Jak zwykle wstałam wcześnie. Ro, swoim zwyczajem chwilę się ze mną
poprzekomarzała, po czym wyruszyła w stronę lasu, rosnącego na zboczach
gór. Miałam już pewne podejrzenia, co, a raczej kto, ciągnie ją w tamte
strony, lecz postanowiłam nie naciskać, poczekać. Będzie chciała, to
sama powie.
Z zażenowaniem stwierdziłam, że mój brzuszek trochę urósł. Zniknęła
niedowaga, z tego się cieszyłam, ale obawiałam się, że proste życie w
stadzie mnie za bardzo rozpieszcza. Może po pracy w klinice będę robiła
sobie krótki trening?
Godziny mojej „pracy” ustalałam rzecz jasna sama. Starałam się
przychodzić z rana, w południe i wieczorem. Jeśli nikt nie potrzebował
mojej opieki, ogarniałam, porządkowałam i uzupełniałam zapasy kliniki, a
potem udawałam się do biblioteki. Tam również czyniłam drobne porządki,
lecz głównie czytałam. Ciągle zaskakiwało mnie, ile wiedzy można
pozyskać przez patrzenie się w atrament rozprowadzany na kartce.
Doskonaliłam się nie tylko w leczeniu, ale ogólnie poznawałam historię
tego miejsca, czy czasem trafiałam na kompletnie nieprzydatne dla mnie
dzieła, lecz napisane tak przyjemnym językiem, że nie mogłam się od nich
oderwać. Dzięki temu poznałam między innymi zawiłości romansu Omegi z
Alfą innego klanu, w jaki sposób przyrządzić alkohol, oraz jak za pomocą
jednego ciosu powalić byka łosia.
Truchtałam w stronę kliniki, zaprzątnięta głową pełną pytań bez
odpowiedzi. Kto to napisał? Kto wybudował bibliotekę? Cóż, wiem jakich
książek poszukać, oprócz tych mówiących o Górach Nekromanty, rzecz
jasna. Choć, niewiele było przypadków, że ktoś tam był, przeżył, wrócił o
zdrowych zmysłach i zapisał, co widział. Większą część stanowiły
legendy, mity i plotki, a nie twarde fakty których potrzebowałam.
Przyznaję, nie zwracałam zbytniej uwagi na drogę, więc dopiero kiedy
usłyszałam ciche „dzień dobry” zwróciłam uwagę na basiora stojącego na
mojej drodze.
-No to są chyba jakieś jaja!- wykrzyknęłam, zanim zdążyłam się zastanowić co wygaduje.
Na ścieżce stał czarny jak smoła basior, który patrzył na mnie
rozbawionymi zielonymi oczami. Ale to nie wszystko. Przyzwyczaiłam się
do skrzydlatych wilków, lub do tych, co umieją je przywoływać. Lecz to
była już przesada.
-Rozłóż skrzydła- warknęłam poirytowana, chcą się upewnić –No, dalej, wyświadcz mi tę przysługę.
Wilk po chwili zawahania uczynił to, o co go prosiłam. A więc moje oczy
się nie myliły. Minęłam go zdenerwowana mrucząc przekleństwa do siły
nadprzyrodzonej, która stworzyła mnie nielotem.
-Nie ucieszył cię mój widok, co?- zagadał mnie i ruszył moim śladem.
-Załóżmy, tak hipotetycznie, że mam kompleks na punkcie braku
umiejętności latania, w mojej głowie rodzą się plany zdobycia ich z
narażeniem życia, a tu pojawia się przede mną ktoś, kto ma DWIE PARY
TYCH CHOLERNYCH SKRZYDEŁ- straciłam panowanie nad sobą. Oho, a więc to
potwierdzone, mam obsesję i jestem wariatką. Ciekawe, czy nadal pozwolą
mi wykonywać zawód.
<Liberto?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz