Ziewnęłam po raz kolejny, odprowadzając Alfę klanu wzrokiem, unosząc brwi w niemym zdziwieniu.
Usiadłam przed Prim, ospale przecierając pysk łapą żeby odrzucić resztki snu i zmęczenia. Oczy nadal domagały się odpoczynku, ale ciało rwało się do czego innego.
Zadarłam łeb ku niebu, obserwując znikające z wolna gwiazdy. Poranek był jeszcze młody, otulający wszystko wokoło kołdrą z rosy i chłodu.
Poranki były piękniejsze od nocy, zdecydowanie. I pomyśleć, że ja, głupia spałam do późna, zamiast zaraz po uśnięciu księżyca wyruszać na spacer.
Otaczająca cisza, przytłaczała swoim ogromem i przenikliwością, wchłaniając się w każdy włosek sierści osobno i wrastając do środka duszy. Kiedy żadne słowa nie płynęły z żadnych ust, dało się słyszeć tylko własny oddech i bicie własnego serca. Jednocześnie piękne i przerażające.
Rozejrzałam się tępym wzrokiem po otaczających nas drzewach a potem wbiłam wzrok w Primrose.
-To...mogę iść dalej spać? - wyszczerzyłam ząbki w nieśmiałym uśmiechu i wstałam do odejścia. Wadera kiwnęła z uśmiechem głową po czym odeszłam. Wiedziałam jednak że nie zasnę, udałam się więc na wczesne polowanie do lasu.
Idąc w jego stronę, zauważyłam że o tak szarym jeszcze świcie nie śpiewają ptaki, drogi nie przecinają zające...Trudno będzie sobie znaleźć pożywienie. Postanowiłam iść na strumień, w nadziei że złowię choć jedną rybę.
Od łęgu dzieliły mnie już tylko krzaki cierniowe, przy których przechodzeniu zraniłam się w łapę. Szybko weszłam do dość porywistego strumienia, by uśmierzyć ból w łapie. Z pomocą przyszedł przenikliwy chłód wody. Zanurzyłam się do połowy łap i przybliżyłam łeb do tafli wody. Czekałam, z wzrokiem wbitym w rzekę i obserwowałam jak fale z dużą prędkością przecinają się nawzajem.
Otaczały mnie wiekowe wierzby i sosny z obu stron brzegu, pochylające się nad wodą niczym ogromne tarcze, tworząc przepiękny tunel. Sprawiało to że pojedyncze promienie świeżego, mdłego słońca wdzierały się przez gałęzie i liście, tworząc złotą poświatę dla tego urokliwego miejsca, malutkiego łęgu na obrzeżach watahy. Niejedni kochankowie odnaleźli by tu spokój. Łęg jest moim ulubionym miejscem, z dala od natłoku wilków. Moim miejscem, prywatnym zakątkiem spokoju i marzeń. Pod cieniem wody, dało się zobaczyć smukłą, ciemną sylwetkę pokaźnych rozmiarów ryby. Wsadziłam łeb pod wodę, ale ryba już się oddalała. Rzuciłam się więc za nią w szaleńczej pogoni po strumieniu łęgu, rozchlapując wodę dookoła. Na środku rzeki, był głęboki dół, do którego ryba postanowiła wpłynąć, a ja za nią. Przyznam, nie jestem dobrym myśliwym jak i pływakiem, jednak potrafię utrzymać się na powierzchni.
Wzięłam głęboki wdech i dałam nura do dołu. Promyczki słońca oświetlały tą podwodną jaskinię, tworząc jakby zasłonę, za którą ukryła się moja zdobycz. Wcisnęłam tam pysk i ostatkami powietrza wyszarpałam na powierzchnię. Z trudem dopłynęłam do płytszego miejsca. Uniosłam głowę nad wodę i rozejrzałam się po tym przewspaniałym miejscu. Łęg był oddzielonym, małym kawałkiem rzeki, ktora zdążyła już zarosnąć, a moje ulubione miejsce stało się tym pięknym rezerwatem spokoju. Stałam w tej rzece, a krople wody skapywały ze mnie, czarna grzywka opadała mi na oczy, które błyskały radością. Kątem oka zauważyłam, że na drugim brzegu mojego! łęgu, w kępie krzaków siedzi wilk i się mi przygląda. Udałam, że go nie zauważyłam i ruszyłam na przeciwległy brzeg, gdzie ten wilk się ukrywał. Położyłam się na trawie, w dużej plamie słońca i zajęłam się pożywieniem, rozszarpując rybę na drobniejsze części. Jednym okiem cały czas obserwowałam przybysza, zastanawiając się jakim cudem odnalazł to miejsce.
-Jeśli chcesz coś zjeść, to zapraszam. - odparłam delikatnym głosem do niego, w przerwie połykania kęsów.
(Wilku?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz