Nirrith był wystarczająco podły, by wyrwać mnie z mego smacznego snu. Spojrzałam na niego jeszcze nieprzytomnie, starając się przypomnieć wczorajszy wieczór. Mózg nie chciał się mnie jednak słuchać, więc niestety nie udało mi utożsamić białego samca z miękkim i ciepłym czymś, które ukoiło mnie do snu.
Zanim oprzytomniałam, podskakiwałam na mocnych plecach basiora, wieziona przez dzikie pola. Na dworze było całkiem ciemno i w sumie nie wiedziałam o co chodzi.
Może to jaki bandyta, a nie Nirrith?
Oj, idiotko.
Oprzytomniałam na końcu szaleńczego galopu, gdy zsunęłam się z jego pleców. Ledwo złapałam równowagę i usiadłam niedaleko urwiska.
-Seber, patrz. - samiec szturchnął mnie łapą i wskazałem na wschodzące słońce. - Piękne...Chciałem ci to pokazać.
Najpierw skierowałam spojrzenie na horyzont, ale zaraz potem na Nirritha.
Zamrugałam oczkami.
To jakiś żart?
- Chciałeś mi pokazać? - odparłam lekko zachrypłym głosem, z naciskiem szczególnie na drugie słowo.
- Tobie. - kiwnął lekko głową, a na jego pysku pojawił się uśmiech.
Już ja znam te jego uśmiechy.
- Bardzo... ładnie. - powiedziałam niezgrabnie, czując leciutki rumieniec na twarzy.
Dopiero teraz, po dłuższej obserwacji, doszłam do wniosku, że żółte tęczówki Nirritha są całkiem niebrzydkie. Powiedziałabym nawet, że śliczne.
Odwróciłam od niego wzrok dopiero wtedy, gdy spotkały się nasze spojrzenia. Odrzuciłam grzywę z oczu i zwróciłam głowę w stronę pięknego wschodu.
Widoczek był naprawdę bardzo przyjemny. Tarcza słońca, jeszcze pomarańczowa, tańczyła wśród fioletowych i pomarańczowych chmurek.
Siedzieliśmy jeszcze chwilkę w milczeniu, napawając się pięknem okoliczności.
- Dobrze, pora na jakieś śniadanko. - przytomnym już głosem przerwałam milczenie.
- Ja już jadłem. - odparł, patrząc na mnie chytrze.
- Jadłeś? - podniosłam brwi w zdziwieniu.
- Yhym.
Wzruszyłam lekko ramionami.
- To pójdę sama.
Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę lasu. Spacerkiem zajęło mi to chwilkę, aż w końcu doszłam do zagajnika i zagłębiłam się w gąszczu drzew. Rozglądałam się wokół i węszyłam, ale nic nie mogłam wytropić. Może mam katar?
Nie, to nie katar.
A więc co?
Chwilę jeszcze błądziłam nosem po wilgotnej ziemi, aż w końcu wpadłam na trop. Przetruchtałam kawałek, aż w końcu zza zieleni wyłonił się całkiem zgrabny zadek. Bez namysłu skoczyłam ku niemu i w ostatniej chwili spostrzegłam, że jest on biały.
Co!?
- Ałaa!!! - wilk wrzasnął, gdy wbiłam pazury w jego tylną krągłość. Wierzgnął nogami, a ja odleciałam w bok.
- Oszalałaś?! - krzyknął zdenerwowany samiec. Złapałam ostrość i dostrzegłam stojącego przede mną Nirrith'a ze skrzywionym pyskiem.
- Co ty tu robisz?! - prędko oprzytomniałam - przecież tu był jeleń... a ty zostałeś...
- Jeleń! - basior wzniósł oczy ku górze - dobrze się czujesz?!
- Nie... nie zupełnie. - zamrugałam i usiadłam na ziemi.
Właściwie to czułam się doskonale.
- To po prostu pomyłka, wybacz mi. - wzruszyłam ramionami. - ale co ty tu robiłeś?
- Pomyślałem, że nie poradzisz sobie z polowaniem, więc ruszyłem za tobą w las. - odparł, podnosząc jedną brew.
- Nie poradzę sobie, jeszcze czego. - mruknęłam i podniosłam wzrok na samca.
Wymieniliśmy spojrzenia, a basior parsknął chichotem.
- O cóż ci znów chodzi... - westchnęłam - chodź, pomożesz mi upolować coś.
- Czyli jednak sobie nie poradzisz...
Och, jak my uwielbiamy się droczyć!
Zaczailiśmy się w krzakach, bowiem szybko dostrzegliśmy zwierzynę. Tym razem był to autentyczny jeleń.
- Patrz i się ucz. - szepnął do mnie i wyskoczył z krzaków. Wybiegłam od razu za nim, a na trawie leżał martwy zwierz. Obok oczywiście stał Nirrith.
- Dobrze wiesz, jak zabłysnąć. - mruknęłam i przystąpiłam do jedzenia.
Samiec natomiast usiadł obok mnie i wyraźnie przyglądał się mojemu niecodziennemu ogonowi.
Skończyłam jedzenie, zostawiając jeszcze dużo mięsa. Wiedziałam, że się nie zmarnuje.
- Idziemy dalej? - powiedziałam beznamiętnie i nie czekając na odpowiedź ruszyłam przed siebie.
Tak minął nam kawałek dnia. Włóczyliśmy się tu i tam, co chwila docinając sobie, albo gderając pod nosem. A bywały momenty, gdy szliśmy w całkowitym milczeniu, każdy pochłonięty swoimi myślami.
Około południa zatrzymaliśmy się koło wodopoju.
Nirrith wygodnie ułożył się na trawie pod drzewem, bowiem słońce paliło dość mocno. Ja natomiast podeszłam do sadzawki zanurzyłam przednie łapy dla ochłody, a potem pysk by się napić, w wodzie. Zimna, przyjemna ciecz dała mi chwilę ochłody.
Liście zaszeleściły.
Nastawiłam uszy, gdy usłyszałam w oddali rozmowę.
- Został tylko on. Nikt inny nie mógł tego zrobić. - to był mocny baryton, lekko zachrypnięty.
- Oczywiście, bo kto? Mamy tu innych takich specjalistów? - teraz z lekka inny głos, brzmiący szyderczo.
- Tylko go znajdę, tego Nirritha, czy jak mu tam... Nogi z dupy... - rozmowa się urwała.
Te słowa wystarczyły, by serce podeszło mi do gardła. W ostatnim głosie usłyszałam alfę naszego klanu.
Kroki stawały się coraz donośniejsze.
- Nirr... chodź szybko! - podbiegłam do samca i poderwałam go do góry.
- O co chodzi, pali się? - spytał nostalgicznym głosem, otwierając powieki.
- Gorzej. Chodź, bo będzie źle... - ciągnęłam go za łapę, a on stał jak uparty. Wpatrywał się we mnie tylko tymi swoimi żółtymi ślepiami, z tępym wyrazem twarzy.
Ale było już za późno.
Zza krzaków wylazło czterech basiorów.
Mako i trzech jego kolegów. Wyglądali na strażników.
- O, proszę proszę, kogo my tu mamy? - uśmiechnął się chytro jeden z nich.
Nirrith, cofnął się, obnażając kły.
- Seber? - Mako zwrócił się do mnie. - co ty tu robisz... z nim?
- Kto to jest? - samiec szepnął mi do ucha.
- Ach, czyżbyś nie poznawał swojego Alfy, bracie? - Mako uśmiechnął się sztucznie do białego basiora.
Trzech jego kolegów wyraźnie się do czegoś przygotowywało.
- Czego wy chcecie? - syknęłam tym razem ja.
- My... a nic. - wychrypiał jeden ze strażników.
Wszyscy trzej, synchronicznie wyskoczyli ku Nirrithowi, powalając go na ziemię. Związali mu szybko łapy, obezwładnili i przygnietli do podłoża.
Stałam jak wryta, panika we mnie rosła.
- Mako, o ... o co chodzi? - spytałam na skraju irytacji. Ten posłał mi wrogie spojrzenie.
- Musi zapłacić, za to co zrobił. - rzucił słowa w przestrzeń, wpatrując się w dal.
- Ale... ja nic nie rozumiem! - krzyknęłam histeryczynym głosem.
Miałam wrażenie, że jako jedyna z tego towarzystwa jestem niepoinformowana o zaistniałej sytuacji.
Skoczyłam ku śmierdzącej bandzie. Nirrith szarpał się niesamowicie, na co strażnicy odpowiedzieli mocnymi ciosami i kopniakami.
- Nie róbcie mu krzywdy! - krzyknęłam, odrzucając jednego z nich w bok i podbiegłam do samca leżącego na ziemi.
- Nirr.. o co chodzi? - spytałam szeptem, czując piekące łzy pod powiekami.
Basior posłał mi tylko pełne bólu spojrzenie. Jakby żegnał mnie ostatni raz.
Strażnik odepchnął mnie.
- Spokojnie, skarbie. Jak kocha to wróci. - zaszydził jeden z nich i razem z kolegami unieśli białego samca na plecach.
Nie miałam sił im nawet powiedzieć kim jestem.
Nie miałam sił im wygarnąć i dokopać porządnie.
Mako ruszył pierwszy w głąb lasu.
Zanim karawana ruszyła, zdążyłam podbiec do Nirritha.
Nie myśląc wiele, dałam mu soczystego buziaka, prosto w usta.
Wilk podniósł tylko brwi, a potem unieszkodliwiony ciosem w głowę przez jednego ze strażników zamknął powieki. Ruszyli wgłąb lasu.
Zostałam sama przy wodopoju.
Mała łza spłynęła mi po policzku, gdy odprowadzałam wzrokiem karawanę.
A potem zniknęła mi z oczu.
<Nirrith?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz