Kiedy urodziłem się jako jedyny z czwórki rodzeństwa byłem w stanie przeżyć. Reszta była wychudzona i ledwie oddychała, po kilku godzinach całe moje rodzeństwo zmarło. Ja byłem ich przeciwieństwem, wielki i dobrze odżywiony, prawdopodobnie byłem dla nich pasożytem i to z mojej winy umarli. Chociaż lekarze mówią że to przez to że nie wiadomo jakim cudem moja 10 letnia matka zaszła w ciążę. Zaraz po porodzie zmarła z wyczerpania, natomiast mój ojciec zmarł zaledwie 2 dni wcześniej ze starości. Byłem więc pogrobowcem...przez to inne wilki mnie odtrącały. Może niektórzy dorośli się mną zajmowali, ale na dzień czy dwa a potem przejmował ten obowiązek ktoś inny. Ma się tak dziać do póty nie znajdę kogoś kto mnie zechce. Warunkiem jest jednak to że dokąd nie ukończę okresu szczenięcego nie mogę opuścić Klanu Everything więc mój opiekun musi być z tego samego Klanu co ja. Siedziałem w szpitalu na badaniach kontrolnych, na dzień dzisiejszy miałem już 8 miesięcy, więc zakładam że z ciał moich rodziców raczej są już same kości. Spojrzałem na ścianę tej jakże przygnębiającej jaskini po czym zamknąłem oczy.
-Kanban, teraz ty - usłyszałem wołanie jakiegoś wilka
Otworzyłem oczy i ruszyłem w stronę lekarki która czekała na mnie w drzwiach.
Po kilku minutach byłem już po badaniach, nie miałem u kogo się jak na dzień dzisiejszy podziać, wszyscy prawie już mnie mieli na co najmniej tydzień lub dwa podsumowując. A niektórzy po prostu gdy tylko mnie widzieli w swojej jaskini wyrzucali mnie, gdy natomiast wracałem zdarzało się że podtapiano mnie w rzece. Siedziałem na kamieniu przed rzeką i patrzyłem na swoje odbicie. Byłem tutaj traktowany gorzej niż jakakolwiek Omega...Spojrzałem na swoje rozmyte odbicie, zdziwiłem się i dotknąłem łapą swoich oczu, to przez łzy.
-Czyli taka czeka mnie przyszłość? - wychlipałem
<Wiele miesięcy później>
Dzisiaj wybiły mi już 2 lata na karku, prawie byłem już dorosły i dostałem własną jaskinię. Mogłem zgadnąć, że połowa Klanu Everything cieszy się że wreszcie przestanę ich nachodzić. Ostatecznie nie znalazłem rodziny, a ponoć za życia moi rodzice byli bardzo lubiani...A cóż mi było z tego skoro przez te 2 lata ciągle jestem potępiany i samotny. Jak zwykle siedziałem gdzieś zaszyty w lesie, prubując uciec od innych. Nie mogłem się oswoić z myślą że mam już tylko swoją, własną jaskinię, swój własny kąt. Bałem się że gdy tam przyjdę, ktoś tam będzie i mnie znowu stamtąd wygoni. Jednak zanim tam przyjdę muszę iść do Świątyni, dzisiaj mija 2 rok jak moja matka zmarła, niecałe 2 dni temu również byłem w Świątyni z powodu 2 rocznicy śmierci ojca...Zebrałem kilka kwiatków na łące, jednak nie znalazłem pięknych kwiatów tylko powoli już przekwitających. Wyszeptałem jedynie słowo ''odrodzenie'' i przed moimi oczyma pojawił się znak po czym wchłonął w kwiaty które w jednej sekundzie stały się najpiękniejszymi kwiatami, na wszystkich Klanach. Zaniosłem kwiaty do Świątyni, chwilę się pomodliłem i gdy już miałem wychodzić prawie wpadłem na jakiegoś wilka. Wilk okazał się być waderą, i na moje nieszczęście bardzo ładną waderą. Miała białe futro i tak samo białe, bardzo długie włosy. Spojrzała się na mnie zaskoczona, chyba jej imię kojarzyłem..O ile się nie mylę była to Juliette i była w tym samym wieku co ja.
-Przepraszam - powiedziałem po czym wyminąłem ją i wyszedłem ze Świątyni
(Juliette?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz