Obudziłam się zwinięta w kłębek wśród liści. Mimo, iż były wygodne byłam cała obolała, wraz z łapami. Głowa mi pękała i czułam, jakby każdy mój oddech był głośniejszy od otoczenia. Zimny pot po mnie spływał, aż było mi tak zimno, że nie mogłam dłużej się przykrywać pod liśćmi.
Nagle usłyszałam głos, głos basiora. Szybko wzniosłam się na łapy i zaczęłam biec przerażona z niewadmego mi powodu. Przeczucie, które rzadko mnie myliło kazało uciekać, uciekać w głąb lasu.
- Sombra! - słyszę krzyk.. i nagle przystaję. Stoję, stoję sama pomiędzy drzewami i czekam, aż krzyki się oddalą, ale one są tylko coraz bliżej. Coraz bliżej, coraz głośniejsze i coraz bardziej zdenerwowane.
A ja stoję sama i czekam na dalszy przebieg zdarzeń. Przełykam slinę i nasłuchuję.
Mam przeczucie, jakbym się otruła, jakbym odeszła z tego świata. Wszystko jest jak nadmuchane - gdybym lekko dmuchnęła na to drzewo rozleciałoby się na strzępy i wybuchło.
Ktoś koło mnie staje, a wtedy zabieram dech w piersiach i nie wypuszczam.
- Sombra... - słyszę zdyszałe szepty z coraz większym naciskiem, a ja nadal patrzę przed siebie i nie odwracam wzroku. Nic nie mówię i nic nie chcę słyszeć. Moje żółte oczy czegoś pragną, a ja nie umiem ich zadowolić.
Ktoś zasłnia mi pole widzenia i widzę przed sobą tylko czyjeś futro. Może ktoś mną potrząsa, może ktoś coś do mnie krzyczy, ale ja nie żyję teraźniejszością. Ja żyję przeszłością.
- Odezwij się chociaż... Powiedz coś... - słyszę jedyne przetworzone przez mój mózg słowa wskazujące na załamanie i rezygnację.
I wtedy postanawiam zatrzymać swój wzrok na bursztynowych śkepiach.
(Thu? xd)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz