Wadera nadal jeszcze mokra od deszczu siedziała naprzeciwko mnie i wpatrywała się we mnie swymi całkiem błękitnymi tęczówkami.
- Powiem ci, że zbrzydło mi to siedzenie w jaskini. Może wyjdziemy na zewnątrz? Życie stygnie... - powiedziałem, przekręcając głowę w bok.
- Ale burza. - rzekła cicho, z nutką lęku w głosie.
- Burza nic nie szkodzi. Jesteś ze mną, nic ci się nie stanie. - spojrzałem na nią wzrokiem zapewniającym.
Zanim zdążyła odpowiedzieć wyszedłem na zewnątrz, gdzie od razu zaatakowały mnie porządne strugi deszczu.
- Skoro nie bałaś się po mnie biec, teraz też nie powinno być tak źle! - zakrzyknąłem do niej, gdy ujrzałem jej pyszczek pełen obaw wystający zza skały.
Samica postawiła kilka kroków w błocie. W przypływie odwagi podreptała w moją stronę.
- A więc chodźmy.
- Gdzie? - Sheena podniosła jedną brew w zdziwieniu.
- Na spacerek.
- Spacerek?
- Aha. - kiwnąłem głową.
Zamrugała oczkami.
- Dobrze. - padła krótka odpowiedź. Samica ruszyła przed siebie, a ja za nią.
Szedłem lekkim krokiem, co chwila spoglądając w niebo. Co głośniejszy pomruk burzy wadera zbliżała się do mnie, ostrożnie rozglądając się wokoło.
Koniec końców, druga burza w tym dniu zakończyła się.
Obydwu z nas kiszki grały marsza, więc wspólnie upolowaliśmy wielkiego jelenia. Szybko go skonsumowaliśmy, resztki zostawiając dla innych.
Oblizałem pyszczek i podniosłem wzrok na waderę, która uważnie śledziła poruszające się krzaki. Rzuciłem okiem na zarośla i stwierdziłem pod nosem, że to wiatr.
Jednak się myliłem.
<Sheena? Wybacz, że krótkie i nudne ale za huy nie mam weny. .-. >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz