Nie mogłem zasnąć w nocy. Bez przerwy coś wybudzało mnie ze
snu. Za jednym razem szalejąca ulewa na dworze, a za drugim hałasujące
zwierzęta w lesie nieopodal mojej jaskini. Ta noc była jakaś dziwna. Nie
wydawała się normalna, chociaż na taką nie wyglądała. Około szóstej rano słońce
zaczęło wschodzić na horyzoncie. Miałem ogromną ochotę stąd uciec.
Nienawidziłem innych żywych stworzeń, a tym bardziej wilków. Wolałem żyć sam w
ciemności i z mroźnym oddechem śmierci na karku. Jednak coś nie pozwalało mi
stąd tak po prostu odejść. Odejść bez wyrzutów sumienia i zmartwień. Odejść bez
tego dziwnego uczucia. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś takiego. Tak
jakby los podpowiadał mi, że właśnie tutaj muszę teraz być i nie opuszczać tych
krain. Nie chciało mi się ruszać z jaskini. Najchętniej zostałbym w niej cały
dzień i udawał umarlaka niestety, mój żołądek nie przepadał być pustym przez
kilka dni. Wyjście z jaskini ułatwiły mi jakieś wredne ptaki, które urządziły
sobie poranny koncert koło mojego okna. Wkurzony i ze zepsutym humorem
podniosłem się z mojego legowiska i ruszyłem w stronę lasu. W sumie to zacząłem
żałować, że nie poszukałem sobie posiłku w nocy. Było by ciemniej i spokojniej,
a przede wszystkim ciszej. Szukałem czegoś na śniadanie chyba dobrą godzinę,
ale nie przyniosło mi to nic prócz zabłoconego futra. Lekko zirytowany ruszyłem
powoli w stronę rzeki. Nie spieszyłem się, bo chciałem być pewny, że nikt ani
nic mnie nie śledzi i nie będzie mi przeszkadzać. Szedłem cicho i spokojnie
mimo iż co jakiś czas nadeptywałem na ostre kolce dzikich roślin. Nie
przeszkadzał mi ból, lecz kiedy zauważyłem, że pozostawiam po sobie krwiste
odciski łap zrozumiałem, że muszę czym prędzej dostać się do rzeki, bo w innym
przypadku ktoś lub coś wyczuje woń mojej krwi i podąży za mną. Przyspieszyłem
kroku, lecz nadal byłem bardzo uważny. Zanim się obejrzałem byłem na brzegu
rzeki. Okazało się, że ta ulewa w nocy wcale nie była taka słaba jak mi się
zdawało. Rzeka wylała poza koryto oraz zwiększył się, i tak wystarczająco już
jej silny, nurt. Przysiadłem na brzegu i zmoczyłem łapy, po czym wszedłem
trochę głębiej do wody. Była lodowata jak lód, a nurt omal mnie nie porwał z
prądem. W pewnym momencie usłyszałem jakiś niepokojący szelest. Jednym susem
wyskoczyłem z rzeki i schowałem się w pobliskich krzakach. Jak się okazało był
to krzak jakiejś kłującej rośliny, ale nawet to nie było w stanie wypłoszyć
mnie zza zarośli. Na szczęście były to tylko jakieś szczeniaki. Ciekawiło mnie
bardzo co one tu robią. W końcu w tym klanie nie ma żadnych szczeniąt, ale cóż
nie moja sprawa co one tam robiły. Wilczki skakały przy brzegu rzeki strasznie
przy tym hałasując. Wchodziły do wody coraz to głębiej i głębiej, aż jeden z
nich przesadził i nurt go porwał. Nie mam pojęcia czemu, ale od razu wskoczyłem
za nim do wody. W krótką chwilę złapałem go i przypłynąłem z nim do brzegu.
Szczeniak zamiast coś powiedzieć spojrzał na mnie, po czym zaczął wyć w
niebogłosy tak samo jak jego koledzy i po chwili nie było po nich śladu.
Uciekli tak szybko, że nawet się nie zorientowałem czemu. Zrozumiałem dopiero,
kiedy zobaczyłem swoje odbicie w wodzie. Nie dość, że wokół mnie była wielka
czerwona plama krwi, to dodatkowo byłem cały brudny i poszarpany od tych
krzaków. Nadal zirytowany westchnąłem i przepłynąłem na drugi brzeg. Starannie
wymyłem rany, żeby już tak straszliwie nie krwawiły i udałem się w głąb lasu.
Chyba zbliżyłem się, aż nadto do granicy, bo było tam mnóstwo wilków. Mój humor
uległ przez to „lekkiemu” pogorszeniu, więc czym prędzej zawróciłem i udałem
się nad wąwóz. Usiadłem tam na swoim ulubionym klifie. Był on najwyższy i
najbardziej wysunięty. Nie wiem jakim cudem nadal trzymał się w poziomie. Po
około dwóch godzinach zaczęło się robić ciemno przez przybywające z zachodu
czarne jak noc chmury. Nie miałem nawet najmniejszego zamiaru wracać do swojej
jaskini. Wystarczająco długo już w niej wysiedziałem. Nie minęła chwila, a z
nieba lunęła silna ulewa. Wyglądało na to, że szybko nie ustąpi. I mi to
pasowało. Nie śpieszyło mi się nigdzie, ale niestety tylko do czasu. Nagle
potężny piorun wystrzelił prosto za mną sprawiając, że klif się załamał, a ja
wraz z ogromnymi skałami popędziłem prosto w dół. Obudziłem się chyba po kilku
godzinach. Wypogodziło się, lecz ja czułem się o wiele gorzej. Byłem kompletnie
poszarpany jakbym walczył z jakimś wielkim stworem i miałem złamaną przednią
łapę. Szczerze mówiąc nieźle się wkurzyłem. Nie dość, że już jestem wygłodzony
to teraz tym bardziej nie zdobędę żadnego jedzenia. Ruszyłem powoli w stronę
rzeki. Po drodze wywróciłem się kilka razy prosto w błoto, więc chyba już nic
nie mogło poprawić mi humoru. Kiedy wreszcie dotarłem nad rzekę nie było tam
nikogo kogo mógłbym wystraszyć swoim „nienagannym” wyglądem. Spokojnie i w
ciszy zanurzyłem się w lodowatej wodzie. Mimo iż wokół mnie powstał krwisty
strumień woda przyniosła mi niewyobrażalną ulgę w bólu. W pewnym momencie
poczułem na sobie wzrok. Odwróciłem się i zobaczyłem jakąś waderę,
przypatrującej mi się kątem oka. Kulejąc wyszedłem z wody w stronę wilczycy. Podniosła
głowę i zamiast uciec zbliżyła się do mnie. Bardzo zdziwiło mnie to zachowanie.
Nie zamierzałem z nią rozmawiać. Chciałem po prostu zobaczyć czy ona także
ucieknie. Nie przyglądając się jej odwróciłem głowę i skierowałem ku mojej
jaskini. Nie przeszedłem kilku metrów, a już usłyszałem za sobą jej głos.
- Czekaj - powiedziała spokojnym tonem wadera i ponownie
zbliżyła się do mnie
- Czego? - warknąłem pod nosem niezadowolony z jej obecności
- Co Ci się stało? I kim jesteś? - zaczęła mnie wypytywać z
ciekawością w głosie
- Nie powinno Cię to obchodzić - odpowiedziałem wrednym
tonem i przyspieszyłem kroku, lecz przez złamaną łapę kiepsko mi to szło
- Ale obchodzi. Chciałabym Ci pomóc - stwierdziła i
zatrzymała mnie
- Nie potrzebuje pomocy - znowu odwarknąłem pod nosem
- Jesteś pewien? - spytała bardzo pewnym głosem
Nie odpowiedziałem. Nie chciałem z nią rozmawiać, ale
jednocześnie coś mi podpowiadało, że muszę ją poznać. Tym czymś było to samo uczucie,
które nadal mnie tutaj trzymało. Ruszyłem prosto do mojej jaskini, a wadera
ruszyła za mną z niewiadomych przyczyn. Dziwiłem się, że nie boi się mojej
postaci. Po jakimś czasie wyrównaliśmy krok, lecz ja nadal próbowałem zachować
odległość. Przez większość czasu czułem na sobie jej wzrok. Było to dla mnie
bardzo nieprzyjemne uczucie. Co jakiś czas, kiedy odwracała głowę, spoglądałem
na nią kątem oka. Była czarna w plamy i pasy o różnych odcieniach czerwieni,
różu i fioletu. Szczerze mówiąc zaciekawiła mnie. Po długim czasie wreszcie
zaczęliśmy się zbliżać do mojej jaskini, a wadera nagle się odezwała.
- Gdzie my właściwie idziemy? - zapytała rozglądając się
- Ja idę do swojej jaskini, a ty nie wiem po co tu jesteś -
odparłem i przeszedłem przez krzaki, które zasłaniały widok na jaskinie
- To znaczy… tutaj mieszkasz? - zapytała zdziwiona wskazując
łapą na zasypane głazami wejście
- Mieszkałem… - odpowiedziałem z lekkim żalem w głosie
To była jedyna jaskinia tak bardzo oddalona od innych
wilków. Teraz będę musiał się gdzieś przenieś. Wadera zbliżyła się do mnie tak
jakby chciała mnie pocieszyć, natomiast ja od razu się od niej odsunąłem.
- Radziłabym Ci znaleźć jakieś miejsce do przenocowania, bo
pogoda się nie zapowiada zbyt dobra - westchnęła spoglądając na zachmurzone
niebo
Musiało już być jakoś pod wieczór, bo na horyzoncie spod
czarnych chmur wyłaniały się pomarańczowe chmury i zachodzące słońce. Kiedy tak
się przyglądałem zachodowi na mój nos spadła kropla deszczu. Wadera także to
poczuła i zwróciła się do mnie.
- Chodź za mną, jeżeli nie chcesz tak tu stać w czasie
deszczu - zaproponowała i pokierowała się w stronę jaskiń innych wilków
I tak nie miałem teraz gdzie się podziać, więc bez dłuższego
namysłu udałem się za nią. Na początku wadera kroczyła przodem, ale potem
zwolniła tempo i szła równo z kulejącym mną. Po pewnym czasie dotarliśmy do
jakiejś jaskini. Akurat zdążyliśmy, bo gdy do niej weszliśmy na dworze
rozpętała się prawdziwa ulewa.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytałem zdezorientowany
- W mojej jaskini - odpowiedziała z lekkim uśmiechem, na co
ja zareagowałem zniesmaczoną miną
- Nie powinienem tutaj zostać - stwierdziłem stając przy
wyjściu
- Może i nie powinieneś, ale zostaniesz - zagrodziła mi
drogę i zaprowadziła w głąb jaskini
Nie miałem pojęcia co zrobić. Nie chciałem towarzystwa
innego wilka, a w szczególności wilczycy takiej jak ta. Ciekawska i pomocna…
nie cierpię tych cech. Wolałbym już moknąć w tej ulewie stojąc przy mojej
jaskini niż być obok niej i to w jej jaskini. Kiedy już byliśmy ukryci w głębi
jaskini wadera rozpaliła ognisko, po czym usiadła obok mnie i zaczęła się
przyglądać. Tak jakby wiedziała, że nic jej o sobie nie chcę mówić i próbowała
sama odgadnąć odpowiedzi z mojego wyglądu i zachowania. Według mnie nie miała
się czemu przyglądać. Byłem tylko wybrudzonym, poszarpanym, poranionym i
wygłodzonym wilkiem. Jak dla mnie było to normalne, no może poza otwartym
złamaniem łapy. To akurat zdarzało mi się stosunkowo rzadko, a jeżeli już to
było to złamanie zamknięte i nie tak poważne jak to. Miałem tylko nadzieje, że
ta łapa to jedyne co sobie połamałem podczas tego upadku, gdyż z bólu nie
potrafiłem stwierdzić co jest w porządku, a co nie z moim ciałem…
(Aithne?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz