Hm.. nowy członek. Pewnie i tak zrezygnuje jak tylko zobaczy
tereny. No cóż, raczej nie w każdym klanie za łąkę robi pustynia. Chociaż może
kto wie, zdarzają się też wyjątki wśród wilków. Odwróciłem się do basiora. Strasznie
wolno szło mu to wyplątywanie się, a ja miałem ciekawsze rzeczy do roboty.
Uniosłem głowę i spojrzałem na niego.
- Nazywam się Darkness. Leć pod wiatr, a gdy zauważysz wyspy
kieruj się do największej. W razie problemów - wołaj. - powiedziałem jakbym
recytował regułkę, po czym jednym ruchem rozłożystych skrzydeł wzbiłem się
wysoko w powietrze podnosząc przy tym pył i piach z ziemi
To miało na celu sprawdzenie go. Taki mały teścik, czy
wyczuje od którego klanu bije ciepło, od którego wilgoć, a z którego słychać
szum drzew i śpiew ptaków. Ja natomiast poleciałem z wiatrem sprawdzając dalsze
tereny. Z nad lasu wznosiła się cienka strużka dymu. Zniżyłem lot i nieco
zwolniłem. O.. Kanibale znalazły sobie jakąś ofiarę. I to nawet młodą. Na oko z
półroczna wadera siedziała w głębokim dole i szlochała. No cóż, nie wesołe jest
życie jedzenia. Przelatując nas rzadziej zalesioną częścią lasu zauważyłem
niewielką, bo złożoną z 3-4 wilków, grupkę. Czyżby akcja ratownicza? No, może
być ciekawie. Wylądowałem na jednym w wyższych drzew, by mieć dobry widok na
całą sytuację. Po krótkiej chwili drużyna pierścienia wyszła zza zakrętu.
Dostrzegłem w ich szeregach 2 potężnych basiorów, jednego młodzika oraz
urodziwą, uskrzydloną waderę. Dobra koniec wygłupów. Chodzili cicho jak myszki,
ale najmłodszy czasem stąpał na jakąś mniejszą gałązkę. Na szczęście bardziej
brzmiało to jak zabłąkana wiewiórka szukająca zgubionego orzeszka niż misja
ratunkowa. Gdy kanibale mogli ich już zauważyć zniżyli się tak by móc schować
się nawet za najniższymi krzakami. Nagle i bez zapowiedzi ruszyli z wyciem na
oprawców biednej wadery. Dopiero teraz coś zauważyłem. Skrzydlata wadera miała
pióra na ogonie oraz jasny odcień sierści. Poza tym ten głos. Kilan! Nie
uwierzę jeśli nie zejdę na dół i nie spojrzę na nią z bliska, ale w sumie teraz
walczą… Zobaczmy jak rozwinie się bitwa. Musze przyznać, że mimo iż wyglądała
uderzająco podobno do mojej starej przyjaciółki to walczyła aż za dobrze.
Zachowywała się tak jak na samym początku, gdy się spotkaliśmy… Dopiero po
utracie pamięci straciła zapał do walki. Coraz bardziej nie mogłem usiedzieć z
ciekawości. Już miałem zlecieć by im pomóc, gdy z dala usłyszałem wołanie
basiora z galaretki. Normalnie bym go kompletnie olał i zajął się tym co teraz
się dzieje, ale w sumie to jeden z pierwszych członków od baardzo dawna i wypadało by się nim zainteresować. Walka
nadal trwała i nie zapowiadało się, że szybko się zakończy. Zrezygnowany
westchnąłem i po cichu wzbiłem się w powietrze, tak by nikt nie zwrócił na mnie
uwagi. Tajemniczy basior o długim jak wąż ogonie wisiał w powietrzu nerwowo
rozglądając się pod sobą. Gdy byłem zaledwie kilka metrów od niego ponownie
wydarł się na cały głos:
- Daarkness! - wrzasnął, a ja aż przytknąłem uszy do głowy
- Przestań się drzeć, aż tak stary nie jestem - powiedziałem
zaraz za jego plecami wkurzonym tonem
Basior odskoczył, a raczej odleciał kilka metrów dalej.
- Kiedy ty… - zaczął, ale mu przerwałem
- Nie ważne. O co chodzi? - chciałem jak najszybciej przejść
do sedna
(Kazu?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz