wtorek, 7 kwietnia 2015

Od Ivette do Marona

Spokojnym krokiem szłam przez jakiś las. Chodź wyglądał dość pospolicie to wyczuwałam w powietrzu wyższą temperaturę to jednak mi ona szczerze nie przeszkadzała. Nie to było… całkiem przyjemne. Doszedł do tego jeszcze przyjemny cieplutki powiew wiatru. Nagle coś za mną trzasnęło, natychmiastowo się obróciłam w poszukiwaniu tego czegoś. Zza krzewu wyszedł jakiś tam zając. Odetchnęłam z ulgą. To jest nawyk z przeszłość, ten ciągły strach, że jednak ONI mnie znajdą, że znów będę skazana na te tortury. Wskoczyłam na jakiś całkiem wyglądający głaz, po czym po cichu się ułożyłam w wygodnej pozie. Nie chciało mi się spać, po prostu po części byłam zmęczona jak i we znaki zaczynał się dawać głód. Chodź narastał z każdą minutą to nie zmusił mnie, aby się wreszcie ruszyła i poszła zrobić coś sensownego. Miało wyglądać na to, że jednak dzisiaj się już nie ruszę, gdy nagle znikąd poczułam zapach obcego wilka. Zainteresowana, lecz czujna ruszyłam za zapachem. Po paru minutach dostrzegłam polującego basiora. Czyżbym nie musiała już polować? Zaczęłam się skradać i patrzyłam jak wilczur odwala robotę za mnie. Czekałam do momentu póki nie uśmierci swojej zdobyczy. Kiedy ona nadeszła natychmiast za pomocą impulsu wysłałam mu wiadomość.
~
Zza tobą w krzakach ktoś się na ciebie czai~ wysłałam mu wiadomość i czekałam na reakcję. Wilk się natychmiast obrócił i z lekka zdezorientowany zaczął się rozglądać. Ja po cichaczu zeszłam i zaczęłam po cichu podjadać póki się on nie skapnął.
- Ej! Co ty robisz?! – podbiegł i zdenerwowany.
- Ja? – spytałam ironicznie – jem nie widać?
- Widać i to dokładnie – odpowiedział lekko zły – ale nie wiem czy wiesz to jest moja zdobycz – odpowiedział.
- A skąd mam wiedzieć, że to twoje? – pokazałam łapą na zwierzynę – nie widziałam, z resztą nie mam pewności czy ty sam komuś nie podwędziłeś.
- Nie chcę urzywać siły, ale nie pozwolę żebyś bezprawnie zabierała moją zdobycz.
- O to masz dzisiaj pecha, bo ja mam wyjątkowo bojowy nastrój! – krzyknęłam uśmiechnięta i pierwsze co zrobiłam to strzeliłam w niego mała kulą ognia.
Dostał, ale to go nie ruszyło, czyżby był magiczny tak jak ja?
Basior wstał, chciał mi zadać cios, ale w jego oczach widziałam, że robił to niechętnie. Nie użył mocy ale skoczył na mnie i przygwoździł do gleby.
O nie to, co to nie, nie poddam się basiorowi NIGDY.
Użyłam mojego dość nietypowego ogona i basior stracił równowagę. Upadł a ja chciałam już użyć trucizny jednak się powstrzymałam. Zdałam sobie sprawę, że gdybym to zrobiła to by cierpiał jak ja. Odeszłam od niego i usiadłam z dala. On był niezwykle zaskoczony moim zachowaniem ale wstał i patrzył się na mnie. Trwała niezręczna cisza. Basior ją przełamał.
- Słuchaj nie wiem, kim jesteś i za kogo się uważasz wywołując bójkę na terenie watahy.
- Watahy? – powtórzyłam.
- Tak, znajdujesz się na terenie klanu ognia a ja jestem Maron.
Przedstawił się… odważny.
- Ja jestem Ivette, ale nie zapamiętuj go, bo i tak zaraz o mnie zapomnisz, bo właśnie w tej chwili idę.
- Heh, słuchaj, jeżeli tak planujesz zdobywanie jedzenia to wcześniej czy później ktoś ci odda.
- Tak, tak tato i co jeszcze? – spytałam przewracając oczami – może mam się grubo ubrać, z resztą nie chce twojej troski.
I odbiegłam, nie chciałam z nim gadać ani mu dziękować za litość.
< Maron?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz