Podbiegłem do przerębli i włożyłem łape do wody. Wyciągnąłem Sithen na łód. Trzesła się cały czas.
- Widzisz głupku! Mowiłam Ci żebyśmy tu nie szli! - krzyknęła July
- A czy to moja wina, że wpadła? Ja nie jestem od jej pilnowania! - krzyknąłem
- Rodzice są, ale gdy rodziców nie ma to my! - krzyknęła
- Spokój! - krzyknęła teraz z kolei Serena - To niczyja wina ... Lód z tamtej strony jest cięższy. Chodżmy na tą drugą połowę - powiedziała. Ruszyliśmy wszyscy dalej. Suthen przestała się cudem trząść. Robiło się ciemno, więc zaczęliśmy wracać. Po drodzę zaczęła kichać. Wreszcie dotarliśmy do rodziców.
- A psik! - kichnęła
- Gdzie w y biliście?! - krzyknęła mama - Sithen ... masz gorączkę! - wykrzyknęła wystraszona mama
- To jego wina! - powiedziała July,a ja tylko podszedłem do niej i szeptem wymamrotałem "Skarrzypyta bez kopyta".
- Co się wydarzyło wtedy? - zapytała mama
- Wpadła do przerębli, ale ją wyciągnąłem - powiedziałem
- Mówiłam coś o chodzeniu na lód ... - powiedziała mama i spojrzała się na mnie
- Nie ... - mruknąłem i poszedłem do pokoju. Wszedłem do legowiska i położyłem się.
Sithen dokończ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz