamiętam nazywał się.. Rhaegar, albo coś w ten deseń. Chciałem
jak najszybciej wrócić do mojego
ciepłego, suchego klanu, gdy nagle złapała mnie niezła ulewa. Nie byłem w
stanie za dużo przelecieć, więc postanowiłem zatrzymać się na najbliższym lądzie.
Niestety w Klanie Wody mniej wilgotno niż w tej ulewie nie było. Ale zawsze
lepsza nocka na drzewie niż w morzu. Wspiąłem się na jakąś skałę usytułowaną
pod rozłożystym drzewem. Wbrew pozorom zasnąłem niezwykłe szybko.
~
Gdy się obudziłem słońce właśnie wstawało. Mimo iż powinienem
wrócić do własnego klanu jakoś nie za bardzo chciało mi się ruszyć tyłek.
Przekręciłem się jedynie na drugi bok, gdy zauważyłem wychodzącego z jaskini. W
sumie to pasował nawet z wyglądu do opisu tutejszej alfy. Hm.. kto tam wie. Leniwie
się przeciągnąłem ziewając, po czym powoli wstałem kierując się do niego.
- Kim jesteś? - zapytał ostro jednocześnie szykując się do
skoku
No bez przesady, nie mam ochoty na walkę, a tym bardziej na
wojnę. Wolę się wygrzewać w słoneczku na kamieniu niż mordować kolejne żywe
istoty. Chociaż nie powiem, kusząca propozycja, ale jednak sen wygra nad
wszystkim.
- Spokojnie. Nazywam się Darkness. Zakładam, że to ty jesteś
alfą Klanu Wody? - (sam nie jestem pewien czy to było stwierdzenie czy zapytanie,
więc pozostawmy to bez komentarza)
(Rhaegar? Chciałam dobić do tysiaka, ale mi nie wyszło :c)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz