niedziela, 5 października 2014

Od Descartes

Dorosłość, ta.
Po co ja chciałam dorastać. Ale byłam głupia.
Dałam bym wszystko aby się cofnąć do swoich szczenięcych lat, wtedy kiedy byłam malutkim nieogarem co się żegnał z łzami w oczach za zachodzącym słońcem. Tak bardzo chciałam mieć miano pełnoletniej że uciekłam z domu. Zastanawia mnie czemu tak wiele wilków pragnie już wejść na szczebel dorosłości. Wbrew oczekiwoniom nie jest tak łatwo roziwnąć skrzydła i wzlecieć ku niebu nie przejmując się kazaniami rodziców.
Tak bardzo łaknęłam „wolności” której do tej pory mi nie brakowało że – tak jak w odległych szczeniecyh latach postanowiłam uciec z domu. Zrobiłam to w nocy, przy uśpionej czujności Primrose. Przed wyruszeniem w podróż zerwałam z jej szyi naszyjnik który w dzieciństwie zawsze mnie fascynował. Nie wiem czy to będzie sądzone jako kradzież mienia Alfy, w końcu nie mam pojęcia co jest w skórzastym woreczku. Upolowałam misternego zająca i wzięłam łyczek wody po czym pod osłoną nocy i czarnego płaszcza ruszyłam w odległe tereny. Nie wiedziałąm gdzie idę, wcześniej specjalnie nie orientowałam się z kompasem aby los mnie poprowadził na właściwą drogę. Jedynie wiem że wyruszyłam z punktu centralnego, czyli spotkania się terenów Klanu Ognia, Klanu Ziemi i mojego byłego domu, Klanu Everything. Nie pożegnałam się z nikim, nawet z Darknessem. Modliłam się tylko że nie spotkam go w miejscu Starego Łęgu, skąd rozpoczęłam swoją wędrówkę. Na szczęście, nikogo tam nie zastałam. Zamknęłam oczy i zakręciłam si w kółko, przeszłam parę kroków po czym ponownie otworzyłam oczy. Ogarnęła mnie lekka panika, bo mimo tego iż wiele razy odwiedzałam i eksplorowałam zakątki wokoło zalewiska rzeki, nie poznawałam tego miejsca w którym się obecnie znajdowałam. A przecież zrobiłam zaledwie pięć kroków. W nocy wszystko nabiera nowego znaczenia. Postanowiłam się nie odwracać za siebie, tylko iść do przodu. Ewentualnie biec jakby goniły mnie dwa gangi i Wesoły Zabójca. Podgniłe już szczątki roślin i zwierząt skrzypiały pod moimi ciężkimi krokami, właściwie to nawet nie starałam się tłumić moich kroków bo bym oszalała. W oddali, ponad kopułą drzew malowała się Forteca Skything. Westchnęłam ciężko i przyśpieszyłam kroku, chciałam wyjść z lasu przed nastaniem świtu.
Często przechadzałam się w samotności po lasach przysłuchując się radosnym trelom ptaków, teraz jednak było inaczej. Samotność i cisza przytłaczała, a zazwyczaj łagodne zarysy drzew przybierały postać koszmarów spod posłania z dzieciństwa, każdy najmniejszy szmer nie wychodzący spod mych łap powodował ciarki przechodzące po kręgosłupie. Z jednej strony żałowałam że wybrałam tą porę na przechadzki po lesie, ale z drugiej uniknęłam wzroku innych wilków które chętnie tędy przechodzą za dnia. Dopiero po krótkiej chwili zorientowałam się że biegnę. Próbowałam zwolnić kroku by nie tracić sił, ale coś mi nie pozwalało tego zrobić. Instynktownie przekręciłam łeb w lewo by zobaczyć co jest przyczyną mojego nagłego zrywu. Za póżno przypomniałam sobie że miałam tego nie robić. Na sekundę przed moimi oczami dostrzegłam niewyraźny ciemny kształt, kóry naraz zniknął. Stanęłam w pół kroku i niespokojnie nasłuchiwałam. Cisza. Nawet specjalnie wstrzymywałam oddech upewniając się czy aby czegoś nie przeoczyłam. Znów cisza. Srebrna kula zawieszona u niebosłkonu wprawdzie jaśniała całą swoją mocą, ale jednak nie była w stanie oświetlić mrok gęstego lasu. Spojrzałam przez liście drzew na granatowe niebo, zmrużyłam oczy i przez chwilę widok niebieskiego sklepienia przerwał mi ponownie czarny kształt. Wydawało się że coś przeskakuję z drzewa na drzewo a umocniłam o tym się o tym gdy kilka kroków w lewo spadła mała gałązka. Próbowałam przekonać samą siebie że to jakaś łasica albo kuna, jednak nie do końca wierzyłam we własne słowa. Ponownie ruszyłam naprzód omijając szerokim łukiem gałązkę która przed chwilą spotkała się z ziemią. Jednak tym razem co chwila odwracałam się niespokojnie aby sprawdzić co na mnie czycha. Bransoletki odbijały się od siebie z metalicznym rozdźwiękiem sprawiając ogólnemu klimatu otoczenia jeszcze gorszą atmosferę. Las powoli się rozstępywał a zarośla otaczające mnie stałwały się rzadsze, pnie drzew ciensze. Księżyc jednak jakby zastygł i miał zamiar się nie ustępować miejsca Słońcu. Powoli nie wytrzymywałam uczucia obserwacji i przybrałam postać chmury dymu, co zabrało mi trochę czasu bo nie potrafiłam się skupić. Wkrótce las wypluł mnie na małą polankę w kotlinie rzeki. Z kłebiska dymu powoli Zdrowa, fizycznie ale o psychicę nikt nic nie wspominał. Na „pożegnanie” odwróciłam się po raz ostani w stronę lasu i ogarnęło mnie przerażenie. Między drzewami spoglądały na mnie białe ślipka jakiegoś stworzenia. Przełknąłam ślinę i nadal patrząc w oczy istoty zrobiłam krok w tył a dalej puściłam się biegiem. Kiedy już się upewniłam że stwór nie ma zamiaru mnie gonić pozwoliłam sobie odpocząc pod głazem przy kępie jeżyn. W gęstwinie traw upolowałam małą mysz i zaraz pochłonęłam ją w całości, chciało mi się pić ale nigdzie nie znajdowało się źródło wody. Zrezygnowana wstałam z ziemi i ponownie ruszyłam naprzód. Polanka malowała się jeszcze bardziej złowroga niż las który miałam już za sobą. Na otwartej przestrzeni usianych było kilka gołych już drzew, a na ich ogołoconych gałęziach siedziały kruki patrzące ślipkami w przestrzeń. Wokół mnie zaczęła zbierać się mętna mgła i po chwili całkowicie przysłoniła mi widok, jednak nie miałam problemu jeśli chodzi o chwilowe zatracenie zmysłu wzroku. Niebo też jakby poszarzało. Pewna siebie kontynuowałam swoją wędrówkę. Kiedy mijałam szare pnie drzew, kruki podrywały się do lotu i siadały na kolejnym martwym szkielecie. Wszystko tutaj było jakieś szare. Nawet moje niebieskie łapy przybrały mdławy odcień. Zaczęło świtać.
Kocham tą porę dnia, zachody wydają mi się jakieś oklepane. Teraz, nie z przymusu ale z przyjemności zaczęłam biec, a kropelki rosy które zaczęły zbierać się na kłosach trawy rozbijały się o moje futro. Po chwili biegu już byłam cała mokra, a przy okazji ugasiłam choć trochę pragnienie.
Polanka okazała się mała i po chwili trafiłam pod stopy góry. We mgle nie było jej widać, nawet posiadając tak doskonały wzrok. Równie dobrze mogłam ponownie użyć mojej nie do końca bezużytecznej mocy i po prostu przelecieć nad przeszkodą, albo obkrążyć ją, ale ja oczywiście musiała wybrać najtudniejszą drogę. Postawiłam łapę na zimnej skale i zaczęłam wspinaczkę po stromym zboczu góry (…)
Kroczyłam prosto przez siebie, charakterystycznym dla mnie pozbawionym wdzięku czy elegancji krokiem. Zdecydowanie, brak mi aututów kobiecości. Łapy leniwie powłóczyłam po ziemi, a myśli uciekały gdzieś daleko, tam gdzie nie powinny co utrudniało mi koncentracje. Opuszki łap natrafiły na oblodzone kamienie, a te w zetknięciu z wysuniętymi pazurami wydały z siebie znany mi dźwięk pocieranych o siebie korzeni. Uniosłam brew, lustrując lekką zmianę otoczenia. Teren znacznie się obniżył, a pojedyncze iglaste drzewka ustąpiły miejsca większym skupiskom roślin z przewagą drzew lisciastych. Ta zmiana otoczenia zmuszała mnie do przywiązywania większej uwagi gdzie stawiam swoje kroki. Lód zostawiałam za sobą, dając miejsce większym lub mniejszym kałużom gdzie ugasiłam pragnienie. Zatrzymałam się, napawając oczy nowym widokiem, odskocznią od ciągnącego się splotu skał i lodu. Przemarzłe łapy tak bardzo łaknęły spotkać się ze sciółką leśną że przyśpieszyłam znacznie kroku. Ten wybór stał się dla mnie zgubny. Oblodzone kamienie dawały miejsce kamienion porośniętym mchu. Miękka struktura zielonej rośliny nie pozwalała mi oszacować stabilnosci podłoża, więc gdy całym ciężarem stanęłam na niej runęłam jak długa prosto w dół zbocza. Leżałam jeszcze przez chwilę u stóp góry próbując nabrać tchu. Gdy już się uspokoiłam, wstałam chcąc oszacować uszkodzenia. Strat doznała moja lewa łopatka i rozcięcie na policzku, co nie sprawiało większego problemu. Na tej wysokości występowały jeszcze pojedyncze kupki lodu który spadał z wysoka, więc przyłożyłam jeden sopel do pyska a po chwili ruszyłam zmierzając na spotkanie wydeptanej ścieżki usianej złotymi liścmi. Wejście do małego zagajnika strzegły dwa pochylone dęby pokryte bluszczem które tworzyły naturalny parasol. Z ulgą postawiłam zmęczone łapy na runie leśnym i z cieniem uśmiechu zabrałam się do dalszej eksploracji terenu. Nie był to jednak taki las, który zostawiłam za górą, tylko znacznie mniejszy gdzie nie zaaobserwowałam żadnych zwierząt. Poza tym, słońce już wznosiło się na niebie to nie czułam takiego niepokoju. Po kilku minutach napotkałam strumyk. Pod lustrem wody zaoobserwowałam tęczowe łuski pstrągów i opalizujące węgorze. Powoli wyczuwałam obecność wilków. Miałam tylko nadzieję że nie zawróciłam do Klanu Everything. Szłam żwawym krokiem z nurtem strumienia aż potok powoli przeistaczał się w rzekę, a rzeka w jezioro pośrodku łąki. Na jednym z jego brzegów odpoczywał basior. Jedynym powodem który spowodował że nie chciałam z nim walczyć, była jego postura. Miałambym z nim niemałe problemy. Chciałam na powrót zawrócić, bo basior mógł mnie równie dobrze uznać za wroga. Zaczęłam się wycofywać z powrotem do zagajnika. Spędziłam tam resztę dnia, ale pod wieczór postanowiłam znaleźć inne miejsce do odpoczynku, wyruszyłam więc w głąb nieznanemu mi jeszcze Klanu. Skutecznie omijałam skupiska wilków. Po przydługich poszukiwaniach wreszcie znalazłam dogodne miejsce na noc. Była to przestronna jaskinia z wejściem przykrytym ścianą bluszczu więc nie musiałam się obawiać o to że ktoś mnie tu znajdzie. Chyba że wpakowałam się do czyjegoś mieszkania...Narazie o to nie dbałam, tylko położyłam się na posłaniu usłanym mchem i oddałam się w ramiona snu. Nie cieszyłam się tym jednak długo, bo po tym jak zamknęłam oczy usłyszałam jakiś szelest i czułam że ktoś wchodzi do jaskini. Byłam jednak na tyle zmęczona wędrówką, jak i raną na łapie że zignorowałam nieznajomego i skuliłam się w ciaśniejszy kłębek.
(Ronin? huhuh)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz