czwartek, 19 maja 2016

Od Darkness'a c.d Kazu

Hm.. nowy członek. Pewnie i tak zrezygnuje jak tylko zobaczy tereny. No cóż, raczej nie w każdym klanie za łąkę robi pustynia. Chociaż może kto wie, zdarzają się też wyjątki wśród wilków. Odwróciłem się do basiora. Strasznie wolno szło mu to wyplątywanie się, a ja miałem ciekawsze rzeczy do roboty. Uniosłem głowę i spojrzałem na niego.
- Nazywam się Darkness. Leć pod wiatr, a gdy zauważysz wyspy kieruj się do największej. W razie problemów - wołaj. - powiedziałem jakbym recytował regułkę, po czym jednym ruchem rozłożystych skrzydeł wzbiłem się wysoko w powietrze podnosząc przy tym pył i piach z ziemi
To miało na celu sprawdzenie go. Taki mały teścik, czy wyczuje od którego klanu bije ciepło, od którego wilgoć, a z którego słychać szum drzew i śpiew ptaków. Ja natomiast poleciałem z wiatrem sprawdzając dalsze tereny. Z nad lasu wznosiła się cienka strużka dymu. Zniżyłem lot i nieco zwolniłem. O.. Kanibale znalazły sobie jakąś ofiarę. I to nawet młodą. Na oko z półroczna wadera siedziała w głębokim dole i szlochała. No cóż, nie wesołe jest życie jedzenia. Przelatując nas rzadziej zalesioną częścią lasu zauważyłem niewielką, bo złożoną z 3-4 wilków, grupkę. Czyżby akcja ratownicza? No, może być ciekawie. Wylądowałem na jednym w wyższych drzew, by mieć dobry widok na całą sytuację. Po krótkiej chwili drużyna pierścienia wyszła zza zakrętu. Dostrzegłem w ich szeregach 2 potężnych basiorów, jednego młodzika oraz urodziwą, uskrzydloną waderę. Dobra koniec wygłupów. Chodzili cicho jak myszki, ale najmłodszy czasem stąpał na jakąś mniejszą gałązkę. Na szczęście bardziej brzmiało to jak zabłąkana wiewiórka szukająca zgubionego orzeszka niż misja ratunkowa. Gdy kanibale mogli ich już zauważyć zniżyli się tak by móc schować się nawet za najniższymi krzakami. Nagle i bez zapowiedzi ruszyli z wyciem na oprawców biednej wadery. Dopiero teraz coś zauważyłem. Skrzydlata wadera miała pióra na ogonie oraz jasny odcień sierści. Poza tym ten głos. Kilan! Nie uwierzę jeśli nie zejdę na dół i nie spojrzę na nią z bliska, ale w sumie teraz walczą… Zobaczmy jak rozwinie się bitwa. Musze przyznać, że mimo iż wyglądała uderzająco podobno do mojej starej przyjaciółki to walczyła aż za dobrze. Zachowywała się tak jak na samym początku, gdy się spotkaliśmy… Dopiero po utracie pamięci straciła zapał do walki. Coraz bardziej nie mogłem usiedzieć z ciekawości. Już miałem zlecieć by im pomóc, gdy z dala usłyszałem wołanie basiora z galaretki. Normalnie bym go kompletnie olał i zajął się tym co teraz się dzieje, ale w sumie to jeden z pierwszych członków od baardzo dawna  i wypadało by się nim zainteresować. Walka nadal trwała i nie zapowiadało się, że szybko się zakończy. Zrezygnowany westchnąłem i po cichu wzbiłem się w powietrze, tak by nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Tajemniczy basior o długim jak wąż ogonie wisiał w powietrzu nerwowo rozglądając się pod sobą. Gdy byłem zaledwie kilka metrów od niego ponownie wydarł się na cały głos:
- Daarkness! - wrzasnął, a ja aż przytknąłem uszy do głowy
- Przestań się drzeć, aż tak stary nie jestem - powiedziałem zaraz za jego plecami wkurzonym tonem
Basior odskoczył, a raczej odleciał kilka metrów dalej.
- Kiedy ty… - zaczął, ale mu przerwałem
- Nie ważne. O co chodzi? - chciałem jak najszybciej przejść do sedna

(Kazu?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz