Padało.
Nie, w zasadzie nie. Nie padało. Lało jak z cebra. Grzmiało i błyskało tak mocno, że można było ogłuchnąć i oślepnąć.
- Idealna pogoda - stwierdziłam
Jak większość wilków z Klanu Mysterious Thoughts lubiłam samotność. A
jeśli jeszcze padał deszcz... Niestety, w tych ciężkich czasach nawet na
terenach samotników było o wiele za mało miejsc, w których można było
pobyć samemu. I to właśnie dlatego przelatywałam nad terenami Klanu
Ziemi, który miał aktualnie najmniej członków, rozkoszując się świętym
spokojem. Oczywiście moja matka co najmniej dwa razy by mnie sprała,
gdyby widziała, że latam w czasie burzy. Ale tak szczerze? Miałam to
gdzieś. Wylądowałam na jakiejś polanie, chcąc, aby moje skrzydła nieco
odpoczęły.
TRZASK!
Stwierdziłam, że piorun uderzył w drzewo. No bo co mogło to być innego?
Zresztą to i tak nie moja sprawa. Coś jednak kazało wzbić się w
powietrze, ocenić straty - a chociaż stwierdzić, które to drzewo. Ofiarą
rozszalałego żywiołu padł rozłożysty, tak na oko dwudziestometrowy dąb.
Miałam już odlecieć, gdy zauważyłam coś czerwonego wystającego spod
powalonego pnia. Wyglądało to na jakieś włosy... Albo na krew. Nie
wiadomo, co gorsze.
Nie myliłam się. Wadera. Wadera przygnieciona przez drzewo. Trochę nie
wiedziałam co robić. Co z tego, że jestem silna? Przecież i tak nie
podniosę całego drzewa. Może powinnam odlecieć? Przecież jest z innego
klanu, co ona mnie obchodzi? Prawo natury jest przecież okrutne. Duma mi
jednak na to nie pozwalała, no bo tak zostawić bezbronnego wilka...
Zdecydowałam się więc wyjść z cienia.
To było bardzo ryzykowne. Wszystko zależało od mojej szybkości. Miałam nadzieję, że zdążę...
Wadera pisnęła, kiedy mnie zobaczyła. Nie dziwiłam się jej. Kiedy jestem
w cieniu nikt nie ma prawa mnie zauważyć, a na typowego, grzecznego
wilka to ja nie wyglądam. Mówi się: trudno. Wzięłam dwa głębokie wdechy.
Jeśli zawalę to zginie i ta obca i ja.
Ruszyłam sprintem w stronę drzewa i z rozpędu wyrzuciłam je w powietrze.
No, może trochę przesadziłam. Ale drzewo na parę sekund przestało
przygniatać waderę. Rzuciłam się więc bez zastanowienia w jej kierunku,
lądując z nią w bezpiecznym miejscu w momencie, kiedy drzewo znów
wgniotło się w ziemię. Mało brakowało, ale na szczęście się udało.
Patrzyłam się na leżącą w kałuży własnej krwi wilczycę. Miałam nadzieję,
że coś powie, bo jak to wróg, to jeszcze jestem w stanie ją tu
zostawić...
<Miru?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz