czwartek, 31 lipca 2014

Od Darkness'a


Nie mogłem zasnąć w nocy. Bez przerwy coś wybudzało mnie ze snu. Za jednym razem szalejąca ulewa na dworze, a za drugim hałasujące zwierzęta w lesie nieopodal mojej jaskini. Ta noc była jakaś dziwna. Nie wydawała się normalna, chociaż na taką nie wyglądała. Około szóstej rano słońce zaczęło wschodzić na horyzoncie. Miałem ogromną ochotę stąd uciec. Nienawidziłem innych żywych stworzeń, a tym bardziej wilków. Wolałem żyć sam w ciemności i z mroźnym oddechem śmierci na karku. Jednak coś nie pozwalało mi stąd tak po prostu odejść. Odejść bez wyrzutów sumienia i zmartwień. Odejść bez tego dziwnego uczucia. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś takiego. Tak jakby los podpowiadał mi, że właśnie tutaj muszę teraz być i nie opuszczać tych krain. Nie chciało mi się ruszać z jaskini. Najchętniej zostałbym w niej cały dzień i udawał umarlaka niestety, mój żołądek nie przepadał być pustym przez kilka dni. Wyjście z jaskini ułatwiły mi jakieś wredne ptaki, które urządziły sobie poranny koncert koło mojego okna. Wkurzony i ze zepsutym humorem podniosłem się z mojego legowiska i ruszyłem w stronę lasu. W sumie to zacząłem żałować, że nie poszukałem sobie posiłku w nocy. Było by ciemniej i spokojniej, a przede wszystkim ciszej. Szukałem czegoś na śniadanie chyba dobrą godzinę, ale nie przyniosło mi to nic prócz zabłoconego futra. Lekko zirytowany ruszyłem powoli w stronę rzeki. Nie spieszyłem się, bo chciałem być pewny, że nikt ani nic mnie nie śledzi i nie będzie mi przeszkadzać. Szedłem cicho i spokojnie mimo iż co jakiś czas nadeptywałem na ostre kolce dzikich roślin. Nie przeszkadzał mi ból, lecz kiedy zauważyłem, że pozostawiam po sobie krwiste odciski łap zrozumiałem, że muszę czym prędzej dostać się do rzeki, bo w innym przypadku ktoś lub coś wyczuje woń mojej krwi i podąży za mną. Przyspieszyłem kroku, lecz nadal byłem bardzo uważny. Zanim się obejrzałem byłem na brzegu rzeki. Okazało się, że ta ulewa w nocy wcale nie była taka słaba jak mi się zdawało. Rzeka wylała poza koryto oraz zwiększył się, i tak wystarczająco już jej silny, nurt. Przysiadłem na brzegu i zmoczyłem łapy, po czym wszedłem trochę głębiej do wody. Była lodowata jak lód, a nurt omal mnie nie porwał z prądem. W pewnym momencie usłyszałem jakiś niepokojący szelest. Jednym susem wyskoczyłem z rzeki i schowałem się w pobliskich krzakach. Jak się okazało był to krzak jakiejś kłującej rośliny, ale nawet to nie było w stanie wypłoszyć mnie zza zarośli. Na szczęście były to tylko jakieś szczeniaki. Ciekawiło mnie bardzo co one tu robią. W końcu w tym klanie nie ma żadnych szczeniąt, ale cóż nie moja sprawa co one tam robiły. Wilczki skakały przy brzegu rzeki strasznie przy tym hałasując. Wchodziły do wody coraz to głębiej i głębiej, aż jeden z nich przesadził i nurt go porwał. Nie mam pojęcia czemu, ale od razu wskoczyłem za nim do wody. W krótką chwilę złapałem go i przypłynąłem z nim do brzegu. Szczeniak zamiast coś powiedzieć spojrzał na mnie, po czym zaczął wyć w niebogłosy tak samo jak jego koledzy i po chwili nie było po nich śladu. Uciekli tak szybko, że nawet się nie zorientowałem czemu. Zrozumiałem dopiero, kiedy zobaczyłem swoje odbicie w wodzie. Nie dość, że wokół mnie była wielka czerwona plama krwi, to dodatkowo byłem cały brudny i poszarpany od tych krzaków. Nadal zirytowany westchnąłem i przepłynąłem na drugi brzeg. Starannie wymyłem rany, żeby już tak straszliwie nie krwawiły i udałem się w głąb lasu. Chyba zbliżyłem się, aż nadto do granicy, bo było tam mnóstwo wilków. Mój humor uległ przez to „lekkiemu” pogorszeniu, więc czym prędzej zawróciłem i udałem się nad wąwóz. Usiadłem tam na swoim ulubionym klifie. Był on najwyższy i najbardziej wysunięty. Nie wiem jakim cudem nadal trzymał się w poziomie. Po około dwóch godzinach zaczęło się robić ciemno przez przybywające z zachodu czarne jak noc chmury. Nie miałem nawet najmniejszego zamiaru wracać do swojej jaskini. Wystarczająco długo już w niej wysiedziałem. Nie minęła chwila, a z nieba lunęła silna ulewa. Wyglądało na to, że szybko nie ustąpi. I mi to pasowało. Nie śpieszyło mi się nigdzie, ale niestety tylko do czasu. Nagle potężny piorun wystrzelił prosto za mną sprawiając, że klif się załamał, a ja wraz z ogromnymi skałami popędziłem prosto w dół. Obudziłem się chyba po kilku godzinach. Wypogodziło się, lecz ja czułem się o wiele gorzej. Byłem kompletnie poszarpany jakbym walczył z jakimś wielkim stworem i miałem złamaną przednią łapę. Szczerze mówiąc nieźle się wkurzyłem. Nie dość, że już jestem wygłodzony to teraz tym bardziej nie zdobędę żadnego jedzenia. Ruszyłem powoli w stronę rzeki. Po drodze wywróciłem się kilka razy prosto w błoto, więc chyba już nic nie mogło poprawić mi humoru. Kiedy wreszcie dotarłem nad rzekę nie było tam nikogo kogo mógłbym wystraszyć swoim „nienagannym” wyglądem. Spokojnie i w ciszy zanurzyłem się w lodowatej wodzie. Mimo iż wokół mnie powstał krwisty strumień woda przyniosła mi niewyobrażalną ulgę w bólu. W pewnym momencie poczułem na sobie wzrok. Odwróciłem się i zobaczyłem jakąś waderę, przypatrującej mi się kątem oka. Kulejąc wyszedłem z wody w stronę wilczycy. Podniosła głowę i zamiast uciec zbliżyła się do mnie. Bardzo zdziwiło mnie to zachowanie. Nie zamierzałem z nią rozmawiać. Chciałem po prostu zobaczyć czy ona także ucieknie. Nie przyglądając się jej odwróciłem głowę i skierowałem ku mojej jaskini. Nie przeszedłem kilku metrów, a już usłyszałem za sobą jej głos.
- Czekaj - powiedziała spokojnym tonem wadera i ponownie zbliżyła się do mnie
- Czego? - warknąłem pod nosem niezadowolony z jej obecności
- Co Ci się stało? I kim jesteś? - zaczęła mnie wypytywać z ciekawością w głosie
- Nie powinno Cię to obchodzić - odpowiedziałem wrednym tonem i przyspieszyłem kroku, lecz przez złamaną łapę kiepsko mi to szło
- Ale obchodzi. Chciałabym Ci pomóc - stwierdziła i zatrzymała mnie
- Nie potrzebuje pomocy - znowu odwarknąłem pod nosem
- Jesteś pewien? - spytała bardzo pewnym głosem
Nie odpowiedziałem. Nie chciałem z nią rozmawiać, ale jednocześnie coś mi podpowiadało, że muszę ją poznać. Tym czymś było to samo uczucie, które nadal mnie tutaj trzymało. Ruszyłem prosto do mojej jaskini, a wadera ruszyła za mną z niewiadomych przyczyn. Dziwiłem się, że nie boi się mojej postaci. Po jakimś czasie wyrównaliśmy krok, lecz ja nadal próbowałem zachować odległość. Przez większość czasu czułem na sobie jej wzrok. Było to dla mnie bardzo nieprzyjemne uczucie. Co jakiś czas, kiedy odwracała głowę, spoglądałem na nią kątem oka. Była czarna w plamy i pasy o różnych odcieniach czerwieni, różu i fioletu. Szczerze mówiąc zaciekawiła mnie. Po długim czasie wreszcie zaczęliśmy się zbliżać do mojej jaskini, a wadera nagle się odezwała.
- Gdzie my właściwie idziemy? - zapytała rozglądając się
- Ja idę do swojej jaskini, a ty nie wiem po co tu jesteś - odparłem i przeszedłem przez krzaki, które zasłaniały widok na jaskinie
- To znaczy… tutaj mieszkasz? - zapytała zdziwiona wskazując łapą na zasypane głazami wejście
- Mieszkałem… - odpowiedziałem z lekkim żalem w głosie
To była jedyna jaskinia tak bardzo oddalona od innych wilków. Teraz będę musiał się gdzieś przenieś. Wadera zbliżyła się do mnie tak jakby chciała mnie pocieszyć, natomiast ja od razu się od niej odsunąłem.
- Radziłabym Ci znaleźć jakieś miejsce do przenocowania, bo pogoda się nie zapowiada zbyt dobra - westchnęła spoglądając na zachmurzone niebo
Musiało już być jakoś pod wieczór, bo na horyzoncie spod czarnych chmur wyłaniały się pomarańczowe chmury i zachodzące słońce. Kiedy tak się przyglądałem zachodowi na mój nos spadła kropla deszczu. Wadera także to poczuła i zwróciła się do mnie.
- Chodź za mną, jeżeli nie chcesz tak tu stać w czasie deszczu - zaproponowała i pokierowała się w stronę jaskiń innych wilków
I tak nie miałem teraz gdzie się podziać, więc bez dłuższego namysłu udałem się za nią. Na początku wadera kroczyła przodem, ale potem zwolniła tempo i szła równo z kulejącym mną. Po pewnym czasie dotarliśmy do jakiejś jaskini. Akurat zdążyliśmy, bo gdy do niej weszliśmy na dworze rozpętała się prawdziwa ulewa.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytałem zdezorientowany
- W mojej jaskini - odpowiedziała z lekkim uśmiechem, na co ja zareagowałem zniesmaczoną miną
- Nie powinienem tutaj zostać - stwierdziłem stając przy wyjściu
- Może i nie powinieneś, ale zostaniesz - zagrodziła mi drogę i zaprowadziła w głąb jaskini
Nie miałem pojęcia co zrobić. Nie chciałem towarzystwa innego wilka, a w szczególności wilczycy takiej jak ta. Ciekawska i pomocna… nie cierpię tych cech. Wolałbym już moknąć w tej ulewie stojąc przy mojej jaskini niż być obok niej i to w jej jaskini. Kiedy już byliśmy ukryci w głębi jaskini wadera rozpaliła ognisko, po czym usiadła obok mnie i zaczęła się przyglądać. Tak jakby wiedziała, że nic jej o sobie nie chcę mówić i próbowała sama odgadnąć odpowiedzi z mojego wyglądu i zachowania. Według mnie nie miała się czemu przyglądać. Byłem tylko wybrudzonym, poszarpanym, poranionym i wygłodzonym wilkiem. Jak dla mnie było to normalne, no może poza otwartym złamaniem łapy. To akurat zdarzało mi się stosunkowo rzadko, a jeżeli już to było to złamanie zamknięte i nie tak poważne jak to. Miałem tylko nadzieje, że ta łapa to jedyne co sobie połamałem podczas tego upadku, gdyż z bólu nie potrafiłem stwierdzić co jest w porządku, a co nie z moim ciałem…
(Aithne?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz