Woda, przypominała mi oczy tego całego Ronina. Nienawidziłam wody. Szczerze gardziłam błękitem nieba i głębią życiodajnej cieczy. Wszystko to kojarzyło mi się z basiorem, do niedawna którego nazywałam przyjacielem. Teraz jest moim wrogiem, śmiertelnym który musi zostać zgładzony. Utwardzała mnie w tym niewyobrażalna siła, która miażdżyła wszystkie dobre myśli o tym stworzeniu. Wszystko legło w gruzach, wraz z pierwszym ciosem który został wysłany w jego stronę. Coś mną kierowało i dążyło do tego, aby zabić Ronina przeze mnie. I to mi się...podobało.
Po uderzeniu łapą tafli wody, cała ta wodna moc wilka osłabła i sam wpadł do wytworzonego jeziorka. Tyle że, nie wypłynął. Jeziorko nie było na tyle głęboki by można było się w nim utopić, jednak po dłuższych oględzinach dna zbiornika, zauważyłam tam mały otwór jakoby krateru, w którym prawdopodobnie zniknął mój oponent. Nabrałam powietrza i zanurzyłam się w toni. Przez dłuższy czas płynęłam jakby wzdłuż jakiegoś korytarza, coś podobnego do studni. Z czasem zschodzenia niżej, pojawiało się małe światełko przede mną. O dziwo, nie czułam ubytku powietrza w moich płucach. W pewnym momencie korytarz się skończył, a ja znajdowałam się w...w niewiem czym. Zewsząd otaczała mnie mroczna, ciemnoniebieska głębia, a ja unosiłam się w jej środku, drobinki światła gdzieniegdzie przedzierały się przez mi niewiadomą. Chciałam się poruszyć, ale jakbym zastygła w bezruchu. Wpatrzona w jeden punkt, zaczęłam widzieć jakieś zarysy kształtów. Najpierw ledwo odznaczające się w toni wodnej przebłyski, potem wyraźne kontury czegoś, co wydawało się ogromnym pomnikiem, a potem byłam już w pełni świadoma że oto przede mną stoi ogromny monument przedstawiający wyrzeźbioną literę Y z dwoma kreskami z czarnego marmuru. I nagle uświadomiłam sobie gdzie widziałam już ten symbol. Wtedy, kiedy wraz z Roninem, wtedy jeszcze nie chciałam go zamordować. Jego ojciec czytał księge, na której okładce znajdował się właśnie ten znak. Utkwiłam wzrok w postumencie i zamarłam. Na środku figury pojawiła się mała kropka, któa z każdą chwilą się powiększała i zaczęła mnie ciągnąć ku sobie. Nie mogłam nic zrobić, tylko poddać się ogromnej sile która wszystko zasysała. Będąc już całkiem blisko rzeźby, dotarło do mnie że ona oddycha. I nie jest zrobiona z czarnego marmuru. Z bliska było widać kształt uszu, błysk białych oczu i niechciane poruszenie łapą. Był to żywy posąg, stworzony z ciał dogorywających czarnych wilków. Czułam jak wnętrzności mi się wykręcają w każdą możliwą stronę, a serce rozrywa niewyobrażalny żal. Chciałam krzyczeć, szarpać się ale z każdą chwilą coraz więcej wilków odsuwało się i dawało miejsce czarnej dziurze. Rozległ się rozrywający uszy pisk, krzyk i dźwięk krwi lądującej na zimnym kamieniu. Wtedy pochłonęła mnie całkowita ciemność, a światło zniknęło z zasięgu mojego wrzoku.
Jakiś głos dudnił mi w uszach, sprawiajac że każdy ruch sprawiał okropny ból.
Próbowałam się podnieść, ale uderzyłam o coś głową. Na oczach miałam zawiązaną jakąś chustę, a kiedy chciałam sięgnać do niej łapami, wykrzywiły się pod dziwnym kątem uniemożliwiający ruch. Próbowałam dokonać materializacji za pomoca mojego żywiołu i to akurat poskutkowało. Przeteleportowałam się o kilka kroków od mojego wcześniejszego miejsca, a jako że przedmioty bezpośrednio połączone ze mną nie materializują się, przepaska wylądowała na ziemi. Moim oczom okazał się dziwny krajobraz, jeżeli można go tak nazwać. Stałam na równej, pozbawionej wzgórz i nizin lodowej pustyni, nad którą niebo było zasłoniete całkowicie czarną płachtą. Otworzyłam usta w zdumieniu ale znów coś mną trzepnęło i przypomniało mi o tym, co mam zrobić. Wciagnęłam w nozdrza zimne powietrze i udałam się na poszukiwania ofiary pod postaćią chmury dymu. Monotonny krajobraz lodowego pustkowia raz ja jakiś czas przerywały posągi znaku wypalonego na boku, czy też czaszki jakichś zwięrząt. Aura tego miejsca była przerażająca. Nagle, gdzieś na horyzoncie zauważyłam sylwetkę wilka. Od razu wiedziałam że to Ronin. Zamieniłam się w wilka i uśmiechnęłam pod nosem. Wilk podniósł wzrok i natychmiastowo podniósł się z ziemi.
-Descartes, co ty wyrabiasz...To może się źle skończyć! - warknął, niespokojnie tupiąc łapą.
-Tylko dla ciebie. - mrugnęłam do niego i przywołałam artefakt. Wyskoczyłam na kilka metrów w górę i rozpoczęłam natarcie. - Przygotuj się na spotkanie ze stwórcą! - oczy z każdym momentem stawały się coraz bledsze, aż przeszły w biały kolor. Teraz zupełnie nie wiedziałam co robię. Demon zawładnął moim ciałem, posługując się nim do zabicia Alfy. Czemu? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Uderzyłam, ale nie trafiłam. Wilk zrobił szybki unik i okrył się tarczą z pnączy. To mnie nie powstrzyma, doprawdy. Chwyciłam w mocnym zacisku bron w zęby i skoczyłam na pnącza, tnąc każde z nich po kolei. Zamachnęłam się by oddać kolejny cios, ale spod łap basiora wyleciał strumień wody, który odrzucił mnie na kilka metrów. Wylądowałam miękko na łapach i wbiłam w podłoże pazury, chcąc złapqać lepszą równowagę. Zręcznie obróciłam broń w łapach i z mordem w oczach podbiegłam do wilka. Wbiłam w jego łapę kolec, aż do samego lodu tym samym unieruchamiając go na jakichś czas. Odbiłam się od jego pleców i przejechałam pazurami po pysku, tworząc kilka głębszych zadrapań. Wyrwałam z lodu ostrze i przygotowałam się do kolejnego ciosu. Wilk już nie tylko się bronił, sam włączył się do walki. Podbiegł do mnie i ponownie wykorzystał technikę ostrych pnączy, które zaś pozbawiły mnie znacznej ilości skóry. Upadłam na kolana i zaczęłam kaszleć krwią. Nagle, podobnie jak wtedy kiedy z krwi materializował się artefakt, jakieś czerwone wstęgi zaczęły mnie oplatać i tworzyć nową warstwę skóry. Ciemną, paskudną warstwę z czarnego czegoś, jakby materiału. Ochryple zawyłam i zaczęłam przywoływać dymną runę na moich łapach, która potem uderzyła wilka w brzuch. Podbiegłam do niego i oddałam cios w pysk, kiedy ten chciał odbić piłeczkę, zmaterializowałam się za nim i kopnęłam w plecy, także runął na lód. Chwyciłam jego ogon w żeby i rzuciłam o ziemię, próbujac go wykończyć. W tym samym czasie utworzył wir wody, który wyrzucił mnie w górę, po czym spadłam prosto na plecy. Poczułam jak każda drobinka powietrza ubywa z płuc i przez dobrą chwilę nie mogłam złapać oddechu. Za ten czas wilk do mnie podszedł i z góry patrzył na mnie z pogardą. Korzystając z okazji, wstęgą podcięłam mu nogi i pojawiłam się na jego plecach, wbijając drobne jak igiełki pazury w barki. Syknął z bólu i osunął się na ziemię, Zadowolona, podeszłam po moją kosę i chciałam wykonać egzekucję. Już, na miejscu. Stanęłam nad nim i uniosłam broń wysoko ponad głowę, także całe ciało wilka przykrył cień. Wstęgi trzepotały, mimo braku wiatru i było słychać tylko ich dezorientujący odgłos. Ronin mógł walczyć, lecz tylko wpatrywał się mi prosto w oczy, leżąc w swojej krwi. Zdawał się mówić „Zrób to, skoro tak bardzo tego pragniesz.” Zacisnęłam wargi i chciałam już upuścić ostrze kosy na jego pierś, kiedy coś mną tknęło. Ponownie, ale nie w tym „złym” znaczeniu. Jakby cała siła która wcześniej mną władała, ustąpiła. W jednym momencie wstęgi z ciała rozbiły się na chmurę dymu, a siła która utrzymywała broń w powietrzu zniknęła, także kosa wylądowała z łoskotem na lodzie. Zaczęłam cała się trząść, nie tyle z utraty tak licznej ilości krwi, której wcześniej nie poczułam, ale też ze strachu. Uświadomiłam sobie, że to nie demon chciał pozbawić życia wilka. Tylko ja. Nawet już nie płakałam, tylko odeszłam od wilka. Po chwili zastanowienia, podeszłam do mojej broni. Chwyciłam i po prostu wbiłam ją sobie w brzuch. W głowie nastał zupełny chaos, a kończyny stały się wiotkie. Runęłam na ziemię, a cały świat ogarnęła ciemność.
„Chodźcie moje dzieci, zabiorę was do krainy czarów...”
(Ronin? :x)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz