Szedłem sobie spokojnie polanką. Spokojnie, bez zbędnych szaleństw- w końu TEMPSO! to spokojny gość! Idealny! Zrównoważony, kochający, odpowiedzialny- to właśnie jest TEMPSO! Wcale nie zadufany w sobie- o nie nie, on poprostu lubi pielęgnować swoje zalety, pokazywać się od jak najlepszej strony, zwalczać wady. Szedł sobie tak nasz kochany Tempsent, aż nie doszedł do kamienia. Dużego kamienia. A na nim co? Ślady. Jako że Tempso wyróżniał się niewyobrażalną logiką, od razu wiedział że coś się musiało stać- na dole jaskinia gryfów. Dokładnie widać tu pazury gryfa. Ale. . . Gryfy nie atakują ot tak. Musiał tu być wilk.
Tempso zszedł na dół. Miał rację- na powierzchni leżała ledwo żywa Izaline. Eh. . . Jej to w sukni balowej nigdy chyba nie spotka.
Pomógł jej wstać żeby nie musiała leżeć na wilgotnej ziemi. Ta otrzepała się i pobrudziła Tempsa.
-OFU!- krzyknął wilk i zaczął się śmiać- wiem co robiłaś, nie wiem jak się stało że leżysz tu brudna i... nie za ładnie pachnąca, ale radziłbym ci się choć trochę ogarnąć. Nic ci nie jest, kochanie?
Wydawała się być zaskoczoną- czy 'kochanie' to coś złego?
-Mmm.. Tak,tak. Już idę. Mały trening- sojusz trwa, a mięśnie zniknąć nie mogą.
Przytaknąłem grzecznie. Pomogłem Izaline ruszyć się z miejsca i przez całą drogę trzymałem się blisko niej. Nie chciałem żeby upadła. To silna wadera, ale nadal kobieta. Kobiety się szanuje.
<Izaline?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz