Szłam, szłam i szłam. Łapy mi odpadały po długiej wędrówce bez celu. Jako jedyna już dawno oddzieliłam się od grupy nie widząc sensu we wspólnej tułaczce. Zatrzymałam się na raz i usiadłam na miękkiej trawie. Podniosłam wzrok na czyste niebo nade mną i siedziałam je obserwując dosyć długo. Niestety, straciłam poczucie czasu i nim się obejrzałam, słońce chyliło się ku zachodowi. Dolinę zaczęła pokrywać mleczna mgła, ptaki zaczęły milknąć a na moim futrze osiadły się krople wieczornej rosy. Strzepałam ją niezdarnie i podniosłam się z trawy. Zapadała noc, a ja nie miałam gdzie spać. Bezpieczniej byłoby znaleźć sobie jaskinię, ale sądząc po mojej orientacji w tym terenie prędko bym jej nie znalazła.
Usłyszałam za sobą szelest. Cichy, ale na tyle wyraźny, by mój czuły słuch go wychwycił. Stanęłam w pozycji obronnej i cicho warknęłam. Dźwięk jedynie zbliżył się do mnie. Zza gęstej mgły wyłonił się wilk. Przyglądał mi się uważnie, podczas gdy ja nawet nie drgnęłam. Oplotłam wzrokiem jego łapy, futro, pysk, oczy... Mówią, że po oczach poznasz duszę. On miał oczy spokojne, przejrzyste.
- Nic ci nie zrobię- rzucił basior, podczas gdy ja cofnęłam się o krok. Być może gdyby nie ta kamienna mina uśmiechnął by się do mnie. - Jak cię zwą?
- Sheriss... -powiedziałam cicho, zastanawiając się nad zamiarem basiora. - Szukam noclegu... watahy... -dopowiedziałam jeszcze ciszej, ale sadzę, że okolica była na tyle cicha, że wilk mógł spokojnie to usłyszeć.
<Veushei?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz