środa, 8 kwietnia 2015

Od Nity C.D. Liberto

Jak zwykle wstałam wcześnie. Ro, swoim zwyczajem chwilę się ze mną poprzekomarzała, po czym wyruszyła w stronę lasu, rosnącego na zboczach gór. Miałam już pewne podejrzenia, co, a raczej kto, ciągnie ją w tamte strony, lecz postanowiłam nie naciskać, poczekać. Będzie chciała, to sama powie.
Z zażenowaniem stwierdziłam, że mój brzuszek trochę urósł. Zniknęła niedowaga, z tego się cieszyłam, ale obawiałam się, że proste życie w stadzie mnie za bardzo rozpieszcza. Może po pracy w klinice będę robiła sobie krótki trening?
Godziny mojej „pracy” ustalałam rzecz jasna sama. Starałam się przychodzić z rana, w południe i wieczorem. Jeśli nikt nie potrzebował mojej opieki, ogarniałam, porządkowałam i uzupełniałam zapasy kliniki, a potem udawałam się do biblioteki. Tam również czyniłam drobne porządki, lecz głównie czytałam. Ciągle zaskakiwało mnie, ile wiedzy można pozyskać przez patrzenie się w atrament rozprowadzany na kartce. Doskonaliłam się nie tylko w leczeniu, ale ogólnie poznawałam historię tego miejsca, czy czasem trafiałam na kompletnie nieprzydatne dla mnie dzieła, lecz napisane tak przyjemnym językiem, że nie mogłam się od nich oderwać. Dzięki temu poznałam między innymi zawiłości romansu Omegi z Alfą innego klanu, w jaki sposób przyrządzić alkohol, oraz jak za pomocą jednego ciosu powalić byka łosia.
Truchtałam w stronę kliniki, zaprzątnięta głową pełną pytań bez odpowiedzi. Kto to napisał? Kto wybudował bibliotekę? Cóż, wiem jakich książek poszukać, oprócz tych mówiących o Górach Nekromanty, rzecz jasna. Choć, niewiele było przypadków, że ktoś tam był, przeżył, wrócił o zdrowych zmysłach i zapisał, co widział. Większą część stanowiły legendy, mity i plotki, a nie twarde fakty których potrzebowałam.
Przyznaję, nie zwracałam zbytniej uwagi na drogę, więc dopiero kiedy usłyszałam ciche „dzień dobry” zwróciłam uwagę na basiora stojącego na mojej drodze.
-No to są chyba jakieś jaja!- wykrzyknęłam, zanim zdążyłam się zastanowić co wygaduje.
Na ścieżce stał czarny jak smoła basior, który patrzył na mnie rozbawionymi zielonymi oczami. Ale to nie wszystko. Przyzwyczaiłam się do skrzydlatych wilków, lub do tych, co umieją je przywoływać. Lecz to była już przesada.
-Rozłóż skrzydła- warknęłam poirytowana, chcą się upewnić –No, dalej, wyświadcz mi tę przysługę.
Wilk po chwili zawahania uczynił to, o co go prosiłam. A więc moje oczy się nie myliły. Minęłam go zdenerwowana mrucząc przekleństwa do siły nadprzyrodzonej, która stworzyła mnie nielotem.
-Nie ucieszył cię mój widok, co?- zagadał mnie i ruszył moim śladem.
-Załóżmy, tak hipotetycznie, że mam kompleks na punkcie braku umiejętności latania, w mojej głowie rodzą się plany zdobycia ich z narażeniem życia, a tu pojawia się przede mną ktoś, kto ma DWIE PARY TYCH CHOLERNYCH SKRZYDEŁ- straciłam panowanie nad sobą. Oho, a więc to potwierdzone, mam obsesję i jestem wariatką. Ciekawe, czy nadal pozwolą mi wykonywać zawód.
<Liberto?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz