poniedziałek, 12 stycznia 2015

Od Kilan cd historii Ronin'a

Spojrzałam na basiora trochę zmartwiona. To nie była przyjemna wizja. Tym razem nie pokazywała tylko krótkiego fragmentu z mojej historii, lecz kilka przeżyć i urywków mojego życia. Westchnęłam cicho i spojrzałam ze smutkiem w oczy basiora.
- Cóż.. Byłam już szczeniakiem, ale mimo mojej niepochamowanej ciekawości byłam grzeczna, miła i uczynna. Moi rodzice mocno mnie kochali, tak samo jak ja ich. Byłam ich jedynym potomstwem i także największym skarbem. Każdy dzień spędzaliśmy razem. Codziennie chodziliśmy na wspólne spacery do centrum watahy. W czasie, gdy ja bawiłam się z innymi szczeniakami moi rodzice spędzali czas ze wszystkimi wilkami. Nawet odwiedzaliśmy omegi, a mi wolno było się z nimi śmiać w najlepsze. Było po prostu wspaniale. Gdy pewnego dnia, tak nagle.. - w tym momencie z moich oczu pociekły pojedyncze łzy - moja mama zachorowała. Z każdym tygodniem, dniem, a później nawet godziną było z nią coraz gorzej. Spędziliśmy z nią każdą naszą wolną chwilę. Byliśmy przy niej nawet, gdy umierała. Na łożu śmierci wyznała mi, że w życiu liczy się tylko jedno - Miłość. Posłuchałam jej rady i delikatnie, ostatni raz przytuliłam się do niej, patrząc w oczy, które nigdy nie traciły blasku… Jej odejście było ogromną tragedią dla wszystkich. Żałoba trwała 1,5 roku. W tym czasie wyrosłam na zgrabną waderę. Nie wyglądałam tak jak teraz. Nie byłam wychudzona, a w moich oczach biła czysta miłość do ojca, zmarłej matki, watahy i całego świata. Kiedy miałam 2 lata napadły na nas jakieś wilki, a raczej coś co je pozornie przypominało. To było coś jak zjawy stworzone z miliardów odłamków czarnego szkła. Wojownicy, z moim ojcem na czele, stanęli do walki z nimi. Bitwa nie trwała długo, po paru chwilach zjawy leżały na ziemi pokrytej szronem, a w zamkniętej, drewnianej powozie siedziała zakuta wilczyca. Miała najczystszą białą sierść jaką kiedykolwiek widziałam i ciemnoniebieskie oczy, które przebijały duszę na wylot. Jednym spojrzeniem uwiodła mojego ojca, a zaraz po powrocie postanowił ją poślubić. Chciałam mu się sprzeciwić, ale nie miałam takiej możliwości. Z początku wadera była dla mnie bardzo miła i pochlebiała mi. Podczas ślubu oglądała się na zgromadzone wilki, a wtedy w jej oczach zauważyłam czerwony błysk. Trochę się przeraziłam, ale nie dałam tego po sobie poznać. Macocha z dnia na dzień znienawidziła mnie i starała się odciągnąć ode mnie ojca, ale z początku kiepsko jej to wychodziło, gdyż był ze mną bardzo zżyty. Po jednym kwartale oświadczyła nam, że ma już dwójkę synów i chciałaby ich sprowadzić do nas. Mój ojciec był tym faktem zachwycony i od razu się zgodził. Parę dni później do pałacu przybyły dwa równie białe wilki co ona. Były ode mnie starsze o rok. Już pierwszym spojrzeniem dali mi znać, że oni tu rządzą. Macocha kazała im wybrać sobie pokoje, kiedy ja spokojnie siedziałam i czytałam książki. Nagle jeden z nich wtargnął do mojego pokoju i oznajmił, że od teraz jest jego. Sprzeciwiłam się, ale wtedy przyszedł jego brat i oboje mocno mnie poturbowali. Nikt nie przyszedł mi pomóc. Kiedy spytałam - Czemu mnie tak nienawidzicie? Odpowiedzieli - Jesteś inna, inność jest zła. Po tym złapali mnie i rzucili w kąt małego pomieszczenia pod piwnicą. Było tam przeraźliwie zimno, a gdy chciałam się wydostać okazało się że zakluczyli mnie w tej grocie. Służba znalazła mnie dopiero na następny dzień nieprzytomną i lodowatą. Dostałam nową komnatę, ale nie była dużo lepsza od tej groty pod ziemią. Mieszkałam zaraz obok pokoju służby na strychu. Miałam być ich osobistą służką. Chyba jedyna rzecz, która ucieszyła mnie w tej wizji to fakt iż naprawdę posiadłam żywioł ziemi i wody. Opiekowałam się wszystkimi roślinami w pałacu, a na specjalne życzenie macochy musiałam codziennie wstawać o świcie i na każdej roślinie powoli układać krople rosy. Moje moce były niezwykle silne i z tego co wywnioskowałam mogłam leczyć nawet głębokie, szarpane rany, gdyż zrobiłam coś takiego, gdy mój ojciec wrócił z krwawej bitwy. Moja macocha po pewnym czasie zaczęła przekonywać ojca, że jestem wybrykiem natury i trzeba się mnie pozbyć. Z początku mocno protestował, ale potem zaczynał się powoli przekonywać. Gdy już dopięła swego wszyscy wygonili mnie przed zamek o północy, w środku zimy, kiedy na niebie panowała pełnia. Nagle jakaś dziwna chmura zakryła księżyc, a na skutek tego zmienił barwę na krwistoczerwoną tak samo jak światło, które rzucał na lód. Wszyscy okrążyli mnie i zaczęli wypowiadać jakieś dziwne, niezrozumiałe słowa. To wyglądało jak straszny rytuał. Bardzo się bałam i próbowałam się im wymknąć, ale na próżno. Chwilę potem zapadła ciemność.. właśnie taka jaką zawsze doświadczam na początku wizji. Pamiętam tylko kawałek z ich słów: „Niech czarna armia strzeże zaklęcia rzuconego na ten wybryk. I niech nigdy nie spuszcza jej z oka. Kto zadrze z wybrykiem zadrze z armią. Kiedy zbierze się 10 przekleństw jej pamięć wymarze się, a armia zabierze ją w miejsce nieznane. Urok ten będzie trwać tak długo, aż umrze cały jej świat.”
Basior patrzył na mnie jakbym oszalała, a z moich oczu na nowo pociekły łzy. A co jeśli to rzeczywiście moja wina? A tą armią, są dziwne czarne postacie? Boję się…
- Ronin? - zbliżyłam się do niego i z mętlikiem w głowie powiedziałam - Jeżeli masz już dosyć tych postaci, wizji i przy okazji mnie.. to tylko powiedz, a od razu stąd pójdę. Nie chcę Ci przeszkadzać, ani Cię denerwować. Jesteś dla mnie bardzo ważny i zależy mi na tobie, więc nie chce żebyś musiał przeze mnie cierpieć - wyznałam i wsłuchałam się w ciszę, która zapanowała między nami
Basior przez chwilę nie odpowiadał tak jakby musiał sobie wszystko poukładać. Spojrzałam mu w oczy z nadzieją i smutkiem, po czym powolnym krokiem ruszyłam do wyjścia…
(Ronin? Wiem, że krótkie. Mam niedobory weny.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz