Skacząc z gałęzi na gałąź rozglądałem się wokoło, w prawdzie nigdzie nie widziałem tego czegoś, jednak wolałem się upewnić. Sam dziwiłem się sobie jakim cudem mogę tak za razem szybko biegać i perfekcyjnie skakać. No tak, nieświadomie użyłem znaków..
-Kanban! - usłyszałem za sobą krzyk Juliette
Odwróciłem się i zobaczyłem ledwo trzymającą się gałęzi waderę, widocznie musiała za mocno skoczyć i gałąź się złamała. Albo... Huk mnie sparaliżował upadłem na gałąź która się już ułamywała, a po chwili spadałem w dół.
-Kanban!!!
Uderzyłem o ziemię pierwszy a gałąź mnie przywaliła, kiedy spróbowałem się z niej wydostać, ten stwór złapał mnie za łapę po czym wyrzucił w powietrze. Uderzyłem w pień wielkiego drzewa, po czym walnąłem na plaszczaka o trawę. Spojrzałem w czerwone oczy rozjarzonej bestii i przełknąłem ślinę. Nawet ze znakami, będzie mi z nim ciężko...
-Juliette! Uciekaj, jakoś sobie poradzę! - krzyknąłem w stronę wadery
-Nie ma mowy! Idę do Ciebie...
-Uciekaj! - rozkazałem a Juliette się na chwilę zawahała, lecz po chwili odbiegła.
Przykro mi było że musiałem użyć na niej znaku, żeby ją odgonić. Ale nie chciałem żeby jej się coś stało... Spojrzałem załzawionymi oczyma na stwora, nie dam rady go pokonać jak nie poddać się mojemu wewnętrznemu ja, poczułem jak odpływam gdy demon zaczął się we mnie budzić.
<Kilka chwil później>
Odzyskałem przytomność. Znowu byłem sobą, nie pamiętałem prawie nic z tych kilku chwil kiedy byłem demonem, jednak jeden, malutki szczegół mi to kazał przypominać. Leżałem wokół porozrzucanych wnętrzności potwora.
-Mamo..tato..do kogo wy się modliliście? - zapytałem sam siebie
(Juliette? brak weny)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz